niedziela, 15 grudnia 2013

9

Następnego wieczora siedzi w holu teatru po godzinach, obserwując nagranie z monitoringu z baru z przekąskami i przeglądając kontakty na sowim telefonie, usiłując nie zatrzymywać się przy numerze Harry’ego zbyt często. Harry nie odezwał się do niego ani wczoraj, ani dzisiaj i Louis już wątpi, że odezwie się jeszcze kiedykolwiek. Nie ma jednak zamiaru zakończyć misji związanej ze swoją bogatą, odzianą-w-niebieskie-slipki bratnią duszą, mimo że powinien. Rozważa możliwość śledzenia jutro po przedstawieniu Liama i Zayna, w końcu będzie wiedział, jak wyglądają po tym, jak odbiorą bilety. Mógłby siąść przy barze po swojej zmianie i popijając Manhattana, czekać aż skierują się na parking, obserwować ich z okna i podążyć za nimi za róg, po czym śledzić ich aż do mieszkania i spytać, jakie ma szanse na przywrócenie uprzednich rozmów telefonicznych z Harrym w prawdziwym życiu, czy na jego zdjęciu jest dziewczyna i czy Harry kiedyś o nim wspominał. To mogłoby zadziałać.
Mógłby to zrobić, tak sądzi, ale potem myśli, że to trochę przerażające nawet w jego przypadku.
Więc przygotowuje się i kiedy po raz kolejny jest przy numerze Harry’ego, rozpoczyna połączenie.
Zostaje przekierowany na sekretarkę, oczywiście, nie oczekiwał niczego innego, ale dźwięk głosu Harry’ego nawet na nagraniu dodaje mu otuchy. Nie ma jednak pojęcia, od czego zacząć, kiedy słychać sygnał, więc zgaduje, że powinien zacząć od interesów i stamtąd kierować się dalej, jeśli cokolwiek ma zadziałać.
- Cześć, Haz – mówi i lekko kaszle – to ja, jak już się pewnie zdążyłeś domyślić, jeśli jeszcze nie usunąłeś mnie ze swoich kontaktów. – Rozgląda się, żeby się upewnić, że wkoło nie ma zbłąkanych bileterów ani pracowników technicznych podsłuchujących jego rozmowę. – Nie żebyś miał jakikolwiek powód, żeby to w ogóle zrobić. Chciałem tylko… chciałem ci podziękować, za ten interes i w ogóle, za znoszenie mnie przez ostatni miesiąc, żeby zdobyć bilety dla przyjaciół i tak dalej. To był bardzo miły gest, wiesz? Jesteś dobrym przyjacielem, Harry, są szczęściarzami, mając takiego przyjaciela jak ty i mam nadzieję, że to doceniają, bo jeśli cię nie doceniają, naprawdę nie mam pojęcia co w ogóle jeszcze z nimi robisz. – Zatrzymuje się i zbiera myśli. – Zasługujesz na bycie docenionym, Harry. Jesteś… jesteś naprawdę niesamowitym facetem i cieszę się, że mogłem cię poznać chociaż trochę, nawet jeśli poznawałem cię przez decyzje co do Phantom i Miss Saigon. Mam nadzieję, że twoi przyjaciele o tym wiedzą. – Kolejny głęboki wdech. – Bo ja wiem. I… nie żałuję tego, co stało się w poniedziałek, nawet jeśli ty tak. Ja nie.
Cóż, teraz, kiedy to powiedział, wcale nie czuje się lepiej. Nie, żeby tego oczekiwał, ale już się to nagrało, więc teraz już nic z tym nie zrobi.
- Więc mam nadzieję, że Liam i Zayn spędzą razem wspaniale czas na przedstawieniu jutro i nie mogę się doczekać, żeby ich spotkać – dokańcza. – I jeśli kiedykolwiek też chciałbyś się spotkać, cóż, wiesz gdzie mnie znaleźć. Zadzwoń. Wiesz. – Przełyka ślinę. – Trzymaj się, Haz.
Rozłącza się i kieruje do szatni po płaszcz, zastanawiając się, czy na sekretarce będzie nagrana wiadomość, kiedy przyjdzie do pracy jutrzejszego ranka.
Nie ma. I kiedy telefon nie dzwoni aż do dziesiątej piętnaście, Louis przeszukuje swoje kontakty i usuwa z nich numer Harry’ego.
-
O siódmej dziesięć tego dnia Louis jest roztrzęsiony, zmęczony i jest mu zimno, i wszystkim, czego chce, jest pójście do domu i zwinięcie się w kulkę, i utopienie smutków w jednym z dziewięciu tysięcy opakowań lodów Rocky Road Nialla. Nie obchodzi go nawet, czy przez to Niall nie odgryzie jego trzymającej łyżki rękę.
Jest roztrzęsiony i zmęczony, i musiał już poradzić sobie z jednym kryzysem, polegającym na przekonaniu do niedzwonienia do domu Paula jednego z klientów, który pewien był, że miał miejsca na parterze, podczas gdy Louis pamiętał, że zdecydowanie tak nie było. Jest pewien, że Paul nie będzie z tego zadowolony i usłyszy o tym w poniedziałek. A do tego wszystkiego jest jakaś niesamowita burza śnieżna roku a ludzie cały czas otwierają te cholerne drzwi i śnieg wpada do przejścia i oczywiście on stoi w miejscu największego przeciągu, oczywiście że tak jest, i przypomina sobie, dlaczego w ogóle nienawidzi swojej pracy.
Okazuje się, że niestety wakacje dla laleczek voodoo były tylko chwilowe.
Właśnie ma odgryźć głowę kolejnego klienta, który mówi do niego dwa słowa więcej, niż nazwisko, kiedy w połowie kolejki zauważa burzę loków, która okazuje się być częścią bardzo, bardzo atrakcyjnego, męskiego ciała, co musi być planem wszechświata, by choć odrobinę naprawić mu spieprzony tydzień. Weźmie to, co dają, szczególnie, jeśli będzie mu dane wziąć tego chłopaka, w którym Louis widzi jedynie duże oczy i wydęte wargi, zbliżającego się bardziej i bardziej z każdą kopertką, którą wydaje. Och, tak, weźmie to, co dają, jeśli to jest nagroda pocieszenia od wszechświata za spieprzenie wszystkiego ze swoją bratnią duszą, przedwcześnie urządzając seks-telefon w pracy. Ten chłopak jest niesamowicie przystojny i Louisowi z ledwością udaje się nie patrzeć na niego i skupić się na wydawaniu biletów. Przez chwilę zastanawia się, czy jakimś sposobem ułożyłoby mu się jeszcze z Harrym, jeśli Harry rozważyłby życie w trójkącie, bo Louis zdecydowanie nie wypuszcza tego chłopaka z teatru bez zdobycia jego numeru, patrząc na sposób, w jaki płaszcz przylega do jego ramion, a jego uśmiech wygląda jak u małego chłopczyka, gdy sprawdza swoje wiadomości na telefonie. Prawdopodobnie świat nie da Louisowi wiele więcej, nawet jeśli upuszczanie idealnego mężczyzny na jego podołek i sprawianie, by ten w końcu uciekł jest okrutnym, okrutnym sposobem, by Louis był w stanie zauważyć tego chłopaka docierającego do jego okienka. Zadowoli się drugą nagrodą, jeśli musi – myśli, kiedy osoba przed chłopakiem odchodzi do holu. Louis spuszcza wzrok, by nie wpatrywać się w chłopaka i pyta – Mogę prosić o nazwisko?
Chłopak odchrząka i przez chwilę się waha, po czym mówi – Harry Styles – a Louis prawie spada z krzesła.
Harry promienieje, kiedy ich spojrzenia się spotykają i Louis z ledwością powstrzymuje się od wciągnięcia go za szalik przez okienko do budki will call.
-
Mówi Harry’emu, żeby poczekał, aż skończy zmianę, jako że Harry nie idzie na Phantom, Louis w końcu o tym wie. Z ledwością dokańcza zmianę, nie patrząc na chłopaka w holu, aż w końcu nie ma już biletów do wydania. Widzi, jak Harry macha do dwóch chłopaków w ich wieku ubranych w garnitury, po czym przytula ich – Liama i Zayna, przypuszcza Louis i dziękuje gwiazdom, że miał rację co do tego, że Harry jest najprzystojniejszym człowiekiem świata i do tego ma przyjaciół do pozazdroszczenia – po czym obserwuje, jak chłopak stoi niezręcznie w rogu przy szatni przez następne piętnaście minut, odsyłając ich, przeszukując kieszenie i płacąc za drinka dziewczynie od przekąsek; Louis stara się myśleć o prawidłowej kolejności alfabetycznej, a nie o tym, jak smakuje whiskey zlizana z ust Harry’ego. Ma przeczucie, że się dowie, kiedy zamyka budkę i podchodzi do Harry’ego, a na ich twarzach widnieją jednakowe uśmiechy.
- Dostałeś moją wiadomość – mówi Louis.
- Dostałem – mówi cicho Harry, kołysząc resztę drinka w szklance – i też tego nie żałuję.
- Nie? – pyta Louis, podchodząc o krok bliżej i próbując nie robić sobie nadziei nawet tutaj, o godzinie jedenastej, dopóki nie usłyszy tego konkretnie z ust Harry’ego. Harry kręci głową i odkłada drinka na ladę.
- Bałem się chyba, że któryś z nas będzie żałował – mówi – ale nie żałuję niczego, Louisie Tomlinsonie.
Louis chce zlizać whiskey świecącą się na uśmiechniętych ustach Harry’ego, więc, całkowicie bezwstydnie, robi to, ciągnąc go do szatni za kołnierzyk koszuli i przyciskając go do ściany. Whiskey jest ciepła i słodka, a uśmiech Harry’ego nie znika z jego twarzy.
(- Widzisz? – mówi Louis w jego obojczyk, podczas gdy Harry siłuje się z guzikiem jego spodni kilka minut później. – Niall nie miał racji, wiedziałem, że nie masz dziewięćdziesięciu lat.
- Nie mam pojęcia, o czym w ogóle mówisz. – Harry śmieje się i niedbale odpina zamek Louisa, który zamyka mu usta pocałunkiem i – Nieważne – po czym wraca do demoralizowania swojej mimo-wszystko-z-pewnością bratniej duszy właśnie tam, w szatni.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz