Pierś Harry’ego zacisnęła się ze strachu na dźwięk głosu jego matki. Zielone oczy - uprzednio zamknięte, gdy leżał na klatce piersiowej Louisa, słuchając jego oddechu oraz głosu, gdy chłopak opowiadał historię o tym, jak właściwie jeden z zagubionych chłopców, cóż… zagubił się - rozwarły się szeroko. Louis spojrzał na niego z troską i zacisnął w pięść dłoń, tam gdzie delikatnie przeczesywał nią jego loki.
- Kto to? - zapytał z niepokojem.
- To tylko moja mama - odpowiedział Harry, brzmiąc na lekko spanikowanego.
- Twoja mama?
Racja. Louis nie miał pojęcia o wielu rzeczach, a jedną z nich było bycie rodzicem. Harry pomyślał o tym, jak wyjaśnić pojęcie rodzicielstwa.
- Zasadniczo, eee… to ona mnie stworzyła? - Jego wypowiedź wyszła pod postacią pytania, ponieważ był on pewny, że zabrzmiał całkowicie głupio.
Jednak Louis po prostu błysnął jasnym uśmiechem, dzięki czemu u jego oczu pojawiły się zmarszczki, i pocałował Harry’ego w policzek.
- Okej - powiedział.
Harry myślał, że trudniej będzie mu to wyjaśnić, ale skoro chłopak nie miał w tym temacie więcej pytań, stwierdził, że lepiej go zakończyć, niż wyjaśniać mu, skąd właściwie biorą się dzieci. Wstał z łóżka i spojrzał z góry na stos ubrań Louisa na podłodze. Jego matka byłaby prawdopodobnie trochę zmieszana, gdyby go w nich zobaczyła.
- Dam ci coś z moich ubrań, dobrze?
- Pewnie! Kocham wszystkie twoje ubrania - odpowiedział Louis entuzjastycznie, przejeżdżając kciukami po miękkiej pościeli Harry’ego. - Wyglądają na takie duże i milutkie.
Harry roześmiał się pomimo lekkiej paniki, która ogarnęła go na dźwięk krzątaniny na parterze. Wiedział, że jego mama mogła się pojawić w każdej minucie. Przekopał szuflady w poszukiwaniu drugiej pary bokserek, koszulki i spodni od piżamy, które Louis zaakceptował i włożył na siebie z wdzięcznością. Gdy obaj byli ubrani, Louis zerknął w dół na siebie i Harry wskazał mu lustro.
- Jest jak woda w sadzawce, Lou.
- Oh - wypuścił tamten i przez moment wpatrywał się w siebie.
Kiedy spojrzał, głos jego mamy zawołał u podstawy schodów:
- Harry, przyjdę na górę się przywitać, dobrze?
- Tak, oczywiście! - odkrzyknął Harry, a Louis wciąż patrzył na siebie z zaciekawioną minął. - Co jest, kochanie? - zapytał, zbliżając się w odbiciu lustra i otaczając Louisa w talii delikatnym ramieniem. Pocałował go w skroń, gdy chłopak zmarszczył czoło.
- Nie mam kapelusza - burknął, złożywszy uparcie ramiona na piersi. - Potrzebuję kapelusza.
Harry niemal zaśmiał się ze swojego chłopaka, zwyczajnie dlatego, że wyglądał on uroczo, wydymając wargi w jego t-shircie z nadrukowanymi na nim wielkimi numerami „1 8 3 6”, który sięgał mu do kolan, oraz w dole od piżamy, który ciągnął się po podłodze. Ale powstrzymał się, ponownie sięgnął do szuflady po niebieską czapkę i umiejscowił mu ją na czubku głowy, wygładzając jego grzywkę i składając buziaka na czole.
Gdy zabrał usta ze skóry Louisa, rozległo się pukanie do drzwi jego sypialni i Harry wymamrotał osobie pozwolenie na wejście do środka.
- Harry! - przywitała się ciepło Anne. Przeniosła wzrok, żeby spojrzeć na Louisa obok swojego syna, gdzie obaj stali wciąż na środku pokoju. Wierzchy ich dłoni ledwo się o siebie ocierały. - A któż to?
- Jestem Louis! - wykrzyknął. - Miło mi cię poznać. Dziękuję za stworzenie Harry’ego! - Jego uśmiech był szeroki i szczery i Anne jedynie zachichotała cicho w swoją rękę z powodu jego entuzjazmu i podekscytowania.
- Proszę bardzo, kochanie. Harry, jak to się stało, że nigdy wcześniej nie poznałam twojego przyjaciela?
- Oh, po prostu jest u nas po raz pierwszy. Nie wspomniałem o nim wcześniej? To, eee… kuzyn Nialla.
- W takim razie dobrze - odpowiedziała Anne. - Miło mi cię poznać, Louis. Zechcielibyście zejść na dół na herbatę? Kupiłam w piekarni ciasteczka.
Louis spojrzał na Harry’ego wyczekująco, ponieważ nie był pewny, czym „herbata”, „ciasteczka” czy „piekarnia” były, ale z pewnością brzmiały miło.
- Oczywiście, mamo!
Anne uśmiechnęła się ciepło ze śladem zmieszania na twarzy, opuściła pokój Harry’ego i zeszła po schodach. Harry pozostał w pomieszczeniu tylko na momencik, żeby przycisnąć usta do warg Louisa, i dał mu znak, aby zszedł za nim na dół. Chłopak nie widział jeszcze reszty domu. Jego oczy fruwały we wszystkich kierunkach, gdy Harry doprowadził go do kanapy w salonie i natychmiast zwinął się przy jego boku, czując się bezpiecznie i ciepło w jego wielkich ubraniach, wpatrując się we fragment kuchni, który mógł zobaczyć, zdezorientowany wszystkimi światłami, sprzętami i… co to za srebrny przyrząd, który Anne ustawiła na ogniu?
- Co to jest? - zapytał Louis, choć cichutko, jako że dom był tak cichy, że czuł, jakby nie powinien być tym, który zakłóci ciszę.
- To czajnik, Lou - odparł Harry miękko. - Nalewasz do niego wodę i ustawiasz na kuchence… to ta rzecz z ogniem… i on ją podgrzewa, dzięki czemu możesz zrobić herbatę. Herbata to napój z liści i innych rzeczy. Polubisz ją, przyrzekam.
Louis się uśmiechnął.
- Okej.
Harry zaczął pokrótce objaśniać mu kuchnię oraz jej przeznaczenie, ponieważ Louis był niepewny całego konspektu „gotowania”. Kto coś takiego robił?
- Jaką pijasz herbatę, Louis? - zawołała Anne z kuchni, zaledwie kilka sekund po tym, jak Harry zakończył swoje objaśnienia.
Louis zerknął na Harry’ego oczami, które mówiły „Jak pijam swoją herbatę?”, więc chłopak odpowiedział za niego:
- Bez cukru i mleka.
Anne uniosła brwi w zdumieniu, że młody człowiek pija taką herbatę, ale niezależnie od tego przyrządziła napój w ten sposób. Harry wiedział, że pomimo, iż Louis nigdy nie pił herbaty, lubił on wyraziste rzeczy i chociaż nie mógł zaprzeczyć, że Louis przepadał za słodkościami, pasowała mu rześkość dzikiej mięty, cierpkość świeżych jagód oraz świeżość przypraw korzennych, które znajdywał w lasach.
Anne wydobyła tacę i postawiła ją na stoliku do kawy przed nimi, a Louis zwinął się głębiej przy jego boku, zagrzebując zimne palce stóp pod nogami Harry’ego i sprawiając tym, że się powiercił. Harry zarzucił swobodnie ramię na jego barki i pomyślał, jak odegrać to, że są tylko przyjaciółmi. Nie żeby Louis i tak wiedział, że to robią. Zwyczajnie będzie musiał powiedzieć mamie później.
Podziękowawszy jej (co Louis powtórzył), pochylił się i wziął dwa kubki. Jego była bezsprzecznie mleczna i słodka i wiedział, że w ogóle nie smakowałaby mu herbata Louisa, ale wręczył swojemu chłopakowi mały kubek z kwiatkami po boku, żeby jej spróbował.
- Gorąca - ostrzegł po cichu, a Louis skinął głową, owijając rozgrzaną szklankę palcami i dmuchając w nią lekko. Nabrał odrobinę ciepłego płynu do ust i wciąż był on bardzo gorący, ale smakował korzennie i słodko (nie za słodko), i zastanowił się, jak przez całe życie mogło go omijać coś tak dobrego.
- Mmm… to jest przepyszne - wymamrotał na krawędzi swojej filiżanki.
Harry ścisnął jego ramię.
- Cieszę się, że ci smakuje, Louis. Jak się dzisiaj macie, chłopcy?
- Cudownie! - wykrzyknął Louis. Jego głos był głośny, a uśmiech wielki, ale on sam był mały obok Harry’ego i miłe było uczucie ciepła, powodowanego nie tylko herbatą w jego rękach i ciepłotą ciała promieniującą z sąsiedniego miejsca , ale też przebywaniem z chłopakiem, którego kochał, uczeniem się nowych rzeczy oraz tym, że jego „mama” była bardzo miła.
- U mnie świetnie, mamo - odparł również Harry, ale nie patrzył na nią, gdy odpowiadał; jego oczy były skierowane na Louisa, który wyglądał na czujnego i podekscytowanego, z ustami przyciśniętymi do krawędzi kubka, kiedy popijał cicho, zadowolony ze swojego drinka. - Jak było w pracy? - zapytał swobodnie, próbując oderwać wzrok od chłopaka i zamiast tego zadowalając się ręką na jego udzie. Louis automatycznie położył dłoń na jej wierzchu i zmarszczył brwi, kiedy Harry nie splótł ze sobą ich palców, ale zostawił ją tam, przebiegając opuszkami wzdłuż jego nadgarstka.
- Mieliśmy właściwie urwanie głowy. Jestem dosyć zmęczona. Myślisz, że moglibyście z Louisem zrobić dla nas obiad? Jeżeli zostanie do tego czasu?
- Obiad? - zapytał z podekscytowaniem Louis. - Będę mógł użyć waszej kuchni?
- Tak, Lou - powiedział miękko Harry, próbując utrzymać go w spokoju.
- Jej - odezwał się tamten, ale cicho.
Harry potarł w górę i w dół jego udo.
- To będzie zabawa. Odpręż się, co, mamo?
- Dziękuję, Harry.
Harry uśmiechnął się do swojej matki.
- Nie ma za co. - Ścisnął kolano Louisa, po prostu przyzwyczajony do potrzeby ciągłego dotyku i zobaczył, że Anne przygląda im się ciekawie.
- Wiecie co - zaczęła ostrożnie. - Razem bylibyście całkiem słodcy.
Harry wyszczerzył zęby w ogromnym uśmiechu, a Louis tylko zachichotał i schował głowę w jego szyi. Normalnie, Harry wykrzyknąłby z oburzeniem, ale teraz nie umiał powstrzymać uśmiechu. Przeczesał dłonią krótkie włosy Louisa i już miał coś powiedzieć, żeby przerwać niezręczną ciszę, która zapadła pomiędzy nimi, zanim Louis nie powiedział:
- Więc co robimy w kuchni?
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz