niedziela, 15 grudnia 2013

3

Eleanor jak zwykle czeka na niego na dole w holu przy windzie o dwunastej trzydzieści, co jest jedną z wielu rzeczy, które Louis uwielbia w dobrej, starej, niezawodnej El. Lekko do niego macha, podnosząc wzrok ze swojego Blackberry, a Louis gna, by pocałować jej policzek, ponieważ po dzisiejszym ranku jeszcze nigdy nie był tak wdzięczny, widząc przyjazną twarz. Spędził ostatnie dwie godziny na kontroli obrażeń, bo ten idiotyczny stażysta zarezerwował dwie szkoły na te same miejsca na środową popołudniówkę i teraz nauczyciele dwóch szkół średnich grożą wezwaniem wsparcia, jeśli natychmiast nie dostaną zadośćuczynienia. Cały poranek zostawiał wiadomości na skrzynce Paula – bez odpowiedzi – a jego współpracownik, który przebywał z nim wtedy w biurze, wpatrywał się w niego przez chłodnicę wody i powiedział, że nie jest odpowiedzialny za szkolne bilety. I jeśli w tamtym momencie Louis miałby te laleczki voodoo w jego kształcie, cóż. Obok barku na alkohol w jego mieszkaniu czekają na niego pinezki z imieniem tego kolesia. Pinezki dla obojga współpracowników, pinezki dla nauczycieli szkół średnich i pinezki dla ludzi, którzy rezerwują trasy Broadwayowe, i pinezki dla większości tego opuszczonego przez boga budynku, jeśli miałby być szczery.
- Wyglądasz na zestresowanego, kochanie – mówi mu El, pocierając palcem rękaw jego płaszcza, kiedy on kończy zapinać guziki – coś się dziś stało?
- Nie każ mi nawet zaczynać. – Wzdycha. – Wiedziałaś, że Chris jest imbecylem, który zwyczajnie nie potrafi pamiętać o zapisywaniu rezerwacji biletów? Imbecyl, mówię ci.
- Wspominałeś – El kiwa głową z chytrym, małym uśmieszkiem na ustach – raz czy dwa, tak myślę.
- Cóż, nigdy za wiele – mówi, a El kręci głową, gdy oboje idą w kierunku drzwi, udając się na umówiony lunch w Noodles and Company. To dlatego El jest najlepszą osobą, która pracuje w tym centrum sztuk, myśli, otwierając dla niej drzwi, gdy wychodzą na zewnątrz. Jest ona jedyną osobą, która nie gra mu na nerwach, chyba że Ed i Dani z trzeciego piętra się liczą, ale ci często są nieobecni przez sprawy zawodowe, więc rzadko ich widuje. Nie, El jest jedyną normalną osobą pracującą na całych pięciu piętrach organizacji sztuk i Louis kocha ją za to, za ten przyjazny uśmiech, którym wita go raz w tygodniu pół godziny po południu, i za wszystkich chłopaków, z którymi próbuje go wyswatać, mimo że póki co żaden z tych związków nie trwał dłużej niż trzy randki. Zawsze jednak liczą się chęci, a El jest bardzo do tego chętna, jeśli już trzeba coś o niej powiedzieć.
- Więc powiedz – mówi Louis, biorąc ją pod ramię, gdy idą wzdłuż Second Avenue – jak poszła ci wczoraj randka z Jamesem?
- Koszmarnie. – El wzdycha, chowając ręce w zgięcie łokcia Louisa, by uchronić je przed wiatrem. – Absolutnie koszmarnie. I ty mi mówisz, żebym nie nakazywała ci nawet zaczynać.
- Koszmarnie jako był tak nudny, jak jego ubiór koszmarnie, czy koszmarnie jako muszę wezwać posiłki, by odciągnąć tego wilka od mojego habitu koszmarnie? – docieka Louis lekko zmieniając tempo, idąc chodnikiem niedaleko restauracji.
- Pierwsze – mówi El – nie martw się, chciałabym, żeby chociaż próbował dostać się do mojego habitu. Ożywiłoby to przynajmniej wieczór.
- Ach. – Louis kiwa głową, otwierając drzwi do restauracji i wskazując El, aby weszła pierwsza. – Więc było to tak udane, jak nasza pierwsza randka, tak?
El szeroko uśmiecha się na to wspomnienie. Jeden z ich współpracowników chytrze zorganizował im randkę w pierwszym tygodniu jego pracy w centrum, udając że to wspólny wypad na drinki, po czym poklepał ich po ramionach, kiedy dojechali i zostawił ich samych, puszczając im oczko, bo tak się składało, że koleś ten nie miał oczu lub gej-radaru, które ocaliłyby mu duszę. Jednak skończyło się to doskonale, więc nie może żałować całego tego pierwotnego zażenowania. – Nawet mniej – mówi El – przynajmniej wtedy zyskałam przyjaciela. A uwierz mi, nie chcę jeść lunchu z panem Pozwól-Że-Opowiem-Ci-O-Wszystkich-Moich-Byłych-Oraz-Moich-Dziwnych-Zachowaniach, dziękuję.
- Och – Louis krzywi się, gdy idą w stronę kolejki – to brzmi koszmarnie, racja.
- I ty mi o tym mówisz. – Wzdycha, z zastanowieniem patrząc na tablicę, jakby nie zamawiała tego samego pad thai combo, które bierze zawsze, od kiedy zaczęli chodzić razem na lunch.
- Cóż, jeśli zadzwoni i zaprosi cię na kolejną randkę – mówi Louis, uśmiechając się i zastanawiając pomiędzy stronganoff a trufle mac – będziesz musiała mu powiedzieć, że twój chłopak nie będzie zadowolony, prawda? – El śmieje się na tę sugestię; nazywają się nawzajem swoim chłopakiem iswoją dziewczyną od pierwszego spotkania, kiedy tylko jest to potrzebne, ot tak.
- Chyba skorzystam z tego pomysłu – mówi, przygryzając swój pomalowany paznokieć, kiedy podchodzi do lady. – Małe pad thai i lemoniadę, dziękuję. – Wyjmuje portfel, ale Louis odsuwa jej rękę, bo w zeszły weekend płaciła za drinki, a to najmniej, co może dla niej zrobić. Składa swoje zamówienie – decydując się na stroganoff, bo jest trzy dolary tańsze, a jego portfel wygląda chudo, kiedy teraz tak na niego patrzy – i podaje mężczyźnie dwudziestkę, odsuwając się z drogi kolejnemu klientowi. – A ty? – pyta El, szturchając go. – Nie słyszałam nic o twojej randce w zeszły weekend.
- To dlatego, że nie ma o czym mówić – mówi, odsuwając El krzesło i zajmując miejsce, następnie układając łokcie na stole. – Ale, powiedz mi, wierzysz w przeznaczenie, El?
- Chodzi ci o to Broadwayowe fiasko, czy ogólny koncept, kochanie? – Uśmiecha się z wargami owiniętymi wokół butelki z lemoniadą. – Musisz skonkretyzować.
- Mam na myśli, jak w skali od jednego do Paul-zwolniłby-cię-z-miejsca niewłaściwe byłoby oświadczenie się potencjalnemu nabywcy biletów zanim faktycznie dokona zakupu?
El patrzy na niego z rozbawieniem na twarzy i mówi – Nawet nie będę na to odpowiadać, kochanie – co jest prawdopodobnie kolejnym z powodów, przez które Louis ją kocha.
-
Kiedy wraca z lunchu, czeka na niego wiadomość na skrzynce; żadne prawdziwe zawiadomienie, jedynie trochę kręcenia się i – Halo? – po którym słychać – Och, to musi być automatyczna sekretarka, chyba zadzwonię później – mówione głosem, który Louis rozpoznałby wszędzie.
Louis mruczy z niezadowoleniem i decyduje, ż pogodzi się z kryzysem tego dnia, nieco się dąsając.
Przynajmniej mógł zostawić numer telefonu, myśli.
Złośliwiec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz