Louis obudził się nagle, z uczuciem niewyjaśnionego niepokoju i zdezorientowania. Rozchylił powieki, wystawiając zmęczone oczy na działanie ostrego światła dnia i z jękiem natychmiast je zamknął, przekręcając się na brzuch, żeby ukryć twarz w poduszce. Dopiero po dłuższej chwili uświadomił sobie, że to dźwięk dzwoniącej komórki wyrwał go ze snu, oraz że telefon nadal brzęczy gdzieś pod nim, ale nie wykonał najmniejszego ruchu by odebrać. Miał cichą nadzieję, że ktokolwiek właśnie próbował się z nim skontaktować, zrozumie aluzję i poczeka z rozmową do jakiejś łaskawszej godziny. Najwyraźniej jednak ten ktoś był na tyle zdeterminowany, aby dzwonić do skutku. Gdy intro piosenki rozpoczęło się po raz czwarty, Louis poddał się i z westchnięciem przeturlał na skraj materaca, zaglądając pod łóżko, gdzie znalazł swoje ubrania z poprzedniego dnia, skotłowane i zwinięte w kłębek. Z kieszeni jeansów wyciągnął wibrującą wściekle komórkę. Zdziwił się, widząc jarzące się na wyświetlaczu imię.
Opadł z powrotem na plecy i nacisnął zieloną słuchawkę.
- Wreszcie! - Głos po drugiej stronie linii był zachrypnięty od zbyt dużej ilości alkoholu, którą jego właściciel wlał w siebie zeszłej nocy, oraz bardzo, bardzo zirytowany. - Kurwa, ile można czekać na podniesienie pieprzonej komórki?! Zostawiłeś ją na jebanym dworze, czy gdzie?
- Ciebie też miło słyszeć, Zayn - odparł Louis przez zęby, drapiąc się po nagiej klatce piersiowej.
- Dzwoniłem siedem razy - warknął Zayn, ignorując jego sarkazm. - SIEDEM. Po co ci telefon, skoro go nie odbierasz?!
- Przepraszam, spałem. W razie, gdybyś nie zauważył, jest sobota rano i zwykle…
- Więc wstawaj - przerwał mu chłopak. - Za pół godziny widzę ciebie i Liama w studiu, sam nie poradzę sobie z tym chaosem. - Ze słuchawki wyleciał potok bardziej lub mniej ordynarnych słów. - Louis, po prostu rusz swój tyłek i przyjedź. Potrzebuję was dzisiaj studiu.
Był weekend, a w weekendy ani Louis, ani Liam nie pracowali w Malik Tattoos, ponieważ sprawami organizacyjnymi zakładu zajmowała się wtedy Perrie, dlatego nagły telefon Zayna oraz jego podły humor zaniepokoiły Tomlinsona na tyle, by rzucić w niepamięć niestosowne zachowanie chłopaka i wykazać choć odrobinę empatii.
- Wiesz Zayn, jeżeli prosisz kogoś o pomoc, powinieneś być dla tej osoby troszeczkę milszy - powiedział, zwlekając się z łóżka. Jak się okazało, miał na sobie tylko długie spodnie od piżamy. Wzdrygnął się, kiedy chłodne powietrze zetknęło się z nagą skórą jego ramion. Westchnął, podnosząc z podłogi starą koszulkę z logiem swojego londyńskiego uniwersytetu, którą zaczął wciągać przez głowę, jednocześnie mówiąc do telefonu. - Co jest, Perrie nie nadąża na recepcji?
Zayn milczał przez krótką chwilę, a kiedy odpowiedział, brzmiał na wykończonego.
- Wzięła wolne. Ona… cóż, pokłóciliśmy się i w rezultacie nie mam teraz nikogo do pomocy. Za ile możecie tutaj być?
- Nie wiem, czy Liam przyjdzie, chyba jest chory. - Poprzedniego wieczora, kiedy wychodzili z imprezy u Perrie, Liam wyglądał dość niewyraźnie i Louis nie zdziwiłby się, gdyby Payne nie dał rady wstać. - Zaraz sprawdzę, jak on się czuję. W każdym razie ja powinienem być za pół godziny, chyba że będą korki, wtedy zejdzie mi się trochę dłużej. - Louis wyciągnął z szuflady ostatnią parę świeżej bielizny i zaczął rozglądać się po pokoju w poszukiwaniu czegoś, co byłoby na tyle czyste, aby móc się w to ubrać. Jego garderoba rozpaczliwie domagała się wielkiego prania. - Zayn, wszystko spieprzyłeś, prawda?
Perrie nigdy nie brała wolnego bez powodu, więc nagła nieobecność dziewczyny musiała być spowodowana tylko tym, co wydarzyło się w nocy po imprezie. Louis pamiętał, jak tuż przed jego wyjściem ona i Zayn obściskiwali się pijani na kanapie, a robili to w taki sposób, że nawet najbardziej perwersyjny obserwator w końcu zasugerowałby im przeniesienie się do sypialni, co najprawdopodobniej zrobili. A gdyby Tomlinsonowi przyszło postawić na to, czyją winą była poranna sprzeczka kochanków, bez wahania wskazałby Zayna.
- Wiesz o tym? - jęknął Zayn i zaraz potem dodał: - Nieważne. Nie jestem typem partnera, a ona doskonale zdaje sobie z tego sprawę. - To wszystko wyjaśniało. Zayn nawet nie próbował zaprzeczać, co tylko utwierdziło Louisa w przekonaniu, że atmosfera pomiędzy dwójką jego pracodawców, a jednocześnie dobrych znajomych, będzie przez najbliższy czas napięta. Delikatnie mówiąc. Praca z nimi będzie katorgą. - Kurwa, to nie powinno było się wydarzyć.
- Ale zdarzyło się, a ty jesteś nieczułym draniem, Malik - stwierdził Louis, przewieszając sobie przez ramię ubrania, które nadawały się jeszcze do założenia. - Jak mogłeś jej to zrobić? To twoja przyjaciółka.
- Słuchaj, nie chcę o tym rozmawiać, rozumiesz? Kurwa! Po prostu… zostaw to. I przyjdź jak najszybciej, sam lub z Liamem, jest mi już wszystko jedno!
Po tych słowach Zayn przerwał połączenie, a Louis rzucił telefon na łóżko i ruszył na poszukiwanie Liama, po drodze kręcąc z dezaprobatą głową.
***
Wiadomość, że romans Zayna i Perrie ograniczył się do jednorazowej przygody, poprawiła nieco humor Liama, który zdecydował się pojechać z Louisem do Malik Tattoos, przekonując wcześniej przyjaciela, iż jego wczorajsze złe samopoczucie było tylko chwilową niedyspozycją. Nie zdradził, co było jej powodem, a Louis nie drążył tematu i pozwolił mu w spokoju dojść do siebie, więc przekraczając próg studia tatuażu, Liam był zdolny przywołać na twarz cień uśmiechu. Przecież wszystko miało być tak, jak do tej pory. Praca nadal będzie całym światem Malika, w którym nie ma miejsca na związki z pięknymi blondynkami, dzięki czemu Liam wciąż będzie mógł udawać, że obiekt jego potajemnych westchnień jest niedostępny dla wszystkich, a nie tylko dla niego.
Nie był jednak przygotowany na to, co spotkało go chwilę po tym, jak wyszli z Louisem z zaplecza, gdzie zwykle zostawiali swoje rzeczy. Zayn zatrzymał ich bowiem na korytarzu i, unikając z jakiegoś powodu wzroku Tomlinsona, wyznaczył im inne niż zwykle miejsca pracy, przydzielając Liamowi stanowisko swojego asystenta.
- Perrie ma wolne, więc ja muszę się zająć jej klientami - mówił z roztargnieniem, pocierając szczękę, na której pojawiły się pierwsze oznaki porannego zarostu, i prowadząc Payne’a do oddzielnego gabinetu Edwards. Zdawał się nie zauważyć paniki, która wstąpiła na twarz Liama. - Czeka nas dzisiaj kilka przekłuć, nic skomplikowanego, ale potrzebuję cię, abyś przytrzymywał mi potrzebne narzędzia.
- Może byłoby lepiej, gdybyś wziął Louisa… - zasugerował słabo, próbując wyrzucić z głowy zwrot „potrzebuję cię”, który nie znaczył przecież tego, co jego nadgorliwy umysł próbował na siłę mu wmówić. Zayn potrząsnął przecząco głową.
- To nic trudnego, po prostu będziesz stał obok i podawał mi rzeczy, o które cię poproszę. Każdy da sobie z tym radę. Chodź.
Liam nie dyskutował dłużej, stremowany niecodzienną bliskością, z jaką dłoń Zayna kołysała się obok jego własnej, kiedy szli ramię w ramię do pokoju zabiegowego. Wiedział, że to był zły pomysł, jednak liczył na to, że może wytrzyma, jeżeli tylko nie będzie patrzył bezpośrednio na przekłuwane miejsca.
Trzy pierwsze zabiegi, ku uldze Liama, zleciały szybko i były pozbawione rozlewu krwi czy przesadnych krzyków, bo chociaż Zayn nie był tak doświadczonym piercerem jak Perrie, wykonywał swoją pracę dokładnie i bez wahania. Jego profesjonalizm uspokajał klientów, którzy wychodzili z salonu bogatsi o metalową ozdobę w łuku brwiowym lub wardze i Liam znacznie się odprężył. Mogło być gorzej, pomyślał z ulgą, wołając do gabinetu kolejną dziewczynę. Była trochę starsza od niego, ciemnowłosa i wyglądała jak typowa „córeczka tatusia”. Zayn zadał jej kilka standardowych pytań i polecił usiąść spokojnie na krześle, a sam rozpakował parę jednorazowych szczypiec, które, w opinii Liama, wyglądały nieco przerażająco.
- Ale się denerwuję - zaśmiała się szatynka, śledząc ruchy Malika. - Mój chłopak powiedział, że nigdy się na to nie odważę, więc postanowiłam mu udowodnić, że się myli. Nie wie, że tu jestem. To tak na wszelki wypadek, gdybym jednak zmieniła zdanie. - Odwróciła głowę w stronę Liama. - Mogę potrzymać cię za rękę? Poczułabym się lepiej.
Liam zawahał się. Musiałby stanąć dużo bliżej, tuż przy niej, a przez to nie uniknąłby patrzenia na igłę. Z drugiej strony, mógłby zamknąć oczy.
- Oczywiście - odpowiedział, stając nad nią. Ciepła dłoń dziewczyny otoczyła jego nadgarstek i przez chwilę było słychać tylko ciche brzęczenie radia. Liam zamknął oczy, podtrzymując tacę z kolczykiem i igłą na wyciągnięcie ręki Zayna, który użył szczypiec do przytrzymania języka klientki. Mimo że tego nie widział, Payne doskonale wiedział, kiedy igła przebijała język dziewczyny, ponieważ jej długie paznokcie wbiły się w skórę na wierzchu jego dłoni i musiał zacisnąć zęby, żeby nie syknąć z bólu.
- I po wszystkim - rozległ się wyprany z emocji głos Zayna, a ręka Liama została uwolniona. Uniósł powieki. Jego wzrok automatycznie powędrował do świeżo założonego kolczyka, który połyskiwał na tle zaczerwienionego języka. Szatynka coś powiedziała, a spod srebrnej kulki wypłynęło kilka kropel krwi i… Świat wokół Liama zawirował, jego kończyny zdrętwiały i chłopak zemdlał.
***
- Liam. Liam!
Liam otworzył oczy i ujrzał nad sobą piękną twarz Zayna, który przypatrywał mu się z zaniepokojoną miną, kucając przy jego boku. Ciemnowłosa dziewczyna i jej krwawiący język szczęśliwie zniknęli, więc chłopak podniósł się do pozycji siedzącej, rozmasowując pulsujące skronie. Szumiało mu w uszach i czuł towarzyszące podobnym sytuacjom oszołomienie, ale najbardziej dezorientowała go dłoń Zayna spoczywająca na jego ramieniu. Gest miał w domyśle pomóc mu się uspokoić, jednak zadziałał dokładnie odwrotnie. Tętno Payne’a przyspieszyło i chłopak zamarł, wpatrując się w swoje kolana.
- Czemu nie powiedziałeś, że boisz się krwi? - zapytał Zayn. Jego głos nie brzmiał już tak smutno, jak wcześniej. - Gdybym wiedział, nie zmusiłbym cię do patrzenia.
Liam mruknął coś pod nosem, niezdolny do wypowiedzenia czegokolwiek głośno. Nigdy wcześniej nie był tak blisko Zayna i nigdy wcześniej nie dotykał żadnej części jego ciała, a teraz ciepło dłoni Malika zdawało się parzyć przez koszulę jego skórę, chociaż w rzeczywistości był to dotyk lekki jak piórko.
- Cóż, to był ostatni klient Perrie, więc możesz wrócić do domu - odezwał się ponownie Malik i pomógł mu stanąć na nogach. Liam skrzywił się lekko, ponieważ gwałtowny ruch wywołał ból w jego poobijanych żebrach, ale zapomniał o nim w chwili, kiedy dłoń Zayna przeniosła się z jego ramienia na twarz. Zamrugał szybko, zaskoczony, a palące policzki uświadomiły mu, że oblał się głębokim rumieńcem. Poczuł się głupio.
- Co robisz? - wyrzucił z siebie, kiedy opuszki cudzych palców omiotły jego czoło, a on usilnie starał się nie pochylić do przodu i nie wtulić w ciepłą dłoń. Nie chciał sobie robić nadziei, że… Bo przecież Zayn był hetero. Nie dotykał go w ten sposób.
- Masz małe zadrapanie nad brwią - odparł Zayn, muskając odpowiednie miejsce. - Nie zdążyłem cię złapać na czas i zahaczyłeś o krzesło, ale ślad powinien zniknąć w ciągu tygodnia. Wszystko już w porządku?
Odsunął się, a Liam skinął głową, chociaż nic nie było w porządku. Nie było w porządku, że czuł to, co czuł i nie mógł nic z tym zrobić. Nie było w porządku, że w towarzystwie Zayna nigdy nie wiedział, co powiedzieć lub jąkał się i rumienił. Był tym wszystkim tak strasznie zmęczony. Ale nie skarżył się, bo w końcu już dawno pogodził się z faktem, że Malik nie jest gejem, choć czasem przed snem układał sobie w głowie różne nieprawdopodobne scenariusze, w których Zayn doznaje nagłego olśnienia, zakochuje się w Liamie i chłopcy żyją długo i szczęśliwie. Albo że ma tyle odwagi, aby zrobić pierwszy krok i wszystko zmienić…
- W takim razie do zobaczenia w poniedziałek - rzekł Malik, patrząc na niego spod długich rzęs.
A może nadszedł właśnie ten moment? Moment w którym ma szansę coś zrobić i wziąć los w swoje ręce?
Wypuścił drżący oddech i zanim odwaga zdążyła go opuścić, doskoczył do Zayna. Chwycił zaskoczonego chłopaka w ramiona, szepcząc mu do ucha szybkie „Tak mi przykro z powodu Perrie. Ale wszystko będzie dobrze, Zayn, naprawdę. Nie bądź smutny.”, a potem czmychnął z pokoju, nie oglądając się za siebie.
***
Louis pchnął drzwi i wszedł do zatłoczonego pubu, stojącego na rogu dwóch ulic otaczających Central Park. W telewizji musieli puszczać dzisiaj jakiś mecz, ponieważ wnętrze wypełniała masa kibiców ubranych w białe koszulki z logiem Jankesów, którzy w napięciu wlepiali wzrok w teleodbiornik, i chłopak miał spore problemy, aby wypatrzeć wśród nich lokowaną czuprynę Harry’ego. Dostrzegł go jednak w odległym kącie sali, więc powoli zaczął przeciskać się pomiędzy stolikami, co chwilę przepraszając właścicieli stóp, na które niechcący nadepnął, a kiedy dotarł w końcu na miejsce, opadł z ulgą na ławeczkę.
Harry posłał mu uśmiech i popchnął w jego stronę kufel z piwem.
- Nie wiedziałem, jakie lubisz, więc wziąłem to, co dla siebie. Chciałem ci zaoszczędzić ponownego przedzierania się do baru.
Louis odwzajemnił uśmiech, ściągając z siebie kurtkę, a potem pociągnął łyk alkoholu, który okazał się mocniejszy niż zwykł pijać.
- Dzięki, jest w porządku - odparł, zlizując pianę, która osiadła mu nad górną wargą. - Nie sądziłem, że wczoraj mówiłeś poważnie. Skąd miałeś mój numer?
Harry zadzwonił do niego kilka godzin wcześniej z propozycją spotkania, na którą Louis chętnie przystał, nie mając żadnych innych planów na wieczór.
- Od Zayna, chociaż on pewnie nie pamięta, że mi go dał. Nie masz nic przeciwko?
- Jasne, że nie. Sam powinienem ci go dać, ale najwyraźniej zapomniałem - przerwał, by się napić. - Czyli… zostałeś do końca imprezy? - Harry pokiwał twierdząco głową, odchylając się na oparcie ławki. Louis zwietrzył możliwość wyciągnięcia z niego informacji o tym, co zaszło pomiędzy dwójką jego przyjaciół i postanowił ją wykorzystać. - Jak ci się udało go złapać? Gdy wychodziłem był dosyć zajęty…
Harry wzruszył ramionami, uśmiechając się lekko pod nosem, jakby wspomnienia z ostatniej nocy były dla niego naprawdę zabawne.
- Powiedzmy, że spełniłem haniebną rolę przyzwoitki - powiedział, a kiedy Louis uniósł brwi, wyjaśnił. - Zaczęli się rozbierać na kanapie, więc zaprowadziłem ich do sypialni, żeby przypadkiem nie zaczęli się pieprzyć przy wszystkich w salonie. To był naprawdę śmieszny widok, gdy próbowali tak wyplątać się ze swoich objęć, aby nie pokazać za dużo szczegółów, chociaż brak stanika Perrie i rozpięta koszula Zayna mówiły same za siebie. Dobrze, że mało kto zwracał na nich uwagę. W każdym razie zapytałem o twój numer i bardzo szybko go dostałem, abym tylko sobie poszedł. Jak sam powiedziałeś, byli dosyć zajęci.
- Jezu - Louis wymamrotał w swoje piwo, zdegustowany. Żałował, że w ogóle zapytał. Wolałby żyć w słodkiej niewiedzy o kompromitującym zachowaniu przyjaciół. - Mają u ciebie spory dług.
- Prawda? - Uśmiech Harry’ego się poszerzył. - Kiedyś to wykorzystam.
W tym momencie wnętrze pubu wypełnił oburzony ryk kibiców sportowych, pomstujących na sędziego, który był niesprawiedliwy dla jednego z zawodników ich drużyny. Louis uchylił się przed czymś, co pojawiło się znienacka przed jego twarzą i poszybowało mu nad głową, uderzając w ścianę za Harrym. Styles jednym ruchem dokończył swój alkohol i pochylił się nad stołem, aby przekrzyczeć hałas.
- Chodźmy stąd.
Louis natychmiast się zgodził, odstawiając na bok pusty kufel. Czym prędzej opuścili bar, wychodząc na chłodne powietrze ulicy, wzdłuż której zaczęli spacerować, a kolorowe neony klubów rzucały na śnieg roztańczone smugi światła.
- Co teraz? - zapytał Louis, wciskając zmarznięte ręce do kieszeni kurtki. - Nie znam miasta i nie wiem za bardzo, gdzie możemy pójść.
Harry rozejrzał się wokół, myśląc nad odpowiedzią, a potem jego twarz się ożywiła.
- Och, mam świetny pomysł. Chodź!
Przebiegli przez przejście dla pieszych i Tomlisnon ze zdziwieniem zauważył, że weszli do Central Parku. Rzucił chłopakowi pytające spojrzenie, ale Harry tylko się uśmiechnął, niemo każąc mu uzbroić się w cierpliwość. W ciszy przemierzyli park, aż dotarli do rozległej polany, którą w lecie mieszkańcy Nowego Roku wykorzystywali do odpoczynku i zabawy na trawie, a zimą zamieniona została w…
- Lodowisko? - zawołał ze śmiechem Louis, odwracając się do Harry’ego, kiedy stanęli przy metalowej barierce i zaczęli obserwować dzieci szalejące na tafli. - Nie ma mowy, jesteśmy na to za starzy!
- Mów za siebie - odgryzł się Styles. - Pewnie nie potrafisz jeździć na łyżwach, zgadłem? Wstydzisz się tego, że pięcioletnie dzieci lepiej sobie radzą… Założę się, że nie utrzymałbyś się w pionie nawet pięciu minut.
Louis wyprostował plecy.
- To wyzwanie, Styles?
- Jak najbardziej.
- W takim razie przyjmuję zakład. O przekonanie?
Harry popatrzył na niego z politowaniem.
- Chyba żartujesz - parsknął pod nosem. - Ten kto przegra będzie musiał spełnić jedno życzenie wygranego. Bez dyskutowania, cokolwiek by to nie było.
Zdjął rękawiczkę i wyciągnął przed siebie rękę, którą Louis uścisnął.
- Umowa stoi.
W niedużej budce wypożyczyli po parze łyżew, a następnie podeszli do furtki. Harry z pewnym siebie uśmieszkiem przepuścił Louisa pierwszego, wchodząc na lód tuż za nim.
- Włączam stoper! - zawołał, uruchamiając odliczanie w swoim telefonie. Tomlinson kiwnął głową i odepchnął się od bandy, lawirując pomiędzy małymi dziećmi, które powoli ślizgały się wzdłuż obrzeża lodowiska, pilnowane przez swoich rodziców. Nabrał prędkości, przecinając w poprzek taflę i okrążył duże bożonarodzeniowe drzewko, które dla ozdoby ustawiono na jej środku, a następnie wykonał kilka prostych sztuczek, przypominając sobie czasy dzieciństwa, kiedy uczył swoją młodszą siostrę pokonywania zakrętów przeplatanką. Zatoczył jeszcze duże koło i wrócił do Harry’ego, który patrzył na niego wilkiem.
- To nie fair, nie mówiłeś, że jesteś zawodowym łyżwiarzem - poskarżył się z nadąsaną miną, poruszając się wolno pośród największego tłumu. - Zakład powinien być unieważniony!
Louis zaśmiał się, wyciągając go do luźniejszej strefy, tuż przy choince.
- Nic z tego. Minęło już pięć minut? - Harry niechętnie przytaknął. - Czyli wygrałem. Mam u ciebie jedno życzenie, Styles!
Harry mruknął coś pod nosem i niespodziewanie zmienił kierunek jazdy, przeciskając się pomiędzy dwoma dziewczynami, które odskoczyły w bok, aby zrobić mu miejsce. Louis w ostatniej chwili zdążył je ominąć, odbijając w lewo, ale nie zauważył ubytku w lodzie, o który zaczepił jedną łyżwą. Jego serce podskoczyło do gardła i w tej samej sekundzie runął w dół, przejeżdżając na brzuchu po tafli. Harry zawrócił i zatrzymał się nad nim, a jego twarz wyrażała głęboką satysfakcję.
- Zabawne, rzeczywiście… - powiedział ironicznie Louis, siadając na zimnym podłożu. - Naprawdę masz osiemnaście lat? Powiedziałbym, że dziesięć.
- Należało ci się - rzekł Harry, nic sobie nie robiąc z jego docinek. - Naciągnąłeś mnie na zakład, chociaż doskonale wiedziałeś, że wygrasz. Teraz jesteśmy kwita.
- Nic nie zrobiłem. To ty sobie wymyśliłeś, że nie umiem jeździć na łyżwach.
- Och, nie mówmy już o tym! - Harry wywrócił oczami i wspaniałomyślnie wyciągnął rękę do Louisa. - Pomogę ci wstać.
Tomlinson pokręcił głową, chociaż w duchu był raczej rozbawiony całą tą sytuacją, i przyjął oferowaną dłoń. Zamiast jednak pozwolić unieść się do góry, pociągnął ją do siebie, w wyniku czego Harry zachwiał się, jego zielone oczy rozszerzyły się komicznie i chłopak upadł na tyłek, wydając z siebie okrzyk zaskoczenia. Louis wybuchnął śmiechem, a po chwili dołączył do niego także Harry.
- Cóż, teraz naprawdę jesteśmy kwita - podsumował słabym od śmiania się głosem, kiedy wreszcie udało im się uspokoić i stanęli na nogach, przestając robić z siebie widowisko. Harry odwzajemnił jego spojrzenie, wciąż lekko unosząc kąciki ust do góry, a potem wskazał na coś brodą.
- Twój telefon dzwoni - powiedział. Louis drgnął, słysząc nagle znajomą melodię, której do tej pory jego uszy nie zarejestrowały. Wyciągnął komórkę. Eleanor.
- To moja dziewczyna. - Zmarszczył brwi. - Nie wiem, co jej strzeliło do głowy, rozmowy międzykontynentalne kosztują fortunę. Pozwolisz, że…?
- Nie ma problemu.
Louis odjechał kawałek na bok i odebrał. Eleanor nie dzwoniła z żadnego konkretnego powodu, chciała po prostu „usłyszeć jego głos”. To było trochę zaskakujące, bo przy śniadaniu rozmawiali przez Skype’a, ale jednocześnie bardzo miłe, więc opowiedział jej o dzisiejszym dniu, a dziewczyna odwdzięczyła się tym samym. Nie jednak mógł oprzeć się wrażeniu, że coś przed nim ukrywa, ale nie wiedział co, więc zrzucił winę na telefon, który musiał najwyraźniej zmienić głos Eleanor, sprawiając, że brzmiała nieszczerze.
- Łyżwy… od wieków nie byliśmy na lodowisku - westchnęła, gdy odpowiedział na pytanie, co właśnie robi. - Nie chcę ci w takim razie dłużej przeszkadzać. Baw się dobrze, Lou.
- Nie przeszkadzasz - zapewnił ją. - Kiedy wrócę do Londynu zabiorę cię na łyżwy, obiecuję.
- Ja… jasne. Nie mogę się tego doczekać. Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham - odparł i usłyszał charakterystyczne kliknięcie świadczące o zakończonym połączeniu. Zadzwoniła tylko po to, aby zapytać, gdzie jest i czym się w tej chwili zajmuje? Mogła się tego dowiedzieć w inny sposób, który nie wymagałby wydania niebotycznej sumy. Kobiety, stwierdził z rezygnacją i wrócił do Harry’ego, który w czasie jego rozmowy przyglądał się lampkom na choince.
- Kontrola zakończona? - odezwał się żartobliwie, odwracając plecami do drzewka.
- Taaak. Jeździmy dalej?
- Mhm. Ale bez popychania i ciągnięcia, Tomlinson, mój tyłek i bez upadków na lodzie jest wystarczająco obolały.
Louis wytrzeszczył oczy na zawartą w tym zdaniu aluzję i usłyszał donośny śmiech.
- Twoja mina! - wyjęczał Harry, trzęsąc się i trzymając za brzuch. - Boże, to było obłędne!
Louis odchrząknął, maskując tym zażenowanie.
- Zaraz odechce ci się żartów, gdy znowu przegrasz. Kto pierwszy do tamtego słupka!
Zostali na lodowisku do chwili, gdy tafla całkowicie opustoszała, a stróż nocny kazał im wyjść, chcąc zamknąć na noc obiekt. Louis nie przypuszczał, że będzie się tak dobrze bawił w towarzystwie Harry’ego, wygłupiając się i śmiejąc beztrosko na przemian.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz