poniedziałek, 16 grudnia 2013

325

24 kwiecień 2012

Ciepłe promienie słońca przedzierały się przez niedomknięte żaluzje. Tworzyły małą smugę światła, która oświetlała twarz Louisa. Chłopak przekręcił się na bok, tyłem do okna. Przez chwilkę zastanawiał się, czy wstać i spojrzeć w lustro, czy też olać wszystko, wszystkich i przeleżeć ten dzień w łóżku nie otwierając oczu. Czuł się nadzwyczaj dobrze, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że z jego ciałem było wszystko okej. Postanowił więc wstać i sprawdzić, co los przyniósł mu tym razem. Odkrywając z siebie kołdrę nie spojrzał na swoje nogi. Chciał, ale powstrzymał się, bowiem wolał spojrzeć na siebie w całości. Najpierw jednak podszedł do okna i odsłonił żaluzje, pozwalając słońcu wkraść się do pokoju. Przez moment obserwował swoją dłoń jakby była czymś wspaniałym. W jego głowie pojawiły się obrazy tego, jak mógł wyglądać. Szybkim krokiem podszedł do wielkiej szafy, która na drzwiach miała ogromne lustro. Przez chwilkę stał tam z zamkniętymi oczami, jakby bał się tego, co zobaczy. Kiedy wreszcie je otworzył nie zdziwił go inny wygląd, niż dzień wcześniej. Zdziwił go raczej wiek w jakim aktualnie się znajdował. Siedemnaście - tyle właśnie miał teraz lat. Skąd wiedział? Jakaś dziwna i nieprzymuszona siła mu to mówiła. Odkąd rok temu razem z czwórką obcych sobie osób znalazł się przypadkiem na wieżowcu laboratorium, w którym pracowała jego ciotka, jego życie zmieniło się. Nawet nie potrafił nazwać jak bardzo się zmieniło. Od tamtego czasu co miesiąc się zmienia. Ciągle jest tym samym Louisem Tomlinsonem, jednak zmienia się jego wiek i po części wygląd. W tym miesiącu los chciał, że chłopak obudził się jako siedemnastolatek. Jego włos były takie jak kiedyś. Takie, jakie miał trzy lata temu. Czyli dokładnie w wieku siedemnastu lat. Wyglądał identycznie. Rozczochrane i za długie, jasno brązowe włosy, błękitne oczy i ta młoda twarz. Louis dokładnie pamiętał siebie z czasów kiedy miał siedemnaście lat. Był głupkowatym szczeniakiem i nienawidził wszystkich. Nie miał przyjaciół i właśnie wtedy odkrył, że jest inny. Całkowicie inny. Westchnął głośno, a potem spojrzał w dół, na swoje bokserki. Zdziwiło go, że przemiana jaką przechodził nigdy nie dotykała jego kolegi, co tak naprawdę go tylko cieszyło. Który siedemnastolatek mógł pochwalić się takimi wielkościami? Chyba tylko on. Kolejne westchnienie zagłuszyło cisze panującą w pokoju. Louis sięgnął do szafy i wyciągnął z niej czarne dresowe spodnie. Założył je pośpiesznie, po czym wyszedł z pokoju.

W kuchni, jak zwykle rano krzątała się jego ciocia. Maria była siostrą jego mamy. Kochaną kobietą i jedyną podporą, jaką posiadał. Mieszkali razem z jej synem Brianem. Chłopak miał siedemnaście lat i był podobny do Louisa. Co w tych okolicznościach było szalenie dziwne.

-Och, Louis? Na Boga, myślałam, że to Brian! – Szatyn westchnął zrezygnowany, po czym podszedł do lodówki i wyciągnął z niej karton soku – Ile tym razem? - zapytała kobieta.

-Siedemnaście – mruknął chłopak, nalewając sobie soku do kubka.

-Więc nie pomyliłam się wcale. Jesteście tak bardzo podobni. No, ale chyba powinieneś się cieszyć, co? - Louis pokiwał głową, a potem zajrzał jej przez ramię.

-Jestem głodny – stwierdził w tej samej chwili, w której do kuchni wszedł Brian. Chłopak stanął jak wryty, kiedy zobaczył swojego kuzyna.

-On! Ja! Mamo? - wydukał oniemiały chłopak.

-Brian, spokojnie. Louis ma obecnie siedemnaście lat. Tak, jest podobny do ciebie – Tomlinson uśmiechnął się przepraszająco do chłopaka.

-To takie niemożliwe – mruknął pod nosem chłopak.

Louis odstawił kubek i spokojnym krokiem wyszedł z pomieszczenia. Co miesiąc musiał się zmagać z głupim spojrzeniem Briana, którego już serdecznie nie cierpiał. Bolało go to, że nikt nie dowierzał temu, co tak naprawdę działo się od roku. Nawet jego mama nie do końca pogodziła się z faktem, że jej syn co miesiąc jest w innym wieku.

Pół godziny później, kiedy Louis wykonał poranną toaletę i ubrał się zwyczajnie, do jego pokoju weszła Maria. Nie miał jej za złe, że weszła bez pytania. Od zawsze tak robiła. Usiadła obok niego i otoczyła go ramieniem, tak jakby chciała go ochronić przed całym złem świata. Szatyn spojrzał jej w oczy, w których zobaczył podniecenie i poniekąd radość.

-Wracasz do szkoły, Lou – powiedziała zadowolona kobieta. Chłopak wytrzeszczył oczy, i zerknął na nią pytająco – Przynajmniej na ten miesiąc – Louis pokręcił z niedowierzaniem głową. Jego ciotka czasami miewała szalone pomysły – Och, naprawdę nie chcesz skorzystać z takiej szansy nadrobienia wszystkiego?

Po chwili zastanowienia chłopak wzruszył ramionami, na co Maria tylko się roześmiała. Jego skrzyżowane ramiona na torsie świadczyły o tym, że się głęboko nad czymś zastanawiał.

-Moje włosy – powiedział, pokazując na swoją głowę. Kobieta kiwnęła głową ze zrozumieniem. Jej też nie podobała się obecna fryzura siostrzeńca – Po prostu zrób z nimi coś. Błagam!

Po chwili zastanowienie oboje udali się do łazienki, w której kobieta zajęła się włosami Louisa. Chłopak nawet nie chciał patrzeć w lustro, podczas kiedy kolejne pasma jego włosów spadały w dół na kafelki. Jednak kiedy Maria skończyła swoje dzieło. Był oniemiały i dziękował jej za to, że uratowała mu życie. W tamtej właśnie chwili wiedział, że ten miesiąc nie musi być zły.

Po załatwieniu kilku spraw w sekretariacie szkoły, do której uczęszczał Brian, Maria i Louis wyszli spokojnie na korytarz. Kobieta, jako prawdziwa mistrzyni kłamstw, wymyśliła naprawdę interesującą historyjkę losów Louisa, w którą oczywiście dyrektor uwierzył. Nawet nie był zdziwiony, że chłopak będzie chodził do tej szkoły tylko miesiąc. Maria cechowała się łatwością w owijaniu sobie facetów wokół palca. Nawet Louis jej ulegał, chociaż doskonale ją znał. Z nią nie dało się wygrać.

Możliwość, że pierwszy dzień ponownego pójścia do szkoły średniej okaże się klapą była naprawdę zerowa, biorąc pod uwagę, że Louis był tu naprawdę obcy. Nie znał nikogo, oprócz swojego kuzyna. Na szczęście chłopak właśnie tego dnia wyjechał na miesięczną wymianę z zaprzyjaźnioną szkołą w Irlandii. Na szczęście. Tomlinson nie był pewien, czy dałby radę chodzić z nim do jednej szkoły, podczas kiedy ten sztyletował go spojrzeniem, i to w dodatku takim obcym.

Pierwsze lekcje mijały naprawdę spokojnie, nikt szczególnie nie zauważył, że Lou jest nowym uczniem. Odpowiadało mu to. On po prostu chciał przeżyć ten miesiąc w spokoju. Poczuć jeszcze raz, jak to jest być siedemnastolatkiem. Może nie takim typowym, ale przynajmniej takim, który chodzi do szkoły, zdobywa oceny, a czasami nawet o nie walczy.

Idąc korytarzem Louis rozglądał się na boki w poszukiwaniu miejsca, w którym mógłby spokojnie odpocząć podczas lunchu. Był zmęczony, a jego mózg już dawno nie pracował tak, jak powinien. Był także troszeczkę rozkojarzony, więc nie zdziwił się, gdy się zagapił i wpadł na kogoś, brutalnie się przewracając. Jednak wszystko było z nim okej. Naprawdę. Jedynym poszkodowanym był obcy, dobrze umięśniony chłopak, którego notatki rozsypały się po całym korytarzu. W tamtej właśnie chwili Louis przeklinał w myślach swoją ciotkę, i to, że kazała mu wracać do szkoły. Przecież doskonale wiedziała jak jej siostrzeniec był niezdarny!

-Ja… - Jego struny głosowe odmówiły posłuszeństwa, kiedy zobaczył złość wymalowana na twarzy obcego chłopaka.

-Czy ty kurwa wiesz, kim ja jestem? - wycedził przez zęby chłopak. Louis wytrzeszczył swoje błękitne oczy. Nienawidził się, za swoją niezdarność i głupotę jeszcze bardziej, niż chwilę temu.

-Ja… - zaczął, jednak nie dokończył, ponieważ zza umięśnionego chłopaka wyłonił się chłopak z burzą loków na głowię. Louis oniemiał na widok młodszego chłopaka. Młodszego, ponieważ Louis ciągle miał dwadzieścia lat, może nie wyglądał na tyle, ale w jego umyśle siedział dwudziestoletni facet. Tak, to było szalenie dziwne.

Brunet wpatrywał się w Louisa z dziwnym, wręcz przenikającym wzrokiem. Jego oczy miały tak bardzo intensywny zielony odcień. Tomlinson nie potrafił oderwać od nich wzroku. To było dla niego tak cholernie dziwne. Wpatrywanie się w oczy obcego chłopaka, podczas leżenia na szkolnym korytarzu. Tak, zdecydowanie to było dziwne.

-Mike, wyluzuj i zacznij zbierać te papiery. Chyba nie chcesz, aby dyrektor je zobaczył. Szczególnie tamtego świerszczyka – Głos chłopaka był miękki i spokojny. Louis nadal wpatrywał się w niego z nieodgadnionym zachwytem. Ocknął się dopiero, kiedy chłopak pochylił się nad nim i wyciągnął w jego stronę swoją dłoń. Szatyn przez chwilkę zawahał się, ale w końcu dał sobie pomóc. Dzięki nieznajomemu, który uratował mu życie, Lou stanął na nogach – Lepiej, żebyś teraz szybko odszedł. Dopóki jest zajęty – mruknął w jego stronę zielonooki, pokazując na umięśnionego chłopaka, który właśnie pochylał się w stronę podłogi. Louis pośpiesznie kiwnął głową, po czym zaczął kierować się w stronę wyjścia ze szkoły. Nie odwrócił się, chociaż bardzo chciał ponownie ujrzeć te piękne oczy.

27 kwiecień 2012

Louis był niezdarny i przyznał się do tego nawet przed Marią. Mimo wszystko, nawet zderzenie z napakowanym chłopakiem nie zniechęciło go do dalszego chodzenia do szkoły. Jednak musiał się czegoś nauczyć. Po pierwsze: nie wpadać na nikogo, po drugie: rozglądać się podczas przechadzek po korytarzu, i po trzecie: unikać napakowanego kolesia imieniem Mike! Brunet trzymał się tego. Serio. Nawet, jeśli był szalenie zmęczony uważał na to jak, i gdzie chodzi. Podczas trzech dni uczęszczania do szkoły, znalazł sobie przytulne miejsce, gdzie spędzał przerwę na lunch, i nie była to wcale skrytka na szczotki i mopy. Oprócz powodzenia na korytarzach, całkiem dobrze szło mu na lekcjach, ale nie była to nowość. Louis lubił się uczyć i miał do tego smykałkę, nie znaczyło to oczywiście, że był kujonem. Co to, to nie! Przyswajanie wiedzy przychodziło mu z łatwością. Oczywiście nawet on, posiadał swoją piętę Achillesa, którą była geografia. Kiedy poprzednio uczęszczał do szkoły ten przedmiot również nie należał do jego ulubionych. Jednakże był obowiązkowy i zaliczał testy. Tym bardziej nie cieszyła go jedynka z tego przedmiotu, którą dostał. Oczywiście mógł to olać, bo przecież miał chodzić do szkoły zaledwie miesiąc, jednak nie chciał wyjść na kogoś próżnego. Kogoś, kto się nie stara, chociaż nawet nie musi.

Wychodząc ze szkoły zorientował się, że jest piątek, więc czekają go dwa dni samotnej nauki. Maria nie należała do osób lubiących dawać komuś korepetycje. Nawet jeśli tak by było, to jej praca na to nie pozwalała. Weekendy spędzała w laboratorium.

Louis wyciągnął z plecaka swoją czapkę i naciągnął ją na głowę. Koniec kwietnia był dość ciepły, jednak tego dnia powiewał lekki wiatr, dlatego też chłopak zdecydował się na jej założenie. W umyśle chłopaka tworzył się zarys tego, co będzie robił przez dwa dni wolnego. Marzyło mu się długie spanie i piwo. Tak dawno go nie pił! Powtarzając pod nosem jedno słowo, którym było właśnie piwo, szedł trawnikiem, nie patrząc gdzie idzie. Ponownie. Jednak tym razem nie upadł, ale wpadł na kogoś. Wpadł na kogoś, kogo już wcześniej widział, i chciał ponownie zobaczyć. Jednak przez trzy dni, podczas których rozglądał się na korytarzach, osoby tej nie zobaczył. Zderzenie nie było silne, jednak, rozkojarzony Louis wypuścił z rak swój zeszyt, więc wszystkie notatki rozsypały się po trawniku.

- Piwo! - warknął Louis, nie zważając na to, co chciał powiedzieć rzeczywiście. To słowo wypłynęło z jego ust mimo woli. Szatyn schylił się po jedną z kartek, i wtedy zobaczył przed sobą dwa białe Conversy, więc podniósł wzrok.

- Wybacz, nie chciałem na ciebie wpaść – Usłyszał znajomy głos. Chłopak z burzą loków na głowie, stał nad nim i uśmiechał się przyjaźnie. Louis był lekko zszokowany, więc tylko kiwnął głową – Czy ty powiedziałeś piwo? - zapytał, na co Tomlinson wzruszył ramionami, ciągle zbierając swoje kartki. Nieznajomy chłopak nachylił się i pomógł mu w tym. Przez chwilę panowała cisza, jednak brunet natrafił na felerny test Louisa, więc podniósł się – Och, nie zdałeś – stwierdził. Lou podniósł ostatnie kartki, po czym również się wyprostował.

- Nie przepadam za geografią – mruknął cicho. Nieznajomy zaśmiał się pod nosem.

-Jestem Harry. Harry Styles – Brunet wyciągnął w jego stronę dłoń. Nie minęła nawet sekunda, a Louis ją uściskał.

-Louis jestem – rzekł. Przez dobrą chwilę patrzyli sobie w oczy. Dość usilnie. Louis w te intensywnie zielone, a Harry w te nierealnie błękitne.

-Naprawdę przepraszam – wychrypiał Harry, a Louis odwrócił wzrok, puszczając dłoń bruneta – Czasami bywam dość nieogarnięty.

-Na pewno nie tak jak ja – jęknął Tomlinson, wkładając swoje dłonie do kieszeni. Harry przyjrzał mu się uważnie.

-Naprawdę? Wydawało mi się, że jesteś raczej dość ogarnięty. No wiesz, podczas lunchu zawsze siadasz w tym samym miejscu i praktycznie zawszę cie tam widuję.

- Widujesz? - zapytał zaskoczony Louis, patrząc wprost na twarz chłopaka. Harry kiwnął głową – Nie widziałem cię w szkole, odkąd uratowałeś mnie przed tym dryblasem.

- Mike nie jest szkodliwy. Serio. Jest napakowany, ale dość….infantylny i mało inteligentny – przyznał Harry – Jesteś o rok młodszy, więc nie widzisz mnie w szkole – Louis skrzywił się, kiedy usłyszał pierwszą część wypowiedzi chłopaka. No tak, dla niego był młodszy. Jednak Louis mógł o nim powiedzieć to samo – Hej! Wiesz co? W ramach rekompensaty pomogę ci nauczyć się do testu! Nie przyjmuję odmowy – dodał, widząc, że Louis chce coś powiedzieć.

-Okej, jeśli to nie problem – Harry pokręcił przecząc głową, po czym wskazał chłopakowi, aby szedł za nim. Przez chwilkę panowała cicha, którą zagłuszał tylko nerwowy kaszel Tomlinsona. Jak się później okazało, Harry zaprowadził go do swojego auta, w celu udania się do jego domu. Louis był totalnie zaskoczony. Oczywiście Styles to zauważył i wytłumaczył mu, że jeśli zaczną od razu będą mieli mniej na następne dni. Takim sposobem, Louis pojechał do domu nieznajomego Harry’ego Stylesa, w którego oczy mógłby wpatrywać się wieki.

Harry mieszkał z rodziną, o czym świadczył jego dom. Był duży i usytuowany w pięknej dzielnicy nieopodal parku, za którym mieszkał Tomlinson. Szatyn odetchnął z ulgą, kiedy okazało się, że w domu Harry’ego jest jego mama. Nie chciał zostawać z chłopakiem sam na sam. Choćby dlatego, że nie znał go za dobrze. Nie to, żeby się go bał! No bo, przecież Harry nie wydawał się być groźnym typkiem. Może nieco dziwnym, ale zdecydowanie niegroźnym. Jego pokój znajdował się nad garażem i Louis przez chwilkę mu pozazdrościł, bo Harry miał totalną swobodę z wychodzeniem w nocy. Wystarczyło otworzyć okno, wyjść na dach, a potem po altance na dół.

Brunet był bardzo porządny. Nie to co Brian, który zostawia wszędzie swoje ubrania i nie potrafi po sobie sprzątać. W jego pokoju panował porządek. Ubrania nie walały się po podłodze, tak jak to czasami bywa. Przez chwilkę Louis pomyślał, że Harry jest pedantem, ale kiedy chłopak otworzył szafę z zamiarem schowania do niej plecaka wszystkie wątpliwości odeszły w nie pamięć. Brunet był mistrzem w upychaniu rzeczy w szafie.

-Interesujące – mruknął Louis do siebie. Czasami też chciałby po prostu upchać wszystko w szafie.

-Interesujące co? - zapytał Harry, pokazując chłopakowi, aby usiadł na kanapie. Louis machną ręką, a potem usiadł na wskazanym miejscu. Harry wyciągną z szafki podręcznik i kilka kartek, po czym podał je Louisowi – Przyniosę coś do picia. Jeśli chcesz przemycę piwo. Mama na pewno się nie zorientuje.

-Nie! - powiedział zbyt szybko Tomlinson. Harry uniósł brew do góry – Ja… lepiej będzie nie pić przy nauce – dokończył. Harry kiwną głową, po czym wyszedł. Louis ponownie rozejrzał się po pokoju. Na ścianie wisiał obraz, którego do końca nie potrafił rozpracować. Coś jakby drzewo, jednak nie do końca. Brunet lubił sztukę, jednak wolał nie wdawać się w rozszyfrowywanie jej znaczeń i sensu.

Harry wrócił po chwili, z dwiema szklankami herbaty. Obie postawił na stoliku, a potem usiadł pod drugiej stronie sofy, naprzeciw Louisa.

-Więc, skąd jesteś? - zapytał, sięgając po książkę. Szatyn zdziwił się, kiedy usłyszał to pytanie.

-Z Doncaster, ale moja rodzina jest z Holmes Chapel – wydusił Louis.

-Stąd? Naprawdę? Nigdy cię tu nie widziałem – przyznał chłopak, przewracając kolejne strony książki

-Ja po prostu nie chodziłem wcześniej do szkoły. Moje życie jest trochę pokręcone – przyznał Louis, po czym sięgnął po herbatę.

-Mam nadzieje, że lubisz owocową – Szatyn kiwnął głową, na co Harry uśmiechnął się pod nosem – No, a masz jakieś rodzeństwo? - Nie wiadomo skąd, Louis zaczął się martwić, dlaczego Styles zadaje mu tyle pytań. Jednak nie chciał go urazić, więc na nie odpowiadał. Na szczęście Harry przeszedł do tłumaczenia mu, jak obliczyć szerokość geograficzną, więc na pytania nie było już czasu . Najlepsze w tym wszystkim było to, że Louis był swobodny i czuł się jakby znał Harry’ego od wieków. Było idealnie. Nawet kolejne pytania Stylesa, o jego życie mu nie przeszkadzały. Czasami nawet żartowali.

Jednak, kiedy Harry odprowadził Louisa do drzwi, a potem pocałował go na pożegnanie w policzek, szatyn zaczął się zastanawiać, co tak naprawdę się stało. Jednak Harry nie pozwolił, aby zaprzątał sobie tym głowę długo. Bowiem Louis dostał od niego wiadomość, w której umawiali się na następny dzień. Na korepetycje.

1 maja 2012

Louis był spięty. Bardziej, niż kilka lat wcześniej, przed egzaminem kończącym liceum. Sam do końca nie wiedział, dlaczego się denerwował. Bo przecież przygotował się na poprawę testu prawie idealnie. Oczywiście nie sam. Praktycznie wszystko zawdzięczał Stylesowi, musiał to przed sobą przyznać, co zresztą uczynił. Jednak nadal miał wątpliwości, czy wiedza, jaką przekazał mu chłopak z lokami była wystarczająca.

Siedząc na ławce, pod klasą, na drugim piętrze, Louis powtarzał właśnie to, co Harry napisał mu na kartce. Robił to odruchowo, a przecież nie musiał. Nawet nie powinien. Jednak nie potrafił inaczej. Harry wpajał mu do głowy to wszystko przez trzy dni i obiecał mu, że na pewno zda. Był z siebie dumny, że Louis przyswoił wszystko w tak krótkim czasie. Jednak szatyn nadal się bał. Czekając pod klasą na profesora, był tak zajęty rozmyślaniem, że nie zwracał uwagi na mijających go uczniów. Nie zauważył więc, kiedy Harry podszedł do niego i usiadł bardzo, ale to bardzo blisko niego. Dopiero dłoń Stylesa na jego plecach i słodki oddech na szyi sprawił, że chłopak się ocknął.

-Dzień dobry, Louis – mruknął w ucho szatyna Harry, po czym leniwie ucałował jego rozgrzany policzek. Tomlinson odwrócił się niemal natychmiast po tym, jak Harry oderwał swoje usta od jego policzka. Spoglądając w zielone oczy bruneta nie wiedział, co ma zrobić. Był zdenerwowany poprawą, oszołomiony zachowaniem Stylesa i podniecony jego obecnością. Cieszył się, chociaż tak naprawdę nie do końca wiedział z czego.

-Harry? - zapytał szatyn – Co ty tutaj robisz? - Styles uśmiechnął się tajemniczo, ale zarazem zadziornie, po czym ponownie pocałował Louis’ego w policzek. Tomlinson rozejrzał się po korytarzu, czy nikt na nich nie patrzy, po czym odetchnął z ulgą, nie widząc nikogo. Chciał zadać pytanie, ale profesor wychylił się z klasy i mu to uniemożliwił.

-Louis? Gotowy? - Kiwnięcie głową spowodowało ponownie zniknięcie mężczyzny w klasie. Chłopak spojrzał zmartwiony na Harry’ego, który uśmiechnął się tylko pokrzepiająco.

-Będzie dobrze, Lou – powiedział Harry. Louis spojrzał badawczo na jego twarz, jednak nie trwało to długo, bo chłopak popchnął go w stronę drzwi.

Harry przepychał się właśnie przez tłum uczniów. Chciał koniecznie dostać się do holu głównego, w którym zapewne znajdował się Louis. Musiał się koniecznie z nim zobaczyć i dowiedzieć się, czy zdał. Tak bardzo mu na tym zależało. Nie chciał, aby jego praca poszła na marne, chociaż nawet nie o to w tym wszystkim mu chodziło. Chciał zbliżyć się do Louisa i go poznać. Na początku nie wiedział dlaczego. Był nim zauroczony? Zdecydowanie. Chciał go poznać, ponieważ potrzebował kogoś, kto będzie go rozumiał. Louis wydawał się być idealnym kandydatem. Był miły i uroczy. Wydawał się dobrodusznym, trochę zagubionym dzieciakiem, który potrzebował kogoś, kto by się nim zaopiekował. Harry chciał się nim zaopiekować. Pragnął mieć kogoś.

Tomlinson opierał się o ścianę i patrzył intensywnie w podłogę, jakby była czymś interesującym. Nie zważał na nikogo. Po prostu tam stał. Harry podszedł do niego w okamgnieniu. Chciał jak najszybciej dowiedzieć się jaki jest wynik. Chciał się z nim cieszyć, albo móc go pocieszać. Złapawszy go za ramię sprawił, że Louis spojrzał na niego.

-Louis! Ja ci poszło? - zapytał łagodnie Harry, spoglądając w błękitne oczy szatyna. Tomlinson wzruszył ramionami – Hej, chyba nie było tak źle?

-Było dobrze – wyjaśnił chłopak. Był jakiś przygnębiony i nawet Harry to zauważył.

- Zaliczyłeś! Więc dlaczego się nie cieszysz? - Harry objął go ramieniem, na co on spiął się nieco. Czuł się osaczony. Z jednej strony chciał, żeby Harry go obejmował, ale z drugiej czuł się z tym dość dziwnie.

-Dlaczego się tak o mnie martwisz, Harry? Nie znasz mnie w ogóle – Oczy Harry’ego powiększyły się nieco na dźwięk głosu szatyna. Oczywiście mógł powiedzieć prawdę, jednak nie zdążył. Dzwonek rozbrzmiał w całym holu. Styles odsunął się o Louisa, po czym rozejrzał.

-Spotkamy się niebawem, Louis – mruknął Harry, po czym nachylił się i musnął swoimi wargami policzek Tomlinsona.

4 maja 2012

Louis podążał tuż za chłopakiem z lokami. Wspinali się po schodach przeciwpożarowych, w które szkoła była zaopatrzona. Szatyn czuł się doskonale, ale był nieco zawstydzony, ponieważ Harry trzymał go za rękę. Nie było to normalnie, jednak Louis doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to, co było między nimi nie było normalne. Gdy pokonywał kolejne stopnie, wzrastało w nim napięcie. Nie chciał tego, jednakże nie mógł nic na to poradzić. Harry spoglądał na niego, co chwilkę uśmiechając się przyjaźnie. Coś niepokojącego było w tym uśmiechu i Louis wiedział o tym doskonale.

Dach szkoły był wielki, Louis w swoich myślach użył słowa ogromny. Szatyn nie miał lęku wysokości, ale do krawędzi wolał nie podchodzić. Styles pociągnął go w stronę jednego z murków, za którym chłopak ujrzał szklany sufit. Sufit pracowni biologicznej. Harry usiadł na murku i wskazał chłopakowi, aby zrobił to samo.

-Podoba ci się? - zapytał brunet, kiedy chłopak usiadł obok niego. Szatyn kiwnął głową, po czym odwrócił się, aby zobaczyć, czy sala biologiczna jest pusta – Nie martw się. O tej porze nie ma tam nikogo. Zresztą, czy kiedykolwiek patrzyłeś w ten sufit? - Louis roześmiał się kręcąc przecząco głową – Masz wspaniały śmiech, wiesz?

- Ja… – wydukał Louis – Dziękuję. Mógłbym powiedzieć to samo, ale chyba nie słyszałem jeszcze twojego śmiechu – Harry wyszczerzył się do niego, ale nie zaśmiał.

-Mogę ci o czymś powiedzieć? - zapytał chłopak z lokami. Tomlinson przytaknął głową, spoglądając w jego oczy – Jesteś piękny.

Louis zaniemówił i przez chwilkę nie potrafił wydusić z siebie ani słowa. Nie dlatego, że został nazwany pięknym. Został nazwany pięknym przez chłopaka. Do tego tak bardzo pociągającego chłopaka.

-Nigdy nie widziałem nikogo tak pięknego jak ty. Masz piękne błękitne oczy, twoje włosy są tak bardzo nieuporządkowane, zupełnie jak moje – Harry zaśmiał się cicho, co przyprawiło Louisa o ciarki na plecach – Podobasz mi się, Lou. Definitywnie mi się podobasz. Nigdy wcześniej nie widziałem nikogo tak wspaniałego jak ty.

Na policzkach Louisa pojawiły się dwa dorodne rumieńce, jednak chłopak miał nadzieje, że Harry ich nie zauważył. Szatyn był zaskoczony słowami chłopaka. Jego serce zabiło mocniej, kiedy dłoń Stylesa odnalazła jego, a ich place splotły się razem. Louis nigdy wcześniej nie zaznał uczucia, jakie w tamtej chwili przepełniało jego serce. Nikt, nigdy nie powiedział mu tylu komplementów na raz. Do tego Harry powiedział, że Louis mu się podoba. Dla niego to było tak bardzo niemożliwe. Przez chwilę nawet zapomniał, kim jest i jak wygląda jego życie. Jednak potem uświadomił to sobie i cieszył się jeszcze bardziej.

-A twoje usta! Och Louis, mam ochotę cię pocałować. Czy to będzie zbyt dziwne? - Louis nie odpowiedział. Poczuł na swoich ustach, usta bruneta i rozpłynął się w jego uścisku. Uścisku, który otulił jego ciało. Chciał trwać w nim wiecznie. No bo dlaczego miałby nie chcieć? Usta Harry’ego były słodkie i ponętne, co dawało temu pocałunkowi jeszcze większej pasji. To nie był zwykły całus. To był pocałunek, taki prawdziwy i namiętny. Louis odwzajemnił go natychmiast. Chciał, aby Harry wiedział, że jemu też na tym zależało. Chciał, aby Harry wiedział, że dla Louisa też jest piękny. Po prostu chciał jego.

-Po prostu mnie rozumiesz – wyszeptał Harry wprost w usta szatyna.

7 maj 2012

Uśmiech Louisa sprawiał, że serce Stylesa biło zadziwiająco szybko. Czasami wydawało mu się, że za szybko. Jednak nie obchodziło go to, że od tego uśmiechu może dostać zawału. Idąc przez trawnik pod swoim domem, rozmyślał nad tym, co będzie tam robił razem z Louisem.

-Harry? – Z rozmyślań wyrwał go miękki głos szatyna. Louis szedł kilka kroków za nim, niosąc niedbale swoją torbę. Od czasu, gdy kilka dni wcześniej pocałowali się na szkolnym dachu, Louis był weselszy i zadowolenie biło od niego na kilometr. Jednak tego dnia, kiedy Harry zaproponował mu, że po szkole pojadą do niego, Louis stał się dziwnie zaniepokojony.

-Tak? - zapytał brunet, zatrzymując się i czekając na chłopaka. Gdy Louis był tuż obok niego, Harry odnalazł jego dłoń i złączył ze swoją. Chciał w ten sposób dodać mu otuchy.

-Nie uważasz, że to dość dziwne?

-Ale co?

-No, to wszystko. Czy to nie dzieje się za szybko? - zapytał Louis, kiedy przekroczyli próg domu Harry’ego. Z początku Harry zignorował pytanie chłopaka i pomógł mu zdjąć kurtkę, ówcześnie pozbywając się swojej. Z kuchni dobieg ich kobiecy głos.

-Harry, to ty skarbie? - Louis posłał mu pytające spojrzenie.

-Tak mamo! Już wróciłem, jest ze mną Louis! - odkrzykną brunet. Po chwili z kuchni wyłoniła się mama Stylesa.

-Dzień dobry pani.

-Cześć Louis. Jak tam geografia? Mam nadzieje, że Harry cię czegoś nauczył, a nie tylko zasypywał głupimi pytaniami – Kobieta objęła Tomlinsona przyjaźnie ramieniem – Ciągle o tobie mówi. Ciesze się, że wreszcie ktoś mu się spodobał – Louis wytrzeszczył oczy. Nie spodziewał się, że mama chłopaka będzie wiedziała o jego odmienności. Był troszkę zmieszany, więc brunet uśmiechną się do niego przepraszająco – Właściwie, to ile ty masz lat Louis? - zapytała kobieta, przeczesując loczki swojego syna. Stanęła obok niego i spojrzała na niego pytająco.

-Siedemnaście, proszę pani – powiedział, zgodnie z aktualną prawdą.

-Och skarbie, ale mi chodzi o to, ile masz naprawdę lat – Kobieta machnęła ręką.

-Mamo, daj spokój. Idź zobacz, czy ponownie nie przypalasz kurczaka – Wyraz twarzy Harry’ego zrobił się bardziej naburmuszony niż kiedykolwiek. Kobieta bez słowa wybiegła z przedpokoju, a Harry uśmiechnął się przepraszająco do chłopaka. Louis przez chwilkę pomyślał, że ta dwójka coś wie. Tylko skąd mogliby wiedzieć?

Usiadł na kanapie w pokoju Harry’ego. Ciągle zastanawiał się, o co mogło chodzić mamie chłopaka. Brunet zaś rzucił swój plecak obok biurka, a potem ściągnął z siebie gruby, beżowy sweter. Został tylko w białym podkoszulku. Och, Louis na maksa uwielbiał ten podkoszulek. Mógł wtedy podziwiać umięśniony tors Stylesa.

-Ponawiam pytanie, Harry – mruknął Louis, kiedy brunet przysiadł obok niego. Harry zmarszczył pytająco brwi – Czy twoim zdaniem to wszystko nie dzieje się zbyt szybko? - Harry uśmiechnął się pod nosem, a potem złapał dłoń Louisa i położył ją sobie na kolanie. Gładził ją swoim kciukiem.

- Lou, nie masz dużo czasu, więc wydaje mi się, że pośpiech nawet jest wskazany – Louis wytrzeszczył oczy na te słowa – Ale skarbie, jeśli nie chcesz to możemy zwolnić.

-Jak to mam mało czasu? - zapytał przerażony Louis. Harry sięgnął po koc leżący na oparciu. Przytulił się do ramienia chłopaka, a potem okrył ich czerwonym materiałem.

-Moja siostra jest taka ja ty. Od roku, co miesiąc jest w innym wieku – Harry spojrzał w oczy Louisa i zauważył, że są zaszklone -Hej! Louis. Skarbie, nie płacz – powiedział miękko brunet. Przytulił się jeszcze bardziej do chłopaka.

-Skąd wiesz, że jestem taki jak ona?

-Po wypadku byłem w laboratorium razem z mamą i widziałem cię tam. Nie zmieniłeś się tak bardzo, nadal jesteś uroczy…

-Harry - jęknął Louis. Nie chciał, aby Harry słodził mu teraz. Chciał dowiedzieć się wszystkiego, co wiedział o nim chłopak. Harry pocałował go w żuchwę.

-Moja siostra, Gemma była na dachu tego budynku w tym samym czasie, co ty. Może ją pamiętasz? Średni wzrost, brunetka, długie włosy.

Louis próbował sobie przypomnieć, kto był oprócz niego na dachu budynku, ale ten dzień był jedna, wielką, czarną dziurą. Nie pamiętał nic.

- Gemma nie mieszka z nami. Jest w jednej z klinik, które współpracują z laboratorium. Moja mama nie miała wyboru – Louis zdał sobie sprawę, że Harry, chociaż nie ucierpiał, tak jak Gemma, czy on, to również cierpiał. Cierpiał, bo nie widział swojej siostry. Louis pogłaskał go po policzku, ucałował jego włosy.

-Ja także nie mieszkam ze swoją rodziną – wyznał Louis – Mieszkam z ciocią, która pracuje w laboratorium i z jej synem. Z moją mamą i siostrami widziałem się rok temu.

-Przykro mi – mruknął Harry.

-Mi nie bardzo. Moja mam nie chciała słyszeć o tym, co się stało. Brakuje mi jedynie moich sióstr.

-A syn twojej cioci?

-Brian? To rozwydrzony dzieciak, który zawsze jak mnie widzi, to się dziwi. Przecież dokładnie wie jaki jestem. Gdyby nie ciocia…Sam nie wiem, co by ze mną było.

-Cieszę się – mruknął Harry w szyję Louisa. Szatyn spojrzał w jego oczy – Cieszę się, że cię poznałem, Louis – Tomlinson kiwnął głową, po czy został obdarowany cudownym pocałunkiem w policzek.

10 maj 2012

Louis wrócił do domu przygnębiony. Przez cały dzień nie widział się z Harrym, co rozdrażniło go nieco. Odkąd dowiedział się o siostrze Stylesa, chłopcy chcieli spędzać ze sobą jak najwięcej czasu. Tego dnia nie widzieli się jednak w ogóle. Harry wysłał szatynowi krótkiego smsa, w którym przeprasza go za to. Nie podał jednak powodu swojej nieobecności, co tylko frustrowało Tomlinsona jeszcze bardziej. Nie chciał się narzucać, więc nie pisał, ani nie dzwonił do Harry’ego.

W kuchni przywitała go Maria. Jak co dzień przygotowywała obiad. Louis lubił jej kuchnię. Była prosta, nic wymyślnego. Jednak kochał ją, bo przypominała mu kuchnie jego mamy. Mamy, za którą niesamowicie tęsknił i był w stanie się do tego przyznać.

- Louis, wszystko okej? Jakoś tak marnie dziś wyglądasz? Mam nadzieje, że nie będziesz chory – Louis usiadł przy kuchennym stole i nalał sobie do szklanki soku porzeczkowego, którego serdecznie nie cierpiał. Jednak Harry go uwielbiał i dlatego Louis go pił – Skarbie, wszystko okej? Przecież ty nie znosisz…

-Harry go uwielbia – Maria uśmiechnęła się do swojego siostrzeńca – On ma siostrę – zaczął spokojnie chłopak. Zdawał sobie sprawę, że jego ciocia o tym wie, jednak chciał jej to powiedzieć – Ona jest taka jak ja. Dziwne. Nie pamiętam żadnej brunetki – Louis zaśmiał się pod nosem płaczliwie – Nie pamiętam nic.

-Och, skarbie – Maria podeszła do szatyna i usiadła obok niego. Pogładziła go lekko po plecach.

-Gemma jest w jednej z klinik…

-Tak wiem, jest w klinice w Luton – Ręka kobiety przeniosła się na jego miękkie włosy i pogładziła je czule – Z nią było troszeczkę gorzej, niż z tobą.

-Gorzej? Co masz na myśli? - zapytał przestraszony szatyn.

-Przestała kontaktować ze światem. Odosobniła się i nie chciała widzieć swojej rodziny – wyjaśniła kobieta. Louis wreszcie zrozumiał, o co chodziło Harry’emu, kiedy stwierdził, że jego mama nie miała wyboru – Z waszej piętki, to właśnie ty zachowujesz się normalnie, Louis. Inspektor nie miał wyboru, musiał porozsyłać cała czwórkę po kraju. Gemma jest w Luton. Sara w Exeter. Aaron w Haverfordwest, a Nina w York.

-A ja? - zapytał chłopak.

-A ty skarbie jesteś ze mną. I będziesz cały czas. Pamiętasz? Obiecałam, że cie nigdy nie ostawię – chłopak pokręcił głową – Louis, to moja wina, gdyby nie ja..

-Ciociu! Nie wolno ci tak mówić, słyszysz? Wiem, że moje życie jest popieprzone, nienawidziłem go, ale teraz…Teraz poznałem Harry’ego i widzę, że to ma sens. Chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że niebawem mogę mieć pięć lat i Harry będzie musiał…

-Ciesz się tym, co jest teraz skarbie. Nie martw się o to, co będzie potem. Masz dwadzieścia lat i tyle będziesz miał do świąt. Obiecuje ci, że nie stracisz kontaktu z Harrym.

-Ja go chyba kocham – powiedział Louis, uśmiechając się pod nosem. Kobieta objęła go ramieniem, a potem przytuliła do siebie.

-Wiem, Louis. To widać skarbie.

-Kocham, jak nazywasz mnie skarbem.

-A ja kocham cię tak nazywać – wyszeptała.

16 maj 2012

Siedząc przy kuchennym stole, Louis kroił marchewki, oraz cukinie. Maria kręciła się nerwowo po pomieszczeniu. Oboje postanowili, że tego popołudnia przygotują faszerowaną cukinie. Ich ulubioną. Chociaż Louis najbardziej lubił marchewki, to ich nie dało się faszerować. Niestety. Tego wieczora miał zjawić się tam również Harry. Maria zaprosiła go na kolacje, ponieważ koniecznie chciała go bliżej poznać. Ale nie tylko, chciała z nim również poważnie porozmawiać.

-Skarbie? Mam do ciebie prośbę – Louis uniósł pytająco brwi – Mógłbyś w pewnym momencie naszej kolacji wyjść?

-Wyjść? - zapytał zdezorientowany chłopak.

-Tak. Chciałam porozmawiać z Harrym – Szatyn skrzywił się na dźwięk tego zdania – Och, skarbie. Nie martw się. Nie będę go uświadamiać, do czego służy prezerwatywa i jak się trzeba zabezpieczać, ani nic podobnego.

-Ciociu!

-Chciałam z nim porozmawiać na pewien temat i pewnie się domyślasz, że chodzi o ciebie.

-Okej, dobrze wyjdę. Tylko go nie przestrasz. Zależy mi na nim – Kobieta kiwnęła głową, a potem zabrała się za dalsze przygotowywanie kolacji. Czas mijał powoli, a szatyn co chwilkę spoglądał na zegarek. Nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie zobaczy tą burzę kręconych włosów. Czarny BlackBerry leżący nieopodal Louisa zaczął wibrować, co przykuło uwagę chłopaka. Wytarł więc dłonie, po czym po niego sięgnął. Przez chwilkę wpatrywał się w ekran telefonu z uwagą.

-Louis! Nie ociągaj się! Niebawem przyjdzie Harry, a kolacja niegotowa! - Maria odwróciła się przodem do chłopaka i spojrzała na niego poirytowana.

-Harry nie przyjdzie – powiedział zaszokowany Louis.

-Och, co się stało?- zapytała kobieta.

-Napisał mi: Przepraszam, ale nie przyjdę. Rodzice wyjeżdżają do Luton, a ja nie najlepiej się czuje. Baw się dobrze. Przepraszam – przeczytał Louis, po czym spojrzał na swoją ciocie – Jego rodzice jadą do Gemmy, a Harry nie?

-Najwyraźniej – Kobieta kiwnęła głową – Lou, idź do niego.

-Nie mogę cię zostawić samej z takim zapasem jedzenia – mruknął chłopak.

-Owszem, możesz. Idź. Zostawię ci trochę. Lepiej, żebyś teraz był z nim, okej?

Louis bez słowa wyszedł z kuchni, a potem wbiegł na górę, do swojego pokoju. Tam przebrał się w granatowe jeansy, niebieską koszulkę i szary sweter. Schodząc na dół założył białe Conversy, a potem wyszedł z domu.

Drzwi do domu Harry’ego otworzyły się chwilkę po tym, jak Louis w nie zapukał. Stała w nich Annie. Na jej twarzy malowało się zdziwienie, ale jednocześnie wyraz ulgi.

-Louis? Wejdź proszę. Właśnie zbieramy się do wyjazdu – powiedziała kobieta, wpuszczając go do środka.

-Tak wiem, proszę pani. Przyszedłem do Harry’ego – wytłumaczył Louis, po czym zobaczył schodzącego po schodach ojczyma Stylesa.

-Kochanie idź już do samochodu. Ja tylko zamienię z Louisem kilka słów – Mężczyzna kiwną głową, po czy skierował się do wyjścia. Po drodze klepną przyjaźnie szatyna po ramieniu – Chodź Louis. Muszę cię o coś poprosić – Annie skierowała się do kuchni, więc chłopak poszedł pośpiesznie za nią.

-Dlaczego Harry nie jedzie z państwem? Przecież jadą państwo..

-Lepiej aby Harry ci o tym powiedział. Louis, proszę cię, zostań tu z nim. Boje się, że zrobi coś głupiego. On jest taki kruchy. Naprawdę się o niego martwię – mruknęła kobieta.

-Och, niech się pani nie martwi! Zostanę tu dopóki pani nie wróci! Obiecuje! Zajmę się nim – powiedział szatyn, kładąc dłoń na ramieniu Annie. Mama Harry’ego uśmiechnęła się do chłopaka szczerze.

-Jeśli możesz, podaj mu tą tabletkę. Uspokoi się nieco po niej. Ode mnie nie chciał wziąć -wyznała smutno kobieta. Louis kiwną głową, a potem przytulił ją lekko.

-Zaopiekuje się nim.

Annie wyszła z domu, więc Louis zamknął drzwi na klucz. Nie miał zamiaru wychodzić z domu, dopóki nie porozmawia z Stylesem. Zdjęcie butów zajęło mu chwilkę, więc mógł spokojnie wspiąć się na górę po schodach. Drzwi do pokoju Harolda były lekko uchylone. Louis zajrzał do środka i zauważył, że świeciła się tam tylko mała lampka przy łóżku. Harry leżał na nim zwinięty w kłębek. Niczym mały kotek. Odwrócony był plecami do drzwi. Louis zdawał sobie sprawę, że chłopak wie, o jego obecności w pokoju. Okrążając łóżko, Louis rozejrzał się po pokoju, w którym wszystko było porozrzucane. Czyżby Harry nie mógł poradzić sobie z emocjami, i wywalił go do góry nogami? Siadając na łóżku, postawił szklankę wody i pigułkę na stoliku, obok świecącej się lampki.

-Harry? Porozmawiasz ze mną, kotku? - Głowa bruneta lekko się poruszyła, a potem Styles podniósł się do pozycji siedzącej. Wtedy Louis zobaczył to, czegoś widzieć nie chciał. Policzki młodszego chłopaka pokryte były zaschniętymi łzami. Jego zawsze rozświetlone oczy, były przygaszone i czerwone od płaczu. Louis naprawdę nie chciał widzieć go w takim stanie – Troszeczkę się o ciebie martwię, wiesz? - Brunet natychmiast odwrócił wzrok – Mam do ciebie prośbę, Hazz. Weźmiesz tą tabletkę, a potem porozmawiamy, dobrze? Zrób to dla mnie, kotku - Harry nie odpowiedział. Sięgnął po tabletkę i szklankę, a potem bez słowa połknął ją. Louis się ucieszył. Harry zrobił to dla niego, więc była szansa, że chłopak dowie się dlaczego Harry wygląda tak, a nie inaczej. Jednak to, co zrobił brunet zaskoczyło go na moment. Styles szybko zmniejszył odległość między nimi i przytulił się mocno do Louisa – Tęskniłem za tobą, wiesz? - Louis pogłaskał go po plecach, po czym zaciągnął się zapachem Stylesa – Nie wiem, co się dzieje, ale martwię się o ciebie – Harry mruknął coś niezrozumiale w sweter szatyna. Przysuwając się bliżej, naparł całym swoim ciałem na Tomlinsona.

-To tak bardzo boli, Lou – jęknął Harry, odsuwając się nieco od chłopaka. W jego spojrzeniu było coś, tak bardzo ujmującego, że Louis nie potrafił się nie przejmować. Na policzku bruneta pojawiła się pierwsza łza, ale Louis nie pozwolił, aby długo tam gościła. Starł ją swoim kciukiem, zanim spadła na koszulkę chłopaka – Moi rodzice pojechali do Gemmy – Louis kiwną głową, a potem przeczesał kręcone włosy Harry’ego – Ja nie mogę do niej jeździć. Ona mnie nienawidzi, Lou! Kiedy tylko mnie widzi, wpada w histerię, zaczyna krzyczeć, miotać się – Harry odsunął się od Tomlinsona. Usiadł naprzeciwko niego, podciągając kolana pod brodę. Wyglądał tak bardzo niewinnie, że Louis nie wiedział, czy naprawdę ma do czynienia z Harrym Stylesem – Ale i tak ją kocham. To moja siostra – przyznał młodszy chłopa. Louis ujął jego dłoń w swoją i uśmiechnął się pokrzepiająco – Dziękuje, że przyszedłeś. Jesteś naprawdę kochany.

-Tęskniłem za tobą. Zresztą, nie mógł bym cię zostawić. Zależy mi na tobie – przyznał nieśmiało Louis. Twarz Stylesa rozpromieniła się w jednej sekundzie. Chwilkę po tym brunet pociągną Louisa w swoją stronę tak, że oboje wylądowali leżąc obok siebie. Harry wtulił się w ramie szatyna i westchnął lekko.

-Ja też za tobą tęskniłem – przyznał po chwili – Czekałem na ciebie, Lou. Czekałem na ciebie od zawsze. Chce cię mieć. Dzielić się z tobą wszystkim…- Louis spojrzał w roziskrzone oczy bruneta i zauważył w nich czyste pożądanie. To nie tak, że Louis nigdy tego nie widział. Widział. Harry nie był jedynym chłopakiem, z jakim spotykał się szatyn. Louis miał chłopaka i był szczęśliwy, do czasu. Nie lubił tych wspomnień, wręcz ich nie cierpiał. Miał szczęście i w jednej chwili je stracił. Musiał wyjechać i zacząć żyć od nowa, chociaż nie nazywał tego życiem. Jednak to było życie.

Louis uwielbiał przeszywające spojrzenie Harry’ego. Uwielbiał wpatrywać się w jego zielone tęczówki bez powodu, jakby to było jedyne i najważniejsze zajęcie. Styles też to lubił. Chociaż nigdy nie doświadczył tego uczucia wcześniej, to lubił to cholernie i może nawet bardziej niż Louis. Lubił pieścić wzrokiem usta szatyna.

-Jesteś najsłodszą istotą, jaką poznałem – powiedział Tomlinson gładząc policzek chłopaka. Harry uśmiechną się w jego stronę, a potem przysunął jeszcze bliżej, o ile to było możliwe.

-Jesteś pierwszym facetem, który…jesteś pierwszy Lou – wyszeptał Styles, po czym zamknął oczy. Na jego spokojną twarz wkroczyło zawstydzenie i to ujęło serce Louisa. Nawet w najskrytszych snach nie marzyło, że Harry kiedykolwiek się zawstydzi. Przecież był taki pewny siebie. Czasami wręcz zbyt pewny.

Louis ucałował lekko policzek Harry’ego, tak, że natrafił idealnie na kącik jego ust. To wystarczyło, aby w młodszym chłopak rozpalić wszystkie, nigdy nieujawnione żądze. Harry wpił się zachłannie w usta szatyna i całował go, aż zabrakło mu powietrza. Jednak to dla niego było za mało. Może i był mało doświadczony w kontaktach z mężczyznami, ale idealnie wiedział co ma robić, aby Louis odchodził od zmysłów. Zwykłe pocałunki nie wystarczyły, ponieważ Louis doskonale wiedział, czego chce. Powolnymi ruchami ust, kreślił na szyi Harry’ego ścieżkę. Brunet był domyślny, naprawdę domyślny. Odchylił głowę do tyłu, aby Louis miał większe pole do popisu. Jednak jemu nawet ta bliskość nie wystarczyła. On chciał czegoś więcej. Ich ubrania spadały na podłogę w zawrotnym tempie. Naprawdę szybko. Harry nie miał nic przeciwko. Najpierw zdjął sweter Louisa. a potem jego koszulkę. Na początku był oniemiały idealną sylwetką szatyna. Napawał się jej widokiem, dopóki Louis nie rozpiął jego paska od spodni. Wszystko działo się tak szybko, że Harry zapomniał jak się nazywa, jedyne, o czym pamiętał to imię Louisa i jego gładkie dłonie na swoim ciele.

20 maja 2012

Harry obudził się pierwszy. Chciał się poruszyć, jednak coś mu to uniemożliwiało. Dopiero po chwili zorientował się, że ręka Louisa spoczywa na jego torsie. Uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na twarz szatyna. Tomlinson spał smacznie, przytulony do jego bloku. Jego włosy odstawały we wszystkie strony, ale Harry’emu to nie przeszkadzało. Uważał ten widok za piękny i nie chciał go zamienić na nic innego. Harry zdawał sobie sprawę, że to, co wydarzyło się w minionych dniach było czymś pięknym i wartym uwagi. Chciał, aby było tak zawsze, ponieważ po prostu czuł się szczęśliwy. Louis dawał mu ogromną ilość szczęścia. Był zakochany. Nie potrafił tego zmienić.

Styles przejechał palcami po policzku szatyna, bo uwielbiał jego aksamitną skórę. Był nią naprawdę oczarowany. Louis mruknął coś pod nosem, potem wtulił się bardziej w jego ramię. Po chwili zaciągnął się zapachem młodszego chłopaka i przejechał nosem po jego szyi. Przez ciało Harry’ego przeszły ciarki, jednak musiał to chwilowo zignorować. Szatyn powoli otworzył oczy i spojrzał na Stylesa.

-Dzień dobry – wychrypiał Louis. Harry uśmiechnął się promiennie i ucałował czubek nosa chłopaka. Jednak on chciał więcej, więc wpił się zachłannie w jego usta – Chciałbym, abyś witał mnie tak codziennie.

-Zostało kilka dni, Louis – mruknął w jego usta Harry. Louis nie chciał o tym pamiętać. Chciał myśleć, że ta bajka będzie trwać wiecznie. Nie wyobrażał sobie, że pewnego dnia obudzi się i Harry’ego nie będzie w jego życiu.

-Nie chcę o tym myśleć – mruknął Tomlinson, wtulając się w szyję bruneta. Harry pogłaskał go po plecach, chcąc mu tym dodać otuchy – Nie chcę się zmieniać, Harry. Chce zostać z tobą.

-Zostaniesz. Niezależnie od tego, ile będziesz miał lat. Będę przy tobie. Obiecuje.

Louis uśmiechną się pod nosem, a potem ponownie zamknął oczy. Nie chciał wstawać. Chciał cieszyć się chwilką u boku Stylesa. Chciał czuć ciepło jego ciała obok siebie.

-Wiesz na co mam ochotę? - Louis podniósł głowę ku górze i spojrzał pytająco na bruneta – Na naleśniki! Wiem, że robisz świetne.

-Harry…chyba nie zamierzasz wykorzystać mojej umiejętności robienia naleśników?

-A co powiesz, jeśli zamierzam? - zapytał Harry odkrywając kołdrę. Louis jęknął, czując chłód. Nie chciał wstawać. Najchętniej przeleżałby cały dzień w łóżku. Oczywiście z Harrym.

-Zapytam, co dostanę w zamian? - Tomlinson usiadł na łóżku i spojrzał pytająco na chłopaka, który stał już w drzwiach. Jego włosy były w nieładzie, a jedyne, co miał na sobie, to czarne bokserki. Harry wzruszył ramionami, a potem uśmiechnął się łobuzersko.

-Mnie – powiedział, poruszając zabawnie brwiami. Louis nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ Styles wyszedł z pokoju. Chłopak pośpiesznie wyszedł z łóżka i założył na siebie koszulę młodszego chłopaka, po czym wybiegł z sypialni. Na dole zastał Harry’ego w kuchni. Jak się spodziewał, chłopak szykował produkty na naleśniki. Louis spasował i nie droczył się już z brunetem, ponieważ zdawał sobie sprawę, że wynagrodzenie będzie naprawdę przyjemne. Chociaż w jego głowie robiło się od głupich myśli, spróbował je odgonić, ponieważ chciał chociaż przez chwilkę cieszyć się szczęściem, jakie dawał mu Harry. Harry Styles.

23 maja 2012

Słońce wschodziło, kiedy Louis przebudził się ze snu. Otwierając leniwie oczy zorientował się, że jest dość wcześnie. Chciał je zamknąć, ale uświadomił sobie coś bardzo ważnego. Czas. Ostatni dzień. Koniec. W jego głowie kłębiło się mnóstwo myśli. Podniósł się powoli, tak, aby nie obudzić leżącego obok niego chłopaka. Chłopaka, którego kochał i wiedział to. Harry był wszystkim co miał, wszystkim co dawało mu szczęście. Był jego natchnieniem, inspiracją. Harry był jego przyszłością. Chciał dzielić z nim życie, niezależnie od tego, co się wydarzy. Jednak dokładnie wiedział, że to nie takie proste. Wiedział również, że problem tkwi w nim. Tylko i wyłącznie w nim. Wstał z łóżka i rozglądając się dookoła znalazł swoje ubranie, po czym założył je na siebie. Musiał być naprawdę ostrożny, aby nie obudzić Harolda. Nie chodziło tylko o niewyspanie chłopaka. Chodziło o coś więcej! Louis bał się konfrontacji z nim. Bał się, że Harry uczepi się go i nie da mu odejść. Nie to, żeby Louis chciał odchodzić! Nie chciał, ale musiał. Nie mógł zostać, choćby dlatego, że następnego dnia mógł mieć pięć lat.

Zanim Louis wyszedł z pokoju okrył chłopaka kołdrą i spojrzał na niego ostatni raz.

Maria weszła do pokoju z tacą jedzenia. Podchodząc do łóżka zorientowała się, że Louisa na nim nie ma. Jednak, kiedy dokładnie się rozejrzała, zauważyła go siedzącego za nim, na podłodze. Postawiwszy tacę na pościeli, okrążyła łóżko i usiadła obok swojego siostrzeńca. Louis pociągnął nosem, wycierając swoje mokre policzki.

-Jestem beznadziejny. Moje życie jest beznadziejne – jęknął Louis. Kobieta chciała coś powiedzieć, ale on nie pozwolił jej na to – Pozwól mi odejść. Po prostu pójdę na most, skoczę i nie będziesz musiała się martwić, czy będziesz miała mnie z kim zostawić.

-O czym ty do cholery mówisz?! - krzyknęła kobieta.

-Ja po prostu nie daję już rady. Jestem pieprzonym…czymś! Nie daję już zwyczajnie rady – Oczy chłopaka zaszkliły się ponownie.

-Louis! Nie pozwolę, żeby stała ci się jakakolwiek krzywda. Zapamiętaj to sobie – Kobieta otoczyła go ramieniem i pozwoliła mu wypłakać się w swoją bluzkę – Jesteś dla mnie jak syn.

-Ale ty nic nie rozumiesz. Ja go kocham, ale nie mogę z nim być! Przeze mnie! Dlaczego to jest takie niesprawiedliwe? - Louis odsunął się od kobiety i spojrzał na jej twarz.

-Skarbie. Mówiłam ci już, że życie nie jest sprawiedliwe. Musimy się z tym pogodzić, czy tego chcemy, czy nie - Maria otarła policzek Louisa, a potem podniosła się z podłogi – Zjedź coś, dobrze?

Louis nie odpowiedział. Siedział jak w transie, ciągle myśląc nad swoją beznadziejnością. Miał chęć po prostu z tym skończyć.

Harry biegł chodnikiem. Mimo iż nigdy nie był w domu Tomlinsona, wiedział gdzie on mieszka. Nieraz odwoził go wieczorami pod dom. Był na siebie cholernie zły, kiedy zorientował się, że Louis wyszedł nad ranem. Chciał z nim porozmawiać, ponieważ zdawał sobie sprawę z tego, że to ostatni dzień. Jednak on tak nie uważał. To Louis tak uważał! Harry chciał, aby to był dopiero początek. Początek czegoś pięknego i wartego uwagi, miłości, którą on chciał dać.

Drzwi do domu otworzyła kobieta. Harry od razu zorientował się, że to Maria. Bez słowa wszedł do środka, nawet nie zamieniając z nią słowa.

-Niech mi pani powie, że wszystko z nim dobrze – powiedział od razu. Kobieta pokiwała lekko głową. Harry przetarł dłońmi twarz, po czym spojrzał na nią ponownie.

-Nie jest z nim dobrze, ale się trzyma. Mówienie do niego, to jak rzucanie słów na wiatr, Harry. Nie słucha mnie. Ciebie posłucha – Styles spojrzał na nią zaskoczony.

-Dlaczego pani tak uważa? - zapytał.

-On cie kocha. Jest na górze w pierwszym pokoju po prawej – dodała, po czym wyszła do kuchni.

Harry nie zastanawiał się nawet chwili. Poszedł tam, gdzie wskazała mu kobieta. Drzwi do pokoju Louisa były lekko uchylone. Kiedy brunet je popchnął zobaczył pokój skąpany w ciemności i głowę Louisa wystająca zza łóżka. Popychając lekko drzwi, zamknął je cicho. Spodziewał się, że szatyn odwróci się na ten dźwięk, ale nic takiego się nie stało. Przez chwile Styles stał zdziwiony, ale potem podszedł do chłopaka i powoli usiadł obok niego na podłodze.

-Nie powinieneś tu przychodzić – wyszeptał Louis. Harry westchnął głośno, po czym zerknął na szatyna.

-Nie powinieneś mnie zostawiać – odpowiedział mu chłopak – Powinieneś zostać i być ze mną przez cały dzień. Louis, świat się nie kończy. Ja jestem tu cały czas. Jestem z tobą. Wiesz dlaczego? - Harry położył dłoń na policzku Louisa, po czym przekręcił jego twarz ku sobie – Bo cie kocham. Tak mocno. Naprawdę.

-To nie wyjdzie, Harry – Louis chciał się odsunąć, ale Harry mu na to nie pozwolił. Objął go ramieniem i przycisnął do swojego torsu – Obudzę się jutro i może będę miał sześć lat. Co wtedy zrobisz?! - warknął chłopak.

-Pójdę z tobą do parku, kretynie! Louis, nie obchodzi mnie ile masz lat! Kocham cie, bo wiem ile masz naprawdę! Zrozum to! Kocham cię! Kocham twoją dusze i charakter. Nie twój wiek i wygląd!

Louis rozpłakał się w ramionach Stylesa, ponieważ zdał sobie sprawę z sytuacji. Harry go kochał. Był w stanie poświęcić się dla jego pokręconego życia. Bo Harry wiedział, przez co będzie musiał przejść, aby być z Louisem. Wiele wyrzeczeń i trudnych, czasami nierozwiązanych sytuacji, czekało na nich obu. Jednak Harry chciał tego bardziej, niż wszystkiego innego na świecie. Chciał dzielić się swoją miłością z Louisem Tomlinsonem. Niezależnie, czy będzie miał cztery, czy też pięćdziesiąt lat. Chciał być dla niego podporą i iść przez życie z nim. Nawet jeśli musiałby go przez to życie nieść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz