piątek, 20 grudnia 2013

3

Dni mijały tak szybko, jakby kalendarz planujący całe miesiące i lata był bezustannie przewijany, jakby nie zatrzymywał się w żadnym momencie, pędząc dalej jak strzała.

W ciągu tego tygodnia, może dwóch, grafik Zayn całkowicie się zmienił w porównaniu z jego poprzednim życiem. Pierwsze i najważniejsze: znalazł pracę! Był jedynie sprzedawcą w jednym z małych, przydrożnych sklepików, ale pomimo tego, jego, jak i jego rodzinę wręcz rozpierała duma, bo był to krok w dobrą stronę. W sumie, nie zdecydowały się na to, gdyby nie Liam, który pomimo studiowania architektury (Zayn w końcu zainteresował się przyszłym zawodem rozmówcy), pracował jako kelner w jednej z tych wykwintnych, luksusowych i okropnie drogich restauracji w bogatej części Londynu.

To zaimponowało Zaynowi, Liam imponował Zaynowi, ponieważ był… był Liamem. I tylko to się liczyło.

Więc każdego dnia (oprócz niedziel) po powrocie z pracy, Zayn robił sobie obiad, zastanawiając się, czy Liam jest dobrym kucharzem, później jadł ciasto czekoladowe (ostatnio tylko na takie miał ochotę i to wcale nie miało związku z tym, że to ulubiona słodkość jego rozmówcy), próbując nie wyobrażać sobie buzi Liama obsmarowanej w ciemnym, słodkim kremie, co nie przychodziło mu tak łatwo, pomimo tego, że ani razu nie widział go na oczy.

No właśnie, Zayn wprost umierał z pragnienia zobaczenia Liama; jego ciała, twarzy, oczu, nosa, uszu, ust, nóg, bicepsów, klaty, peni… zapomnijcie o ostatnim. To uczucie zjadało go od środka, paliło, przecinając go na pół, ponieważ był tak blisko Liama, a jednocześnie tak daleko. Nie mógł poprosić go o zdjęcie, ponieważ zdążył zorientować się, że mężczyzna był dosyć nieśmiały, a to mogłoby go odstraszyć. Mógłby pomyśleć, że Zayn oceniał ludzi tylko po wyglądzie (co cóż… było prawdą, ale kiedyś, nie teraz) lub po prostu przestraszyć się pokazywania swoich fotek nieznajomym w sieci.

Natomiast wieczorami, o ósmej piętnaście Zayn, pomimo tego że termometr wskazywał ponad dwadzieścia stopni, robił sobie ciepłą herbatkę i zasiadywał przed laptopem, z entuzjazmem otwierając ich czat. Uśmiechał się, gdy widział zielone kółeczko, oznajmiające, że może porozmawiać z Liamem. Gdy jednak światełko nie wyświetlało się, starał się nie denerwować, rozumiejąc, że Liam ma swoje życie i nie może całymi dniami pisać z Zaynem. Wtedy przepatrywał ich starsze rozmowy, dołując się słowami typu ‘ten podryw był zdecydowanie beznadziejny’ albo ‘mogłem napisać tak i tak’.

Liam perfekcyjnie wpasował się w jego życie. I Zayna wcale nie obchodziło, że wcale go nie znał, możliwe, że był beznadziejny w realu, wyglądał jak pięćdziesięcioletni pijak, bo dopóki rozmawiał z nim i próbował go zrozumieć, był idealny dla niego.

*****

Harry trzymał w dłoni paczkę czekoladowych płatków, uśmiechając się szeroko. Skinął głową w kierunku ich czterdziestoletniego sąsiada, odwracając wzrok i powoli się niecierpliwiąc; Louis kilka minut temu zdecydował, że zostanie przy dziale z jogurtami, ponieważ nie mógł wybrać jednego serka.

- To nie moja wina, że uwielbiam czekoladowe i jagodowe! – mówił, przypatrując się jogurtom i co chwila wzdychając.

Więc Harry poszedł dalej sam. I teraz nie był pewien, czy to dobry pomysł.

Odczekał jeszcze parę minut, w między czasie wybierając płatki i ciasteczka orzechowe, ciągle zastanawiając się, czy Louis mógł się zagubić w tak małym supermarkecie. Tak, Harry musiał przyznać, że jego kumpel czasami zachowywał się jak małe dziecko czy też niezrównoważona nastolatka, gdy zachwycał się nad nowymi zdjęciami jego ukochanego zespołu muzycznego, ale nawet pięciolatek wie, co robić w takich sytuacjach.

Kontynuował poszukiwanie ulubionego batonika, powtarzając sobie w myślach, że Louis po prostu jest zbyt łakomy i pewnie wybrał kilkanaście różnych deserów, a teraz nie może się zdecydować na tylko i wyłącznie jeden. Ale gdy usłyszał przeraźliwy huk, jakby cała druga alejka miała się zapaść, a jego serce zaczęło walić, chcąc wyskoczyć z jego śmierci, nie zważał ani sekundę i pobiegł w tamtym kierunku.

- Jezuuu – do uszu Harry’ego dotarł przeciągły jęk, połączony z masą przekleństw i po chwili zauważył sprawcę tego całego zamieszania.

Musiałby skłamać, gdyby powiedział, że zdziwił się widokiem, jaki ujrzał. Louis z całkowicie roztrzepanymi włosami, sklejonymi przez jakąś białą papkę siedział na podłodze, trzymając w dłoniach kilkanaście kubeczków z jogurtem. Wokół niego leżało jeszcze kilka deserków, na szczęście nierozlanych.

Louis przemierzył sklep oczami, dostrzegając wielu chichoczących ludzi, którzy przyglądali mu się ze szczerym rozbawieniem bądź też całkowicie na odwrót – rzucali mu oskarżające spojrzenia. Gdy jego wzrok spotkał się z wzrokiem Harry’ego, błękit spotkał zieleń, która wcale nie głosiła ‘Louis, jesteś takim idiotą’, Louis wypuścił głęboki oddech, pozwalając sobie na delikatne podniesienie kącików ust.

Harry był tuż obok niego kilkanaście sekund później, podając mu dłoń i starając się samemu nie pobrudzić, przynajmniej nie doprowadzić się do takiego stanu, w jakim znajdował się Louis. Uśmiechnął się, przeczesując zlepione kosmyki włosów przyjaciela, czując motylki w brzuchu, gdy starszy chłopak przygryzł wargę, starając nie uśmiechać się, ponieważ do cholery byli w sklepie, dokładniej przy stoisku z jogurtami, które doszczętnie zniszczyli. Odsunął się, ignorując ciepło, które rozlewało się w jego wnętrzu i zachowując między nimi bezpieczną odległość.

Tak jest bezpieczniej, pomyślał Harry, przyglądając się Louis’ego z niemym pytaniem.

- Błagam, nie – jęknął Louis, a Harry nie potrafił się dłużej powstrzymywać i wybuchł gromkim śmiechem, trzymając się za brzuch.

- Przepraszam, ale chyba muszę spytać – wymamrotał po kilkudziesięciu sekundach, wreszcie się w miarę opanowując, ale ciągle chichocząc. – No wiesz, połowa sklepu jest wkurzona, a kierownik pojawi się tutaj za kilka minut, więc to twoja ostatnia szansa na wyplątanie się z tego zamieszania, nie sądzisz?

Louis wypuścił z siebie oddech, robiąc krzywą miną i zastanawiając się, jak to ująć. Zaczął machać dłońmi wkoło, obrzucając Harry’ego deserkiem, który skapywał z jego palców.

- Chciałem kupić jogurcik – wydął usta w podkówkę, robiąc minę smutnego szczeniaczka i kurwa, to zawsze działało na Harry’ego. Louis był po prostu zbyt rozkoszny; cały umazany w serku, ze smutną miną, ale ciągle chichocząc cicho i niezbyt przejmując się całą zaistniałą sytuacją.

Choć każdy inny dorosły mężczyzna by to zrobił.

Ale tak, to był Louis. On nie był jak reszta. Był jednocześnie dziecinny i poważny, słodki i wkurzający, chamski i uroczy, rozpuszczony i… cóż, rozpuszczony. Jego śmiech był perfekcyjny, gdy chichotał jak mała dziewczynka czy dwunastolatek, który nie przeszedł jeszcze mutacji. Sposób w jaki patrzył na Harry’ego był perfekcyjny, zawsze spoglądał na niego z czułością i oddaniem godnym stwierdzenia, że naprawdę byli najlepszymi przyjaciółmi. Harry był pewien, że on patrzył na Louis’ego podobnie, może z maleńką cząstką czegoś innego, czegoś, czego Louis nigdy nie mógłby poczuć. I nie powinien tego robić.

Był idealny w całej swojej dziecinności, idealny dla Harry’ego.

- Tak, wiem Lou, ale jak to się stało, że zamiast jogurtu w naszym koszyku, – wskazał na stojący nieopodal wózek – a później w twoim brzuszku, – pogładził go po brzuchu, a Louis zamruczał, grając dalej – jest on w każdym miejscu w sklepie?

- Ja, um… tak jakby dostrzegłem mój ulubiony, brzoskwiniowy deserek na najwyższej półce i kurwa, naprawdę nie rozumiem, jaki idiota ułożył je tak wysoko, to jest niezgodne z wszystkimi prawami fizyki, to wyklucza nas, tych, którzy nie mają pieprzonych metr dziewięćdziesiąt wzrostu i do chole-

- Louis, stop! – Harry zachichotał, czując, że Louis coraz bardziej się rozkręca. – Do rzeczy.

- No i chciałem go zdjąć, stawałem na palcach, robiłem wszystko, co w mojej mocy, ale nie udało się. Więc pochyliłem się może trochę za bardzo i nie mam pojęcia jak, ale w jednej chwili wszystkie jogurty znalazły się na ziemi… - zrobił zaskoczoną minę, otwierając przesadnie usta.

Harry uśmiechnął się, kręcąc z politowaniem głową i pochylając nad Louis’m, aby zetrzeć mazię z jego policzka. Gdy palcami dotknął skóry jego twarzy, poczuł jak przechodzi go dreszcz i podniósł wzrok, spotykając zagubiony błękit. Starał się opanować, wyginając przesadnie usta i wzruszając ramionami.

Harry chciał powiedzieć coś inteligentnego, rozluźnić atmosferę, która nagle stała się bardzo napięta, a coś, co nie zostało wymówione zaległo między nimi, tworząc czarną dziurę, która powoli wsysała Harry’ego do środka. Lecz znowu przypomniał sobie, że jest, do cholery, w miejscu publicznym, wszyscy się na nich patrzą, a sklep utonął w jogurcie.

I jednocześnie był całkowicie wkurzony i rozradowany, gdy kierownik wreszcie się zjawił, od początku krzycząc na nich i przeklinając ich od dwóch niedojd. To się nie liczyło, bo był tutaj Louis, a wtedy wszystko było lepsze.

****

To był jeden z dni, podczas których Zayn chciał jedynie leżeć pod kołdrą, pić ciepłą herbatę i pozbyć się wszystkich myśli, pozostać samym ciałem i pozwolić duszy odpocząć. Ale oczywiście, to nie w chodziło w grę.

Przynajmniej w dużej mierze, ponieważ szczęśliwie udało mu się skombinować sobie jednodniowy urlop, odstawiając szopkę z chorobą przed szefem. Wcale nie skłamał; naprawdę nie czuł się dobrze. Był zmęczony i osowiały, sądził, że to przez pracę, bo przecież nie robił tego tak długo, a teraz musiał spędzać godziny w sklepie, męcząc się z nachalnymi klientami.

Nie żeby narzekał. Nie, naprawdę tego nie robił, bo polubił swoje życie, tak prawdziwie. I to zaskakujące, że tylko dzięki jednej osobie.

Więc gdy tego dnia usiadł na kanapie, tak jak sobie obiecał – pod kocykiem i z kubkiem wrzącej herbaty w dłoniach, kładąc laptopa na kolanach, nie był w najlepszym humorze. Ale za żadne skarby świata nie mógł sobie odpuścić rozmowy z Liamem, mając nadzieję, że on rozweseli jakoś ten pochmurny w jego życiu czas. Co z tego, że był już czerwiec, a temperatura na zewnątrz przekraczała dwadzieścia pięć stopni…

Hejo, Zayn!

Uśmiechnął się na szybkość z jaką Liam napisał przywitanie, musiał mieć je przygotowane już wcześniej, czyli na niego czekał, czyli mu na nim zależało. Czyli Zayn naprawdę mógł szczerzyć się do laptopa jak szalony, bo to było uzasadnione.

Czeeeeść.

Co dalej? Jakoś nigdy nie brakowało im tematów do rozmów.

Co tam u Ciebie? x

Omg, buziaczek! Zayn chciał skakać z radości, ale zaraz, zaraz, nie mógł. To do niego nie pasowało, nie pasowało do jego wizerunku, dodatkowo rozlałby swoją pyszną herbatkę, a do tego nie mógł dopuścić.

Co do pytania Liama; nie wiedział, jak odpowiedzieć. Mógł po prostu odpisać: ‘okej, dzięki, że pytasz’, ale wiedziałby, że w takim wypadku nie byłby szczery w stosunku do rozmówcy, bo chciał powiedzieć więcej, dużo, dużo więcej. Ale z drugiej strony, Liam pewnie zapytał czysto technicznie i nie obchodziło go zbytnio samopoczucie Zayna, więc nie chciał go zamęczać nudnymi opowieściami o swoim humorze.

Okej.

Zayn nie wiedział jakim cudem wystukał kolejną odpowiedź, ale czuł, że musi to zrobić. Gdy przeczytał ją po wysłaniu, jej treść, delikatnie mówiąc go zdziwiła.

Szczerze, okropnie.

Nie musiał długo czekać, już po kilkudziesięciu sekundach, zaniepokojony Liam napisał.

Co się dzieje, misiu?

Hohohoho, kiedy przeszli do takich zdrobnień? Misiu, to prawie jak skarbie, słoneczko, kwiatuszku, kochanie! Nie żeby Zayn miał coś przeciwko, ponieważ naprawdę mu się to podobało. Więc teraz, skoro Liam naprawdę się przejął (albo przynajmniej dobrze udawał), naprawdę musiał mu odpowiedzieć.

Po prostu napisał to, co czuł.

Ogólnie mam zły dzień. Czuję się jakiś odosobniony… w mieszkaniu jest tak pusto, potrzebuję czyjegoś głosu, ciepła.

Przesadził? Możliwe, ale widział, że Liam go nie odrzuci. Przynajmniej miał taką nadzieję.

Cierpliwie oczekiwał na odpowiedź, która nie nadchodziła od dwóch minut; wskaźnik pisania był w ciągłym ruchu, po czym urywał się. Tak jakby chłopak chciał coś powiedzieć, ale się bał. Tylko czego, kogo?

Um…

Serce Zayna zatrzymało się na moment, po czym zaczęło bić jak szalone, chcąc wyskoczyć z jego piersi. A co, jeśli Liam będzie chciał tu przyjechać?

Zayn uderzył się otwartą dłonią w czoło, przewracając oczami na swoją głupotę. Zbyt dużo sobie wyobrażał, miał nienormalne marzenia i nadzieje, to było bezmyślne. Naprawdę sądził, że jego rozmówca, z którym nawet osobiście się nie zna, rzuci wszystko i przyjedzie do jego mieszkania tylko dlatego, że było mu smutno? Był totalnym idiotą.

Nie wiem, czy to jakoś pomoże, ale myślałem o tym od dłuższego czasu, więc może to dobry moment?

Co, co, co, co, Liam pisz szybciej, ty wredna małpo!

Może masz ochotę ze mną porozmawiać…

Ciągle rozmawiamy :)

Przez skype?

Kurwa, Zayn czuł, że naprawdę coś mu dzisiaj odwala. Powinien się uspokoić i zacząć myśleć, bo na razie tylko ciągle się ośmiesza. I pewnie przejąłby się tym, gdyby nie propozycja Liama.

Mógł wreszcie go zobaczyć. Na własne oczy, przez kamerkę… mógł wreszcie sprawdzić, czy dobrze go sobie wyobrażał. Czy był przystojnym brunetem ze szmaragdowymi oczami, głębokimi i podobnymi do tych Harry’ego? A może blondynem z błękitnymi tęczówkami, w których tonąłby przy każdym spojrzeniu?

Zayn musiał otrząsnąć się, aby powrócić z pięknych zakątków wyobraźni do swojego prawdziwego życia. Zrobił to jedynie dlatego, że Liam czekał na odpowiedź; gdyby nie to, pozostałby we własnym, małym świecie do końca dnia. Albo i dłużej.

Oh, to miałeś na myśli.

Um, tak… ale wiesz, jeśli nie chcesz to nie mu-

- Nie! – krzyknął Zayn i dopiero wtedy uświadomił sobie, że Liam tego nie słyszy. Był przecież w innym miejscu, pewnie daleko od jego mieszkania i nawet, gdyby wrzasnął najgłośniej, jak potrafi, mężczyzna i tak tego nie usłyszy.

Nie! To świetny pomysł, serio :D

Okej, więc… podasz mi swoją nazwę?

Zayn szczerzył się jak szalony, pisząc swojego skype’a i sprawdzając każdą literę, aby być pewnym, że się nie pomylił i że zamiast z nim, Liam nie rozmawiałby z jakąś pięćdziesięcioletnią babą albo szesnastoletnim napaleńcem.

Umówił się z Liamem na dwudziestą trzydzieści, była to dosyć późna pora, ale musiał dać sobie przynajmniej dziesięć minut na przygotowanie się. To miało być jego ‘pierwsze spotkanie’ z Liamem i będąc pewnym, że on jest idealny, sam musiał wyglądać przynajmniej dobrze.

I pomimo tego, że nie miał kompleksów czy też zbyt niskiej samooceny, efekt końcowy go zadziwił. Pozytywnie. Miał na sobie dżinsową koszulę, która idealnie eksponowała jego umięśnioną klatę i czarne spodnie, najwęższe jakie udało mu się znaleźć w szafie. Mógł sobie wreszcie na takie pozwolić, nie bojąc się o ich szybkie ściągnięcie. Chyba, że…

Okej, wysłałem zaproszenie

Zaakceptowałem :)

Liam miał rację, bo już kilka sekund później do uszu Zayna dobiegł piskliwy dźwięk, oznajmiający, że są znajomymi, a zaraz po nim kilka następnych.

Więc przenosimy się na skype’a?

Tak, tak sądzę.

- Okej, okej, teraz spokojnie, Malik – mówił cicho Zayn, biorąc głębokie oddechy co słowo.

Gdy policzył do dwudziestu i wydawał się sobie na tyle uspokojony, aby wymówić chociaż jedno słowo, wcisnął przycisk rozpoczynający ich rozmowę wideo.

****

Zayn nie wiedział jak się oddycha. To było coś w stylu wdech-wydech-wdechwdechwdechwdech, tak? A przynajmniej tak robił od czasu, gdy zobaczył Liama na ekranie.

Ponieważ, kurwa, on był doskonalszy niż Zayn mógł to sobie wyobrazić.

Liam był przystojnym dwudziestolatkiem z krótko obciętymi, ciemnymi włosami i przepięknymi, głębokimi, brązowymi oczami, w których Zayn zatracił się przy pierwszym rzucie okiem na jego osobę. Miał też kilkudniowy zarost, który dodawał mu męskości i Zayn już teraz mógł sobie wyobrazić, jak kułby, gdyby brodą po jego policzku.

Ale nie powinien tego robić, bo Liam go widział i Zayn musiał zaprezentować się najlepiej, jak tylko potrafił. Uśmiechnął się delikatnie, aby pokazać, że jest zadowolony(zadowolony? Był wniebowzięty!) z ich rozmowy i z drugiej strony, nie robiąc tego zbyt mocno, aby nie wyglądać jak napalona nastolatka.

- Um, hej? – posłał mu szerszy uśmiech, podnosząc brwi do góry.

- Tak, cześć – gdyby Zayn mógł robić cokolwiek, oprócz odtwarzania w myślach ‘tak, cześć’ Liama, pewnie zauważyłby, że mężczyzna jest zdenerwowany i troszkę onieśmielony.

Ale udało m się tylko zrozumieć, że Liam miał przepiękny głos. Pomruk, który wydał z siebie był głęboki i zakończony delikatną chrypką, gdy pod koniec oczyścił swoja gardło. Mówił powoli, przeciągając sylaby i choć Zayn wypowiadał się dosyć szybko i właśnie taki tryb mówienia preferował u innych, czuł, że mógłby słuchać dźwięków, jakie wydawał Liam do końca życia i o jeden dzień dłużej.

O czym rozmawia się na skypie z bardzo, ale to bardzo przystojnym mężczyzną, którego nigdy nie widziało się na oczy?, myślał Zayn i w końcu postawił na naturalność.

- Co robisz? – no, prawie.

- Um, nic? – Liam wydał z siebie mały chichot, który Zayn natychmiastowo wpisał na listę cudów świata. – Jak widzisz, właśnie rozmawiam z tobą i eee, to chyba tyle.

- Okej – Zayn także zachichotał i to by było na tyle, bo cóż… zrobiło się naprawdę niezręcznie. – To takie dziwneee.

Liam zaśmiał się ponownie; tym razem jego śmiech był inny, jakby bardziej szczery i to zdecydowanie rozluźniło sytuację. – Tak, masz całkowitą rację.

To była jego szansa.

- Miałem rację też w innej sprawie – zaczął Zayn, biorąc łyka swojej herbaty.

- Hmmm, o co chodzi? – Liam podniósł brwi, a jego twarz dziwnie pobladła.

- O to, że naprawdę jesteś przystojnym brunetem – powiedział to, wreszcie to powiedział i był naprawdę z siebie dumny.

- Oh – Liam mruknął, nie wiedząc, jak odpowiedzieć. Podrapał z zastanowieniem szyję, mówiąc – Dziękuję?

Kolejnym powodem do dumy, mógł być kolor, który przyozdobił policzki, szyję i uszy Liama. To urocze, stwierdził Zayn, karcąc się w myślach za oddalanie się od swojego starego imagu.

- To po prostu prawda – wyszczerzył się, czując, jak cały jego okropny nastrój pozostawia go w spokoju, pozwalając szczeniackiej radości przejąć jego serce.

Może ten wieczór nie był jeszcze stracony?

****

- Dobranoc, Harry – wyszeptał Louis, przebrany w swoją piżamę z misiami.

- Branoc, Lou – odrzekł Harry, posyłając mu delikatny uśmiech i znikając za drzwiami sypialni.

Kilka sekund później, Louis wskoczył na niego, składając pocałunek na jego czole i Harry naprawdę chciał go uderzyć. Gdy jego przyjaciel wybiegł, ciągle chichocząc jak dziewczynka, Harry oparł się o drzwi, oddychając ciężko.

****

Obudził się w takiej samej pozycji, w jakiej zasnął. Z jedną różnicą: laptop leżący na jego kolanach zaczął mocno mu ciążyć; wcale nie był taki lekki, jak obiecywał sprzedawca. Nie wiedział jak udało mu się tak zasnąć, pamiętał tylko, że przeglądał do późna jakieś strony internetowe i powoli zasypiał przed ekranem komputera.

Jęknął cicho, mrugając jak szalony, aby świat powrócił do pierwotnych barw. Zmarszczył brwi, patrząc na laptop; jego ekran świecił się, co nie było czymś normalnym, przecież miał ,wyznaczony czas czuwania.

Po kilkunastu sekundach wszystko się wyjaśniło. Głośny dźwięk dzwonka na skypie przerwał głuchą ciszę, którą tak umiłował sobie Harry. Spojrzał na ekran, nie mogąc zrozumieć, kto byłby w stanie dzwonić do niego – spojrzenie na prawy, dolny kąt ekranu – o trzeciej w nocy.

- Oczywiście – Harry przewrócił oczami, czytając napis, bo mógł się tego spodziewać. Tylko jego przyjaciel mógłby to zrobić, będąc kilkanaście metrów dalej.

Harry przyjął rozmowę wideo, a już kilka sekund później jego oczom ukazał się zaspany obraz Louis’ego.

I Harry chciał umrzeć, bo to niemożliwe, aby wyglądać tak perfekcyjnie o takiej porze. Ale znów przypomniał sobie, że to przecież Louis i jedynie westchnął, odwracając wzrok od błękitów jego oczu i niesfornych kosmyków grzywki.

- Tak, Lou? – zapytał delikatnym tonem, przeczesując palcami loki i układając się wygodniej na łóżku.

- Nie mogę zasnąć – głos chłopaka był cichy i drżący, a Harry chciał go chwycić w ramiona i nie puszczać, aż wreszcie na jego ustach pojawi się ten rozbrajający uśmiech.

- Dlaczego po prostu tutaj nie przyszedłeś?

- Nie obudziłbyś się, potrzebne mi było coś głośnego – Louis zachichotał, ale nadal brzmiał smutno, co łamało serce Harry’ego.

-Tak, to prawda – zgodził się.

- Zaśpiewaj mi kołysankę, – mruknął Louis, a widząc skwaszony wyraz twarzy Harry’ego, dodał – proszę?

- Lou – zaczął Harry delikatnie, starając się go nie urazić. – Wiesz, że ja nie śpiewam.

- Nieprawda – kłócił się Louis. – Słyszałem jak śpiewasz pod prysznicem, Haz. Robisz to przepięknie!

- Oh… - Harry zakodował sobie w myślach, aby nigdy więcej tego nie mruczeć w łazience. Pomimo, że to uwielbiał. – Więc inaczej: nie śpiewam dla ludzi.

- Ha-rryyy – nalegał Louis, przeciągając sylaby.

- Nie, Lou – warknął stanowczo, może trochę zbyt mocno. – Przepraszam.

Louis westchnął, wyginając usta w podkówkę. – Okej.

- Mogę opowiedzieć ci dobranockę – zaproponował Harry z chichotem.

I Louis przystał na to, a Harry mówił cicho i delikatnie, co chwila zerkając na przyjaciela, aż wreszcie usłyszał ciche chrapanie. Uśmiechnął się, całując ekran w miejscu, gdzie powinno być czoło Louis’ego i zamknął laptop, powoli odpływając w krainę Morfeusza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz