czwartek, 28 listopada 2013

140

Ku niezadowoleniu Liama, od ich niespodziewanego spotkania w poniedziałkowe popołudnie, Harry Styles zaczął pojawiać się w salonie tatuażu Malik Tattoos przynajmniej dwa razy w tygodniu. Zazwyczaj przychodził w okolicach dwudziestej, sam, w ciemnym płaszczu i ręcznie dzierganej czapce z wełny, którą ściągał w chwili otwierania drzwi, a potem przystawał na moment z ręką na klamce, aby otrzepać śnieg z butów, po czym ruszał wolno w stronę recepcji. Kiedy szedł, zielone oczy wwiercały się w Liama, tak długo wypalając mu dziurę w czaszce, aż starszy chłopak niechętnie unosił spojrzenie i kiwał mu na powitanie głową, za każdym razem rumieniąc się okropnie na widok porozumiewawczego uśmieszku, którym Harry zdawał się sugerować, że „przed chwilą te usta robiły coś całkiem innego”, a następnie, jakby na potwierdzenie tych słów, z niewinną miną oblizywał dolną wargę. Liam bardzo się starał, ale nie potrafił inaczej reagować i złościł się na samego siebie za okazywanie zażenowania w tak jawny sposób, co z kolei niezmiernie bawiło Harry’ego, który z upodobaniem kultywował ten rytuał, od czasu do czasu urozmaicając go wtrąceniem jakiejś uwagi o podwójnym znaczeniu, jakby to nie on został nakryty podczas stosunku oralnego, a właśnie Payne. Jego otwarte zachowanie wynikało prawdopodobnie z tego, że nie raz robił już rzeczy, przy których obciąganie dużo starszemu mężczyźnie było niczym zabawa w piaskownicy i zwyczajnie śmiał się z dziewiczych rumieńców Liama. Jakby wiedział, że starszy chłopak nie miał w tej kwestii żadnego doświadczenia i raczej konserwatywne poglądy.

To nie tak, że Payne nigdy nie zastanawiał się, jakby to było czuć pod sobą ciepło drugiego człowieka (no dobrze, ów człowiek zawsze przybierał postać Zayna, ale Liam udawał, że to ktoś inny, bo w przeciwnym wypadku nie byłby w stanie patrzeć w oczy swojemu szefowi bez poczucia winy), dotykać napiętych mięśni, całować kogoś i być całowanym… Oczywiście, że o tym myślał. Po prostu tak luźne podejście to tych spraw gryzło się z jego romantyczną naturą. Liam traktował seks jako najwyższą formę miłości, najintymniejszy akt zjednoczenia dwóch osób, i nie rozumiał, jak ktoś może tak beztrosko rozdawać ten dar na prawo i lewo. Przecież to powinno być przypieczętowaniem uczuć, swoistą celebracją, a nie pospiesznym zaspokajaniem najniższych instynktów na przednim siedzeniu samochodu. Ale Harry najwyraźniej nie podzielał jego zdania, co automatycznie nasuwało szatynowi niewygodne pytanie, czy nastolatek rzeczywiście mógł za to brać pieniądze.

Mimo wszystko Liam nie chciał myśleć o Stylesie jak o męskiej dziwce, dlatego któregoś dnia, kiedy Harry i Zayn pracowali w pomieszczeniu obok nad kolejnym tatuażem, kategorycznie nakazał sobie wziąć się w garść. „Nie daj mu więcej powodu do satysfakcji”, powtarzał sobie w myślach, kręcąc się za szklaną ladą recepcji i przestawiając z miejsca na miejsce pojemnik na długopisy. „To musi się skończyć. Masz dziewiętnaście lat, na miłość Jezusa, nie bądź żałosnym prawiczkiem! A przynajmniej udawaj, że nim nie jesteś.”

Zatrzymał się naprzeciwko wejścia do pracowni, skąd miał doskonały widok na pozbawioną koszulki klatkę piersiową Harry’ego. Chłopak leżał rozciągnięty na skórzanej kozetce i przyglądał się swojemu ramieniowi. W myśl zasady „znaj swojego wroga” Liam zaczął przypatrywać się każdemu szczegółowi jego osoby, mając naiwną nadzieję odnaleźć jakikolwiek dowód potwierdzający możliwość wykonywania przez niego najstarszej profesji świata, w zamian jednak już po chwili złapał się na pochłanianiu pięknego profilu Zayna oraz kontemplacji idealnej krzywizny jego nosa. Poddał się i potrząsnął głową. Głupota, niby co spodziewał się tam zobaczyć? Wytatuowaną deklarację „pracuję na ulicy”? Odkrycie prawdy w ten sposób było niemożliwe, a w dodatku Liam nie wiedział, czy rzeczywiście chciałby poznać ewentualnąprawdę, więc szybko zaniechał tego pomysłu.

- To bez sensu - mruknął do siebie ze zrezygnowaniem, nie odrywając wzroku od Zayna, który właśnie wyprostował plecy, aby spojrzeć na swoje dzieło z innej perspektywy. Miał na sobie bluzę z kapturem, spod której wystawała zielona koszulka i Liam pamiętał, że była nieco przyciasna u góry, opinając kształtne ramiona Malika.

- Co takiego? - Payne prawie podskoczył na dźwięk głosu Perrie, która pojawiła się nagle obok niego i z zainteresowaniem powiodła spojrzeniem w kierunku pary w pracowni. - Co nie ma sensu?

Liam zamrugał, uspokajając oddech, i wzruszył lekko ramionami, okręcając się w jej stronę.

- Coś na uczelni - wymyślił na poczekaniu, z nadzieją, że dziewczyna nie będzie drążyła tematu. Oprócz Louisa, nikt z jego znajomych nie wiedział o niedoszłym wypadku, w którym niedawno uczestniczył, a o tym, że to właśnie Harry był wtedy w samochodzie, wiedział tylko i wyłącznie Liam. I bardzo chciał, aby tak pozostało. - Co słychać? - zmienił pospiesznie temat.

Perrie westchnęła, nie zauważając najwyraźniej niczego podejrzanego.

- W porządku. Czekam na dziewczynę, która chce sobie przekłuć sutki - powiedziała, uśmiechając się nieznacznie na widok jego miny. - Och, nie bądź taki staroświecki. Wbrew pozorom to popularne miejsce na posiadanie kolczyka, nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile kobiet się na to decyduje. - Perrie zdawała się przez moment głęboko nad czymś zastanawiać. - Ale ty przecież jesteś gejem i pewnie nigdy nie widziałeś biustu… Może w takim razie zainteresuje cię fakt, że zdarzyło mi się kilka razy przekłuwać także męski sutek.

Liam nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć, w dodatku coś mu podpowiadało, że przy podobnych zabiegach obecna jest duża ilość krwi i mimowolnie się wzdrygnął. Gdyby był świadkiem przekłucia jakiejkolwiek części ciała, prawdopodobnie już przy pierwszej kropli czerwieni runąłby nieprzytomny na ziemię i tak skończyłaby się jego przygoda z piercingiem.

- Nieważne - odezwała się tym czasem Perrie, przekrzywiając głowę i mrużąc swoje niebieskie oczy. Przyjrzała się dokładnie twarzy chłopaka. - Coś się stało? Wyglądasz na strapionego.

- Nie - odpowiedział natychmiast. - To tylko… studia. Mam ostatnio jakby… więcej pracy?

Zdawał sobie sprawę, że to była wyjątkowo słaba wymówka i dla jej uwiarygodnienia zaryzykował dramatyczne westchnięcie. Dziewczyna jeszcze przez kilka sekund obserwowała jego minę, po czym parsknęła śmiechem, potrząsając jasnymi lokami.

- Liam, ty naprawdę wziąłeś na siebie za dużo obowiązków. Powinieneś spuścić trochę pary, zrelaksować się, to by ci dobrze zrobiło. Przyjdź do mnie w piątek, urządzam małą imprezę dla najbliższych znajomych. Potańczysz, wypijesz i od razu poczujesz się lepiej.

Liam miał ochotę roześmiać się głośno. Nie, on zdecydowanie nie był typem człowieka, który dobrze się bawi w gronie nieznajomych, w zasadzie w ogóle nie lubił żadnych imprez. W liceum zdarzyło mu się pójść na jedną i cały wieczór spędził samotnie na fotelu, uśmiechając się niezręcznie zza swojej Pepsi i pragnąc zniknąć z powierzchni ziemi.

Już miał uprzejmie odrzucić zaproszenie, usprawiedliwiając się wyimaginowanymi egzaminami, kiedy przy blacie recepcji pojawili się Zayn z Harrym i chłopak stracił całą pewność siebie. Zamknął usta i w milczeniu przyglądał się Perrie, która przywitała się wylewnie z najmłodszym z nich, czochrając jego kręcone włosy.

- Naprawdę się w to wkręciłeś - powiedziała, wskazując na świeży tatuaż w formie gwiazdy, który zdobił wewnętrzną stronę ramienia Harry’ego i sąsiadował z kilkoma mniejszymi obrazkami*. - Z takim tempem pobijesz niedługo rekord zakładu, który wynosi dziewiętnaście tatuaży w cztery tygodnie.

- Boże, Perrs, nie zachęcaj go! Przez pół godziny wybijałem mu z głowy pomysł wytatuowania sobie kota bawiącego się kłębkiem wełny - jęknął Zayn, a Harry wywrócił oczami.

- Mówiłem ci, że miałby dla mnie wartość symboliczną. To nie byłby tak naprawdę kot i wełna!

- Jasne. A przy okazji nikt by cię już nie traktował poważnie.

- Hej - przerwała im Perrie, wymierzając Zaynowi kuksańca w bok. - Przestańcie się kłócić. Przez was nie usłyszałam odpowiedzi Liama, czy przyjdzie w piątek na moją imprezę. Liam?

Trzy pary oczu wbiły się w Payne’a, który poczuł gorąco na policzkach i spuścił spojrzenie na swoje dłonie. Cholera jasna, teraz nie mógł odmówić.

- Jasne, cz-czemu nie - powiedział nerwowo i natychmiast zrozumiał, że popełnił poważny błąd, bo Harry przechylił się nad ladą i poklepał go entuzjastycznie po plecach.

- Stary, to świetnie. Ja też tam będę - zawołał, a jego zielone tęczówki rozbłysły. Liam miał ochotę uciec z krzykiem. Nie ma co, zapowiadał się naprawdę okropny piątek.

***

Louis ominął grupkę tańczącą na środku salonu Perrie i skierował się do kuchni, gdzie otworzył lodówkę i wyjął z niej butelkę ciemnego piwa, a następnie zaczął rozglądać się za otwieraczem. Nie mogąc go znaleźć, zdecydował się oderwać kapsel za pomocą zwykłego noża i już miał to zrobić, kiedy powstrzymał go czyjś głos.

- Tego szukałeś? - Louis odwrócił głowę i ujrzał Harry’ego Stylesa opierającego się nonszalancko metr dalej o blat szafki, z wyciągniętym w jego stronę metalowym przedmiotem. - Proszę.

- Dzięki. - Chwycił otwieracz i jednym ruchem otworzył piwo, spijając szybko pianę, która zaczęła wypływać przez szyjkę butelki. Wymruczał pod nosem przekleństwo, wycierając mokrą dłoń w spodnie, a potem ponownie odwrócił się w kierunku młodszego chłopaka, który obserwował go zza własnej butelki alkoholu i uśmiechał się lekko.

- Zawsze o tym zapominam - westchnął, wskazując na plamy z piany na swoim swetrze. - Chyba przy otwieraniu za mocno trzęsę butelką. Przy okazji, jestem Louis.

- Wiem, pracujesz w salonie Zayna - odparł tamten, ściskając swoją wielką dłonią drobną dłoń Tomlinsona, który zastanawiał się, gdzie Harry poznał jego imię. Był pewny, że nie usłyszał go od niego, ale doszedł do wniosku, że to nie ma tak naprawdę większego znaczenia. - Ja jestem Harry.

- Wiem - odezwał się Louis i tym razem to Harry wygiął do góry brew. - Pokazałeś mi swój dowód, kiedy chciałeś zapisać się na wizytę, pamiętasz?

Styles skinął głową, pociągając ze swojej butelki i Louis poszedł w jego ślady. Przez chwilę żaden z nich się nie odzywał i w kuchni było słychać tylko przytłumioną muzykę dochodzącą zza ściany, kiedy Louis o czymś sobie przypomniał.

- Przyszedłeś tu ze swoim… eee, chłopakiem? - zapytał, wspominając dorosłego mężczyznę, który towarzyszył Stylesowi dwa tygodnie wcześniej, kiedy para przyszła do Malik Tattoos wykonać pasujące tatuaże, żeby upamiętnić rocznicę ich związku.

- Hmm? - Harry popatrzył na niego ze ściągniętymi brwiami, a potem jego twarz się wygładziła w nagłym zrozumieniu. - Nie. Nick jest w pracy. Przyszedłem sam.

- Szkoda - powiedział Louis i dodał dla wyjaśnienia: - Wydaje mi się po prostu, że skądś go znam. Gdyby tu był, mógłbym go o to zapytać.

Harry uśmiechnął się pod nosem, ukazując rząd równych, białych zębów.

- Słuchałeś kiedyś radia BBC 1? - zagadnął tonem, w którym brzęczała nuta rozbawienia.

- Jasne, który Brytyjczyk tego nie robił…

- Nick prowadzi tam poranną audycję.

Louis zamrugał w osłupieniu.

- Nick to ten Nick?! Nick Grimshaw? - zawołał i uderzył się otwartą dłonią w czoło. Jak mógł się wcześniej nie domyślić? Przecież Harry wyraźnie użył wtedy w salonie pseudonimu mężczyzny, nazywając go Grimmym. - Wow! Jak to się stało, że jesteście razem? To znaczy - poprawił się szybko, nie chcąc urazić młodszego chłopaka - on ma ze trzydzieści lat. I jest najpopularniejszym spikerem w Anglii. Jak…?

Harry wzruszył ramionami, nie przejmując się nietaktowną uwagą Tomlisnona.

- Poznaliśmy się na koncercie w Londynie i tak jakoś wyszło. To długa historia, ale mało ciekawa.

Louis nadal nie mógł wyzbyć się szoku, oszołomiony tym, że całkiem niedawno wziął Nicka Grimshawaza zwykłego pedofila, który wykorzystuje młodych chłopców. Grimmiego - faceta, który codziennie rano budził całą Wielką Brytanię. To było dziwne i Tomlinson postanowił czym prędzej wyrzucić to nieporozumienie z głowy, skupiając się na czym innym.

- Więc byłeś w Anglii? - podchwycił.

- Stary, przez osiemnaście lat mieszkałem w Holmes Chapel! - zaśmiał się Styles, odgarniając niesforne loki z czoła. - Nie słychać?

- Prawdę mówiąc, nie. - Louis był coraz bardziej zaciekawiony. Rozmawiali nie dłużej niż kwadrans, a Harry zdążył go już drugi raz zaskoczyć. Ile jeszcze tajemnic skrywał ten chłopak? - Może nie mówisz jak rodzony nowojorczyk, ale twój akcent z pewnością nie jest czysto brytyjski.

- Cóż, przeprowadziłem się prawie rok temu.

Louis zrozumiał, że Harry nie doda nic więcej i chociaż czuł, że za tymi słowami kryło się coś jeszcze, nie naciskał. Zamiast tego dopił do końca swoje piwo, wciąż nie mogąc oswoić się z usłyszanymi rewelacjami, i odstawił pustą butelkę na blat.

Nick Grimshaw, niesamowite.

- Przepraszam, Harry, ale obiecałem przyjacielowi, że zaraz do niego wrócę. Czeka na mnie w salonie. Jeżeli chcesz, możesz do nas dołączyć.

- Pewnie.

Opuścili kuchnię, wychodząc na korytarz prowadzący do głównego pomieszczenia mieszkania Perrie. W czasie ich nieobecności wiele osób połączyło się w dwójki i obściskiwało się teraz w zacienionych kątach, podczas gdy na samym środku pozostało tylko małe kółko złożone z tych najtrzeźwiejszych, którzy mieli jeszcze ochotę ruszać się w rytm muzyki. Nigdzie nie było jednak śladu Liama.

- Zostawiłem go na kanapie - wykrzyczał Louis do Harry’ego, wskazując palcem mebel pod przeciwległą ścianą, który został zawłaszczony przez czulącą się parę.

- Mógł wyjść do toalety - odparł chłopak. Tomlinson zgodził się z nim kiwnięciem głowy i miał zaproponować dołączenie się do tańczących, kiedy po drugiej stronie pokoju mignęła mu znajoma sylwetka Payne’a. Stanął na palcach, próbując wyśledzić jego kroki ponad głowami tłumu.

- Czekaj, jest tam. Zaraz go zgarnę.

Zanim zdołał go dogonić, Liam zniknął w bocznych drzwiach, które prowadziły prosto do przedpokoju i drzwi wyjściowych, gdzie chłopak narzucił na siebie kurtkę. Louis położył mu rękę na ramieniu i odwrócił w swoją stronę.

- Gdzie idziesz? - zapytał, zaniepokojony nienaturalną bielą skóry przyjaciela. - Impreza dopiero się rozkręca!

- Nie czuję się najlepiej - odpowiedział Liam słabym głosem i zasunął suwak swojej kurtki. - Przepraszam, Lou, ale nie dam rady dłużej tu zostać.

Rzeczywiście wyglądał na wykończonego i Louis podjął szybką decyzję o odprowadzeniu go do domu. Rezygnacja z całkiem niezłej imprezy zawsze była trudna, ale przecież nie mógł pozwolić, aby Liam wracał w tym stanie sam, zwłaszcza przy tak dużym mrozie.

- Okej, w takim razie idę z tobą - rzekł, cofając się. - Zaczekaj na mnie, dobrze? Muszę się pożegnać.

Liam przytaknął, przystając na wycieraczce. Louis wrócił do salonu, gdzie odnalazł Harry’ego otoczonego wianuszkiem rozchichotanych dziewczyn, którym najwyraźniej nie przeszkadzała jego orientacja lub po prostu nie wiedziały, że wolał mężczyzn. Przeprosił je i odciągnął chłopaka na bok, aby wyjaśnić mu w skrócie powód swojego niespodziewanego wyjścia.

- W porządku, nic się nie stało - powiedział Harry, a jego oczy zamigotały przyjaźnie.

- Miło było cię poznać, Harry. Cześć.

Okręcił się z zamiarem odejścia, ale delikatny dotyk na ramieniu przytrzymał go w miejscu.

- Louis?

Tomlison spojrzał na Harry’ego ze zdziwieniem.

- Tak?

- Nie miałbyś ochoty wyskoczyć gdzieś w ten weekend? Do pubu lub gdzie indziej… Wiesz, jako kumple.

Chłopak nie zastanawiał się długo nad odpowiedzią.

- Z przyjemnością. Przepraszam, ale naprawdę muszę już lecieć.

Harry wypuścił jego ramię i uśmiechnął się, a Louis ruszył w kierunku drzwi. Mijając kanapę mimowolnie zerknął na obściskującą się na niej parę, zatrzymując się raptownie na widok jasnych loków dziewczyny i ciemnej karnacji chłopaka, z którym była ciasno spleciona. Perrie i Zayn, kto by pomyślał. Louis pokręcił głową, uśmiechając się złośliwie na samą myśl o poniedziałku, kiedy to będzie miał możliwość dokuczania im o z powodu ich niespodziewanego randez vous po pijaku, a następnie przypomniał sobie o Liamie i czym prędzej dołączył do niego przy wyjściu.

- Już jestem. Chodźmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz