piątek, 20 grudnia 2013

1

Gdy Zayn obudził się tego ranka, ktoś obejmował go w pasie. Jego kończyny ściśle przylegały do czyichś nóg, a coś twardego wbijało się w jego tyłek. I dla Zayna to wcale nie było niczym dziwnym. Gdy delikatnie wyplątał się z uścisku partnera, prawdopodobnie mającego imię, ale wymyślenie go było czymś za trudnym dla Zayna, owiało go świeże powietrze. Cóż, pomyślał Zayn, wcale nie było takie świeże. Z pewnością nie było to możliwe po całej nocy przepełnionej alkoholem i seksem.

Na nagiej i oblepionej spermą skórze Zayna pojawiła się gęsia skórka. Dwudziestolatek wstał z łóżka, próbując nie obudzić jego kochanka, ponieważ nie miał ochotę na poranną pobudkę i sądząc po stanie śpiącego faceta, kolejną porcję seksu. Zmierzył pomieszczenie wzrokiem, ze zdziwieniem zauważając, że było o wiele mniejsze niż wczoraj myślał. No cóż, po kilkunastu drinkach mógł być lekko nieświadomy tego, co robi i widzi. Zbierając swoje ubrania z podłogi, przypadkowo uderzył nogą w kant stolika. Obejrzał się za siebie, lustrując wzrokiem przykrytego chłopaka, który o dziwo, nadal spał. To naprawdę dobrze, bo w całej swojej wymknęsięposeksie karierze, Zayn zaliczył kilka porannych rozmów, które zdecydowanie nie należały do komfortowych.

Po kilku minutach Zayn stał ubrany przed drzwiami wyjściowymi, ponownie zastanawiając się, jak mógł zostać wciągniętym do tak maciupeńkiego mieszkania. Nawet kawalerka, którą on wynajmował była większa. Nie tylko mieszkanie ma małe, pomyślał Zayn wychodząc z budynku.

Zajęło mu chwilę, aby zorientować się w jakiej dzielnicy Londynu jest. Była to raczej biedna okolica, pełna niebezpieczeństw, imprez i wszystkiego, co niedozwolone. Zayn mieszkał w tej bogatszej dzielnicy, ciągnąc kasę na czynsz od dosyć bogatych rodziców.

Zayn dostał się do swojego bloku taksówką, nie przejmując się napiwkiem dla kierowcy, bo przecież podwożenie ludzi było jego pracą. Nie wykazał się zbyt wielką uprzejmością, precyzją czy szybkością, więc po co mu dodatkowe pieniądze?

Wspiął się po schodach, kolejny raz sprawdzając godzinę na wyświetlaczu swojego telefonu, tym razem głosił on 10:35. Jego mieszkanie mieściło się na najwyższym, piątym piętrze, razem z siedmioma innymi kawalerkami i raczej niewiele osób się tutaj kręciło. Dlatego niezmiernie zdziwiła go obecność mężczyzny stojącego przed drzwiami prowadzącymi do jego kawalerki. Chłopak odwrócił się, i o kurwa, przecież to Harry, pomyślał Zayn, uderzywszy się uprzednio wierzchem dłoni w czoło.

- Harry? Co ty tu robisz? – Zayn podszedł bliżej, szukając w kieszeniach spodni kluczy.

- Ja… um, czekałem na ciebie.

- Trudno zauważyć – zakpił Zayn z uśmiechem i przepuścił Harry’ego w drzwiach. – Przepraszam za bałagan – dodał, widząc minę przyjaciela.

- Nie, jest okay.

- Rozgość się… um, muszę iść do ubikacji.

Zayn był niemal pewien, że usłyszał za sobą ‘taaak, potrzebujesz prysznica’, ale zignorował to, wskakując pod prysznic. Nie miał na to czasu, ale wolał aby Harry poczekał chwilę, niż żeby oglądał go w takim stanie.

Po kilku minutach, odświeżony i przebrany Zayn pojawił się w salonie, rozglądając się w poszukiwaniu Harry’ego. Znalazł go siedzącego na pufie i zajętego swoim telefonem, więc odchrząknął, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.

- Jesteś – pisnął Harry, chowając telefon do kieszeni spodni.

- Jestem – potwierdził Zayn, karcąc się w myślach, bo naprawdę mógł wymyślić coś lepszego.

To nie tak, że Harry podobał się Zaynowi. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Był przystojny, uroczy, miał piękne, zielone oczy, śliczny uśmiech, świetne nogi i boski tyłek. Zapomnijcie o ostatnim… Harry mógł się wydawać ideałem, ale nie interesował Zayna z prostego powodu – to nie był jego typ. Zayn wolał umięśnionych facetów, z ciemnymi włosami, kolczykami i tatuażami. Lubił badboyi.

- Więc Harry… co sprawiło, że znalazłeś się w moim mieszkaniu?

- Mam dla ciebie pewną propozycję – odrzekł Harry, uśmiechając się niezręcznie i Zayn był niemal pewny, że jego kolega coś knuje.

- Jaką? Nie, czekaj, nie mów! Daj mi zgadnąć – wyszczerzył się szyderczo, radując się w duchu, gdy ujrzał skwaszoną minę Harry’ego i to, jak przewrócił oczami. - Wyjeżdżacie gdzieś z Louis’m i mam podlewać wasze kwiatki? Chcecie kupić pieska i mam jechać z nim do weterynarza? Czy może… mam zostać świadkiem na waszym ślubie? Twoim i Louis’ego.

Harry zakrztusił się powietrzem, gdy Zayn wypowiedział ostatnie słowa. Chłopak uśmiechnął się, podnosząc brwi do góry, bo dawniej często żartował z relacji Louis’ego i Harry’ego i nigdy tak nie reagowali. Coś jest na rzeczy, pomyślał Zayn.

- Pozwól Zayn, że odpowiem po kolei – Harry odezwał się w końcu, po czym oczyścił gardło. – Nie, nie pozwolimy ci podlewać naszych kwiatków, bo raz: nigdzie nie wyjeżdżamy, dwa: zwiędłyby po dwóch dniach. Nie kupujemy też psa, a gdybyśmy nawet to zrobili i tak byśmy cię oto nie poprosili, bo chcielibyśmy, aby przeżył kilka lat. Auuu! – zawył, gdy Zayn uderzył go pięścią w ramię. – Dzięki, wiesz, to było kochane – mruknął z ironią, pocierając dłonią obolałe miejsce. – A co o trzeciego pytania, Zaaaayn, dobrze wiesz, że jesteśmy przyjaciółmi.

Zayn wybuchnął śmiechem, opadając na kanapę tuż obok Harry’ego. – Ja-a-a-sne, stary.

- Proszę cię, to nie jest zabawne.

- Zawsze was to śmieszyło.

Tak, mruknął w duchu Zayn, trafiłem w sam środek. Harry potarł dłonią kark, wpatrując się w bliżej nieokreśloną rzecz.

- Zayn, widzę, że nie zrozumiałeś, więc powtórzę jeszcze raz: nie czuję nic do Louis’ego.

- Nic?

- Nic a nic – odrzekł Harry, a Zayn jęknął w duchu. – Oczywiście oprócz przyjaźni. Wiesz, skoczyłbym za nim w przepaść, dlatego, że go kocham. Jak przyjaciela, Zayn.

- Jasne, cokolwiek powiesz – burknął mulat, krzywiąc się na bezmyślność przyjaciela.

- Okay, cieszę się, że to zrozumiałeś – kontynuował Harry, ale Zayn skupił się na krzyczeniu w myślach: ‘to ty nic nie rozumiesz, frajerze!’

Nie był najlepszym przyjacielem Louis’ego i Harry’ego, nie mógłby sam mianować się ich wspaniałym kumplem. Z pewnością to dlatego, że Louis i Harry potrzebowali tylko siebie, a reszta była im całkowicie zbędna, powtarzał sobie w takich chwilach Zayn, nie chcąc stracić swojej wysokiej samooceny. Znał się z Louis’m od jakiegoś roku, może trochę dłużej, a ich pierwsze spotkanie miało miejsce w kawiarni, w której pracował Zayn. Chłopak pamiętał to jakoś tak: przystojny, niezbyt wysoki brunet wchodzi do środka. A później dał się ponieść emocjom, podchodząc do niego i stawiając mu kawę. Po chwili zjawił się uśmiechnięty Harry, przytulając Louis’ego na powitanie i Zayn wiedział, że to mu nie wyjdzie. Miał coś w rodzaju gejowskiego gps ukrytego w samym środku jego umysłu; mógł na pierwszy rzut oka stwierdzić, czy dana osoba jest homo. Na nieszczęście Zayna, zazwyczaj okazywało się, że nie.

Wracając do relacji Harry’ego i Louis’ego, Zayn od zawsze twierdził, że pasują do siebie. Wyglądali razem tak słodko, cudownie i uroczo (takie przymiotniki pojawiały się w głowie badboyi niezwykle rzadko, więc to musiała być prawda), gdy siedzieli sobie na kolanach, przytulali w najmniej oczekiwanych momentach czy jedli jednymi sztućcami. I gdyby nie to, że takie akcje nie pasują do jego wizerunku, Zayn zdecydowanie by ich shippował.

- Więc, co o tym sądzisz? – Harry zerknął na Zayna, który ciągle był myślami w innym wymiarze. Szturchnął go, a gdy Zayn potrząsnął głową, kontynuował. – Słuchałeś mnie w ogóle?

- Tak, tak, oczywiście – mruknął mulat.

- Dobrze. Więc?

- Um, tak, to świetny pomysł – jąkał się Zayn, nie mając żadnego pojęcia, co Harry mu proponuje.

- Serio? Świetnie! Więc, myślałem o tej nowej agencji, wiesz, co dopiero powstała i ciągle reklamują się w się-

- Zaraz, co?! – przerwał mu Zayn, patrząc na niego z zaszokowaniem. – Jaka niby agencja?

- Matrymonialna, właśnie o tym mówiłem, wiesz? – Harry przewrócił oczami, zniecierpliwiony. – Przyznaj, że nie słuchałeś.

- To nie prawda – oburzył się Zayn.

Harry zmarszczył brwi, patrząc na Zayna z sarkastycznym uśmieszkiem. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, liczył w myślach Zayn. Przy szóstce nie wytrzymał i jęknął przeciągle.

- Okay, przyznaję się. Możesz zacząć jeszcze raz?

- Tak, okay – mruknął, wypuszczając powietrze. – Pomyślałem, że dobrą zabawą byłoby złożenie papierów do jakiejś agencji matrymonialnej, wiesz, to może być całkiem zabawne – zachichotał Harry, ale Zayn nie podzielał jego entuzjazmu.

Co to w ogóle za pomysł? Umiał sam sobie znaleźć chłopaka.

- Czekaj, co? Wytłumacz mi po jaką cholerę mam to robić.

- Dla jaj – odparł prosto Harry, odgarniając samotnego loka opadającego na jego czoło. – A jeśli ta odpowiedź cię nie przekonuje, to pomyśl, że może spotkasz tak miłość swojego życia.

- Nie szukam miłości, w tej chwili jestem singlem.

- Och, Zaaayn, stary! Oboje dobrze wiemy, że to nieprawda – machnął lekceważąco dłonią Harry. Posłał mu życzliwy uśmiech, zanim kontynuował. –Ta cała twoja badboyowska stylówa, Malik dobrze wiesz, że mnie nie oszukasz.

Zayn przewrócił oczami, w duchu zgadzając się z Harry’m. Ale tylko odrobinkę. Wręcz minimalnie.

- Dlaczego namawiasz na to właśnie mnie? Zabawcie się w to z Louis’m – burknął.

- Och, my… - Harry urwał, jakby nie będąc pewnym, czy może to powiedzieć. Wziął głęboki oddech przed dokończeniem zdania. – …my też bierzemy w tym udział.

- Serio?

- Mhmmm – westchnął przeciągle Harry, a jego oddech był nierównomierny.

- Dobrze. Więc zgadzam się, stary – odparł Zayn z małym uśmiechem, odrzucając myśli typu w co ja się, do cholery wpakowałem.

****

- Zaraz, zaraz, co? – spytał po raz setny Liam, sprawiając, że Harry przewrócił oczami.

Był tu od jakiejś godziny, próbując przekonać Liama do zgłoszenia się do tej beznadziejnej agencji matrymonialnej, używając wszystkich możliwych argumentów; począwszy od obiecania, że on i Louis też biorą w tym udział, skończywszy na szantażu brakiem ciasta czekoladowego, które Liam uwielbiał.

Ale nie, on oczywiście nie mógł się po prostu zgodzić.

Nie. Bo niby dlaczego? Harry naprawdę nie miał lepszych rzeczy do robienia, wolał sterczeć tutaj i namawiać go jak jakiś idiota. To było fajne, całkiem zabawne.

Kogo on próbował oszukiwać? To nie było fajne, to było okropne. I w tej chwili Harry naprawdę chciał skopać ten seksowny tyłek Louis’ego, ponieważ musiał odwalić robotę za ich dwójkę, podczas gdy Louis zapewne wylegiwał się na kanapie, płacząc przy beznadziejnym melodramacie.

W ogóle dlaczego zgodził się zrobić to samemu? Powinni podzielić się po równo, Harry mógł załatwić sprawę z Zaynem, a cudownego Liama pozostawić Louis’mu, który swoim entuzjazmem na pewno mógłby sobie z nim poradzić. Powinien wreszcie nauczyć się mu odmawiać.

- Powtórzę po raz osiemset osiemdziesiąty ósmy, Li – mówił Harry. – Agencja matrymonialna, wiesz… poszukiwanie miłości itd.

- Wiesz, że jestem szczęśliwy z bycia singlem.

Ale my nie, dodał w myślach Harry.

- Ale miłość to wspaniałe uczucie, Liam!

- A ty, co o tym wiesz, Haz?

Kurwa.

- Hola hola, bez przesady, byłem w paru poważnych związkach – kłamał, bo eh, niby z kim? Wszystko to były jakieś bezsensowne związki, kiedy chciał zaimponować znajomym.

- Tak, Harry, wiem – głos Liama był zniechęcony, gdy przewrócił oczami. – Ale zastanawiam się, dlaczego proponujesz to mi? Moglibyście zabawić się w to sami, z Louis’m.

Cholera.

- Liam, wiesz, że jesteś moim przyjacielem – grał Harry, na poczekaniu wymyślając kolejne kłamstwa. – Z tobą będzie fajniej.

- Mówisz serio, Hazza? – spytał już bardziej przekonany Liam z małym uśmiechem.

- Oczywiście, Liaś.

Uśmiech, który rozświetlił twarz Liama był przepiękny i pomimo całej jego natarczywości, Harry zrozumiał, jakim szczęściarzem będzie Zayn.

****

Harry nie był zbytnio zdziwiony widokiem, jaki zastał po powrocie do domu. Szczerze mówiąc, był niemal pewny, że tak będzie. Jego przyjaciel siedział na kanapie, wpatrując się uporczywie w telewizor i wyświetlaną na nim grę.

- Nie, nie, nieee! – wrzasnął Louis, gdy jakiś brunatny, obślizgły stwór zabił jego wojownika, wciskając go w ziemię wielkim kopytem.

Harry nie umiał zrozumieć Louis’ego. W jednej chwili był smutny; snuł się po mieszkaniu z markotną miną, wpatrując w podłogę i co sekundę wzdychając, jakby stracił sens swojego życia. Minutę później mógł prosić o wycieczkę do wesołego miasteczka, co rusz rzucając Harry’emu błagalne spojrzenia, aż Harry wreszcie ulegał i resztę dnia spędzali na kolejce górskiej. Jego depresyjny nastrój ulatniał się tak szybko, jak Harry zdążył przytulić go i wyszeptać słodkie słówka do jego ucha.

Louis był dzieckiem, ale czasami zachowywał się tak mądrze, poważnie i inteligentnie, jakby miał co najmniej pięćdziesiąt lat. Kiedyś, chwilę później po długim wywodzie, jak Harry powinien zachowywać się w stosunku do dzikich zwierząt w lesie (jeszcze kilka dni później Harry zastanawiał się, czy Louis naprawdę sądzi, że jest takim głupcem), niebieskooki brunet grał w grę na konsoli, krzycząc jak małe dziecko, gdy przegrywał.

Zachowanie Louis’ego było dziwne, ale na swój sposób urocze. Cały był uroczy, dodałby Harry.

- Hej, Lou! – krzyknął Harry, zdejmując buty i odkładając parasol.

Jak na czerwiec, dzisiaj było dosyć chłodno; ciemne, gęste chmury osiadły nad Londynem, przepowiadając deszcz, lub co gorsza b-burzę.

Harry od zawsze bał się tego zjawiska. Grzmoty przyprawiały go o gęsią skórkę, a błyskawice przecinające błękitne niebo i spadające z hukiem na ziemię, to coś przez co mógł spędzić cały dzień w łóżku, przykryty po czubek nosa kołdrą, słuchając uspokajającej muzyki i ciepłego głosu Louis’ego.

- Harry, jesteś! – pisnął Louis, natychmiastowo zatrzymując grę i podbiegając do Harry’ego.

Harry rozpostarł ramiona, przygotowując się na to, co ma za chwilę nastąpić, bo tak, to był jeden z ich dziwacznych zwyczajów. Louis dosłownie skoczył na niego, nogi oplatając wokół pasa Harry’ego i chowając twarz w zagłębieniu jego szyi.

- Tęskniłem, wiesz?

- Louie, nie było mnie parę godzin, skarbeńku – odparł Harry, a fala ciepła rozlała się po jego ciele, gdy poczuł oddech Louis’ego na swojej szyi.

Harry kochał czuć, że Louis jest koło niego, że może go przytulić, wziąć za rękę, wyszeptać czułe słówka do jego ucha, chichotać razem z nim. Pocałować go w czoło na pożegnanie, a później tęsknić przez cały czas, który musiał spędzić bez przyjaciela.

- To tak długo… - mruknął Louis, gdy Harry prowadził ich w stronę kanapy.

- Koteczku, schodzimy – Harry starał się wyplątać z uścisku Louis’ego, kładąc starszego chłopaka na sofie.

- Uhhh – jęknął Louis, pozbawiony dotyku Harry’ego, który dopiero po chwili usiadł tuż obok niego, przewieszając ramię przez talię przyjaciela. – Czemu cię tak długo nie było? Miałeś wrócić na obiad.

- Tak, wiem, ale najpierw musiałem czekać na Zayna jakieś dwie godziny na klatce schodowej – oczy Louis’ego rozszerzyły się, a Harry zmarszczył brwi. – Wiesz…

- Znowu go nie było?

- Hm, tak, tak sądzę… to znaczy, gdy wrócił, nie pachniał jakoś specjalnie wyśmienicie – Harry zachichotał, ale był to raczej sfrustrowany śmiech. – Nie wiem, czy to dobry pomysł, Louis. On nie zmieni się tak szybko.

- Haz, teraz się nie poddamy. Nie po tej męczarni, którą zapewne musiałeś przejść.

O właśnie!

- Och, Louis, dlaczego ja miałem namówić ich obu? Czemu ty nic nie robiłeś?

- Harryyyy, nie zaczynaj znowu – burknął Louis, przewracając oczami.

- Nie, nie, nie, poczekaj, to dobry temat. Co robiłeś cały dzień?

- Tęskniłem.

Harry wiedział, że Louis się powtarza i pewnie nie jest całkowicie szczery, bo miał lepsze rzeczy do robienia od myślenia cały czas o Harry’m, ale ciągle zastanawiał się czy to możliwe, że przez wypowiedzenie jednego słowa cały gniew ulotnił się z jego ciała? To tak, jakby fakt, że Louis tęsknił, sprawił, że Harry zapomniał o całym bożym świecie i skupił się na powtarzaniu w myślach tak, Loueh, ja też tęskniłem… nawet nie wiesz jak bardzo tęksniłem.

- Aw, to słodkie, Lou – wymruczał Harry, będąc pewnym, że mógł wymyślić wiele innych, lepszych odpowiedzi, ale motylki w jego brzuchu trzepotały zbyt mocno, uniemożliwiając mu racjonalne myślenie.

Resztę dnia spędzili na kanapie, przekomarzając się i grając w tą beznadziejną grę, której Harry szczerze nienawidził, ale nie umiał odmówić Louis’emu, zważywszy na to, jak słodko wyglądał przygryzając w zdenerwowaniu wargę.

- Louie? – mruknął w zamyśleniu Harry, podnosząc się ospale ze swojego fotela. Louis odwrócił głowę w jego stronę, rzucając mu pytające spojrzenie. – Jestem śpiący.

- Okej, Haz, wstawaj – Louis wyłączył telewizor, odkładając na bok pilot i uśmiechnął się łagodnie.

I wtedy zaczęło się. Pierwsza błyskawica przecięła zachmurzone niebo, a kilka sekund później po całej okolicy rozległ się huk, powodując, że dreszcz przeszedł przez ciało Harry’ego. Chłopak odwrócił się w stronę okna, żałując tego posunięcia wręcz natychmiast, gdy sytuacja powtórzyła się. Rzucił Louis’emu błagalne spojrzenie, przygryzając w strachu dolną wargę, a kilka sekund później był już w ramionach przyjaciela, który stał na palcach, aby okręcać wokół palców jego loki.

- Jest dobrze, ciiii, Harry – mruczał ucha Harry’ego Louis. – Będzie okay, skarbie.

- B-boję się, Lou – wyjąkał Harry, a kąciki jego oczu stały się niebezpiecznie mokre.

- Chodź Haz. Wyłączymy wszystko z prądu, dobrze?

Harry skinął lekko głową, nie pozwalając Louis’emu na wyplątanie się z jego uścisku i będąc prowadzonym w stronę kuchni, gdzie Louis wyłączył urządzenia elektryczne. Zrobili to samo z całym mieszkaniem i gdy w końcu oboje leżeli na łóżku Harry’ego w całkowitej ciemności, oddech Harry’ego stopniowo się uspokajał.

- Dziękuję, Louis – powiedział Harry delikatnym tonem.

Pomimo mroku, Louis podniósł się, aby spojrzeć na twarz Harry’ego, na której teraz widniał łagodny uśmiech. – Nie ma za co, Hazza.

Harry uśmiechnął się jeszcze szerzej, ale wyraz jego twarzy zmienił się momentalnie, gdy Louis odgarnął grzywkę z czoła i usiadł na łóżku, świecącym wyświetlaczem telefonu oświetlając podłogę, aby znaleźć swoje pantofle.

- Lou? Co ty robisz? – zapytał przerażonym głosem, przygryzając od środka policzek, aby nie wybuchnąć płaczem kolejny raz.

Louis nie mógł go opuścić. Nie, nie, nie.

- Idę do siebie, Harry. Będę w pokoju obok, jakby coś się działo, wołaj – odparł Louis, wstając z materaca.

Harry nie odezwał się, nie mógł kolejny raz pokazać Louis’emu, że jest niepanującym nad emocjami i strachem bachorem. Wstrzymywał płacz tak długo, jak to możliwe, ale gdy huk rozległ się tuż obok ich mieszkania, nie wytrzymał i cichuteńko załkał.

- Harry? Wszystko dobrze?

- Boo… nie… nie odchodź, proszę – zdołał wyjąkać przez łzy.

Louis w jednej sekundzie znalazł się tuż obok niego, wskakując na łóżko. – Dobrze. Zostanę tutaj, z tobą.

Niebieskooki ucałował jego czoło, obracając się tak, że mogli patrzeć sobie w oczy. Gdy po chwili Harry otworzył dotąd przymknięte ze strachu powieki, zobaczył najpiękniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić. Louis spał tuż obok niego, jego równomierny oddech otulał twarz Harry’ego, a rozwiane włosy smyrały jego czoło.

I to wszystko sprawiało, że Harry uśmiechnął się delikatnie i pomimo wszystkiego zaczął dziękować Matce Naturze za dzisiejszą burzę. Pochylił się jeszcze, aby odgarnąć grzywkę opadającą na oczy Louis’ego i złożył buziaka na jego czole, zanim odpłynął w krainę Morfeusza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz