wtorek, 8 kwietnia 2014

*29 Stycznia – Dzień 13

Położyłem jego dokumenty na stole w kuchni, nogi ugięły się pode mną, kubek gorącej kawy leżał

nieopodal mojej dłoni. Wciąż byłem w piżamie, ciesząc się z leniwej niedzieli. Ostatnimi czasy byłem tak zmęczony… To bardzo przyjemnie mieć dzień leżenia w łóżku i nicnierobienia.

Na drugim końcu malutkiej kuchni, Liam sięgnął do szafki, wybrał płatki zbożowe, leżące na najwyższej półce i wypełnił nimi miskę.

- Nowy pacjent?

- Dość. - Otworzyłem folder, stronę tytułową. Był schludny i zorganizowany. Dostrzegłem rozmyte zdjęcie Harrego, obok jego dane takie jak: nazwisko, wiek i kilka innych informacji osobistych.

- Spotkałem go w ostatni wtorek.

Liam wydawał się nieobecny, skinął głową i niechcący potrącił swoje płatki oblewając się nimi.

- Nasz czarujący późno nocny rozmówca.

Uśmiechnąłem się, wspomnienia o jego głosie wciąż były ciepłe, lecz trochę zamazane.

- Jeden i ten sam. - Liam przeszedł do mojej strony stołu, zaglądając mi przez ramię, aby przyjrzeć się jego karcie.

- Niezłe włosy.

Wyciągnął kopertę zaadresowaną do mnie.

- Poufne dane pacjentów, Liam.

Wytknął mi swój język.

- Chciałem tylko zobaczyć, jak to wygląda.

- Nie powinieneś gdzieś teraz być? - zapytałem, prezentując mu to, co nazywał „niegrzeczną królową gejów”, co prawdopodobnie nie miało zabrzmieć tak zabawnie, jak właśnie zabrzmiało.

- Właściwie powinienem. Danielle „nie chciała” oglądać filmu. - Uśmiechnął się pokazując kciuki do góry.

- Bądź ostrożny – powiedziałem, opierając się pokusie, aby rzucić mu spojrzenie spod rzęs, czekając na odpowiedź w stylu jego dziecięcego wyrazu twarzy. Czego Liamowi brakowało w inteligencji, nadrabiał kompletnym urokiem osobistym, czymś, co stawało się problemem tylko wtedy, kiedy mieliśmy płacić podatki.

- Wiesz, że będę, Lou. - Mrugnął, podrzucając miskę do zlewu i kierując się do drzwi. – Do zobaczenia!

- Pa, Li! - zawołałem. Wziąłem duży łyk kawy, przekładając kartki do kolejnej strony. Słowa Patent Overview wydrukowane były na górze grubymi czarnymi literami.Przejrzałem arkusz, moje oczy zwróciły uwagę na trzy słowa znajdujące się na dole, przez które niemogłem złapać oddechu. Próbował popełnić samobójstwo. Zdania zdawały się zacierać. Przedawkowanie. Historia samo okaleczania. Przyjęty 12 grudnia. Tobyło zdaje się, dwa miesiące temu… Podparłem swoją ciężką głowę ręką. Jego twarz krążyła w mojej głowie.

Och Harry, co ty zrobiłeś?

31 Stycznia – dzień 15

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie spędziłem większości kilku kolejnych dni myśląc o nim. Wiedziałem, że nie powinienem spędzać tyle czasu na martwieniu się, ale nie mogłem się powstrzymać. Czasami naprawdę chciałbym nie czuć się tak, jak się czułem. Zawsze dbałem o cholernie dużo rzeczy, nie miałem nad tym kontroli. Był to jeden z powodów, dla których byłem tak dobry w mojej pracy. Nie byłem w stanie „tak po prostu” odejść.

Czułem nagły przypływ ulgi, kiedy wszedłem do jego szpitalnego pokoju. Harry był taki, jakim go ostatni raz zostawiłem. Kołdra zatrzymała się na jego pasie, laptop leżał na kolanach a oczy wpatrzone były w ekran.

- Zaczynam myśleć, że jesteś podłączony do tej rzeczy - zażartowałem od progu, posyłając mu przyjazny uśmiech.

- Przyspawałem to sobie do ud kilka miesięcy temu - odpowiedział, nie patrząc nawet w górę, skupiając się na czynności, którą wykonywał.

Patrzyłem na niego, zastanawiając się, czy to ten sam chłopiec, który zadzwoniłby do mnie tak wcześnie rano; którego oddech działał na mnie kojąco. Wydawało się, że w chłodnym świetle jego szpitalnej sali ściany się cofnęły. Mogłem jeszcze go zobaczyć: załamanego chłopca z miękkim głosem, ale ukrywał się teraz. – Więc, jak się czujesz?

- Trochę boli mnie głowa - odpowiedział, wystukując coś na swoim laptopie.

Przeniosłem się spod drzwi, dziwiąc się jak wyglądał pokój, w którym mieszkał. Jego ładowarka od laptopa była podłączona do przedłużacza przy jego łóżku. W maleńkiej szparze szafy widziałem kurtki i spodnie, wiszące w rzędzie i kilka par butów na podłodze. Na jego stoliku nocnym był bałagan - kubki, ołówki, i kilka oprawionych fotografii, na których było widać uśmiechniętych nastolatków. Były już trochę pokryte kurzem.

-Kim oni są?

-Hmmm?

- Zdjęcia. - Uklęknąłem patrząc na ich jasne twarze. Harry trzymał jedną rękę nad swoją głową, drugą zarzucił na zamyślonego chłopaka. Ten sam chłopiec mierzwił włosy Harry’ego, podczas gdy dziewczyna z ciemnymi włosami i popularnie zwaną „tapetą” na twarzy śmiała się z nich. Troje z nich i entuzjastyczna blondynka stojąca na plaży. Wszyscy wyglądali jak z obrazka.

- Przyjaciele - odpowiedział z roztargnieniem, zanim zdałem sobie sprawę, że miałem nadzieję na

bardziej znaczącą odpowiedź.

- Mama pomyślała, że dzięki nim poczuję się się lepiej.

- I to ci pomogło? - zapytałem, odwracając się tyłem i zajmując swoje miejsce na krześle przy jego

łóżku.

- Ani trochę.

Byłem zaskoczony jego odpowiedzią; szczerością.

-Dlaczego nie?

Wreszcie spojrzał na mnie tymi swoimi zielonymi oczami. Były błyszczące, obramowane ciemnymi rzęsami. Wyglądał na zmęczonego. Zmęczonego bezsennością. Nie mógł zasnąć przez tygodnie. Tego już było za wiele.

-Dlatego, że umieram – odparł, jakby to powinno być dla mnie oczywiste.

- Naprawdę potrzebujesz wyjść z tego pokoju. – Mogłem wyczuć, jak zapuścił tu korzenie; praktycznie w części całego pokoju. On wcale tak po prostu nie umierał, on na to czekał.

- Może jutro - odpowiedział. Miałem wrażenie, że jego obietnica, była po to, aby mnie udobruchać i

zostawić go w spokoju.

- Zostaw wszystko na jutro i skończ z niczym innym jak pustym wczoraj – powiedziałem. – Poza tym, możemy spędzić to spotkanie na zadawaniu ci osobistych pytań albo zwykłym spacerze.

Spojrzał na mnie, zdając sobie sprawę, że w tej konkretnej sytuacji miałem przewagę.

- Trochę cię nienawidzę - powiedział, zsuwając się z łóżka na niepewnych nogach. Jego szare spodnie wspaniale opinały jego łydki.

- Tylko trochę? - zapytałem, stojąc i zapinając moją kurtkę. Kaszlnąłem, przyłapując go na

wpatrywaniu się we mnie. Dojrzałem cień uśmiechu na jego ustach.

- Tylko troszeczkę. - Skinął w kierunku drzwi. - Zamknij je. Przebieram się!

- Wyglądasz dobrze, księżniczko - powiedziałem, besztając go i uśmiechając się do jego pomarszczonej i spoconej koszulki.

- Idziemy tylko na spacer.

Spojrzał na mnie poważnie, wyciągając nowy strój z walizki pod łóżkiem.

- Nie wiesz jak wiele dni nosiłem te spodnie.

Uśmiechnąłem się.

- Jestem pewien, że nie chcę wiedzieć.

Jego ręka wykonała gest, który chyba miał oznaczać, żebym nie patrzył.

- Odwróć się, ściągam ciuchy!

Przez chwilę miałem desperacką chęć obserwowania go, zanim mój mózg nie kopnął mnie, przypominając, iż podglądanie pacjentów – nawet tego z pięknymi zielonymi oczami – nie było czymś, co powinienem robić. Odwróciłem się, bawiąc teczką, aż usłyszałem za sobą trzask.

- W skali od 1 do 10, jak słodko wyglądam? - zapytał, opierając ręce na talii i wypychając biodra do

przodu.

- Powiedziałbym, że coś koło siódemki. Może osiem - odpowiedziałem z figlarnym uśmiechem. Był ubrany w czarną koszulkę Ramones, która wisiała luźno na wciąż muskularnych, mocno zarysowanych ramionach i parę obcisłych dżinsów, które podkreślały długą linię jego nóg. Nawet ósemka była nieodpowiednia. Wyglądał jak model od jakiejś koszmarnie drogiej wody kolońskiej, nawet z jego niesforną fryzurą. Uświadomiłem sobie wówczas, że jest coś pięknego w zepsutych rzeczach.

- Kłamca. Zdecydowanie jestem dziesiątką! Może 9,8. Dla pewności wystarczy opuścić pokój. - Odwrócił się delikatnie, sprawdzając, czy patrzę na jego tyłek, następnie złapał czapkę leżącą na stoliku nocnym i umieścił ją na swoich boskich lokach. Lubiłem sposób, w jaki się porusza – wolny i w pewnym sensie przemyślany, to przypominało mi z kolei sposób, w jaki mówił.

- Staliśmy się trochę bezczelni, czyż nie? – dokuczałem mu, podczas gdy zdążył narzucić płaszcz. Ruszył w kierunku drzwi.

- To część mojego uroku.

Harry może i był bezczelny, ale pojawiło się w nim ciepło, którego nie widziałem wcześniej. Chyba jednak nie będzie tak trudny do ‘złamania’ jak mi się na początku wydawało.

Przemycenie go ze szpitala wcale nie okazało się trudnym zadaniem. To zdumiewające ile można zdziałać uśmiechem i puszczeniem oczka do recepcjonistki. Jej twarz pokryła się rumieńcem.

- Gdzie idziemy? – zapytał, kiedy wchodziliśmy na chodnik.

Jego oczy wspinały się po okazałych budynkach, jak gdyby widział je po raz pierwszy. Nisko nad nami wisiało ciężkie niebo, miałem przeczucie, że będzie padał śnieg. Zacząłem martwić się o mój powrót do domu. Mam nadzieję, że podczas burzy śnieżnej znajdziemy schronienie w moim apartamencie.

- To zależy. Lubisz babeczki? – zapytałem. Szliśmy chodnikiem, który zapełniony był mnóstwem ludzi, którzy od czasu do czasu na nas spoglądali.

- Pytasz poważnie?

Wydałem z siebie cichy chichot, wciskając dłonie do polarowych kieszeni, kiedy zimny wiatr ogarnął nas w dole ulicy.

- Tylko się upewniałem.

On tylko uśmiechnął się, unosząc lekko kontury swoich ust, co wywołało u mnie niekoniecznie termalne ciepło. Schował brodę za kołnierzykiem swojego płaszcza, dłonie wcisnął głęboko do kieszeni, jak gdyby otulając je w środku, mógł psychicznie zapobiec zimnu. Jego twarz była różowa, oddech otulał jego rysy twarzy jak dym, prześlizgując się do włosów i rozpływając się w wietrze.

- Zapomniałem jak pachnie zima – powiedział cicho, unosząc głowę i biorąc głęboki wdech.

- Nie wychodzisz zbyt często, prawda? – zapytałem, kiedy skręcaliśmy, walcząc z nutą smutku, wyczuwalną w jego słowach. Z początku zdałem sobię sprawę, że to jego ostatnia zima i spędza ją spacerując 17-tego stycznia i wpatrując się w zachmurzone niebo.

- Nie – odpowiedział zwyczajnie, wzdrygając się na swoim miejscu.

Szliśmy w milczeniu przez jedno lub dwa zabudowania. Uciekałem od rzeczy, które chciałem powiedzieć, co sprawiało, że Harry był ewidentnie wdzięczny za dzielenie ciszy. Złapałem jego ramię na minutę lub dwie, wskazując jaskrawo-kolorowy neon.

- Jesteśmy na miejscu. – Popchnąłem drzwi, wchodząc do małej cukierni. Była jedną z moich ulubionych, posiadajacą małą gablotę w ścianie z przepyszną kawą, dobrymi wypiekami i jeszcze lepszymi babeczkami. Fala ciepłego powietrza owiała nas, zabierając zimowy mróz.

Oczy Harry’ego rozszerzyły się na ścianie gabloty, każda półka wypełniona była po brzegi starannie przyrządzonymi przysmakami. Dostrzegłem przy kasie Danielle. Jej jasno-niebieskie rękawy podwinięte były pod łokcie, a resztki mąki osiadły na jej karmelowej skórze. Pomachała, kiedy mnie zobaczyła, a jej twarz rozpromieniła się.

- Cześć, Louis!

- Cześć, Dani. – Skierowałem się pod ladę, Harry trzymał się blisko mnie. – Harry, to jest Danielle. Danielle, Harry.

Podzielił się z nią nieśmiałym machnięciem, spoglądając z powrotem na mnie.

- Danielle Liama? - Przytaknąłem, starając się nie być zaskoczonym tym, że zwracał na to tyle uwagi. – Ta sama.

Danielle uśmiechnęła się szeroko.

- Mówiłeś mu o mnie?

- Tylko miłe rzeczy – zapewniłem ją, rozpinając płaszcz, kiedy ciepło tego sklepu zaczęło przenikać do moich kości. – Więc co macie nowego?

Zajrzała do kuchni, ukazując pomieszczenie za rogiem, gdzie dwie inne dziewczyny lukrowały raczej wyszukany tort.

- Cóż, właśnie skończyłam kilka czekoladowych babeczek. Jeśli zjem jedną, czego z pewnością nie zrobię, zapewnię cię, że są pyszne.

Spojrzałem na Harry’ego, który przytaknął.

- Brzmi świetnie.

- Cokolwiek do picia? - przywołała nas.

- Kawę. Jak zawsze. – Danielle była jedyną osobą na świecie, której ufałem w kwestii robienia mi kawy. Dlatego miałem nadzieję, żę ona i Liam się pobiorą. Inny powód był oczywiście taki, że oboje byli obrzydliwie uroczy i nie trzeba było tego tłumaczyć.

- Proszę gorącą czekoladę – dodał zza mnie Harry, przez co znów zamarłem, otumaniony niskim i cichym tonem jego głosu, który przedzierał się przez całą rozmowę.

Posłała mu szeroki uśmiech, ten sam, który skierowała do mnie.

- Znajdź wygodne miejsce, zaraz przyjdę. – Harry przytaknął, ruszając w kierunku małego stolika obok sztucznego okna* sklepu.

Danielle rzuciła się na mnie tak szybko, jak Harry zniknął z zasięgu słuchu.

- O móg Boże, Louis, on jest taki słodki. Wasze dzieci będą najcudowniejszą rzeczą na świecie, o mój Boże.

Wysłałem jej znaczące spojrzenie.

- Po pierwsze: To jest medycznie niemożliwe, i po drugie: nie spotykamy się. On jest pacjentem.

Jej twarz na moment posmutniała, ale zaraz znów rozpromieniła się.

- Ale lubisz go.

- Cóż, oczywiście, że go lubię, to mój pacjent – odpowiedziałem, próbując utrzymać swój głos na jednym poziomie, kiedy przygotowywała napoje. – Nie jesteśmy razem, Danielle.

- Wieć jest hetero? – zapytała, rozlewając gorącą czekoladę i dodając do niej bitej śmietany.

Pomyślałem o jego wcześniejszym komentarzu, czymś o sprawdzaniu mnie.

- Niezupełnie.

Omal nie rozsypała kakaa, kiedy kładła je przede mną, dopieszczając swoją nadzieję ekscytacją.

- Louis, musisz umawiać się z tym chłopakiem. Musisz. Jest nieśmiały, słodki i… o mój Boże, on ciągnął swoją czapkę i tam są loki, Louis. Loki.

Przeniosłem swje spojrzenie na Harry’ego, który zajęty był materiałem, z którego została wykonana jego popielata czapka, patrząc na nią uroczystym wzrokiem.

Danielle miała rację, on był słodki, bardzo, niesamowicie niesprawiedliwie słodki. Był także kimś, komu miałem pomóc tak długo, jak miał tego potrzebować, nie zakochiwać się w nim. To było całkowicie nieodpowiednie.

- To nie byłoby profesjonalne.

Żachnęła się, stawiając moją kawę obok jego napoju i kładąc dwa różowo-matowe babeczki na małych chińskich talerzykach

- YOLO, kochanie.

Posłałem jej srogie spojrzenie.

- Proszę, powiedz, że nie użyłaś własnie YOLO.

- Użyłam. – Przerwała, jej uśmiech był dokuczliwy. – YOLO.

Wywróciłem oczami, zabierając naszą tacę i idąc w kierunku Harry’ego, uważając, aby niczego nie rozlać.

- Nie jesteśmy dłużej przyjaciółmi, Danielle. Już nie jesteśmy.

- Też cię kocham, Boo Bear! – odkrzyknęła mi, pieczętując to śmiechem.

Usiadłem na krześle naprzeciw Harry’ego z młynkiem w oczach**. Sięgnął po swoją filiżankę, przyglądając mi się bacznie znad obłoczka bitej śmietany.

- Boo Bear? – zapytał, jego brwi zniknęły w jego włosach.

Zawstydziłem się, choć jeśli miałem być szczery, to przezwisko mnie bawiło.

- Liam usłyszał, kiedy moja mama mnie tak nazwała. Nadal nie udało mi się tego pozbyć.

Wziął niepewny łyk, zapewniając sobie małą linię piany nad swoją wargą.

- To słodkie.

Ty jesteś słodki.

Zamarłem, uświadamiając sobie jakie myśli wskakiwały do mojego umysłu. O Boże. To była wina Danielle. Właściwie, miałem zamiar ją zabić.

Spojrzał na mnie pytającą.

- Wszystko gra?

Przytaknąłem, popychając umysł z powrotem do bezpiecznych tematów.

- Tak, czuję się dobrze.

Harry zgarnął trochę lukru z górnej części swojej babeczki palcem wskazującym, następnie liżąc go. Przechylił głowę, przyglądając mi się.

- Louis?

- Tak?

- Czytałeś moje dokumenty, prawda? – Nie mogłem zupełnie zrozumieć jego wyrazu twarzy. Nie była pusta, może myląca, trochę przejęta? I smutna. Zdecydowanie smutna.

- Kazałeś mi – powiedziałem, nagle czując się tak, jakbym zrobił coś, czego nie powinienem, co było głupie, biorąc pod uwagę, że wykonałem część swojej pracy.

- To prawdopodobnie najlepsze, jakie kiedykolwiek czytałeś – westchnął. Mogłem zauważyc sposób w jaki oparł rękę pod stołem, jakby to było jego zwyczajem.

Wyciągnąłem rękę opierając mój palec wskazujący i kciuk na jego nadgarstku, cicho prosząc go o pozwolenie.

On jedynie złapał mój wzrok, trzymając go nieruchomo. Powoli przybliżyłem jego ramię do mojej dłoni, blada skóra na jego przedramieniu ozdobiona była małymi, różowymi bliznami.Było ich sześć, starannych i równoległych, i powoli sprawiały, że mój żołądek się wywracał. Przebiegłem palcami w dół po jego skórze; malutkie grzbiety szarpały moje delikatne opuszki palców. Czułem jak drży pod dotykiem i przez moment zastanawiałem się, czy nie posuwam się za daleko. Lecz nie odtrącił mnie, ledwie mrugając i zaciskając swoje dłonie w pięści.

- Dlaczego to zrobiłeś? – zapytałem spokojnie, czując nagle, że czasami pomiędzy ruszeniem a bezczynnym siedzeniem, spadamy w nasz własny, mały świat.

- Ponieważ byłem zmęczony brakiem uczucia. To był długi czas, kiedy tak bardzo upadałem. Strach i złość, a potem to… - Wypuścił długi wydech. – Przestałem cokolwiek czuć. I nie mogłem się z tym pogodzć.

- Pomogło? – zapytałem, znając odpowiedź, zanim mi jej udzielił.

- Nie.

- Ale myślałeś, że zabijanie się mogłoby? – zapytałem, posuwając się trochę za daleko, niechętnie się poddając, gdy nareszcie gdzieś zaszliśmy.

- Nie. – Przerwał, otwierając oczy i pozwalając im prześlizgnąć się na stół. Wysunął ramię spod mojego uścisku, kuląc je do siebie, jakby już nigdy nie chciał widzieć blizn.

- Więc, dlaczego to zrobiłeś? - Miałem wcześniej kontakt z samobójczością w wielu okropnych formach i nikt nie wydawał się pasować do stereotypowego pudełka z plakietką „to wszystko, to po prostu zbyt wiele”. Miałem przeczucie, że Harry Styles był wyjątkowy.

Wydawał się zastanawiać nad pytaniem przez dłuższą chwilę, unosząc kubek do ust i biorąc głęboki łyk, zanim odpowiedział.

- Moje życie skończyło się rok temu. To była tylko kwestia utrzymania się mojego ciała.

- Twoje życie nie skończyło się rok temu, tylko dnia, w którym się poddałeś. Nie jesteś martwy, masz sześć miesięcy życia. Nie możesz spędzić ich wszystkich umierając – powiedziałem, powstrzymując chęć chwycenia go za ramiona i potrząśnięcia, by pokazać mu, co traci, podczas gdy godzi się z losem, jaki wybrał miesiące temu.

- Ale jestem umierający – odpowiedział; jego twarz ukazywała przegraną, jakby ukrywał się gdzieś w swoim umyśle, gdzie moje słowa nie mogły go dosięgnąć.

- Nie, nie jesteś! Mogę wyjść z tego sklepu i wskoczyć pod cholerny autobus. Mogę poślizgnąć się na lodzie na zewnątrz i złamać swoją czaszkę na pół. To nie znaczy, że zmarnowałem swoje życie, tylko dlatego, że pewnego dnia mój czas dobiegnie końca. Więc, ty wiesz, kiedy umrzesz, gratulacje, teraz masz ostateczny termin. Termin, podczas którego możesz robić wszystko, co tylko zapragniesz zanim go dosięgniesz. Rozumiesz, co próbuję ci powiedzieć? Nie możesz myśleć o umieraniu, tylko o życiu, ponieważ to cię zabija. – Mój głos wydawał się zaciskać, całe moje ciało bolało od potrzeby sprawienia, by zrozumiał.

- Ale nie potrafię – powiedział spokojnie i tak melancholijnie, że przez chwilę zastanawiałem się, czy naprawdę został zepsuty na tyle, by nie można było go naprawić. – Spadam, Louis. Spadałem przez długi czas i nie jestem pewien, czy potrafię się zatrzymać.

- Wiesz, jedyną różnicą między spadaniem a lataniem, jest sposób w jaki lądujemy – powiedziałem, czując się tak, jakbym coś cytował, lecz nie mogłem sobie przypomnieć co. – Przpuszczam, że możesz nazwać moją pracę swoim spadochronem. – Wzruszyłem ramionami, zawstydzony z niewiadomego powodu.

- Okej – powiedział, gapiąc się na swój kubek. Jego dłonie otuliły porcelanę. – Przepraszam.

Zabrałem swoją babeczkę i zacząłem odwijać srebro, zdając sobie sprawę, że zupełnie zapomniałem o naszej dyskusji.

- Za co?

- Przepraszam, że nie jestem łatwy do naprawienia.

Zassałem szybko powietrze, jego słowa zbiły mnie z tropu.

- Nie przepraszaj. Nic z tego nie jest twoją winą.

Przytaknął, oferując mi uśmiech, który naprawdę bardzo, bardzo usiłował być uśmiechem, ale skończyło się na tym, że miałem ochotę skoczyć przez całą długoś stolu i przytulić go.

- Dziękuję.

- Nie przejmuj się tym. – Oddałem uśmiech, biorąc kawałek ciastka, po czym wydałem z siebie mały okrzyk zdziwienia.

- Truskawkowy lukier. Myślałem, że był po prostu różowy.

Harry uniósł swoją babeczkę do ust, zlizując polewę z górnej części.

- Całkiem dobry.

- O Boże, jesteś jednym z tych ludzi, prawda?

Popatrzył przez chwilę urażony, jego reakcja była nieco urocza, dzięki plamie różowego lukru na jego nosie.

- Jednym z tych ludzi?

Wziąłem duży kęs i wymamrotałem odpowiedź z ustami pełnymi ciastka.

- Jednym z tych ludzi, którzy najpierw zlizują lukier.

Wystawił mi język, odrzucając smutek w zapomnienie. Był w tym całkiem dobry; w całym udawaniu, że wszystko jest w porządku, jakby robił to od bardzo długiego czasu.

- Lubię lukier.

- Ja także – odpowiedziałem, biorąc łyk kawy. – Lubię go na babeczkach, po prostu musi tu być.

- A niby kto uczynił cię królem babeczek? – zapytał, odrywając sreberko i patrząc na ciastko.

Pstryknąłem go palcami.

- Ja. Właśnie teraz.

Parsknął, szybko obracając to w śmiech, który wydobył się z niego, zanim zdążył go powstrzymać. Wydawał się zaskoczony dźwiękiem, jakby zapomniał, że może go z siebie wydobyć.

- Nie sądziłem bym… - Przyłożył dłoń do ust. – Cóż, pieprzyć to.

- Co? – zapytałem, mimo, iż właściwie wiedziałem. Po prostu chciałem usłyszeć to z jego ust.

- Nie wydawało mi się, żebym potrafił to zrobić. – Jego oczy były szeroko otwarte, przepełnione czymś w rodzaju trwogi i brakiem wiary, które przyprawiały mnie o zawroty głowy. – Dziękuję ci.

Otworzyłem usta, by odpowiedzieć, ale słowa po prostu mnie opuściły. Było w nim to coś, sposób w jaki na mnie patrzy, jak jego głos układa się w melodię, która wydawała się zbyt często wprawiać mnie w oniemienie. Nie wiedziałem co to jest, lecz on był wyjątkowy w sposób, z którym nigdy wcześniej się nie spotkałem.

Jego oczy prześlizgnęły na okno, otwierając szeroko.

- Louis, pada śnieg.

Spojrzałem przez szybę, mój wzrok spoczął na grubym białym płatku, który wirował w zimowym powietrzu, spoczywajac na rynnie i lądując na chodniku jak najmniejsza drobinka cukru.

- To jest piękne.

- Przejdźmy się – powiedział, a rodzaj onieśmielonego uśmiechu utknął na jego twarzy. Wszystko wyglądało jak w domu, jego otwarte uczucia i dzieciństwo, i sposób w jaki wydawał się nie przejmować niczym na świecie. W tamtej chwili, śnieg zawirował w lapidarnym zmroku. Myślę, że zapomniał, iż spada.

Odstawiłem swoją do połowy wypitą kawę na stolik, wstając i zapinając płaszcz.

- W porządku.

Wstał, umieszczając ostatni kawałek babeczki w swoich ustach i kierując się w stronę drzwi, ledwo zatrzymując się, by na mnie zaczekać, nim ruszę na zewnątrz. Było zimno, ale w pomarańczowej poświacie budynków i ulicznych latarnii, czułem dziwne ciepło, jakbym nosił w sobie ogień, który przepływał przez moje żyły i przechodził do kości.

Zaczęliśmy spacerować w stronę szpitala, przemoknięci od śnieżnej krainy czarów wokół nas.

- Nigdy nie lubiłem zimy – powiedział, niemal wpadając na biznesmana, rozproszony dryfującymi płatkami śniegu. – Ale poniekąd jest piękna, prawda?

- Wszystko jest piękne, jeśli wiesz, jak na to patrzeć – odpowiedziałem, zyskając tym rozbawiony głos Harry’ego.

- Jesteś tak cholernie filozoficzny. – Uśmiechnął się, zatrzymując na przejściu dla pieszych i patrząc w niebo, wyciągając język, by złapać kilka płatków śniegu.

- Tajemnicze one-linery*** są moją specjalnością - zażartowałem, obserwując go, gdy czekaliśmy na zmianę świateł.

Schował swój język, czekając wystarczająco długo z odpowiedzią.

- Powinieneś poznać mojego przyjaciela, Zayna. Moglibyście odbyć bitwę na głębokie cytaty.

- Wygrałbym – odpowiedziałem, próbując powstrzymać głupkowaty uśmiech, który był niebezpiecznie blisko zagoszczenia na mojej twarzy.

- Nie bądź taki pewien. – Odwrócił się powoli, nagle odrywając ręce od ciała. Widziałem, jak się zakręca, zamyka swoje oczy i ustawia tak, jak gdyby starając się wystarczająco mocno, mógłby wzlecieć.

Obserwowałem jak nogi się spod niego osuwają, a następnie wpada w moje ramiona, opierając swój ciężar na mojej klatce piersiowej. Spojrzał na mnie w szoku, swoimi zielonymi oczyma utrzymuąc moje spojrzenie; płatki śniegu opadały na jego porcelanową cerę.

- Mam cię – zapewniłem go, trzymając go ciasno wokół talii.

On po prostu się uśmiechnął, patrząć z kompletnym spokojem.

- Wiem.

Wtedy zrozumiałem, że Harry się mylił; on nie był trudny do naprawienia, on po prostu potrzebował kogoś, kto mógłby to zrobić.





____________

* sztuczne okno – to wygląda tak: LINK, gdzie zamiast prawdziwego okna, znajduje się jedynie obraz. Nie wiedziałam, jak inaczej przetłumaczyć.

** z młynkiem na oczach – w znaczeniu: wywracając oczami.

*** one liners – nie wiedziałam jak nazwać to po polsku, a w Internecie było tylko „one-linery”, więc tak zostawiłam. Są to, np. zwięzłe, jednoliniowe cytaty, żarty, przesłania.

Od autorki: Dziękuję wam za wszystkie lajki, jeśli mam być szczera, sekretnie bałam się, że nikt nie zechce tego czytać. >.<

Jak niektórzy z was wiedzą, jest Wielkanoc. To rodzaj Walentynki dla ludzi, którzy się nie całowali. Więc, chciałam zająć wam chwilę, by powiedzieć, że was kocham. Całe wsparcie, którę otrzymuję za pisanie jest nieprawdopodobne i naprawdę nie mogłabym tego bez was zrobić. Cóż, może bym mogła, ale nie byłoby to nawet w połowie tak fajne jak teraz.

W każdym razie, jak zawsze, kocham słyszeć co sądzicie i wszyscy jesteście kochani.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz