13 grudnia, czwartek. 9:35, redakcja ‘British People’, Londyn
Śnieg sypał niemiłosiernie. Odsunąłem się na chwilę od biurka i podszedłem do okna. Spojrzałem na grudniową panoramę Londynu, który znajdował się pod jasną pierzynką. Biały puch przykrył słynny zegar, most i siedzibę parlamentu, w witrynach sklepowych widniały świąteczne dekoracje, ludzie spieszyli do pracy, szkoły, po prezenty – w końcu, chcąc nie chcąc, za kilka dni Wigilia, a co za tym idzie – urodziny Louis’ego. Lou, Lou, Lou. Tommo po raz kolejny zaprzątał moje myśli, chociaż broniłem się całymi siłami. Jak widać – bezskutecznie. Oparłem głowę na ręce i zamyślony wpatrywałem się w otoczenie. Stałbym tak pewnie jeszcze przez dość długą chwilę, gdyby nie to, że zostałem wyrwany z transu przez osobę stojącą za drzwiami i pukającą w nie.
„Proszę!” - powiedziałem, siadając z powrotem przy biurku. Drzwi otworzyły się, a w nich ujrzałem Ninę – szczupłą blondynkę, znaną wśród redakcji jako ‘panna od kawy’, jak ją niektórzy nazywali. Była dość młoda i niewinna, a pracę tutaj podjęła z wiadomego powodu – brak środków na utrzymanie siebie i studia. Kilka dni po jej debiucie, poszliśmy razem na kawę, gdzie dowiedziałem się o jej sytuacji. Mając 16 lat straciła oboje rodziców, zaraz po ukończeniu szkoły średniej poszła do pracy w Holmes Chapel, skąd pochodziła. Rok później dostała się na studia w Londynie i tak wylądowała u nas, co dzień zapewniając nam porządną dawkę kawy.
– Harry, oto twoja latte – postawiła przede mną szklankę z trójkolorowym napojem. Od razu wziąłem łyk pianki.
– Dziękuję, robisz najlepszą kawę na świecie – uśmiechnąłem się posyłając wdzięczne spojrzenie.
– Mam nadzieję, że będę równie dobrym chirurgiem – powiedziała i wyszła trzymając pustą tacę wzdłuż ciała.
Wziąłem do ręki leżący przede mną surowy numer najnowszego miesięcznika ‘British People’, w którym miałem przyjemność przeprowadzać wywiady ze znanymi i lubianymi Anglikami. Była jedynie okładka, a w środku projekty przyszłych wywiadów. Gazeta miała pojawić się 24 grudnia, przed Świętami. „Bez sensu” - przeleciało mi przez głowę. Po co ktoś miałby kupować magazyn z artykułami o przygotowaniach do idealnych świąt, dzień przed świętami. Ale no tak, nie mnie to oceniać, jestem przecież tutaj tylko od przeprowadzania wywiadów. Swoją drogą, ciekaw byłem, z kim miałbym tę przyjemność w kolejnym numerze.
– Powinno tam pisać – mruknąłem do siebie, przerzucając pośpiesznie białe kartki.
Jakież było moje zdziwienie (i zdenerwowanie), gdy ujrzałem, HARRY STYLES; wywiad z Louisem Tomlinsonem, finalistą 7. edycji X-Factora, w miejscu, w którym później miał być mój wywiad.
Nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą przeczytałem, wziąłem surowy jeszcze magazyn i wybiegłem z pomieszczenia. Nie czekając na windę, pobiegłem schodami na górę udając się do niego. Moje szefa, a jednocześnie przyjaciela. Chociaż po tym, co właśnie zrobił, wątpię, czy mógłbym go tak nazywać. Nie zatrzymując się nawet przed jego drzwiami, wtargnąłem do gabinetu i krzyknąłem:
- Nick, pojebało cię?
Jakaż była moja reakcja, gdy spostrzegłem, że Gramshaw trzyma na kolanach młodą dziewczynę, nową sekretarkę zapewne.
– Przepra… - zacząłem, jednak nie dane mi było kończyć, gdyż niewiasta niechętnie zeszła z kolan Nicka, a w odpowiedzi usłyszała tylko „Dokończymy później”. Po chwili dało się słyszeć stukot jej obcasów na korytarzu.
– Harry, coś się stało?
– Grimshaw, nie wkurwiaj mnie! Dlaczego dałeś mi wywiad z Tomlinsonem?
– Bo jako jedyny z nas znałeś go przed tym, jak stał się obiektem westchnień miliona małolat – odparł
– To nie ma nic do rzeczy! Zrozum, że nie rozmawiałem z nim od lat, nie chcę go widzieć!
– Słuchaj Harry … - brunet wyprostował się i położył ręce na biurko. Złączył je w jedną piąstkę.
– Nie Nick, to ty posłuchaj. Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi. Dobrze wiedziałeś, że nie chcę go widzieć, a teraz dajesz mi tydzień na spędzenie z nim i napisanie tego pieprzonego wywiadu. Co jeśli odmówię? Chętnie się z kimś zamienię, może Zayn chciałby go napisać …
– Malik? Daj spokój – zaśmiał się Grimshaw - ma napisać artykuł o islamskich zwyczajach, przypominających nasze święta, za nic w świecie się nie zamieni. Styles – zmienił nagle ton - albo wsadzasz swój seksowny tyłeczek i jeszcze w tym tygodniu jedziesz do Tomlinsona, albo … - nie dokończył, wyjął jedynie kartkę z szuflady, na której widniało ‘WYMÓWIENIE’. Nie chcąc stracić tak dobrze płatnej pracy, niechętnie się zgodziłem. Pokiwałem jedynie głową na znak, że zrozumiałem aluzję i rzuciłem cicho:
– Podaj mi jego adres.
15 grudnia, sobota 11:30, centralny Londyn
Zima po raz kolejny w tym tygodniu nie dała o sobie zapomnieć, sypiąc na nas następną porcją śniegu. Miałem już tego wszystkiego serdecznie dosyć. Najpierw okazuje się, że Grimshaw zechciał pobawić się moimi uczuciami i zorganizował ten cholerny wywiad, później dowiedziałem się, że Święta najprawdopodobniej spędzę sam, gdyż moi kochani rodzice nie przylecą do Anglii przed 25 grudnia, ich pobyt w Norwegii przedłuży się, a to zasługa pani zimy, dzięki której wszystkie loty zostały odwołane, a także Gemmy, mojej siostry, która stwierdziła, że przecież rodzice nie będą tłuc się na promie, by wrócić do mnie na Święta. Przyjadą później. Hm, dość ciekawe, tylko, że ona ma męża i dzieci, a ja mam … właściwie, nie mam nikogo. Nawet psa. Jestem sam i jakoś specjalnie nie zanosiło się na to, by miało się to zmienić. Stojąc w korku, przypomniałem sobie te wszystkie lata spędzone w Doncaster, a także dzień, który na dobre utkwił mi w pamięci…
Miałem wtedy osiemnaście lat. Louis dwadzieścia jeden. Był słoneczny poranek, początek lipca. Obudził mnie dźwięk mojego telefonu, ‘Viva La Vida’ rozbrzmiewała po moim pokoju, dając do zrozumienia, że ktoś chce ze mną rozmawiać. Niechętnie wyciągnąłem rękę i sięgnąłem po komórkę
'Halo?' - zapytałem zaspanym głosem, przecierając oczy. Nawet nie wiedziałem, kto dzwonił.
'DOSTAŁEM SIĘ' – ktoś jednoznacznie krzyczał mi do słuchawki, musiały minąć 4 sekundy, bym zrozumiał, że ten ktoś, to Louis, mój przyjaciel.
'O mój Boże, Boo Bear, tak się cieszę!'
Rozmawialiśmy później jeszcze trochę, Tommo wyznał mi, że nieco się stresował, ale niepotrzebnie, przeszedł pozytywnie casting, pozostawało mu teraz czekać na dalsze decyzje jurorów. Louis od zawsze kochał śpiewać, wszyscy mu powtarzali, że ma talent, i że powinien coś z tym zrobić. Ja także. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z tego, że wiąże się to w jego przeprowadzką i naszą rozłąką. Ostatni raz go widziałem we wrześniu, gdy przyjechał po swoje rzeczy do Doncaster. Obiecał dzwonić, pisać, dawać o sobie znaki życia. Dzwonił często, przez pierwszy miesiąc, na początku listopada zaczął wysyłać krótkie wiadomości, a ja jedyne, co mogłem robić, to oglądać go przez szklany ekran, zwany telewizorem lub głosować na niego. W grudniu zadzwonił ostatni raz, że nadal nie może w to uwierzyć. Wygrał. To było do przewidzenia, był faworytem. Przyjechał do Doncaster później jeszcze dwa razy, dwa razy podczas mojej nieobecności. Zrządzenie losu czy przeznaczenie? Nie wiem i szczerze powiedziawszy, wolałbym nie wiedzieć.
Moje rozmyślenia przerwały dźwięki klaksonów, oznajmiające, że korek właśnie porusza się do przodu, widząc przed sobą wolną jezdnię, czym prędzej udałem się pod wskazany przez Nicka adres.
Wysiadłem z auta i nałożyłem na głowę kaptur. Spojrzałem w górę – stałem pod dość wysokim apartamentem, w centrum Londynu. Nie czekając chwili dłużej, zamknąłem drzwi samochodu i podszedłem do bramy. Bałem się. Jak cholera. Czego? Wszystkiego. Jego głosu, oczu, włosów, śmiechu. A najbardziej tego, że kiedy po dwóch latach nauczyłem się żyć bez niego, moje braterskie uczucia do Tommo znowu powrócą. Trzęsącą się z zimna (a może ze strachu?) ręką wcisnąłem guzik domofonu.
– Louis Tomlinson, w czym mogę pomóc? - usłyszałem jego głos. Wmurowało mnie w ziemię. W gardle poczułem wielką gulę, żołądek skręcał mi się, a język uwiązł. - Jest tam ktoś?
– Tak, tak – oprzytomniałem – Jestem z ‘British People’, przyjechałem na wywiad.
Nie przedstawiłem się, nie chciałem. Wiedziałem, że zaraz i tak mnie zobaczy.
Po chwili dało się usłyszeć wiadomy odgłos otwieranej bramy. Odwróciłem się i za siebie i niepewnym krokiem ruszyłem. Zauważyłem, że drzwi były uchylone, jakby na mnie już czekał. Wytrzepałem przyklejony do butów śnieg i wszedłem do środka. Od razu przywitał mnie znajomy zapach, ten sam, który dało się czuć w domu Tomlinsonów, w Doncaster.
Rozejrzałem się po wnętrzu mieszkania i uśmiechnąłem się mimowolnie. Wszystko było takie w stylu Louisa.
- Harry?! To naprawdę ty?! – usłyszałem za sobą. Odwróciłem się i ujrzałem jego twarz. Zmienił się. Ma zarost. Obciął włosy. Nie ukrywam – wyprzystojniał.
- Tak, cześć Louis – wymamrotałem, spuszczając wzrok w dół. Popatrzyłem na moje buty.
- Co ty tutaj robisz? – jego entuzjastyczny ton przybił mnie. Nie chciałem, by tak było. Mieliśmy zostać wrogami. W moim życiu nie ma Louisa Tomlinsona.
- Przyjechałem na wywiad, pracuję w British People – oznajmiłem cicho, lekko podnosząc wzrok.
- Ach, no tak, zapomniałem! – teatralnie uderzył się z otwartej ręki w czoło i gestem zaprosił mnie do salonu – Siadaj.
Zrobiłem tak jak nakazał, trzymając w ręku iPada, odblokowałem go i otworzyłem na notatce z szablonowymi pytaniami.
- Napijesz się czegoś? – zapytał siadając naprzeciwko.
- Nie, dziękuję. Możemy zacząć?
- Harry, dlaczego to robisz? – spojrzałem na niego. Tommo wpatrywał się we mnie niebieskoszarymi oczami, oczekując odpowiedzi.
- Muszę jakoś zarobić na życie, nie pójdę przecież pracować przy drodze – odparłem
- Chodziło mi o to, dlaczego jesteś taki oschły. Nie uśmiechasz się, nie przywitałeś się ze mną jak z przyjacielem. Nie widzieliśmy się przecież dwa lata – widziałem, jak jego mina z sekundy na sekundę robi się coraz bardziej smutna.
- Właśnie Louis, dwa lata – nie wytrzymałem, czułem, że muszę mu to wreszcie powiedzieć, przez tyle miesięcy niszczyło to mnie, teraz niech zniszczy jego – przez dwa lata nie wysłałeś żadnej wiadomości, nie zadzwoniłeś, tak jakbym przestał dla ciebie istnieć. Gdy poszedłeś do tego zjebanego programu, siedziałem i cię oglądałem, a po każdym twoim występie czekałem na telefon. I co? I nic. Nie doczekałem się. Byłeś dla mnie jak brat, sądziłem, że może po wygranej zadzwonisz, cokolwiek, a ty co? Zmieniłeś numer.
Wiedziałem, że muszę skończyć na tym, bo łzy cisnęły mi się do oczu, a Tomlinson był ostatnią osobą, przy której chciałbym się rozpłakać.
- To nie była moja wina … - zaczął cichym głosem Louis – Chciałem, ale …
- Wiesz, co? Darujmy sobie dzisiaj ten wywiad, przyjdę w poniedziałek, widzę, że oboje musimy coś przemyśleć – nie zaszczycając go nawet głupim ‘cześć’ wyszedłem z salonu, i chociaż pragnąłem być twardy, to widok Louisa, spowodował, że w samochodzie rozpłakałem się jak małe dziecko.
17 grudnia, poniedziałek, 17:30, przed domem Louisa.
Mam deja-vu. Znowu tu stoję, z tym samym uczuciem strachu. Boję się, że tym razem nie wytrzymam i się rozpłaczę. Czy coś się zmieniło? Tak, jest więcej śniegu. Pada praktycznie przez całą dobę, o Świętach z rodziną nie ma mowy, wszystkie loty odwołane. Zadzwoniłem domofonem, tym razem nie usłyszałem niczego, prócz otwieranej bramy. Albo Louis się obraził, albo nie może mówić. Skrzypiący pod butami śnieg przyprawił mnie o mdłości, szczerze rzygam już tą bielą. W tym roku, jak dla mnie, Świąt być nie musi. Coś mi się wydaje, że spędzę je przed telewizorem, z herbatą i ‘Love Actually’, jestem tak żałosny, że nawet sobie nie kupię alkoholu. Moje rozmyślania przerwał fakt, że stałem już pod drzwiami Tomlinsona, tym razem zamkniętymi. Nie bawiąc się w pukania i dzwonienia, wszedłem jak do siebie.
- Ściągaj buty i chodź do salonu – usłyszałem jego głos. Zrobiłem tak jak polecił i udałem się w stronę dużego pokoju. Usiadłem na tym samym miejscu, co poprzednio, otwierając tę samą notatkę, co w sobotę. Po chwili przede mną pojawił się Louis, ubrany w biały sweter i szare dresy, na stopach miał skarpetki w renifery, które dostał kiedyś ode mnie. Zrobiło mi się miło na ten fakt i mimowolnie uśmiechnąłem się.
- Możemy zaczynać? – zapytałem
- Tak, jasne – odparł, kładąc na ławie swój telefon.
Ten sam dzień, 20:30, salon Louisa.
- Okej, to chyba było już ostatnie pytanie – odparłem, zablokowując mojego iPada. – Będę się zbierać.
- Poczekaj, odprowadzę cię chociaż do bramy – powiedział Tommo i podniósł się z kanapy.
Podszedłem do drzwi i, chcąc sprawdzić pogodę (Louis cały dzień ma zasłonięte rolety, kretyn), doznałem niemałego szoku. Siedziałem tutaj przez 3 godziny, a zdążyło napadać prawie pół metra śniegu. Zamarłem. To, że drogi były nieprzejezdne było wręcz pewne.
- O nie, Hazza, nigdzie cię nie wypuszczę. Zamykaj drzwi i wracaj do salonu, zrobię herbatę – oznajmił Lou i udał się w stronę kuchni. Nie mając innej opcji do wyboru, po raz kolejny usiadłem na beżowej sofie mojego kolegi.
- Włącz telewizor, obejrzymy coś! – usłyszałem z pomieszczenia obok radosny krzyk Tommo.
Nie odpowiadając, sięgnąłem dłonią po pilot, leżący na stoliku i już po chwili oglądałem wiadomości.
„Zamieć w Londynie, prosimy nie opuszczać domów do jutrzejszego ranka, pogoda poprawi się około południa” – mówiła prezenterka BBC, w tamtej chwili miałem ochotę rozwalić coś.
- Przykro mi Harry, śpisz dzisiaj u mnie – Louis wszedł do salonu, trzymając w obu rękach dwa kubki z norweskim wzorem. Postawił jeden przede mną, drugi przed sobą i usiadł na kanapie.
- Ta - mruknąłem na odchodne, nie chcąc dalej zagłębiać się w rozmowę z nim. Tomlinson chyba miał nieco inne zamiary.
- Hazza, zrozum – zaczął niepewnie. Nie zaszczyciłem go spojrzeniem, wpatrywałem się w telewizor wiszący na ścianie – To nie tak, że nie chciałem wtedy z tobą rozmawiać. Pragnąłem wręcz, zadzwonić do ciebie i powiedzieć, jak bardzo mi cię brakuje, jak tęsknię, ile mnie kosztował ten wyjazd. Oni, menedżerowie, kazali mi zmienić numer, twierdząc, że osoby z mojego dawnego życia nie dadzą mi spokoju, będą sprzedawali moje namiary każdemu, a tego nie chciałem.
Głos mu się łamał, wiedziałem to. Nie mogłem dalej udawać oschłego typa, chciałem go przytulić, powiedzieć, że wszystko gra, ale coś mnie blokowało. Niezręczną ciszę po raz kolejny przerwał jego bliski płaczu głos:
- Hazza, powiedz coś …
Nie powiedziałem. Wstałem, obszedłem stół, usiadłem obok niego i jak małe dziecko, wtuliłem się w Louisa. Wiedziałem, że nie powinienem mu wybaczać tej rozłąki tak szybko, ale skoro miałem spędzić z nim ten wieczór, nie mogłem patrzeć na to, jak cierpi. Poczułem, że po moich policzkach płyną pojedyncze strużki łez. Rozpłakałem się. Tommo chyba też. Chwilę później, Louis przywarł swoje lekko zaróżowiałe usta do mojego czoła. Jedyne, co mogłem wtedy wydusić przez płacz, to ciche „Nie zostawiaj mnie”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz