Święta minęły zdecydowanie za szybko i Liam nawet się nie spostrzegł, kiedy ponownie znalazł się pod Malik Tattoos, marznąc na ośnieżonym chodniku przed drzwiami, jakby wcale nie minął tydzień, a zaledwie dzień odkąd po raz ostatni je zamykał. Wspomnienia z tamtego wieczora były tak samo świeże i paliły jego wnętrzności nieprzerwanym ogniem wstydu, a im bardziej starał się je wyrzucić z głowy, tym uporczywiej wypływały na wierzch, przypominając mu o trzech słowach, których nigdy nie powinien był wypowiedzieć.
Kocham cię, Zayn.
Liam zacisnął powieki, starając się odepchnąć atak histerycznego śmiechu, który zaczął formować się w dole jego gardła, gdy tylko wyobraził sobie moment ponownego spotkania z chłopakiem. Nie miał pojęcia, jak powinien się zachować, co powiedzieć i czego oczekiwał po nim Zayn, o ile w ogóle czegokolwiek oczekiwał. Może uznał, że skoro Liam przez tydzień nie dał znaku życia, unikając wszelkich miejsc, w których mogliby na siebie wpaść, sprawa jest skończona i nie ma sensu się nią przejmować. Ich pocałunek także nie był tym, czym Payne myślał, że był - Zayn miał po prostu wątpliwości względem swojej orientacji i chciał je rozwiać przy pomocy cichego współpracownika-geja. Pech chciał, że akurat ten jeden podwładny był zakochany w swoim szefie i kiedy doszło do zbliżenia, stracił kompletnie głowę ze szczęścia, wyznając od razu swoje głęboko skrywane uczucia.
Myśląc o tym teraz, Liam bał się przede wszystkim tego, że Zayn zacznie go inaczej traktować. Pół biedy, gdyby go ignorował i przeszedł nad wszystkim do porządku dziennego. Liam byłby jeszcze w stanie to znieść i przystosować się do nowego stanu rzeczy. Tym, czego najbardziej się obawiał ze strony Zayna było jednak potraktowanie go jak kogoś, kto w każdej chwili może się załamać, więc trzeba obchodzić się z nim z jak największą ostrożnością i uważać na wszystko, co mogłoby zostać przez niego opacznie odebrane - żadnych uścisków dłoni, uśmiechów, czegokolwiek, żeby tylko nie pomyślał, że Zayn jednak zmienił zdanie. A przecież on doskonale zrozumiał za pierwszym razem - Malik go nie kocha i nie ma szans, aby to się zmieniło.
Właśnie dlatego stał na mrozie, wlepiając spojrzenie w przeszklone drzwi Malik Tattoos i przeciągając moment wejścia do granic możliwości. Nie był w stanie spojrzeć Zaynowi w twarz i znaleźć w niej współczucia, zażenowania, litości, rozbawienia i niezręczności, które z pewnością tam będą, utwierdzając Liama w przekonaniu, że jest beznadziejny i nic niewarty. Jego nerwy były w strzępach, zmęczone ciągłym zamartwianiem się i walką z emocjami, z którymi nie miał już siły sobie radzić, a świadomość tego, że Zayn przez ten cały czas prawdopodobnie nie poświęcił jego osobie pojedynczej myśli, zajęty godzeniem się z Perrie, była niczym wisienka na torcie jego goryczy. Wcisnął ręce głębiej w kieszenie i postanowił zachować się po męsku. Wejdzie, przywita się z Zaynem, a jeżeli będzie to konieczne, odbędzie z nim najgorszą rozmowę w swoim życiu, zapewni go, że wszystko jest w porządku, a potem zajmie się pracą. Właśnie tak. Musi tylko zacząć z powrotem oddychać i wyciągnąć rękę, by chwycić za klamkę.
Klamka stała się nagle czymś nieosiągalnym, jakby uchylenie drzwi równało się wypuszczeniu na wolność potwora. To śmieszne - pomyślał Liam, przestępując z nogi na nogę, gdy kolejne minuty mijały, a on ciągle tkwił w miejscu, rozdarty między sprzecznymi uczuciami. - Ty jesteś śmieszny i głupi. Stało się, Zayn wie, i co z tego? Miliony ludzi zakochało się w niewłaściwych osobach i jakoś żyją, więc ty też dasz radę. Otwórz te przeklęte drzwi i miejmy to wszystko za sobą.
- Z kim rozmawiasz, Liam? - Nieoczekiwanie, tuż zza jego pleców, rozległ się ciepły głos, uświadamiając Liamowi, że nieopatrznie powiedział to wszystko głośno. Odwrócił się z bijącym sercem, czując potężną falę ulgi na widok jasnowłosego Nialla, który uśmiechał się nieznacznie jednym kącikiem ust, a w jego oczach była tylko czysta ciekawość. Żadnego współczucia, żadnego zdziwienia, zwykłe zainteresowanie.
- Niall! - wydyszał słabo, pozwalając emocjom przejąć całkowitą władzę nad samym sobą. - Boże, jak dobrze, że jesteś. Nie mogę tam wejść, po prostu nie mogę.
Spojrzenie Nialla powędrowało do niewielkiego szyldu z nazwą zakładu, pod którym się znajdowali i twarz chłopaka przecięło nagłe zrozumienie, kiedy powiązał miejsce z odpowiednią osobą.
- Oczywiście, że możesz - powiedział spokojnie, podchodząc trochę bliżej. - Dasz radę, wiem o tym.
Liam pokręcił głową. Jego szczęka drżała niebezpiecznie i nie chciał rozpłakać się na środku zatłoczonego chodnika.
- A co jeśli Zayn mnie wyśmieje? - zapytał gorączkowo, zginając plecy na tyle, by uniemożliwić przypadkowym przechodniom podsłuchanie ich rozmowy. - Co jeżeli myśli, że jestem żałosny i powiedział wszystkim o tym, co się stało? Nie mogę tam wejść… Może zadzwonię do Perrie i powiem, że złamałem nogę? Albo naprawdę złamię nogę i lekarze zakażą mi chodzenia na dwa tygodnie, więc nie będę musiał tu wracać przed powrotem do Anglii? Wystarczy pośliznąć się na jednej z tych…
- Liam - przerwał mu Niall, zdejmując rękawiczki i zaciskając dłonie na jego barkach. - Nie możesz wyjechać bez pożegnania. Musicie sobie wszystko wyjaśnić, inaczej nie będziesz mógł ruszyć dalej. Nie zakładaj z góry najgorszych rzeczy.
Miał oczywiście rację, Liam dobrze o tym wiedział, jednak zawsze łatwiej doradzić komuś coś takiego, niż zrobić to samemu.
- Chodź ze mną - poprosił go więc, wpatrując się z nadzieją w niebieskie tęczówki przyjaciela. - Proszę.
I Niall bez sprzeciwu czy zbędnych pytań poszedł, obejmując jego dłoń swoimi ciepłymi palcami.
***
Sześć godzin później znaleźli się w jednej z nowojorskich restauracji McDonald’s, w ciszy siedząc naprzeciwko siebie przy stoliku - Niall był zajęty pochłanianiem swojego powiększonego zestawu z podwójnymi frytkami, a Liam wciąż nie mógł dojść do siebie po rozmowie z Zaynem. Co prawda odbyła się w inny sposób, niż przewidywał Payne, ale i tak było dziwnie. Niekoniecznie lepiej.
- Przynajmniej wiesz, na czym stoisz - odezwał się nagle Niall, najwyraźniej zmęczony grobowym milczeniem towarzysza. Wytarł usta serwetką i wrzucił ją do papierowego pudełka po swoim Big Macu.
- To, że Zayn nie lubi mnie w ten sposób, wiedziałem już wcześniej - odparł Liam kwaśno, mieszając słomką swojego shake’a, którego nawet nie spróbował z obawy, że jego żołądek z nerwów nie utrzyma żadnego pokarmu.
- To prawda - zgodził się Niall. - Ale to nie znaczy, że Zayn cię nie chce. Moim zdaniem zdecydowanie nie przypadł mu do gustu widok naszych splecionych rąk. Był ewidentnie zazdrosny.
Brwi Liama podskoczyły do góry na tę nieoczekiwaną rewelację, gdyż niczego podobnego nie zauważył.
- Nie sądzę… - zaczął, nie chcąc sobie zbyt szybko robić nadziei. - Nie, Niall, coś ci się pomyliło. Zayn głośno i wyraźnie powiedział, że woli dziewczyny.
Blondyn oparł łokcie na blacie stolika i przekrzywił głowę.
- Możemy to łatwo sprawdzić - powiedział, a następnie zaproponował Liamowi coś, przez co chłopak o mało nie spadł z krzesła.
***
Pakowanie się przed wyjazdem zawsze sprawiało Louisowi ogromne problemy, zwłaszcza wtedy, gdy nie wiedział, co powinien ze sobą zabrać. Wystarczą zwykłe jeasny, czy może oczekiwano po nim elegantszego stroju? T-shirt w paski, a może koszula zapinana na guziki? Byłoby łatwiej, gdyby Harry mu powiedział, jak dokładnie będzie wyglądał Sylwester w domku Nicka Grimshawa za miastem, ale nastolatek zawiódł w tej kwestii na całej linii.
- Weź to, w czym czujesz się najlepiej - poradził mu, nie odrywając wzroku od ekranu przenośnego telewizora, który przywiózł ze sobą razem z konsolą Playstation. - Nikt nie będzie zwracał na to uwagi. No, może poza Alexą, ale ona jest modelką, więc zawsze komentuje ubiór innych. Dopóki jednak nie wyglądasz jak bezdomny, nie będzie się za bardzo czepiać.
- Świetnie - mruknął Louis, jeszcze raz przeglądając uważnie zawartość swojej szafy. - Jak wielu sławnych ludzi tam będzie?
- Nie wiem, kilku - odparł nieuważnie Harry, mieląc w ustach przekleństwo, gdy postać, którą kierował, właśnie została zastrzelona przez ukrytego snajpera. - No nie, będę musiał zaczynać od początku! - Odrzucił od siebie joystick, przetaczając się na brzeg łóżka, by zejść na podłogę.
- Jedna przegrana i już się poddajesz? - zwrócił się do niego Tomlinson, lekko rozbawiony jego nadąsaną miną. - To tylko gra.
Harry zignorował to stwierdzenie, obchodząc na wpół wypełnioną walizkę i kucając przy stosie ubrań „do ewentualnego zabrania”.
- Te emocje zrozumieją tylko gracze - oświadczył, grzebiąc w świeżo wypranych koszulkach (Louis wreszcie pamiętał, aby zrobić gruntowne pranie wszystkich swoich rzeczy). - Nie zrozumiesz, dopóki sam nie zaczniesz grać. A tej misji nie mogę przejść od dawna, zawsze przegrywam w tym samym miejscu i powoli zaczyna mnie to wkurzać.
Louis zrezygnował z powiedzenia czegoś w stylu „gry to potworna strata czasu”, zamiast tego obserwując poczynania młodszego chłopaka, który przerzucał jego ubrania, oglądając po kolei każdą sztukę. W końcu się wyprostował, dzierżąc w ręce bordowy materiał.
- Jeżeli nie wiesz, co ze sobą wziąć, weź to - rzekł, wręczając zaskoczonemu Louisowi jedną z jego mniej lubianych koszulek, którą zakładał tylko pod coś cieplejszego. Rozłożył ją, marszcząc z powątpiewaniem nos.
- Nie mam nic do twojego gustu, Harry - odezwał się po sekundzie. - Ale nie będę w tym dobrze wyglądał.
Po twarzy Stylesa przebiegł uśmiech.
- Załóż ją, Lou.
Louis westchnął i bez przekonania rozsunął suwak swojej bluzy, nie tylko dlatego, że Harry mu tak nakazał, ale głównie po to, by chłopak przekonał się na własne oczy, kto ma rację. Rozebrał się i wciągnął przez głowę czerwoną koszulkę, która natychmiast przylgnęła do jego klatki piersiowej niczym druga skóra. Nie narzekał na swoją sylwetkę, ale ubierając takie rzeczy zawsze czuł się grubo. Wygładził materiał na brzuchu.
- A nie mówiłem? - rzucił w przestrzeń pokoju. - Jest za ciasna.
Złapał dół bluzki, mając zamiar z powrotem ją zdjąć, ale wielkie dłonie unieruchomiły jego nadgarstki, uniemożliwiając mu wykonanie potrzebnego ruchu. Harry odciągnął na bok ręce Louisa i popchnął delikatnie jego plecy, kierując ich obu w stronę lustra po wewnętrznej stronie drzwi od szafy. Zatrzymali się jeden za drugim i Tomlinson wyraźnie czuł ciepło drugiego ciała na swoich łopatkach, chociaż wcale się nie dotykali.
- Spójrz tylko na siebie - powiedział cicho Harry, łapiąc w lustrze spojrzenie przyjaciela. - Wyglądasz oszałamiająco.
Louis przejechał wzrokiem po swoim odbiciu, nie znajdując w nim niczego, co można było nazwać „oszałamiającym”, więc pokręcił głową.
- Nie, wyglądam, jakbym kupił za małą koszulkę - poprawił go. - W kwestii pakowania będę chyba zdany wyłącznie na siebie.
- Wierz mi, Lou, że ubierając się tak w Sylwestra na pewno znajdziesz dziewczynę, którą będziesz mógł pocałować o północy. - Ręce Harry’ego otarły się o wyeksponowane ramiona Tomlinsona. - Będziesz miał masę kandydatek - z jakiegoś powodu ten lekki dotyk sprawił, że Louis zamarł w bezruchu, obserwując w lustrze usta przyjaciela, które poruszały się tuż przy jego prawym uchu - gotowych dosłownie na wszystko, aby wyciągnąć cię z kryzysu i udowodnić, że wcale nie przestałeś lubić ich zaokrąglonych piersi. Rzucą się na ciebie jak wygłodniałe kotki, może nie będziesz musiał ograniczyć się do jednej… Wyobraź to sobie. Wielkie łóżko w pokoju gościnnym, ty i masa pijanych dziewczyn, jedna gorętsza od drugiej, a przed wami cała noc.
- Harry - upomniał go Tomlinson lekko rozkojarzonym głosem. - Nie mów tak.
- Wyobraź to sobie - powtórzył z uporem młodszy chłopak i w głowie Louisa pojawił się żądany obraz, chociaż przedstawiał się nieco inaczej. Przede wszystkim, nie było na nim ani jednej dziewczyny. - Wszystkie natychmiast zrobią się mokre, gdy tylko zobaczą to - palce przejechały po biodrze Louisa - oraz to - przeniosły się wyżej, na napięte mięśnie brzucha - a także to, to i to. - Zahaczyły o przedramiona, linię obojczyka i szyję. - Będą błagać, byś pozwolił im się dotknąć.
Mina Harry’ego w lustrze była trudna do odczytania, ale ze sposobu, w jaki jego zielone oczy wpatrywały się w profil Louisa można było wywnioskować, że jest całkowicie pewny swoich słów. Nagle przestrzeń pomiędzy nimi stała się niewystarczająca, aby poprawnie oddychać, a temperatura powietrza podskoczyła do góry i na policzkach Tomlinsona pojawiły się różowe wypieki, które mógł zobaczyć w swoim odbiciu; ręka Harry’ego nadal poruszała się po zakrzywieniu jego szyi, powoli do góry i dół.
- Jak na zdeklarowanego geja wiesz bardzo dużo o dziewczynach - wychrypiał Louis, odchrząkując.
- To dlatego, że mamy coś wspólnego - odparł Harry, owiewając gorącym oddechem kark przyjaciela. - Mi też podobają się mężczyźni.
Louis zastanawiał się, czy nastolatek zdaje sobie sprawę, co robi. Najpierw mówi o jego kryzysie i tym, że to stan przejściowy, bo tak naprawdę wcale nie zaczął lubić chłopców, a potem dotyka go w niemal intymny sposób, szepcąc do ucha niskim głosem i…
Harry odsunął się, zanim Louis zdążył dokończyć myśl i starszy chłopak prawie jęknął w proteście, w ostatniej chwili gryząc się w język. Usłyszał skrzypnięcie materaca i kiedy z telewizora napłynęły odgłosy strzelaniny zrozumiał, że Harry jak gdyby nigdy nic wrócił na łóżko, podejmując przerwaną grę. Z kolei on sam nie za bardzo pamiętał, jak poprawnie porusza się nogami, nie mówiąc już o wykonywaniu bardziej skomplikowanych czynności.
I prawdopodobnie właśnie w tamtej chwili w pełni sobie uświadomił, że jemu też podobają się mężczyźni. Lub ostatecznie tylko jeden, który w dodatku był poza jego zasięgiem.
A na imię mu było Harry pieprzony Styles.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz