************************************
*
********************************
To miały być pierwsze święta, które Louis spędzi sam ze swoją córką i wcale mu to nie przeszkadzało. Wręcz się cieszył, że jego rodzice wraz z siostrami postanowili spędzić te święta w ciepłych krajach a była żona nie chce mieć nic wspólnego z nim, ani z dzieckiem, które poczęła z gejem. Już nie potrafił dłużej ukrywać tego, że jego wzrok przyciągały duże, okrągłe męskie tyłki a nie ten jej mały i szczupły. Już następnego dnia jej nie było a jedyne, co zostawiła za sobą to karteczkę, na której oświadczyła, że nie chce widzieć go więcej na oczy oraz córkę, która nie rozumiała, dlaczego mama ją zostawiła. Więc dopiero po dłuższym czasie udało mu się wytłumaczyć, że to nie jej wina a Eleanor ją kochała. Teraz był wolny a jedynym, co go obarczało, to zapewnienie swojej córce wspaniałego dzieciństwa, dlatego nie mógł pozwolić, aby w wieku siedmiu lat przestała wierzyć w Świętego Mikołaja, o nie.
- Zoe, nałóż czapkę. – Louis spojrzał na swoją córkę, która wydymając dolną wargę patrzyła na niego błagalnie. – Te twoje śliczne oczka na mnie nie działają, młoda damo. No już, nakładaj.
- Tato, przecież świeci słońce. – jęknęła zakładając rączki na piersi.
- Ale ty jesteś uparta. – pokręcił głową, przerzucając ciuchy w poszukiwaniu różowej czapeczki z pomponikiem.
- Nie mam tego na pewno po mamusi. – uśmiechnęła się widząc jak Louis patrzy na nią w zaskoczeniu.
- Masz. – podał jej czapkę. – Jeśli nie będziesz się dobrze zachowywała Święty Mikołaj w te święta nas nie odwiedzi.
Zaśmiała się cicho.
- Mikołaj nie…
- Zoe. – przerwał i zabierając jej czapkę nałożył ją na jej jasno brązowe włosy związane w dwa warkoczyki. – Święty Mikołaj istnieje i ci to udowodnię.
- Dobrze, tato. – chwyciła go za dłoń. – Więc możemy jechać?
Uśmiechnął się i wyprowadził ich z domu. Siarczyste powietrze od razu zaszczypało go w policzki, naciągnął mocniej szalik i kołnierz kurtki na swoją twarz i spojrzał na swoją córkę. Wyrwała mu się i podbiegła do dużej zaspy śniegu, w rączki chwyciła śnieg i uformowała z niego kulkę. Odwróciła się w jego stronę z triumfalnym uśmiechem.
- Zoe, nawet nie próbuj… - ostrzegł ją i wtedy w jego twarz uderzyła śnieżka.
Kawałki śniegu wpadły mu za szalik i w zetknięciu z ciepłą skórą szyi poczuł szczypanie. Starł resztki śniegu z twarzy i spojrzał na córkę. Stała roześmiana z rączkami w kieszeniach kurtki patrząc na niego rozbawiona.
- Żebyś widział swoją minę! – zaśmiała się i odsunęła widząc jak Louis idzie w jej stronę. – Tato, co robisz?
- Jeśli Mikołaj cię odwiedzi to tylko dlatego, że jesteś ładna a nie grzeczna. – chwycił ją i wsadził sobie pod pachę ruszając w stronę samochodu.
- Tato! – Zoe krzyknęła nadal rozbawiona. – Postaw mnie!
- O nie, straciliśmy zbyt dużo czasu, musimy zdążyć zanim zamkną centrum handlowe.
- Ale tato?! – jęknęła, gdy Louis posadził ją w foteliku i zaczął zapinać pasy.
- Zoe. – powiedział ostrzegawczo, patrząc na nią.
- No dobra.
~*~
Gdy drzwi się przed nimi rozsunęły, weszli do środka gdzie w powietrzu unosił się zapach pierników i cukierków. Między wystawami sklepowymi z daleka można było zobaczyć ogromnej wielkości wysepkę stworzoną ze sztucznego śniegu. Louis poprowadził swoja córkę w stronę gromadki dzieci, które stały w kolejce, aby usiąść na kolanach Świętego Mikołaja i powiedzieć mu, co życzą sobie dostać na święta. Zanim doszli zaczął odczuwać niechęć bijącą od Zoe, która szurała stopami i zaczęła marudzić pod nosem.
Stanęli w kolejce, Louis wziął na ręce swoją córkę, aby mogła zobaczyć, kto siedzi na ogromnym tronie, na końcu tej kolejni. Mężczyzna miał na sobie bordowy strój Mikołaja i sztuczną brodę, która pobłyskiwała pod padającym na nią światłem. W tym momencie Louis wcale się nie dziwił, dlaczego jego córka nie wierzy w istnienie symbolu świąt.
- Tato, on jest obrzydliwy.
- Wiem kochanie. – przykucnął, aby być na równi z córką i chwycił jej małą główkę w dłonie. – On jest tylko zastępcą Mikołaja i przekaże mu, co chcesz dostać na święta.
- Mam w to uwierzyć? – zeszła z nogi na nogi i uniosła w górę brwi pytająco. Wyglądała komicznie, przez co Louis musiał powstrzymać się, aby się nie zaśmiać.
- Powinnaś. – powiedział głos zza pleców Louisa i spojrzał na swoją córkę, której oczy się zaświeciły i odwrócił się, mógłby przysiąc, że jego oczy w tym momencie też świecą.
Wpatrywał się w chłopca przed nim, jego nogi, które wydawały się nie mieć końca były ubrane w zielone legginsy. Miał również na sobie obcisnął czerwoną bluzkę z meszku jak i czapkę na czekoladowych lokach, które wychodziły z niej i zakrywały oczy. Gdy je odgarnął zobaczył nefrytowe spojrzenie wbite w niego i modlił się w tym momencie, aby Zoe rzuciła w niego śnieżką, bo było mu cholernie gorąco.
- Tato. – poczuł szarpnięcie za rękaw kurtki. – Gapisz się.
Odwrócił wzrok od chłopca i spojrzał na swoją córkę, której nie uszły uwadze jego różowe policzki i iskrzycą się oczy. Nie wiedział czy jego córka postanowiła go ratować, czy była naprawdę ciekawa, ale był jej wdzięczny, bardzo wdzięczny.
- Dlaczego? – zapytała i chłopak podszedł do niej i przykucnął przed nią, tak jak przed chwilą robił to Louis.
- Zastępcy Mikołaja zastępują go tutaj, gdy on musi być w Laponii, aby pilnować swojej fabryki i niesfornych elfów.
- Okej… - zaczęła trochę powątpiewając, co od razu podchwycił Louis. – Więc, kim ty jesteś?
- Jestem Elf Harry, a ty? – uśmiechnął się i wyciągnął swoją dużą dłoń w jej stronę.
- Zoe. – chwyciła jednego z palców jego dłoni i potrząsnęła nim energicznie, uśmiechając się szeroko. – A to mój tata, Louis.
Louis zamarł i spojrzał na chłopaka, przed którym wyprostował się i wyciągnął dłoń również w jego stronę. Przegryzł wnętrze policzka, aby z jego ust nie wydobył się żaden odgłos, gdy ujął jego dłoń w swoją, a raczej na odwrót.
- Miło mi. – uśmiechnął się, a w jego policzkach ukazały się dwa dołeczki, przez co Louis zaczerpnął powietrza, próbując powstrzymać się, aby nie wsadzić palca w jedną z tych uroczych dziurek.
- Mi też. – odpowiedział i mimo, że czuł jak jego córka patrzy to na niego a to na Harry’ego z zaciekawieniem, to nie potrafił odwrócić wzroku od tej pięknej twarzy.
Pierwszy raz miał takie odczucie, że świat zatrzymał się na chwilę, aby on mógł przeżyć coś pięknego, a tym czymś był Harry. Chciał przeżywać tę chwilę na nowo, bezustannie, ale wiedział, że to nie możliwe.
- Tato. – Zoe powiedziała ostrzegawczo i wtedy oboje oderwali od siebie spojrzenia, aby przenieść je na zniecierpliwioną dziewczynkę.
- Już mogę? – kiwnęła w stronę Świętego Mikołaja, i dopiero teraz Louis zauważył, że kolejka już doszła do nich a reszta ustawionych dzieci z rodzicami zniecierpliwiona stoi za nimi.
- Pewnie, chodź. – Harry podał jej rękę, którą ochoczo chwyciła i ruszyli w stronę mężczyzny w stroju.
Louis stał nie ruchomo w miejscu patrząc na oddalającą się jego córkę z Harrym, gdy nagle ten sam chłopak odwrócił się i zmierzył go wzrokiem od dołu aż po same końcówki włosów. Louis czuł się jakby stał w środku żarzącego się ognia.
~*~
- Co byś chciała młoda damo dostać od Mikołaja, co?
Louis stał z boku patrząc jak jego córka siedząca na kolanach obcego mężczyzny fuka cicho pod nosem, w pewnej chwili pożałował decyzji o przyjściu tutaj lecz po chwili wszystko się ulotniło gdy zobaczył najpierw burzę loków, a później Harry’ego w obcisłym stroju stającego obok jego córki i uśmiechającego się do niej pocieszająco. Odwzajemniła uśmiech i Louis nie mógł znieść myśli, że to było najpiękniejsze, co widział w życiu.
- Chciałabym… - zaczęła i odwróciła główkę, aby spojrzeć na Louisa i ponownie odwrócić się do Harry’ego. – aby mój tatuś był szczęśliwy.
Louis zamarł i przymknął powieki zaciskając pięści w kieszeniach swojego płaszcza. Gdy spojrzał przed siebie napotkał na swojej drodze niespokojne i jakby smutne(?) spojrzenie zielonych oczu.
- Twój tatuś na pewno jest szczęśliwy, skoro ma taką mądrą córeczkę. – Mikołaj pogłaskał ją po główce uśmiechając się krzywo.
- Tak, ale on potrzebuje kogoś więcej. – głos Zoe stał się surowy. – Nie rozumie pan? Mój tata potrzebuje być kochany przez kogoś innego niż ja, chce miłości. I proszę to przekazać Świętemu Mikołajowi, chcę kogoś, kto będzie kochał mojego tatę mocniej niż on mnie.
- Zoe chodź. – Louis zmieszany wyciągnął dłoń do córki. – Dziękuję. – zwrócił się do mężczyzny i schodząc z podestu spojrzał na Harry’ego.
Miał wbity w niego wzrok i poważną minę, nie było żadnych dołeczków ani iskrzących z radości oczu, a w tym momencie Louis właśnie chciał to zobaczyć.
Prześlizgnął się obok niego i nie odwracając za siebie ciągnąc Zoe za rękę zaczął iść w kierunku wyjścia.
- Tato. – nie zatrzymał się nawet słysząc głos córki. – Tato! – przystanął. – But.
Wziął Zoe na ręce i posadził ją na najbliższej ławce, przykucnął i chwycił sznurowadła w obie dłonie, aby je ze sobą związać i zrobić na sam koniec ładną kokardę.
Spojrzał na swoją córkę, która miała zwieszoną głowę w dół i bawiła się rękawiczkami, które zdjęła. Jej dolna warga drżała i Louis mógłby przysiąc, ze na jej bladym policzku zalśniła łza.
- Kochanie. – chwycił między palec wskazujący a kciuk jej brodę. – Dlaczego płaczesz?
- Nie chcę żebyś był smutny. – spojrzała na niego a z jej jasnych oczy wypłynęły kolejne łzy wielkości grochu.
Louis z uśmiechem starł je kciukiem z jej delikatnych policzków.
- Też nie chcę abyś była smutna. Uśmiechnij się, a wtedy oboje będzie szczęśliwi.
- Ale ty…
- Mam ciebie. – przerwał jej. – Kocham cię najmocniej na świecie i jesteś miłością mojego życia, tyle wystarczy. Okej?
Zoe zamrugała i delikatnie się uśmiechnęła.
- Okej.
Louis pochylił głowę do przodu i wyciągnął dłoń wierzchem jej do góry w stronę córki.
- Czy teraz zechciałaby pani pójść ze mną na ciepłe kakao?
Nie musiał dłużej czekać poczuł jak jego córka chwyta w swoją małą rączkę jednego z jego palców u dłoni. Uśmiechnął się, naprawdę nie potrzebował niczego więcej.
~*~
Słońce, choć wysoko zawieszone na niebie, to jednak nadal było i świeciło a jego ciepło przebijało się przez czapkę Louisa. On naprawdę chciał mieć śnieg na święta, dlatego modlił się, aby nie roztopił się on przed Bożym Narodzeniem. Stał przed domem swoich przyjaciół stukając obcasem buta w wycieraczkę i jeszcze raz wciskając guzik, po czym usłyszał roznoszący się odgłos melodyjki dzwonka po domu. Po chwili usłyszał krzyki i rzucanie przedmiotami, i wtedy drzwi się otworzyły. Przed nim stanął Zayn, poprawiając swoje włosy i obciągając podwiniętą bluzkę.
- Wpadłem nie w porę, co? – uśmiechnął się widząc rumieńce na twarzy przyjaciela, który tylko pokręcił głową i zbyt zmęczony aby coś powiedzieć zaprosił go do środka jednym ruchem ręki.
Louis zamknął za sobą drzwi i zdejmując jedynie buty wszedł w płaszczu i czapce na głowie do kuchni, gdzie Zayn otworzył lodówkę i wyciągnął butelkę zimnej wody z zamiarem opróżnienia jej przynajmniej do połowy. Gdy to zrobił, nareszcie się odezwał.
- Niech cię szlag Tomlinson. – pokręcił głową i odstawił butelkę na blat.
W tym samym czasie do kuchni wszedł Liam, na jego policzkach nie skrywały się dwa dorodne rumieńce, i Louis naprawdę musiał powstrzymywać się, aby niczego nie powiedzieć.
- Co cię do nas sprowadza? – zapytał Liam opierając się biodrem o wysepkę kuchenkę i zabierając z niej jedno jabłko, po czym wgryzł się w nie.
- Chciałem was prosić, abyście odebrali Zoe z przedszkola, ale widzę, że jesteście zajęci.
- Już nie, bo ktoś nam przeszkodził. – warknął Zayn i spiorunował Louisa wzrokiem, na co ten się tylko zaśmiał.
- Kochanie, uspokój się. Dokończymy wieczorem. – usta Liama spotkały się z policzkiem bruneta, na co ten od razu się rozweselił.
Szatyn patrzył na nich próbując ukryć zazdrość, też chciałby zasypiać i budzić się obok czyjegoś ciepłego ciepła, kłaść się spać mając, do kogo się przytulić i będąc rano budzonym przez czyjeś usta na swoich. Ale miał Zoe i nie ważne jak bardzo czegoś on chciał, ona była ważniejsza.
- Więc… - zaczął Liam wskazując na Louisa swoim na wpół zjedzonym jabłkiem. – Do, kogo ci tak śpieszno, że zostawiasz z nami córkę?
- Muszę znaleźć Mikołaja, który ma wolny termin w Boże Narodzenie.
Zayn spojrzał na Liama, a Liam na niego i oboje wybuchli śmiechem. Brunet wycelował w niego palcem.
- Myślałem, że to my mamy niezłe zboczenia, ale ty Lou przebijasz wszystko.
- Nie dla mnie! – wyrzucił ręce w górę. – Dla Zoe. Muszę jej udowodnić, ze on istnieje i może jak przyniesie jej prezent wtedy mi uwierzy?
- Stary, daj sobie spokój. – Zayn jęknął i usiadł naprzeciwko niego, mimo że zmęczenie odbijało się na jego twarzy nadal był przystojny. – Teraz nikt nie wierzy w Świętego Mikołaja, dzieciaki mają tablety i Internet! W wieku pięciu lat wiedzą więcej od nas.
- Wiara w Świętego Mikołaja jest najpiękniejsza w dzieciństwie, ta świadomość, że ktoś żyjący tak daleko i nieznający nas raz w roku o nas pamięta i udowadnia to prezentami! – wstał z miejsca i ignorując ich troskliwe spojrzenie przeszedł przez całą kuchnię, aby zatrzymać się przy blacie. – Święty Mikołaj to symbol świąt. Bez niego święta nie są świętami. – mówiąc to brzmiał tak żałośnie, że zrobiło mu się żal samego siebie.
Usłyszał westchnienie Liama, a potem szuranie krzesła i spojrzał jak Zayn wstaje i w raz ze swoim chłopakiem idą w jego stronę. Stanęli po obu jego stronach patrząc na okno naprzeciwko nich.
- Jedź po Mikołaja, my odbierzemy Zoe.
Louis tylko pokiwał głową i wyszedł z ich mieszkania uprzednio dziękując za fatygę. Idąc do samochodu czuł pod stopami rozpuszczający się śnieg i przeklął w myślach. Pierwsze święta, które miały być wyjątkowe, zapowiadały się być totalną katastrofą.
Całą drogę do centrum handlowego myślał o tym jak przeprowadzić rozmowę z mężczyzną, który miał udawać Świętego Mikołaja. Z każdą chwilą z którą zbliżał się do centrum obawiał się, że to głupie. Bo przecież nawet taki człowiek posiada rodzinę i woli je spędzić z nimi, niż z nim paradując w stroju grubego Świętego.
Jęknął wychodząc z samochodu i zatrzasnął za sobą drzwi. Wbił dłonie w kieszenie płaszcza i wszedł do domu handlowego. Skierował się w stronę, gdzie ostatnio znajdował się podest Mikołaja lecz, gdy podszedł wystarczająco blisko zauważył jak wystawa zostaje sprzątana.
Podszedł do kobiety, która ściągała białoczerwone cukrowe laseczki ze sztucznej choinki.
- Przepraszam. – kobieta się odwróciła i przywitała go uśmiechem. – Mikołaja już nie będzie?
- Niestety. – pokręciła głową. – Zostały dwa dni do świąt, jutro zamykamy a dzisiaj sprzątamy. – wzruszyła ramionami. – Przykro mi.
- Dziękuję.
Odszedł kawałek całkowicie załamy przetarł twarz dłońmi, naprawdę bardzo chciał dotrzymać obietnicy danej Zoe. Jęknął, to on zachowywał się jak dziecko, powinien pozwolić córce wierzyć w co chce, a nie zmuszać do wierzenia w kogoś, kto co prawda nie istnieje.
- Louis? – odwrócił się słysząc swoje imię i zamarł patrząc na te znajome błyszczące oczy, w kolorze mchu. – Co tu robisz?
Szatyn się otrząsnął i wyciągnął dłoń z kieszeni płaszcza, aby odgarnąć grzywkę, która opadła mu na oczy. Wymusił uśmiech.
- Szukałem Mikołaja.
Harry się zaśmiał.
- Zapomniałeś ostatnim razem poprosić go o prezent?
- Nie, to co innego. – odpowiedział patrząc na chłopaka, który stał przed nim.
Tym razem nie miał tego słodkiego stroju w którym wyglądał jak prawdziwy elf. Na nogach miał opięte ciasne, ciemne spodnie, a na granatową koszulę w białe serduszka zarzucony brązowy płaszcz. Wyglądał jakby właśnie wychodził, Louis nie chciał go zatrzymywać.
- Może opowiesz mi przy kawie? – zapytał na co brwi Louisa wystrzeliły w górę, i sam szatyn czuł się jakby latał nad ziemią.
- Jeśli masz czas. – odpowiedział przyzdabiając twarz tym razem prawdziwym uśmiechem.
- Oh, Lou dla ciebie zawsze go znajdę.
Zignorował stado motyli w brzuchu i ruszył za młodszym chłopakiem słysząc w głowie przezwisko, jakie Harry mu nadał.
~*~
Więc znaleźli się w małej kawiarni za rogiem i jak Louis zdążył zauważyć, Harry bywał tu często. Od razu na wejściu przywitał się z blondynem stojącym za ladą, a szatyn zajął miejsce przy oknie, z którego miał widok na cały deptak i choć był cały zasypany śniegiem, Louis dostrzegł jak topnieje. Z ulic zrobiło się błoto, a śnieg skraplał się i pomału spływał z barierek, jedynie chodniki były przykryte białą kołderką. Spochmurniał, co zauważył od razu Harry, gdy się przysiadł.
- Coś się stało? – spytał a w jego głosie można było dosłyszeć nutkę niepokoju.
Louis ulokował swoje spojrzenie na brunecie, nie lubił z nikim o tym rozmawiać, ale Harry był obcy i go nie znał, więc co mu szkodzi?
- Chciałem, aby te święta były cudowne, mieli być przyjaciele, śnieg i Święty Mikołaj. Tak bardzo chciałem zaimponować mojej byłej żonie, że zapomniałem, że przecież ja ani Zoe ją nie interesujemy. Te święta powinny być nasze. I teraz chciałem, aby w święta przyszedł Mikołaj a Zoe nareszcie uwierzyła w jego magię, ale Mikołaja nie ma, więc nie mam największego symbolu świąt.
Tymczasem do ich stolika podszedł blondyn, spojrzał na Harry’ego a później na Louisa z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Jestem Niall. – podał dłoń szatynowi, który ją chwycił.
- Louis.
- Więc co wam podać? – miał na sobie czerwony uniform, a we włosy wpiętą niebieską spinkę w kształcie płatka śniegu i Louis nie mógł powstrzymać myśli, że chłopak wygląda uroczo.
- Daj mi mocną kawę, Ni. – uprzejmie powiedział brunet.
- A ja poproszę miętową herbatę. – Louis odwzajemnił uśmiech i patrzył się przez chwilę na oddalającego blondyna.
Harry zwrócił jego uwagę na siebie głośnym chrząknięciem, spojrzał na niego unosząc pytająco jedną brew do góry, ten się tylko uśmiechnął.
- Tak się składa, że w święta jestem wolny i chętnie zobaczyłbym ponownie Zoe.
Na twarz Tomlinsona momentalnie wpełzł uśmiech, nie ukrywając się nawet przed tym, że podobało mu się to, że Harry nie zapomniał o jego córce.
- Naprawdę? – pisnął rozradowany i naprawdę nie zachowywał się jak przystało na dwudziestosiedmiolatka. – Zapłacę ci ile chcesz, umyję stopy, posprzątam w mieszkaniu lub…
- Louis! – brunet wybuchł śmiechem. – Nic z tych rzeczy nie chcę, myśl o podarowaniu komuś trochę szczęścia jest lepsza od spędzenia całych świąt z przyjacielem, przed telewizorem i piwem w ręku.
- Będę ci niezmiernie wdzięczny. – dodał i wtedy obok nich pojawił Niall, postawił przed nimi kubki i odszedł mrugając do ich dwójki.
Louis wziął w dłonie gorącą herbatę, aby się ogrzać a Harry zaczął sypać łyżeczki cukru do kawy licząc je w pamięci.
- Pięć? – Lou spojrzał na niego zaskoczony. – Nie łatwiej było ci wziąć coś słodkiego?
- Nie. – pokręcił myśl. – Lubię myśl, że coś naprawdę okropnego mogę zmienić w coś przepysznego. A słodyczy nigdy nie za wiele. – wzruszył ramionami.
Szatyn pokręcił głową.
- Więc Harry powiedz mi: ile masz lat?
- Dwadzieścia cztery.
Louis przechylił głowę na bok wpatrując się w niego, wyglądał na młodszego.
- Więc dlaczego dwudziestoczterolatek spędza święta sam w Londynie?
~*~
Czuł, że ktoś po nim skacze budząc się. Uchylił jedną z powiek, aby zobaczyć Zoe, której proste włosy poskakiwały do góry, gdy odbijała się od materaca. Udając, że nadal śpi poczekał aż podskoczy do góry i złapał ją w locie przygwożdżając do materacu i łaskotając ją.
- Tato, przestań! – zaśmiała się rzucając nogami i próbując złapać go za koszulkę piżamy.
- Ty mała złośnico. – położył się obok niej i kładąc dłonie na brzuchu spojrzał na sufit.
Nagle poczuł jak Zoe przytula się do jego boku i łapie go swoimi małymi rączkami za palce dłoni.
- Kocham cię, tato. – powiedziała kładąc główkę na jego piersi.
- Też cię kocham słoneczko. – odpowiedział pochylając się i składając pocałunek na czubku jej głowy.
Uwielbiał tak beztroskie chwile, gdy wszystko odchodziło w niepamięć i nie musiał myśleć o problemach. Bo miał ich dużo. Zaczynając od byłej żony a kończąc na Świętym Mikołaju, a teraz mógł wliczyć w to również Harry’ego. Louis był pewien, że czuje coś do młodszego chłopaka, ale bał się, bał się tego, że go przestraszy swoim życiem. Eleanor w każdej chwili mogła wrócić i żądać praw do Zoe, to nie było łatwe dla Louisa a co dopiero dla Harry’ego, który byłby nowy w tej sytuacji. Tak to wszystko wyglądało, ale tego dnia było Boże Narodzenie i mężczyzna postanowił się niczym nie przejmować, co oczywiście było nie możliwe. Miał ręce pełne roboty.
Więc wziął się za ubieranie choinki i ozdabiając ją nie myślał o tym, że jego przyjaciół nie będzie, bo spędzają święta z rodziną, że właśnie poprzedniego dnia skończył dwadzieścia siedem lat* i czuł się naprawdę staro, oraz że za oknem nie ma śniegu, naprawdę nie myślał o tym. Wziął zamiast tego córkę na ręce i podniósł ją do góry, aby na czubek choinki włożyła srebrną gwiazdę, która emitowała każdy kolor tęczy pod odbijającym się od niej światłem. Była piękna i myślał tylko o tym.
Później odebrał na mieście zamówione ciasto i włożył go do bagażnika przed prezentem dla Zoe, który dzień wcześniej wybrał z Harrym. W jego wspomnieniach w głowie odtworzył się obraz wysokiego chłopaka i uśmiechnął się. W myślach zamienił piękną choinkę na cudownego Harry’ego i tak było do wieczora. Myślał o nim podczas robienia pieczeni, której prawie przez to nie spalił, przebierając się i przez to nakładając dwie różne skarpetki oraz nakładając do stołu myląc szklanki do wina z tymi do whisky. I naprawdę nie rozumiał jak mógł to zrobić.
Zoe cały czas patrzyła jak jej tata biega po domu całkowicie roztrzęsiony, próbując ograniczyć przeklinanie przy niej, choć mu to w żadnym wypadku nie wychodziło. Ani wtedy, gdy szukał sztućców ani wtedy, gdy dzwonił do kogoś, kto nie odbierał. Widząc to sama ubrała swoje ulubione różowe rajstopki i szarą sukieneczkę zapinaną na duże guziki, na spódniczce. Czuła się dobrze i była naprawdę szczęśliwa, bo właśnie było Boże Narodzenie i miała je spędzić ze swoim tatą, niczego więcej sobie nie życzyła, jako siedmiolatka jeszcze oprócz śniegu. Wiedziała, że Louis go kochał, więc i ona go kochała, naprawdę chciała, aby tata był szczęśliwy, więc zaczęła modlić się cichutko o śnieg i o uśmiech Louisa.
Na zegarze dochodziła osiemnasta, więc Louis się sprężał, bo zaraz miał przyjść Harry a jego stół był pusty. Więc zaczął od kiełbasek i kończąc na puddingu, usłyszał dzwonek do drzwi.
- Kto to? – zapytała Zoe i jej wzrok powędrował w kierunku Louisa, który zdążył już wstać.
- Nie wiem. – wzruszył ramionami nie potrafiąc pozbyć się ogromnego uśmiechu z twarzy. – Zobaczę.
Szybko biegnąc i potykając się o własne nogi, otworzył drzwi i zobaczył stojącego na zewnątrz Harry’ego, który ubrany w czerwony płaszcz i z czerwoną czapką Mikołaja drżał z zimna, za nim stał Niall, który miał strój elfa i Louis był pewny, że to był ten sam strój, który Harry miał na sobie w centrum handlowym.
- Gdzie twoja broda, Harry? – jęknął Louis patrząc na chłopaka. – I czerwone spodnie?!
- Tylko tyle udało mi się załatwić. – widząc podenerwowanie u mężczyzny, położył mu dłonie na ramionach i wysłał lekki uśmiech. – Ja tym się zajmę.
I wymijając Louisa poszedł do salonu głośno krzycząc: „Ho, ho, ho!”. Niall pobiegł za nim a czapeczka z dzwoneczkiem wydała śmieszny dźwięk, Louis był pewien, że to będzie katastrofa, ale gdy wrócił do salonu zobaczył szeroko uśmiechniętą Zoe siedzącą na kolanach bruneta.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi Harry? – jęknęła zakładając dłonie na piersi.
- Nie mogłem, taki był rozkaz Świętego Mikołaja.
Louis uniósł brwi w zaskoczeniu.
- Mikołaj naprawdę był zajęty, w tym roku jego celem podróży była Afryka a mi, jako jego pomocnikowi dostała się Wielka Brytania. – mrugnął do szatyna, który nie mógł uwierzyć, że to się dzieje. W jego umyśle szalała burza, miał ochotę skakać i śpiewać, właśnie jego córka uwierzyła w Świętego Mikołaja. Razem z Harrym udało mu się ocalić jej dzieciństwo. Spojrzał w bok, no i Niallem. Pukanie do drzwi przerwało całą sielankę i Louis ponownie wrócił do korytarza, aby otworzyć drzwi. Uchylił je i zobaczył znajomą fryzurę swojego przyjaciela.
- Zayn? – otworzył szerzej. – Liam? Co tu robicie?
Brunet miał zarzuconą rękę na szyi Liama i szeroko się uśmiechali. Louis jeszcze nigdy nie widział tak pasującej do siebie pary.
- Nie mogliśmy zostawić was samych! – Liam się roześmiał, a Lou wpuścił ich dwójkę. – W następne święta pojedziemy do rodziny.
Nie odezwał się, bo po prostu nie wiedział, co powiedzieć, więc poprowadził ich do salonu, gdzie na kanapie siedział Niall a przy stole Harry z Zoe. Jego przyjaciele wyglądali na zaskoczonych, tego Louis mógł oczekiwać.
- To Liam i Zayn, moi przyjaciele a to Harry, zastępca Mikołaja i Niall, jego elf. – przywitali się i nie obyło się bez głupich uśmiechów, musieli to przemilczeć, aby Zoe niczego się nie domyśliła.
- Harry. – Zoe szarpnęła za nogawkę spodni bruneta, spojrzał na nią z góry uśmiechając się. – Gdzie prezent dla mnie?
I Louis dostrzegł panikę w jego oczach, nie dziwił się, sam zaczął panikować. Jak mógł zapomnieć o tym, aby prezent dla Zoe dać Harry’emu? Ugryzł się w policzek, próbując coś wymyślić.
- Na pewno Harry’emu wypadł, pójdziemy w dwójkę go poszukać. – uśmiechnął się do córki i jak najszybciej we dwóch pobiegli do pokoju Louisa.
Było ciemno, gdy weszli. Szatyn szybko podszedł do łóżka, ale nieznający terenu Harry najpierw wpadł na komodę a później potknął się o dywan.
Louis pochylił się, aby wyciągnąć z pod łóżka prezent dla córki i odwrócił się, aby wyszukać w ciemności jęczącego Harry’ego.
- Złap się czegoś i poczekaj na mnie. – powiedział i chwycił w dłoń prostokątne pudełko z chwilą, gdy poczuł czyjąś dłoń na swoim pośladku.
Podskoczył i odwrócił się zderzając z klatką piersiową bruneta, jego zapach był odurzający tak samo jak jego hipnotyzujące oczy, które mógł zobaczyć przez to, ze stali tak blisko siebie.
- Harry. – powiedział ostrzegawczo dostrzegając nikły uśmiech na twarzy młodszego.
- Kazałeś mi czegoś się złapać, tylko ty byłeś pod moją ręką.
Tylko westchnął nie potrafiąc nic więcej powiedzieć przez duże ciało Harry’ego napierające na niego i sprzeciwiłby się, gdy mu się to nie podobało. Wypuścił prezent z rąk, gdy tylko poczuł rękę bruneta na swojej talii, którą przybliżył ich ciała jeszcze bliżej, co zdawało się być nie możliwe.
- Dziękuję, za dzisiaj. – zdołał tylko tyle powiedzieć będąc pod wpływem uroku młodszego.
- Nie masz za co dziękować.
Już miał się sprzeciwić, gdy poczuł obce wargi napierające na niego. Były ciepłe i miękkie, a Louis szybko oddał pieszczotę rozchylając szeroko usta, aby Harry mógł wtargnąć swoim językiem do jego ust. Wbił palce w szerokie ramiona mężczyzny, próbując nad nim zdominować. Lecz to było trudne, gdy raz poddał się jego pieszczotom nie potrafił robić już niczego innego jak ulegać. Więc pozwolił się całować, co jakiś czas oddając Harry’emu tym samym jęcząc cicho w jego szyję, czując jego dłonie wszędzie i ciepły oddech na skórze.
- Tato?
Louis zamarł a razem z nim Harry, z rękoma pod jego bluzką i ustami na szyi. Krew pulsowała mu uszach, gdy odczepił się od ciała bruneta, aby spojrzeć na swoją córkę, która stała niedaleko patrząc na nich.
- Znaleźliście mój prezent? – spytała wchodząc głębiej w ciemny pokój i podchodząc do nich.
- Tak, tak. – Louis się uśmiechnął, nie będąc pewny czy Zoe to dostrzegła. Przykucnął przy niej sięgając wcześniej do łóżka, aby podnieść prezent dla niej który opuścił. – Proszę.
- Dziękuję. – jej twarz rozpromienił uśmiech, przez chwilę patrzyła na Harry’ego, ale wróciła wzrokiem do Louisa. – Czy całowanie się z kimś to wyznawanie sobie miłości?
- Tak, chyba tak. – odpowiedział speszony.
- Czy to znaczy, że Harry będzie nas częściej odwiedzał? Nie tylko w święta?
Chciał się odwrócić i spojrzeć na Harry’ego, nie wiedział, co powiedzieć nadal nie doszło do niego jeszcze to, że przed chwilą się z nim całował.
- Oczywiście, będę tu często. – głos Harry’ego zachwiał czasoprzestrzeń Louisa i ściągnął go na ziemię. – Dzisiaj będę tutaj calutką noc. – i gdy, to mówił jego głos był tak głęboki i zarazem napięty, że Lou mógł tylko zgadywać czy był w takim samym stanie co on czy gorszym.
- Okej. – kiwnęła główką i z nieschodzącym uśmiechem zamrugała, gdy Louis wstał.
Odwrócił się na chwilę ignorując to, ze jego córka jest w tym samym pokoju i pochylił się, aby jeszcze raz poczuć te pełne usta na swoich i na chwilę zatonąć w ich smaku.
- Tato. – usłyszał znowu i jeszcze bardziej speszony się odwrócił. – Chodź.
Zoe stała przy oknie i podrygiwała szczęśliwa. Stanął obok niej i odsłaniając zasłonkę spojrzał na ich podwórko. Uśmiechnął się, ale nie dlatego, że jego córka była szczęśliwa czy przy jego boku stał Harry, od którego emanowało ciepło, w które chciał wchłonąć też nie dlatego, że jego przyjaciele byli w pokoju obok i śmiali się z żartów Nialla. Przytulił Zoe i splótł palce swojej dłoni z tymi Harry’ego, wtulając się w jego bok. Padał śnieg.
* Urodziny Lou wypadają u nas w Wigilię. Święta w Wielkiej Brytanii zaczynają się dopiero 25 grudnia, czyli w Boże Narodzenie. Po prostu postanowiłam to pominą
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz