poniedziałek, 16 grudnia 2013

Zapadła cisza. Miałam wrażenie, że Zayn po prostu przetwarza w głowie po raz kolejny moje słowa, bo nie jest w stanie uwierzyć, że naprawdę powiedziałam właśnie to, co usłyszał. Minęło kilkadziesiąt sekund i chyba finalnie uzmysłowił sobie, że ta rozmowa ma miejsce w realnej rzeczywistości, bo wybuchnął tak głośnym śmiechem, że na pewno obudził wszystkich swoich domowników.

- Dobrą imprezę tam macie, co? – wykrztusił z siebie wciąż dusząc się ze śmiechu. – Widzę, że twoja słabość do drinków nabiera tempa, no ładnie, ładnie, to się nazywa desperacja! – Wyśmiewał mnie, ale w jego głosie słychać było czystą sympatię. – Ale wiesz co? Podziwiam cię, mi by było wstyd. Musisz mieć ostrego kaca albo, nie wiem, zajebistą imprezę, delirium tremens, imieniny cioci…

Zayn wpadł w swój charakterystyczny słowotok, tym razem o charakterze prześmiewczo-szyderczym, jednak gadał bardziej dla zgrywu i zaczepki, niż rzeczywistego wyszydzenia. Nawijał o moim alkoholizmie jak nakręcony, wymyślał coraz to nowe teorie, śmiał się jak wariat. W momencie, gdy właśnie miał przechodzić do kolejnego malowniczego opisu moich fizycznych dolegliwości związanych z odstawieniem wódki, poczułam… Samotność. Dosłownie w sekundę dopadło mnie paraliżujące uczucie samotności i pustki. Niezrozumienia. To było tak intensywne, że miałam wrażenie, że nie ma przy mnie nawet tlenu i zaczynam się dusić. Z trudem łapałam powietrze, które trafiało donikąd, bo w tamtej chwili czułam taką pustkę w sobie, że mogę się założyć, że nie miałam nawet płuc. Byłam całkowicie pusta w środku jak wydmuszka. Wydmuszka, którą niesforny dzieciak zrzucił ze stołu i właśnie, w kontakcie z podłogą, pękła na drobne kawałeczki. Coś mówiło mi, że to jest właśnie koniec, że w tym momencie jakaś część mnie umarła w środku. A może nie tylko część? W otępieniu sama nie rozumiałam swoich myśli, ale natrętnie, w kółko w głowie szepty uświadamiały mi, że klamka zapadła, kurtyna opadła, właśnie teraz wydarzy się coś, co zakończy pewien etap. Nie rozumiałam tego zupełnie. Wiedziałam tylko, że to uczucie próżni wewnątrz za chwilę rozerwie mnie na kawałki. Zaczęłam płakać. Mój szloch był tak żałosny, że w samej sobie budziłam litość. Nie słyszałam Zayna, nie słyszałam głosów w głowie. Zostałam tylko ja i nic więcej.

- …proszę cię, tylko powiedz, czy jesteś w domu. – Usłyszałam po chwili jakby spod wody.

- Przed – szepnęłam drżącym głosem, jakby to już było moje ostatnie tchnienie.

- Nie ruszaj się stamtąd. Będę za dziesięć minut – powiedział śmiertelnie poważnie i, nawet jak na niego, niesamowicie szybko, po czym rozłączył się nie czekając na odpowiedz.

Powrót do normalności zajął mi kilka minut. Z powrotem zaczęłam czuć chłodny wiatr, dygotać z zimna, myśleć. Nie wiedziałam, co powiem Zaynowi, gdy już tu się zjawi. Tak naprawdę, jakkolwiek cynicznie by to nie brzmiało, chciałam od niego tylko tę wódkę, a moje rozchwianie emocjonalne wolałam przeżywać w błogiej samotności, bez ludzi, którym musiałabym się tłumaczyć, spowiadać, wyjaśniać swoje myśli, których i tak nigdy nie zrozumieją. Ale cóż, przygotowałam się na to, że nie wszystko musi pójść zgodnie z planem. Teraz byłam skazana na towarzystwo, którego najbardziej nie chciałam w takim momencie najbardziej na świecie – ultragadatliwego Zayna, który nic o mnie nie wiedział, nie znał mojej historii, a w dodatku byłam święcie przekonana, że i tak, w swoim beztroskim uosobieniu, nie będzie w stanie mnie zrozumieć i w jakikolwiek sposób pomóc. No, chyba że naprawdę przyniesie tę wódkę. Ale istniał na tym świecie ktoś, kto by zrozumiał. Ktoś, kto by nie wypytywał, po prostu by wiedział. Spojrzałam na zegarek w telefonie. Była pierwsza dwadzieścia dwie. Zayn rozłączył się sześć minut temu. Miałam jeszcze chwilkę. Wybrałam numer.

- Co-oo… Co jest? – Jego głos sugerował, że właśnie przerwałam mu jakąś bardzo absorbującą czynność. Odebrał dopiero przy czwartym sygnale, jednak nie brzmiał na zaspanego, raczej na zdezorientowanego.

- W sumie to nic – odpowiedziałam tak głupio, że gorzej już się chyba nie dało.

- Stało się coś? – powtórzył ulubioną kwestię dnia Zayna.

- Nie, chciałam tylko… - No właśnie, co ja chciałam? Sama nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na to pytanie. – Chciałam tylko pogadać, ale chwilkę, rozumiesz…

- Kto to? – zapytała Eleanor gdzieś w tle.

Rozpoznałam jej głos bez najmniejszego problemu. Przygryzłam dolną wargę, aż poczułam ukłucie bólu. To wszystko nie miało żadnego sensu.

- Nic ci nie jest? Wytrzymasz do jutra? – pytał, jak się spodziewałam, o mój stan, a nie o powód.

- Tak, myślę, że tak…

- Słuchaj – ściszył głos do szeptu i po zmienionej akustyce pomieszczenia domyśliłam się, że wyszedł do kuchni – nie mogę teraz rozmawiać. Oddzwonię do ciebie jutro, dobra?

- Tak, jasne. Wybacz, że przeszkodziłam… - Chciałam się dalej tłumaczyć, ale żadne mądre zdanie nie przyszło mi do głowy.

- Nie ma sprawy. Pogadamy jutro. Dobranoc Miley – rzucił ciepło, ale w jego głosie czuć było dziwny dystans.

- Dobranoc Lou – odpowiedziałam ciągłemu sygnałowi w słuchawce.

Nie zdążyłam się nawet na powrót załamać i poczuć odrzucona, gdy mój wbity w podłoże wzrok zarejestrował trampki Zayna. Podniosłam głowę. Stał przede mną i zdejmował z siebie czarną kurtkę. Został jedynie w koszulce z wielkim znakiem Batmana na torsie. Podał mi rękę i podniósł mnie z krawężnika, bez słowa zakładając mi swoją budrysówkę.

Gdy weszliśmy do mojego domu, nie bardzo wiedziałam co robić i jak się zachować. Usiadłam po turecku na drewnianej podłodze. Zayn zrobił dokładnie to samo naprzeciwko mnie. Dopiero teraz zauważyłam, że w rękach trzyma butelkę ginu. Ten widok przyniósł odczucia podobne do smaku piołunu z miodem – nienawidziłam tego jałowcowego gówna, ale naprawdę czułam, że potrzebuję alkoholu, więc i tak błogosławiłam w myślach Zayna, że przyniósł cokolwiek wysokoprocentowego. Byłam tak zdesperowana, że smakowałoby mi chyba nawet płyn do spryskiwaczy, oby tylko miał dobry procent.

- Znalazłem w barku wujka. Proszę – powiedział i podał mi butelkę. Był dziwnie milczący.

- Dzięki, wezmę szklanki.

- Nie, nie, ja pasuję – zaprotestował. – Nie piję alkoholu, ale jeśli nie miałabyś nic przeciwko…

Z delikatnym uśmiechem wyjął z kieszeni papierośnicę, w której leżało równiutko ułożone kilka skrętów. Wygrzebał jednego i uniósł przed moje oczy przekręcając na bok głowę w pytającym geście. Wyglądał jak mały szczeniak proszący pana o spacer.

- Nie krępuj się. – Cień uśmiechu przebiegł po mojej twarzy.

Dopiero teraz zauważyłam, że w rzeczywistości Zayn na urodzinach Eleanor nie wypił nawet kropli. Za to nadrobił innymi używkami z nawiązką.

- No, to zdrowie. – Odkręciłam butelkę i wzięłam spory łyk. Skrzywiłam się. Nie dość, że gin był ohydny, to jeszcze palił jak diabli.

- Oj, chyba jednak nie masz aż takiej pijackiej wprawy. – Zaśmiał się i figlarnie puścił do mnie oko. – Zdrowie, Maleńka – odpowiedział i zaciągnął się głęboko dymem ze skręta.

Widziałam, że Zayn ze wszystkich sił stara się poprawić mi humor, dlatego wciąż inicjował swoje niewinne flirciki i raczył mnie czułymi, nierzadko dwuznacznymi słówkami. Doceniałam jego starania, ale nic mu z tego nie wychodziło. Wciąż, gdzieś tam głęboko w sobie, czułam tę przerażającą pustkę, która pulsowała we mnie bólem niczym bolący ząb. Wiedziałam, że tak naprawdę nie dbam już o nic i z niczym nie walczę. Pierwsze emocje opadły, zobojętniałam. Pociągałam co kilka minut solidny łyk ginu, który jeszcze bardziej przytępiał wszystkie moje uczucia i myśli. Alkohol w tym momencie był dla mnie jak morfina na egzystencjalnego raka.

- No, Mils, teraz przyszła ta chwila, w której mówisz mi, co złego cię spotkało, a ja pocieszam cię i odpowiadam, żebyś nie przejmowała się ludźmi, bo, skoro cię ranią, to nie są tego warci. – Zayn w końcu rozgadał się w charakterystyczny dla siebie sposób, jednak, prawdopodobnie za sprawą marihuany, nieco bardziej filozoficznie.

Bez słowa skinęłam głową w kierunku zwiniętej w kulę kartki papieru, która leżała po drugiej stronie pokoju. Brunet jak na komendę wstał, podniósł znalezisko i energicznymi ruchami zaczął rozprostowywać papier na blacie starego kredensu.

- Widzę, że ostro było, co? – Rzucił mi spojrzenie przez ramię, nie przestając prasować ręką kartki. – Na pewno mogę…?

- Jasne – odpowiedziałam krótko, postawiłam butelkę i położyłam się na plecach na podłodze.

Z tej niecodziennej perspektywy patrzyłam na Zayna, który stał nade mną pochłonięty czytaniem wypocin Cassie. Miał na sobie czarne trampki, spodnie w tym samym kolorze i tę Batmanową koszulkę również bez kolorystycznych rewelacji. Wszystko to tworzyło jakby jeden, wspólny motyw z jego śniadą karnacją, charakterystyczną dla osób pochodzących z Bliskiego Wschodu. Przypomniałam sobie tamtą noc, kiedy tańczyliśmy w klubie i czułam zapach jego skóry, który przywodził na myśl ciepło, zmysłowość, orientalizm, namiętność, słońce. Nie byłam pewna, czy właśnie tak pachną wszyscy Mulaci, czy to może indywidualna cecha Zayna, jednak pociągało mnie to bez wątpienia. Podobnie jak jego egzotyczna uroda. Gdy stał tak nade mną, robiąc coraz większe oczy nad wymiętą kartką, przyszło mi na myśl, że ten niegrzeczny chłopak o umysłowości dziecka, naprawdę jest cholernie seksowny.

- Ta laska, to jakaś nawiedzona – rzucił nie odrywając wzroku od kartki. – Ciekawe kim są jej rodzice. Prorok i Dziewica Bogu Poślubiona? Hę? – Był wyraźnie zdegustowany stylem wypowiedzi Cassie.

- Prawie – odpowiedziałam szczerze rozbawiona. – Jej matka jest kucharką, ojciec szewcem. Ale nie zawiodę cię, bo ma w sobie coś na wzór boskiego pierwiastka. Jest stwórcą skórzanych butów, które robi sam, własnoręcznie. Oczywiście nikt tego nie kupuje i chodzi w nich tylko jego rodzina i najbliżsi krewni, ale mniejsza o to. Najważniejsze, że dokonuje aktów stwórczych – zakończyłam naśladując uprzedni, filozoficzny ton Zayna.

- Buty, stwarza coś z niczego. Buty znikąd. Ładnie – wymamrotał pod nosem, jakby naprawdę uwierzył w nadprzyrodzone zdolności ojca Cassie, Marka Dawsona, po czym ponownie pogrążył się w lekturze.

Od leżenia na drewnianej podłodze zaczęły boleć mnie plecy. Podniosłam się i z powrotem usiadłam po turecku, powracając również do pozostawionej samotnie butelki ginu. Zayn skończył lekturę. Zgniótł kartkę w kulę i z rozmachem przywalił nią o ścianę, dokładnie tak samo, jak ja przed kilkoma godzinami. Parsknęłam nieokiełznanym śmiechem. Kula papieru trafiła niemal dokładnie w to samo miejsce, co przy moim rzucie i odbijając się, z prędkością torpedy, wylądowała tam, skąd podniósł ją brunet. Nie wiedziałam, jakim cudem on to zrobił, ale prawie dusiłam się ze śmiechu.

- No, co? Po prostu odłożyłem na miejsce. – Wzruszył ramionami, jakby w tym wszystkim nie było nic dziwnego, ale widziałam, że resztkami sił powstrzymuje śmiech.

Usiadł naprzeciwko mnie, krzyżując nogi w pozycji kwiatu lotosu. Alkohol coraz bardziej mącił mi w głowie, ale coś w moim umyśle mówiło mi o powiązaniach tej rośliny z kulturą arabską, jednak nie potrafiłam sobie przypomnieć właściwego związku.

- Zayn, co oznacza kwiat lotosu? – zapytałam tym samym dając dowód swojego nietrzeźwego stanu.

- Jak to co? Że tak siedzę? – Przypalił kolejnego skręta.

- Nie, ogólnie. Znaczy nie ogólnie – poprawiłam się szybko kompletnie dezorientując chłopaka – tylko dla Arabów. Dla was lotos coś znaczy, no nie?

- Nas? – Uśmiechnął się wypuszczając dym. – Urodziłem się tutaj i nigdy w życiu nie byłem zagranicą. Ale mój ojciec jest Egipcjaninem, więc, jeśli chcesz to go zapytam. Wątpię, żeby wiedział, no ale to Arab… - dokończył powracając do filozoficznego tonu. – Chociaż, poczekaj, chyba wiem. Znaczy nie wiem – automatycznie przejął mój chaotyczny styl mówienia – ale wiem, że w godle Indii jest lotos – pochwalił się wiedzą i niemal spęczniał z dumy.

- Ale w Indiach nie ma Arabów, nie? – W głowie miałam taką karuzelę, że nie byłabym w stanie nawet odnaleźć tego kraju na mapie.

Zayn zaśmiał się głośno i gardłowo.

- Trzymaj – podał mi palącego się jointa – bo już nie mogę tego słuchać. – Uśmiechnął się czule, jak matka włączająca dziecku jego ulubioną kreskówkę, żeby się uspokoiło.

Wciągnęłam dym w płuca i od razu zaczęłam krztusić się i kaszleć, aż poczułam cieknące łzy. Oddałam tlący się niedopałek patrząc na niego, lekko przekrwionymi oczami, ze wstrętem. Zapiłam kaszel ginem.

- Wiesz co, Miley? – Czarne tęczówki Zayna były wymierzone prosto we mnie. – Fajna jesteś, serio. Nie przejmuj się jakimś głupim pierdoleniem bez sensu. – Skinął na poturbowany list. – Nie wiedziałem, że przyjechałaś tu z przymusu i w ogóle, cała ta akcja z twoim domem, ciężka sprawa. – Zamyślił się, jakby szukał odpowiednich, czy raczej jakichkolwiek, słów. – Nie bój się, ze mną nic ci tu nie grozi. – Uśmiechnął się ponownie wbijając wzrok w moją twarz.

Uśmiechnęłam się krzywo. Nie miałam ochoty tłumaczyć mu, że to wcale nie sprawa domu, z którą zdążyłam się już oswoić, wzbudziła we mnie tak negatywne emocje. Przysunęłam się bliżej niego. Nie wiedziałam dlaczego, ale wciąż w głowie próbowałam dokładnie odtworzyć zapach jego skóry, co nie do końca potrafiłam zrobić, więc zapragnęłam go po prostu poczuć. Niechcący, niewątpliwie za sprawą procentów we krwi, przysunęłam się odrobinę za blisko niż planowałam, tak że wylądowałam prosto w ramionach Zayna. Jakkolwiek głupio i nieprawdopodobnie by to nie brzmiało, po prostu przypadkowo wtuliłam się w niego, przylegając całym ciałem, bez żadnych oporów, do jego torsu.

- Wiesz, co do tamtej nocy, wtedy w klubie – powiedział przerywając ciszę - to chciałem…

- Daj spokój – rzuciłam z chęcią zakończenia tej rozmowy.

- Chciałem cię przeprosić – kontynuował mimo mojego protestu – bo należą ci się przeprosiny, zachowałem się jak ostatni chujek. – Spojrzał na mnie oczami zbitego psa.

- Zayn, nie ma sprawy, serio – nalegałam, żeby skończył ten temat. – Naprawdę nie chce mi się do tego wracać i teraz to roztrząsać. Nie mam do ciebie żadnej urazy – powiedziałam całkowicie szczerze, co podziałało, bo Zayn jedynie uśmiechnął się delikatnie na znak porozumienia i bez zbędnych słów umilkł.

Przyciągnął do siebie popielniczkę, w której zostawił niedopalonego skręta i gestem dłoni nakazał mi, żebym przysunęła swoją twarz do jego twarzy. Nie bardzo wiedziałam, o co mu chodzi, ale wykonałam polecenie, tym bardziej, że i tak wciąż tkwiłam wtulona w niego, więc wystarczyło, żebym podniosła wzrok. Zayn zapalił jointa, zaciągnął się dymem, pochylił powoli w moją stronę i, gdy nasze usta dzieliły zaledwie milimetry, zrozumiałam, co mam zrobić i rozchyliłam wargi. Delikatnie wypuścił cienką stróżkę niebieskiego dymu, którą wciągnęłam w płuca prosto z jego ust. Uśmiechnął się, ale ani drgnął. Myślałam, że spróbuje mnie pocałować, ale on jedynie patrzył na moją twarz z sympatią. Jego oczy były tak ciemne, że nie potrafiłam rozróżnić źrenic od tęczówek. Poddałam się jego, penetrującemu mózg, spojrzeniu i zaczęłam wchłaniać zapach Zayna. Tak jak niegdyś, podziałał na mnie jak zastrzyk adrenaliny prosto w serce. Nie potrafiłam zrozumieć, co ten chłopak ma takiego w sobie, ale każdym najdrobniejszym gestem wzbudzał we mnie takie pożądanie, że niemal gwałciłam go wzrokiem. Wieki minęły od czasu, kiedy ostatni raz byłam z mężczyzną. Tymczasem na wyciągnięcie ręki siedział seksowny chłopak, o cudnej, egzotycznej urodzie, podniecająco pachnący i pożerający mnie wzrokiem. W mojej głowie zrodziła się przerażająca, ale wyjątkowo kusząca myśl. Przeszył mnie drobny dreszcz, który zogniskował się na wysokości bioder w postaci pulsującego ciepła.

Wstałam z podłogi, otrzepałam spodnie i podniosłam pozostawioną na miejscu, gdzie wcześniej leżałam, butelkę ginu. Odkręciłam korek i, nie zwracając uwagi na obrzydliwy posmak jałowca, duszkiem wypiłam sporą część z tego co jeszcze zostało. Skrzywiłam się z niesmakiem i otarłam usta rękawem. Zayn zaśmiał się jak małe dziecko. Machnęłam charakterystycznie ręką, dając mu do zrozumienia, żeby wstał. Niezgrabnie zgramolił się z podłogi i stanął przede mną wyprostowany jak żołnierz na apelu. Wymieniliśmy zdawkowe uśmiechy.

W sekundę podjęłam decyzję. Jednym ruchem przyciągnęłam go do siebie i bez chwili zawahania przycisnęłam jego usta do swoich. Zaczęłam całować go z taką pasją, że sama byłam zaskoczona swoją namiętnością. Odwzajemnił mój pocałunek równie silnie i emocjonalnie. Czułam, że jest tak samo podniecony jak ja. Przygryzłam jego dolną wargę. Przycisnął mnie do siebie i zamruczał mi do ucha. Po kręgosłupie przeszły mi ciarki. Odsunęłam go energicznie od siebie i spojrzałam mu w oczy, w których nieprzenikniona czerń pulsowała pożądaniem. Na jego lekko rozchylonych ustach nie było już śladu niewinnych uśmiechów. Z powagą świdrował mnie spojrzeniem, które jasno ukazywało jego podniecenie.

Jak na komendę, nagle obydwoje zaczęliśmy w pośpiechu zdejmować z siebie ubrania. Gwałtownie zrzucał kolejne części garderoby, tak że w momencie staliśmy naprzeciwko siebie całkowicie nadzy. Ledwo zdążyłam omieć wzrokiem jego niezwykle męskie, nagie ciało, gdy stanął tuż przy mnie i ponownie zaczął namiętnie całować moje usta. Jego wargi wpijały się w moje, podczas gdy dłońmi pożądliwie dotykał mojego ciała, jakby obrysowując piersi, linię talii, biodra, pośladki. Przyległam do niego całą sobą. Od jego skóry bił żar i zapach mężczyzny. Czułam się przy jego obnażonej posturze krucha i uległa. Pragnęłam go tak bardzo, że wszystko inne było mi już całkowicie obojętne, chciałam tylko, żeby wziął mnie tu i teraz, w tym pokoju, na tych drewnianych, zimnych panelach. Popchnęłam go i całym swoim ciężarem zmusiłam do położenia się na podłodze. Leżeliśmy przy sobie i zachłannie pieściliśmy się wzajemnie. Miałam ochotę zacząć prosić go, żeby w końcu to zrobił, ale nie musiałam długo czekać. Zayn złapał mnie za pośladki, przycisnął mocno do siebie i zaczął mnie kochać szybko i namiętnie. Czułam na przemian jego pocałunki i ciężki, gorący oddech na swojej szyi, uchu, ustach, ramionach. Przyciskałam go z całych sił do siebie, chciałam żeby był jak najbliżej, poczuć jego ciepło, bliskość, namiętność. Na przemian wtulałam twarz w jego ramiona wdychając zapach jego skóry i całując każdy kawałek ciała, jaki tylko miałam w zasięgu ust i patrzyłam w jego czarne, płonące z pożądania oczy. Uchwycił moje spojrzenie. Nie odrywając wzroku od mojej twarzy, splótł swoje dłonie z moimi i silnie przygwoździł mi ręce do podłogi. Doszedł w tej pozycji wciąż patrząc mi w oczy.

Było tak cicho, że w domu słychać było jedynie nasze głębokie, powoli powracające do normy oddechy. Leżeliśmy obok siebie na plecach spoceni, wyczerpani, zaspokojeni sobą. Seks z Zaynem był o wiele bardziej intensywny i namiętny od tego, który dotychczas znałam. Spojrzałam na niego z ukosa. Na jego twarz powrócił delikatny, niewinny uśmieszek. Ręką sięgnął za głowę i po omacku natrafił na swoje spodnie, z kieszeni których wyciągnął paczkę papierosów. Wciąż nie ruszając się z miejsca, zapalił dwa i bez słowa podał mi jednego. Podziękowałam spojrzeniem pełnym błogości.

- Zayn, wierzysz w Boga? – zapytałam przerywając ciszę.

- Tak, ale chyba nie w tego co ty – odpowiedział jeszcze lekko drżącym z emocji głosem. – Jestem muzułmaninem – dodał.

Ponownie zapadła cisza przerywana jedynie odgłosem żaru spalających się papierosów.

- A ty? – zapytał odwracając twarz w moją stronę. – Wierzysz w Boga?

- Wciąż się waham. – Wypuściłam powoli dym z płuc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz