Liam lubił swoją pracę. Lubił specyficzną atmosferę tego miejsca oraz ludzi z dziwacznymi fryzurami, którzy przychodzili do salonu w powycieranych skórzanych kurtkach i spranych jeansach, roztaczając wokół siebie zatęchłą woń przetrawionego wina zmieszaną z dymem papierosowym. Lubił także patrzeć na nich w momencie, gdy siadali na kozetce i z ufnością oddawali się w ręce Zayna, który w kilka godzin wyczarowywał na ich skórze kolejne cudeńko, umacniając tym samym swoją wysoką pozycję na nowojorskiej arenie tatuażu. Mając dziewiętnaście lat Zayn był jednym z najlepszych i najbardziej rozchwytywanych tatuażystów w mieście, zachwycając zdolnościami plastycznymi, profesjonalizmem i oddaniem dla zawodu. Bez problemu wpasował się w mentalność tamtejszych ludzi, traktując Amerykę jak swój nowy dom.
Liam uwielbiał patrzeć z boku na pracującego Zayna. Na błysk czystej euforii w jego oczach, gdy ten sunął ostrzem igły po ciele klienta, zostawiając za sobą czarne linie i kolorowe plamy, które powoli łączyły się w misterne sploty. Na to, jak Zayn zagryzał w koncentracji dolną wargę, kiedy tworzył na kartce szkic personalnego tatuażu, siedząc w bezruchu przy biurku w kącie sali. A w końcu na samego Zayna, który był najpiękniejszym chłopakiem, jakiego Liam kiedykolwiek spotkał, i w którym zakochał się bez pamięci.
To uczucie było jednak nieodwzajemnione i platoniczne - Zayn zdawał się nie lubić chłopców w ten konkretny sposób, a Liam był za bardzo zamknięty w sobie i zbyt nieśmiały, żeby zrobić cokolwiek w tej sprawie, dlatego ograniczał się do pielęgnowania głęboko w sercu swojego zauroczenia, po prostu podziwiając urodę Zayna i ciesząc się z każdego przypadkowego muśnięcia palców, kiedy asystował mu przy pracy.
- Jeszcze tu jesteś? - dziewczęcy głos wyrwał szatyna z zamyślenia, sprowadzając go z powrotem do rzeczywistości. - Liam, kochanie, mówiłam ci przecież, że możesz dzisiaj wyjść wcześniej. Należy ci się odrobina odpoczynku.
Liam zamrugał, odwracając wzrok od Zayna, który pochylał się akurat nad łopatką jakiegoś rosłego mężczyzny, odsłaniając przy okazji cienki pas skóry powyżej linii spodni.
- Nie jestem zmęczony - powiedział cicho, próbując grać na zwłokę. Prawda była jednak taka, że cały ranek i popołudnie spędził na uczelni, skąd po zakończeniu zajęć od razu przybiegł na swoją wieczorną zmianę w salonie. Był wykończony i ledwo przytomny, ale jeżeli to miała być jedyna szansa na spotkanie się z Zaynem, nie zamierzał z niej rezygnować.
Dziewczyna bez trudu przejrzała kłamstwo, kręcąc głową.
- Musisz o siebie dbać - upomniała go Perrie, wyjmując z jego rąk miotełkę do kurzu, która stanowiła nieodłączny element wyposażenia Liama. Chłopak nie cierpiał bałaganu, czując wewnętrzną potrzebę ciągłego czyszczenia, odkurzania i wycierania bibelotów porozstawianych na parapetach w pomieszczeniu, co należało zresztą do jego codziennych obowiązków. Poza tym, nie miał dzisiaj nic więcej do roboty, a pozbycie się kurzu z ram zdjęć przedstawiających Zayna ze swoimi sławnymi klientami, było idealnym pretekstem do przebywania w ten samej sali co Malik. - No już, zmykaj do domu.
To była naprawdę ostatnia rzecz, którą chciałby zrobić.
- Jest dopiero ósma - podjął ostatnią próbę sprzeciwu, mimowolnie garbiąc plecy pod piorunującym spojrzeniem blondynki. - Och, dobrze. Nic nie mówiłem.
Perrie chwyciła mocno jego ramię, prowadząc ich bez słowa do drzwi.
- Masz się porządnie wyspać - rzekła ostrzegawczym głosem i groźnie dzióbnęła go palcem w pierś, obrzucając jednocześnie jego twarz matczynym spojrzeniem, które popsuło cały efekt. - Nie pozwolę ci się rozchorować z przemęczenia, Liam. Idź prosto do domu i od razu kładź się spać, a ja zadzwonię do Lou, żeby cię przypilnował. Wyglądasz jak zombie!
Liam po raz ostatni zerknął ukradkiem na profil Zayna, czując aż nazbyt znajome szarpnięcie tęsknoty w żołądku, kiedy chłopak uśmiechnął się lekko na coś, co powiedział do niego leżący na kozetce mężczyzna, całkowicie nieświadomy uczuć, którymi obdarzył go jeden z jego pracowników.
Skinął głową.
- Do jutra, Perrie - powiedział, maskując gorzki ton pozornym zrezygnowaniem. Wziął swoją kurtkę i wyszedł na zasypany grubą warstwą śniegu chodnik.
***
Był koniec listopada i większość witryn sklepowych udekorowano już mnóstwem świecidełek, które rzucały kolorowy blask na biały puch pod stopami Liama, gdy ten kroczył rytmicznie wzdłuż kolejnych budynków. W co drugim oknie stał także posążek świętego Mikołaja w towarzystwie jednego, czy dwóch reniferów oraz reszty świty złożonej z uśmiechniętych elfów. Sam Mikołaj, w zależności od pochodzenia właściciela lokalu, posiadał miliony różnych wcieleń i chociaż najwięcej było oczywiście tych w czerwonym kubraczku, to zdarzały się też niebieskie, pomarańczowe, fiołkowe, zielone i żółte -w Nowym Jorku wszystko było „normalne” i nie wywoływało zdziwienia.
Liam ominął zamarzniętą kałużę, skręcając w poprzeczną ulicę, którą zwykle omijał ze względu na podejrzaną okolicę, lecz tego dnia nie miał siły iść dłuższą drogą. Wbijając wzrok w ziemię, zaciągnął kaptur kurtki głębiej na czoło. Po kilku minutach postanowił zejść na pustą jezdnię, aby ominąć podstępne grudy zalegającego na chodniku śniegu, czyhające tylko na jego nieuwagę. Najwyraźniej nawet służby porządkowe nie zapuszczały się zbyt często w tę część miasta.
Zauważywszy nagle trzy potężne sylwetki wyłaniające się z cienia obskurnej bramy po prawej stronie, Liam przyspieszył kroku i z miejsca zaczął żałować decyzji o pójściu na skróty. Było za późno, żeby zawrócić, a jednocześnie koniec przecznicy wydawał się zbyt odległy, aby chłopak mógł żywić nadzieję na uniknięcie konfrontacji z grupką oprychów. Zdenerwowanie podkręciło rytm jego serca, a wyobraźnia zaczęła płatać mu figle, sprawiając, że czuł na karku śmierdzące alkoholem oddechy nieznajomych, chociaż ich pijackie śpiewy dochodziły z niezaprzeczalnie dużo większej odległości. Kilkanaście metrów, może dwadzieścia, chociaż wciąż za mało, by czuł cię bezpiecznie.
Z jego ust wydobywały się obłoczki pary, kiedy starał się nie reagować na zaczepki oraz ignorować rosnący pod skórą strach, skupiając całą swoją uwagę na omijaniu oblodzonych pułapek w asfalcie. Nic dziwnego, że nie zauważył zbliżającego się z dużą prędkością samochodu, którego kierowca nie miał szans wyhamować na czas, zbyt późno dostrzegając zarys człowieka na środku nieoświetlonej drogi. Pisk opon przeciął zimowe powietrze, zagłuszając śpiew opryszków. W oślepiającym blasku reflektorów źrenice oczu Liama zwęziły się gwałtownie i chłopak zrobił pierwszą rzecz, jaką podpowiedział mu instynkt - rzucił się w bok, mając nadzieję, że kierowca nie postanowił tego samego, i że nie wpadnie przez to prosto pod koła pojazdu.
Z głuchym jękiem uderzył w coś twardego, co doszczętnie wyparło mu powietrze z płuc. Zakrztusił się, z trudem przekręcając na plecy, i spróbował na oślep wybadać, czy była to maska samochodu. Przez rękawiczki nie poczuł gładkiego metalu, więc podźwignął się niezdarnie na nogi. Nie docierało do niego do końca to, co się właśnie stało, w dodatku kłujący ból w klatce piersiowej oraz boku utrudniał trzeźwe myślenie. Zgięty w pół, popatrzył w szoku najpierw na zbitą zaspę, w której najwyraźniej wylądował, a następnie przeniósł spojrzenie dalej, w kierunku drogiego samochodu stojącego jednym kołem na krawężniku. Światła pojazdu skierowane były w poprzek chodnika, padając na ciemne ściany kamienicy, ale na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku. Liam nie mógł jednak mieć pewności, że kierowca lub pasażerowie zapięli pasy, więc ignorując rwący ból w żebrach, czym prędzej doskoczył do auta i otworzył przednie drzwi, przyszykowany na mrożący krew w żyłach widok.
I po części taki właśnie był - przerażająco groteskowy. Liam o mały włos nie udławił się własną śliną na widok sceny, która rozgrywała się we wnętrzu auta. Przez chwilę był nawet pewny, że jego mózg nie pracował prawidłowo, doznając jednak jakiegoś urazu, albo że stał się ofiarą okropnego żartu, ponieważ to nie mogło dziać się naprawdę.
Na fotelu z jasnej skóry siedział dorosły mężczyzna; jedną z rąk wciąż zaciskał na kierownicy, a drugą wplótł w coś kudłatego, co spoczywało na jego podołku i poruszało się rytmicznie w górę i w dół, wydobywając z wykrzywionych w uśmiechu ust kierowcy ciche pomruki. Kiedy Liam otworzył drzwi i do auta napłynęło mroźne powietrze, owo coś podskoczyło, a wtedy podejrzenia chłopaka co do tego, czym to mogło być, okazały się prawdziwe i przez chwilę patrzył ze zgrozą w oczy młodego chłopaka, które w mroku nocy lśniły ciemnym odcieniem zieleni. Potem, jak gdyby nigdy nic, nieznajomy powrócił do pracy przy rozporku pod sobą, całkowicie ignorując obecność Liama.
- Przepraszam, ale w tym momencie jesteśmy trochę zajęci - wychrypiał dorosły mężczyzna, puszczając Liamowi oczko i sugestywnie zawierzając głos. - Więc gdybyś mógł…
Nie, zdecydowanie żaden z nich nie potrzebował pomocy. Liam nie był nawet pewny, czy zdawali sobie sprawę z tego, że bawiąc się zbyt dobrze o mały włos nie potrącili w człowieka - to wszystko musiało być okrutnym snem.
Rumieniąc się okropnie z zażenowania (Cholera, przecież to nie on powinien być zażenowany!), bez odpowiedzi zatrzasnął drzwi i pospiesznie oddalił się z feralnego miejsca niedoszłego wypadku.
***
W przeciwieństwie do Liama, Louis uczył się wieczorami, a w studiu tatuażu Zayna i Perrie pracował za dnia. Dzięki temu nie musiał wstawać przed szóstą i tłuc się zatłoczonymi tramwajami na drugi koniec Nowego Jorku, gdzie znajdowała się Szkoła Julliarda - najbardziej renomowana uczelnia muzyczna i artystyczna w kraju - do której mieli przywilej uczęszczać z Liamem przez jeden semestr. Obaj otrzymali stypendia za wyjątkowe wyniki w nauce, Louis teatralne, a Liam w dziedzinie śpiewu, i byli chyba najszczęśliwszymi Brytyjczykami w Ameryce.
A przynajmniej Louis był. Spełniał swoje marzenia, zarabiając przy okazji wystarczająco pieniędzy, by opłacić czynsz i kupić jedzenie, a w Manchesterze cierpliwie czekała na niego ukochana dziewczyna. Zwyczajnie nie mogło być lepiej, a gwarancja, iż wróci do domu już w połowie stycznia, pozwalał przetrwać te najcięższe chwile tęsknoty. Wynajął z Liamem skromne mieszkanie na przedmieściach Wielkiego Jabłka i próbował jak najlepiej wykorzystać otrzymaną szansę, żyjąc po prostu chwilą.
Szczęk klucza w zamku oderwał Louisa od oglądanego akurat w telewizji talk-show. Zerknął na zegarek, marszcząc lekko brwi, ponieważ Liam zawsze przestrzegał godzin swojej zmiany (wolałby raczej wyrabiać nadgodziny, niż wyjść z pracy chociaż minutę przed czasem) i nie powinien był wrócić dzisiaj przed dziesiątą. Na korytarzu rozległy się kroki, a po chwili do salonu wszedł wysoki chłopak z twarzą szarą ze zmęczenia. Louis szybko zrozumiał powód jego wcześniejszego powrotu.
- Perrie? - rzucił po prostu, a kiedy Liam przytaknął ciężkim skinieniem głowy, wygrzebał spod stosu poduszek swój telefon. Tak, jak się tego spodziewał, miał nieodczytaną wiadomość od ich pracodawczyni, która kazała mu bezzwłocznie wpakować Liama do łóżka, gdy ten tylko przekroczy próg mieszkania. - Tym razem ma rację, stary. Kiepsko wyglądasz - dodał po chwili, wracając do oglądania telewizji. - Idź spać.
Jednak zamiast iść do sypialni, Liam zwinął się na drugim końcu kanapy, składając podbródek na podciągniętych do piersi kolanach. Jego zmęczone oczy były szeroko otwarte, kiedy z napięciem wpatrywał się w jakiś nieruchomy punkt na ścianie. Przez ostatnie dwa miesiące Louis zdążył już się przyzwyczaić do spokojnego usposobienia swojego współlokatora, więc nie poświęcił myśli na roztrząsanie jego zachowania. Do czasu, gdy Liam nie wymamrotał krótkiego „Mam coś na plecach, Lou?”, a Louis zerknął bez większego zainteresowania na odsłonięty skrawek jego skóry, o mało nie spadając z kanapy na widok purpurowych wykwitów w okolicy żeber szatyna.
- Co ci się do diabła stało? - wytrzeszczył oczy. - To wygląda jakby potrącił cię samochód!
Liam skrzywił się nieznacznie, ostrożnie dotykając palcami miejsca na skraju pleców, którego w tej pozycji nie był w stanie dojrzeć.
- Nie całkiem. Upadłem na zlodowaciałą zaspę - wymamrotał takim tonem, jakby podobne rzeczy przytrafiały mu się w każdy czwartek. - Nie sądziłem, że uderzyłem się tak mocno. Chyba powinienem przyłożyć coś zimnego, albo posmarować to maścią.
- Czekaj - przerwał mu Louis, lekko skołowany otrzymanymi informacjami. - Co to miało znaczyć? Potrącił cię samochód, czy nie?
- Nie. Szedłem pustą jezdnią i nagle z nikąd pojawił się ten samochód. Nie było szans na ucieczkę na chodnik, więc po prostu skoczyłem w bok i uderzyłem w górę zbitego śniegu - zaczerpnął głęboko powietrza, wstrząsając głową, po czym zakończył: - W każdym razie, to tylko stłuczenie, za jakiś czas siniaki znikną.
- Liam - Louis zbliżył się do niego, kładąc mu uspokajająco dłoń na ramieniu. Pierwszy raz w życiu słyszał, aby chłopak wypowiedział na raz tyle słów i był pewny, że ostatnie przeżycie musiało wstrząsnąć nim bardziej, niż chłopak to okazywał. - Już po wszystkim. Jesteś po prostu w szoku. Ten kierowca… odjechał bez zatrzymywania się?
Na twarz Liama wpłynął trudny do zinterpretowania grymas.
- Nie. Zatrzymał się, co prawda na chodniku, ale jednak.
- No i?
- Nie wiem. Chyba w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, co się wydarzyło. Kiedy otworzyłem drzwi - Liam zamknął oczy, przycisnąwszy policzek do swojego kolana - siedział na fotelu, a jakiś chłopak… on… nawet nie przerwał obciągania. Jakby nic nie zauważyli.
- Obciągania? - zdziwił się Louis szczerze, nie rozumiejąc w ogóle, o czym tamten mówił. - Obciągania czego?
- Obciągania, Lou - powtórzył głucho Liam i wtedy do Tomlinsona dotarło znaczenie tego słowa.
- Och - wyrwało mu się zanim zdążył zasłonić usta ręką.
- Ale nie to było najgorsze - kontynuował Liam, jakby nie przerywał wypowiedzi. Jego oczy wciąż były zamknięte, ale oddech się uspokajał i najwyraźniej rozmowa pomagała mu wyjść z szoku. - Najgorsze było to, że ten chłopak nie wydawał się mieć nic przeciwko robieniu tego staremu facetowi. A on musiał być od niego ze dwa razy starszy!
Louis był lekko zniesmaczony, ale nie zaskoczony.
- Pewnie nie raz robił gorsze rzeczy - powiedział powoli, spychając w głąb umysłu niechciane wizje, które zalały jego myśli. - Istnieje coś takiego jak męska dziwka, Liam.
- Ale to był jeszcze dzieciak - szepnął Liam słabo. - Nie przyglądałem się uważnie, to był moment, jednak wyglądał na jakieś piętnaście lat i… po prostu powinien być bezpieczny w domu, a nie robić nie wiadomo co ze starymi zboczeńcami.
- Słuchaj - Louis poklepał lekko jego ramię. - Tak już jest, nic na to nie poradzisz. Nie mówię, że mi się to podoba - dorzucił szybko, widząc na twarzy współlokatora chęć sprzeciwu - bo nie podoba mi się i uważam, że to okropne, ale ten chłopak zniknął, zapewne dostając zapłatę za swoją pracę, a ty zostałeś z paskudnymi siniakami na połowie klatki piersiowej i to o siebie powinieneś się w tej chwili martwić. Nie możesz mu w żaden pomóc, w dodatku on pewnie wyśmiałby twoją pomoc. No dalej, wstawaj.
Liam nie wydawał się przekonany, ale niechętnie poddał się zabiegom Louisa, które miały na celu podniesienie go na nogi, i pozwolił mu zaprowadzić się do swojej sypialni. Louis zapalił światło, wypuszczając z uścisku chłopaka, który osunął się ostrożnie na łóżko, uważając na zranione części ciała. Jego zmęczona twarz wygładziła się po zetknięciu z miękką poduszką, a powieki samoistnie opadły, zakrywając brązowe tęczówki.
- Nie ruszaj się, a ja przyniosę apteczkę i zajmę się twoimi siniakami.
- Dzięki - wymruczał Liam na granicy snu, zapadając się w pościeli.
Louis przetrząsnął zawartość chyba wszystkich szuflad w kuchni, ale wreszcie znalazł maść na otarcia oraz bandaże, z pomocą których udało mu się opatrzyć zranienia przyjaciela, chociaż był pewny, że siniaki nie znikną przez kilka dobrych tygodni. Skończywszy, wstał z łóżka i ruszył do drzwi.
- Dobranoc - powiedział cicho, gasząc światło i wycofując się z pokoju. Pomimo swoich wcześniejszych słów oraz wszelkich starań, by tego nie robić, jeszcze długo nie mógł wyrzucić z głowy wyimaginowanego obrazu nieznajomego chłopaka sprzedającego swoje ciało jakiemuś podstarzałemu facetowi, przez pół nocy przekręcając się bezsennie na łóżku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz