niedziela, 15 grudnia 2013

309

Dziś niósł w ręce otwarty zeszyt – żarliwie czytał to, co nabazgrał na tych wszystkich stronach. Klasówka? Egzamin? Nie mogłem się upewnić. Ale biorąc pod uwagę sposób, w jaki jego język wysuwał się spomiędzy jego małych, różowych warg i tego, jak jego lazurowe oczy całkowicie skupiały się na notatkach przed nim, musiało to być coś ważnego.
Ciche burczenie silnika autobusu blaknęło w tle – pozornie bardziej i bardziej, gdy kontynuowałem obserwowanie go.
Codziennie widziałem go w autobusie, w drodze na mój uniwersytet. Zawsze był ubrany w swój mundurek szkolny - białą koszulę i parę szarych spodni - niosąc plecak, który nigdy nie wydawał się zbyt pełny. Jego koszula była czyściutka w poniedziałki, świeżo wyprasowana i wyprana i stopniowo bardziej pognieciona we wtorki i środy. W czwartki przebierał się w świeżą, więc jego mundurek znów wyglądał jak nowy. W piątki miał ze sobą gitarę, przewieszoną przez ramię, gdy wchodził do autobusu. Pozwalał jej ześliznąć się na ziemię, gdy zajmował miejsce naprzeciw mnie i układał instrument bezpiecznie między swoimi nogami. Gdy już wygodnie się usadowił, wyjmował swojego iPoda i słuchał muzyki przez resztę drogi.
To było słodkie – sposób, w jaki kiwał głową do rytmu i pozwalał sobie się ponieść; czasami wykonywał również małe ruchy. A ja? Po prostu patrzyłem na niego każdego dnia, ponieważ było w nim coś urzekającego, czego nie mogłem dokładnie określić.
Ale dziś się uczył, nie potrafiłem sobie przypomnieć ostatniego czasu, kiedy robił coś innego, zamiast słuchać muzyki, więc był to dla mnie nowy widok.
Czasami nasze spojrzenia się spotykały. Podnosił wzrok z nad tego, cokolwiek robił i przez ułamek sekundy trwał błysk czegoś. Nie było wątpliwości, że oboje wiedzieliśmy.
Ale mimo wszystko byliśmy sobie całkowicie obcy. Nigdy nie rozmawialiśmy. Nie znaliśmy swoich imion.
-
Dziś do swojej białej koszuli i szarych spodni miał ubrany granatowy kardigan. Przywdziawszy swoje białe słuchawki Beat Dr. Dre na potargane, blond włosy, kiwał się w rytm muzyki tak, jak tylko był w stanie na swoim siedzeniu, nie przejmując się całym światem.
Był dość piękny… ze swoimi złotymi włosami i czysto niebieskimi oczami, gładką, bladą skórą i delikatnymi rysami. Może ‘dość’ było niedopowiedzeniem. Jego wygląd zapierał dech w piersiach i może dlatego, że był blady, jego skóra przybierała różanego rumieńca. Pasowało mu to – dodawało mu do jego młodocianego, delikatnego, dziecięcego wyglądu. Nigdy wcześniej nie stałem obok niego, ponieważ zawsze wchodził do autobusu po mnie i wychodził przede mną, ale z tego, co widziałem, był mały, jak na swój wiek i bardzo zgrabny. Więc był dość piękny, w tym swoim uroczym i nieco niezręcznym, choć słodkim sposobie bycia.
Był czwartek, więc zmienił białą koszulę, którą nosił przez ostatnie trzy dni, na świeżą.
Autobus minął róg ulicy i był już prawie na jego przystanku. Przystanek znajdował się blok od jego szkoły – prywatnej, drugorzędnej szkoły dla nastolatków z bogatych rodzin. Szkoła miała bardzo dobrą w akademikach reputację i naprawdę nie domyśliłbyś się, że chłopak z autobusu do niej uczęszcza, obserwując jego zachowanie – jego przywiązanie do słuchawek i miłość do muzyki. Nigdy nie nosił ze sobą książek, a nie wyglądało, by w jego plecaku takowe się znajdowały. Widziałem go wyjmującego coś do czytania po raz pierwszy kilka dni temu.
A siedziałem naprzeciw niego każdego tygodnia już od miesięcy.
Wstał, przygładzając zagniecenia na koszuli i poprawiając słuchawki oraz kilka kosmyków swoich blond włosów, które odstawały w różnych kierunkach. Niespodzianką było, gdy autobus szarpnął na przystanku, rzucając wszystkimi, którzy stali i jakimś sposobem znalazłem się w nieprawdopodobnej sytuacji.
Byliśmy blisko – bliżej, niż kiedykolwiek wcześniej. Nasze twarze znajdowały się w odległości mniejszej, niż dwa cale i jego niebieskie oczy wpatrywały się w moje ciemne, jakbyśmy wymieniali rytm naszych myśli. Ręką przytrzymał się na moim ramieniu w akcie paniki, a jego kolano znalazło się między moimi nogami, by utrzymać się od upadnięcia dalej (gdyby upadł dalej…). W tej krótkiej chwili nasze oddechy się zmieszały, mój puls podskoczył do niemożliwych granic, komunikowaliśmy się bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, w ciszy, bez żadnych słów. Mogłem niemal poczuć jego skórę na mojej, gdy jego głowa przysunęła się bliżej i przez sekundę czułem, że oboje chcieliśmy…
Ale odsunął się jednym, szybkim ruchem, potykając się o swoje stopy, ale utrzymując równowagę. Niezręcznie poprawił pasek plecaka, a jego twarz pokrył ładny odcień różu, gdy wyjąkał przeprosiny.
- P-przepraszam – powiedział. To był pierwszy raz, kiedy usłyszałem jego głos. Byłem zbyt zaskoczony, by odpowiedzieć.
Musiał odebrać brak mojej odpowiedzi jako zły znak. Nie mogąc patrzeć mi w oczy, spuścił wzrok i złapał za pasek swojego plecaka, przygryzając wargę i kiwając do mnie głową. Po tym zniknął.
W tej krótkiej chwili interakcji, wydawało się, że jakiś rodzaj magicznego czasu się zakończył.
Czasu, który umieścił między nami barierę, która był tam zawsze obecna, aż do teraz, gdy… zniknęła, ot tak.
Znasz to uczucie, kiedy coś, na czym zawsze ci zależało – jak siatka bezpieczeństwa – zostaje ci odebrane?
Ta zmiana wydawała się niebezpieczna, ale jednocześnie dobra, jakby była to część naturalnej kolei rzeczy, jakby była to rzecz oczywista.
-
Znów padało.
Właśnie wyszedłem ze spotkania w kawiarni z moimi kolegami z klasy w sprawie projektu grupowego. Nadchodziła wiosna, ale nadal było mroźnie, gdy kosmyki zimy utrzymywały się w powietrzu zawieszone w miejscu. Miałem jedną rękę w kieszeni mojego bordowego płaszcza, a druga trzymała duży, czarny parasol, gdy szedłem chodnikiem, a dźwięk butów, uderzających o asfalt, odbijał się echem w miarowym rytmie.
To było zwykłe, piątkowe popołudnie na obrzeżach miasta; ludzie spieszyli się wokół ciebie, z ważnymi miejscami, w których powinni się znaleźć, ludźmi, których mieli poznać, rzeczami, które mieli zrobić. Wszyscy szli, ale ja nie do końca się poruszałem.
Ludzie, budynki, widoki, wszystko było za mgłą.
I nagle wszystko przestało istnieć, a ja stałem w białym pudełku.
W białym pudełku, w którym znajdował się tylko on.
On, odwrócony do mnie plecami, beznadziejnie wpatrujący się w przestrzeń, zagubiony.
Dlaczego?
Zatrzymałem swoje kroki kilka stóp od niego, patrząc na jego plecy.
Patrząc, jak powoli się odwrócił; nie ruszając się i patrząc na sposób, w jaki jego delikatne, blond włosy, mokre od deszczu, były przyklejone do jego czoła i na sposób, w jaki powoli odsłonił swoją twarz. Patrzyłem na sposób, w jaki mrugał, zamykając oczy i potem, po całej wieczności, otwierał je, by ukazać największe, najpiękniejsze błękitne oczy, przez swoje rzęsy.
Wtedy świat znów się wokół mnie pojawił i ludzie znów mnie mijali. Zauważyłem, że stoję przed teatrem, otoczony światłami i bilbordami, ukazującymi nadchodzące filmy.
Deszcz nadal uderzał o chodnik, a on nie miał parasola. Był przemoczony, jego ubrania przylegały do jego ciała, a jego włosy leżały płasko i kapało z nich. Krople deszczu spływały po jego policzkach jak łzy. W jego oczach znajdował się cień smutku, ale nie do końca byłem w stanie stwierdzić, czy płakał.
Zajęło mu chwilę, zanim błysk rozpoznania rozświetlił jego twarz i wziął szybki, płytki oddech. Poruszając się do przodu, stanąłem przy nim i ochraniałem jego ciało przed deszczem moim parasolem. Wystarczająco blisko, by go okryć, ale wystarczająco daleko, by go uszanować.
- Co się stało? – spytałem tonem, jakbyśmy znali się od długiego czasu, jakbyśmy byli przyjaciółmi. Dziwne, jak komfortowo możesz się czuć przy kimś, z kim nigdy nie rozmawiałeś i nie znałeś jego imienia.
Spojrzał na mnie z krztyną zaskoczenia w oczach, ale szybko przemieniło się to w coś innego – coś nie do odczytania, ale miłego.
- Zerwała ze mną – powiedział cichym głosem. Jak ja kochałem jego głos. Od kiedy usłyszałem go mówiącego w autobusie, odtwarzałem sobie w myślach przeprosiny, które wyjąkał. Miałem odezwać się do niego następnym razem, gdy zobaczę go w autobusie, ale…
Powiedział mi o zakończeniu swojego związku z jakąś dziewczyną, jakbym powinien wiedzieć, kim‘ona’ była i jakimś sposobem czułem, że wiem. Czułem, że wiem, o czym on mówił. To było tylko przeczucie, dziwny sposób zrozumienia, ale to wystarczyło.
- Martwi cię to? – spytałem. Jakimś sposobem owinąłem jego ramiona ręką i przyciągnąłem jego ciało do swojego. Był zimny i mokry od deszczu, a moje ciepło było mu potrzebne, by go pocieszyć.
- Nie bardzo – odpowiedział z zaskakującą pewnością. – Powiedziała, że już nie ma w tym mojego serca.
Przerwa.
- Miała rację?
Kolejna przerwa.
- Tak.
Zaległa cisza, kiedy rozważaliśmy sytuację – z moimi ramionami wokół mniejszego, blond chłopaka, który zwinął się przy mojej klatce piersiowej, drżąc i przyzwyczajając się do ciepła mojego ciała.
- Ale – zaczął. Spojrzałem w dół na jego twarz, obserwując, jak przygryza wargę, jakby zastanawiając się, jak ułożyć w słowa to, co chciał powiedzieć – miała racę, mojego serca nie było w tym od kiedy… ty - od kiedy cię zauważyłem.
- Jestem ci kompletnie obcy – przypomniałem mu, ale moje czyny zaprzeczały słowom, gdy delikatnie ułożyłem rękę na jego twarzy i przyciągnąłem go bliżej.
- Już nie. Jestem Niall – powiedział, a kąciki jego ust uniosły się w małym uśmiechu.
Odwzajemniłem uśmiech, czując, jak bicie mojego serca przyspiesza na widok oślepiającego piękna jego uśmiechu, czystej radości na jego twarzy.
- Jestem Zayn.
Mój głos brzmiał dla mnie obco, jakbym to nie ja mówił. Czy naprawdę mu się przedstawiałem? Czy właśnie wyjawił mi swoje imię. Czy śniłem? Nie mogłem tego pojąć – rzeczywistość wydawała się tak odległa.
- Cześć, Zayn – powiedział, testując brzmienie mojego imienia. – Miło cię poznać.
Złapał moją rękę i niezręcznie nią potrząsnął, ponieważ staliśmy tak blisko, pod parasolem, gdy deszcz nadal wokół nas padał.
- Ciebie również miło poznać, Niall – odpowiedziałem, a uśmiech na mojej twarzy się powiększył.
I potem, jakimś sposobem, szliśmy razem wzdłuż ulicy, ręka w ręce, bez żadnego kierunku w myślach.
-
- Nie byłem smutny, dlatego, że odeszła – powiedział nagle Niall. Odwróciłem się, by spojrzeć na niego z zagubieniem na twarzy. Zdecydowanie wyglądał, jakby płakał, ale deszcz ukrywał jego łzy. – Byłem smutny, ponieważ myślałem, że powód naszego zerwania nigdy mnie nie pozna.
- Przepraszam.
Nie wiedziałem, dlaczego poczułem potrzebę przeproszenia go.
- Ale potem ty tam byłeś; jakimś sposobem pojawiłeś się, kiedy tego chciałem.
Cisza.
- I tak bym się tam w końcu znalazł.
- Co masz na myśli?
Znów cisza.
- Opuszczałem lekcje – każdego dnia, cały czas. Ale teraz mam motywację, by rano wstawać.
Niall stanął, wpatrywał się we mnie dziwnym spojrzeniem. Ale nagle na jego twarzy ukazał się uśmiech i śmiech wydostał się z jego gardła.
- Zawsze jesteś taki ckliwy? – spytał, lekko klepiąc mnie w ramię.
Pokręciłem głową, uśmiechając się.
- To tylko dlatego, że nie mogę doczekać się codziennego jeżdżenia autobusem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz