Louis nienawidzi swojej pracy.
Nienawidzi, nienawidzi, nienawidzinienawidzinienawidzi z czystą gorliwością. W pełni jej nie cierpi. Tak bardzo, że zrobiłby dla niej laleczkę voodoo i spędzał swoje zmiany nakłuwając ją pinezkami z szuflady zaopatrzeniowej w możliwie najbardziej bolesny sposób, gdyby tylko wymyślił jak robi się laleczki voodoo w kształcie miejsc zatrudnienia, czego nie potrafi zrobić, co oznacza, że niestety muszą mu wystarczyć te w kształcie jego współpracowników. Robi prawie dokładnie to, co chce robić w życiu, mało brakuje mu do użytkowania wiedzy zdobytej w college’u, w tym niedalekim od ideału miejscu, i jest całkowicie, stuprocentowo przygnębiony każdego dnia tej pracy.
Bo, problem w tym, że znajduje się o jeden przejazd windą, krótkie wejście schodami w górę od tego, co chce robić. Na jednym końcu windy i tych schodów jest scena – piękna, wspaniała, podchodząca pod Broadwayową scena z reflektorami we wszystkich kolorach tęczy i mikrofonami, które idealnie wtapiają się w linię twoich włosów i odcień skóry – a na jego końcu jest cholernie nudny, mały, szary pokój z telefonem i starym komputerem, który nie nadaje się nawet do odtwarzania programów takich jak Excel czy Access. Przeszedł przez cztery lata szkoły, by zdobyć papiery mówiące, że ma licencjat ze sztuk pięknych w zakresie muzyki teatralnej i wszystko, co póki co z nich uzyskał, to praca biletera.
Biletera.
(W porządku, jego oficjalny tytuł to zarządca kasy, ale to kłamstwo, bo tak naprawdę nie zarządza niczym oprócz linii telefonicznych i urządzeniem Will Call. Musi jednak przychodzić o dziewiątej każdego ranka, jeść śniadanie z woreczka lub pudełka w małej kuchni na zapleczu dokładnie o dwunastej i zostawać aż zegar wybije piątą. Musi poświęcać przynajmniej połowę swoich weekendów na stanie w nawet mniejszych kabinach między dwoma parami drzwi wejściowych teatru, często odmrażając sobie tyłek przez tych wszystkich przechodzących, wpuszczających powietrze ludzi, pytając starszych klientów o ich nazwiska i podając im małe, białe koperty. Musi szukać w tym Will Call nazwisk, które nie istnieją i czasami przyjmować za to krzyki, kiedy wzywa przełożonego i dowiaduje się oczywiście, że jego zastępca, który pracuje w czwartkowe popołudnia, napisał coś źle.
Może dlatego nazywają to biurem w kabinie.
Bo całe jego życie stało się serią zdarzeń przenoszących go z jednej maleńkiej, szarej kabiny do kolejnej, aż kabiny te kurczą się tak bardzo, że mógłby umrzeć przez klaustrofobię.
Czasami po pracy próbuje wyjaśnić żałosność tego wszystkiego Niallowi, usiłuje wyszczególnić trafność swoich błyskotliwych metafor i przekazać zakres swojej frustracji, ale Niall zazwyczaj posyła mu zdezorientowane spojrzenie z ich kanapy i prosi go, by podał mu pilot.)
W skrócie – jego praca jest do dupy, jego życie jest do dupy i nie ma pojęcia, jak cała reszta świata wykonuje tę właściwą pracę, bo on nie mógłby się czuć bardziej stłamszony, siedząc w tym małym pomieszczeniu, które nazywa swoim domem, przez trzydzieści dwie godziny tygodniowo.
Nie płacą mu wystarczająco wiele za całą tę szarość. W ogóle nie płacą mu wystarczająco wiele, jego zdaniem.
Louis wzdycha z irytacją, zatapiając się w swoim krześle obrotowym, choć nie ma w pobliżu nikogo, kto mógłby usłyszeć ten dźwięk, ponieważ jego współpracownicy nie kłopoczą się przychodzeniem przynajmniej do dziesiątej lub jedenastej – artyści – a jego biuro jest odizolowane od reszty wystarczająco, by brak kontaktu z ludźmi go zabijał, ale westchnienie to nadal jest tego warte, liczą się chęci i w ogóle. Podjeżdża do biurka, krzyczy na diodę automatycznej sekretarki, by przestała migać tylko dlatego, że może i włącza ją. Wita go dziewięć wiadomości: trzy zamówienie biletów na produkcję Miss Saigon na środę, dwie puste, jedno pytanie, czy jest już za późno na zwrot pieniędzy za bilety sezonowe (biorąc pod uwagę, że na rachunku mają jeszcze tylko jedno przedstawienie, odpowiedź prawdopodobnie jest twierdząca), zły klient, który chce zwrot pieniędzy za Rat Pack, bo nikt nie powiedział mu, że miejsce dla niepełnosprawnych będzie miało przysłonięty widok, mylny telefon do realizatora programu teatru młodzieżowego i pytanie od szefa, czy może odbierać bilety na czwartkowe przedstawienie wspomnianej Miss Saigon. Oczywiście, że mogę, mamrocze, zapisując numery telefonów, i tak nie mam nic lepszego do roboty w październikowe, czwartkowe wieczory lub przez całe życie, poza sprzedaniem swojej duszy i pierworodnego dziecka temu miejscu.
Jest w połowie nagrywania się na sekretarkę w sprawie sezonowego biletu, kiedy zaświeca się druga linia.
Kończy podawanie numeru swojego kierownika i z westchnieniem odbiera.
- Dzień dobry, dodzwoniłeś się do kasy biletowej Centrum Sztuk Scenicznych Cowella, z tej strony Louis, w czym mogę pomóc? – recytuje z pamięci, prawdopodobnie brzmiąc zbyt oschle i z irytacją jak na pracownika obsługi klienta, ale jakoś się nie przejmuje.
- Um, dzień dobry, to tutaj się kupuje bilety i w ogóle? – Głos na drugim końcu linii przykuwa jego uwagę, bo wymieniony głos brzmi młodo, męsko i ma w sobie niską chrypkę, która przykuwa uwagę również innych części Louisa.
- Tak – mówi Louis, okręcając się, by ułożyć nogi na biurku, w końcu jest sam – jakim przedstawieniem jesteś zainteresowany?
- Nie mam pojęcia – mówi głos i jest to dość nieoczekiwane, porównując go do wszystkich innych klientów, z którymi zwykle rozmawia Louis – jakie macie?
- Miss Saigon i Phantom, jeśli chodzi o ten sezon – mówi, otwierając aktualne przedstawienia w bazie danych – ale bilety sezonowe na dwa tysiące trzynasty rok weszły do ogólnej sprzedaży w zeszłym tygodniu, więc mogę zapisać cię na tę listę, jeśli chcesz.
- Um – mówi ponownie głos, brzmiąc uroczo z zagubieniem i dezorientacją – Phantom to to z rewolucją francuską? Gdzie śpiewają w tawernie? Czy które to? – urywa głos i Louis zastanawia się, czy osoba ta jest tak słodka osobiście, na jaką brzmi przez telefon.
- Ach, blisko – mówi Louis, krzyżując jedną nogę z drugą i okręcając kabel ze słuchawki na palcu wskazującym – chyba masz na myśli Les Miserables. – Głos wydaje dźwięk uznania. – Phantom to to ze świecznikiem i zabawnie wyglądającym kolesiem w masce, myśl o mnie, myśl o mnie czule, kojarzysz?
- Och – mówi głos i zatrzymuje się. – Masz całkiem nabrzmiały głos. – Kolejna pauza. – Znaczy…
- Dzięki – mówi Louis, powstrzymując twój głos sprawia, że robię się nabrzmiały, które zaoferowałby, gdyby nie był w pracy, gdzie flirtowanie z klientem prawdopodobnie z jakiegoś dziwnego powodu nie byłoby pochwalane przez Paula. – Chcesz, żebym sprawdził miejsca naPhantom w jakimś konkretnym dniu? Bilety sprzedają się całkiem szybko, ale prawdopodobnie mógłbym cię zmieścić.
- Och – mówi głos, a każde z tych jednosylabowych dźwięków są jak pyszne małe fragmenty, których Louis pragnie więcej i więcej, jak te małe batoniki, których nie potrafisz przestać jeść, dopóki nie skończysz całej paczki. – A kiedy to jest?
- Cóż – mówi Louis, sięgając po broszurę leżącą na biurku, mimo że daty zna już na pamięć – zaczyna się pierwszego listopada i jest każdego dnia oprócz poniedziałków przez dwa i pół tygodnia. – Zaczyna przeglądać strony, by mieć co robić z rękoma. – Plus w soboty, niedziele i ostatnią sobotę są popołudniówki, jeśli masz ze sobą grupę więcej niż dwudziestu uczniów, ale wątpię, żeby ktoś jak ty miał tak wiele dzieci pod ręką, chyba że jesteś bardzo zajętym chłopcem.
Kolejna pauza, a kiedy głos wraca, Louis sądzi, że tak brzmi rumienienie się przez telefon. – Nie, nie mam żadnych – to dla moich przyjaciół, te bilety nawet nie są dla mnie – mówi głos.
- Bardzo życzliwie z twojej strony. – Louis kiwa głową. - Jestem pewien, że to docenią i spodoba im się wszystko, na co się zdecydujesz, w sezonach gramy tylko najlepsze przedstawienia w kraju. – To bzdura, bo są tak nisko na liście B, że nie udało im się ściągnąć Wicked ostatnie pięć razy, kiedy było w okolicy, a połowa ich produkcji zostaje pobita przez podróbki Cirque du Soleil, ale za mówienie tej bzdury Louis dostaje trzynaście funtów na godzinę, więc to do przyjęcia.
- To na ich rocznicę? – mówi głos, jakby próbował spytać Louisa o opinię, czy to dobry prezent, czy nie i Louis myśli, że chciałby mieć przyjaciół, którzy pomyśleliby o takim prezencie dla niego. Od Nialla dostaje jedynie post na Facebooku każdego grudnia, kiedy jest u rodziny i nie może stać za nim i dyktować mu wiadomości.
- Jak uroczo – mówi Louis. – Jak długo są razem? – Zgaduje, że może uzasadnić długość tej rozmowy próbą osobistej inwestycji w klienta i sprawienia, by poczuł się ważny, a nie słuchaniem jego rozmarzonej paplaniny na wszystkie możliwe wydłużone tematy do rozmów, tak, dobrze.
- Trzy lata? – mówi głos znów w ten pytający sposób.
- Wydaje mi się to być dobrym prezentem na trzecią rocznicę – odpowiada Louis, zahaczając kabel wokół nadgarstka, tak po prostu.
- Tak – mówi głos. – Liam lubi różne rzeczy związane z muzyką, tak sądzę. A Zayn lubi to, co lubi Liam, albo lubi, kiedy Liam coś lubi, w każdym razie, to dobrze. – Louis zapisuje te informacje w swoim umyśle jako bardzo istotne, bo fakt, że głos ma przyjaciół Liama i Zayna, którzy są ze sobą już od trzech lat, to jeden krok bliżej do tego, by głos ten mruczał mu do ucha na kanapie z przygaszonymi w mieszkaniu światłami i otwartą butelką szampana, co jest całkiem niezłym obrazkiem w umyśle Louisa, mimo że nie ma bladego pojęcia, kogo ma sobie wyobrazić.
- W takim razie myślę, ze spodobają im się bilety na Phantom – orzeka Louis. Jemu spodobałoby się, gdyby chłopak z takim głosem kupił mu bilety na Phantom.
- A co z tym drugim?
- Miss Saigon? – pyta Louis, a głos potwierdza. – To zaczyna się w przyszłym tygodniu i trwa do weekendu przed Halloween.
- Och. – Louis chce wgryźć się w tę nugatową sylabę, przesuwać ją po języku i ssać, aż cała się rozpuści. – W porządku.
- W porządku?
- Tak – odpowiada głos. – Przemyślę to. – Nadzieje Louisa nieco podupadają, ponieważ zakup biletu dałby mu przynajmniej jego nazwisko i prawdopodobnie numer telefonu, który wpisałby sobie do kontaktów na tydzień czy dwa i wpatrywał w niego, aż przekonałby się, że używanie pracy, by prześladować słodko brzmiących chłopaków narusza jakiś kodeks etyczny z kontraktów, które podpisał na początku roku – ale większość jego zapytań, kończących się słowami przemyślę to, musi potrzebować naprawdę wiele rozważań, ponieważ nadal większość osób nie odezwało się, włącznie z tymi, które przegapiły swoje przedstawienie w procesie całego tego myślenia.
- Możesz zadzwonić, kiedy będziesz gotów, by podjąć decyzję – mówi Louis. – Jestem tutaj w każdy dzień poza wtorkami. Możemy załatwić prezent na rocznicę twoich przyjaciół w kilka minut.
- Brzmi dobrze – mówi głos, po czym dodaje – och, hej, mogę znać twoje imię? Żebym wiedział, z kim rozmawiam. Chyba. Znaczy… - Ostatnie sylaby wydają się wytrącone z równowagi, co Louis traktuje jako znak, że chłopak może być nim jednakowo zauroczony.
- Louis – mówi, puszczając mu oczko przez telefon, mimo że głos nie będzie w stanie tego zobaczyć. – Louis Tomlinson.
- Miło się z tobą rozmawiało, Louis – mówi głos w odpowiedzi, a Louis zastanawia się, czy te rozmowy są nagrywane, czy jest jakaś szansa, żeby Paul usłyszał tę rozmowę, ponieważ bardzo chciałby ponownie usłyszeć, jak ten głos wypowiada jego imię.
Może bez przerwy godzinami.
Może do końca życia.
- Z tobą również – mówi Louis – miłego dnia, będę czekał, żeby za niedługo usłyszeć twoją decyzję.
- Tak – mówi głos, a Louis delektuje się każdym tego kęsem, który dociera do jego uszu – za niedługo. To znaczy… Do usłyszenia?
- Cześć – mówi Louis i na chwilę zalega cisza, kiedy Louis niemal ma nadzieję, że głos powie coś jeszcze, ale zamiast tego słychać ruch i kliknięcie, które pozostaje w uchu Louisa na dłużej razem z dźwiękiem tego głosu wypowiadającego imię Louisa ponownie i ponownie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz