niedziela, 21 września 2014


http://insaisissable.tumblr.com/post/93528979924/more-autorka-hilourry-oryginal-x-zgoda


**********************

http://imbumblledi.tumblr.com/post/61954109519/room-206-masterpost





http://wecantfightthis.tumblr.com/thisheart
************************************
*
********************************

To miały być pierwsze święta, które Louis spędzi sam ze swoją córką i wcale mu to nie przeszkadzało. Wręcz się cieszył, że jego rodzice wraz z siostrami postanowili spędzić te święta w ciepłych krajach a była żona nie chce mieć nic wspólnego z nim, ani z dzieckiem, które poczęła z gejem. Już nie potrafił dłużej ukrywać tego, że jego wzrok przyciągały duże, okrągłe męskie tyłki a nie ten jej mały i szczupły. Już następnego dnia jej nie było a jedyne, co zostawiła za sobą to karteczkę, na której oświadczyła, że nie chce widzieć go więcej na oczy oraz córkę, która nie rozumiała, dlaczego mama ją zostawiła. Więc dopiero po dłuższym czasie udało mu się wytłumaczyć, że to nie jej wina a Eleanor ją kochała. Teraz był wolny a jedynym, co go obarczało, to zapewnienie swojej córce wspaniałego dzieciństwa, dlatego nie mógł pozwolić, aby w wieku siedmiu lat przestała wierzyć w Świętego Mikołaja, o nie.

- Zoe, nałóż czapkę. – Louis spojrzał na swoją córkę, która wydymając dolną wargę patrzyła na niego błagalnie. – Te twoje śliczne oczka na mnie nie działają, młoda damo. No już, nakładaj.

- Tato, przecież świeci słońce. – jęknęła zakładając rączki na piersi.

- Ale ty jesteś uparta. – pokręcił głową, przerzucając ciuchy w poszukiwaniu różowej czapeczki z pomponikiem.

- Nie mam tego na pewno po mamusi. – uśmiechnęła się widząc jak Louis patrzy na nią w zaskoczeniu.

- Masz. – podał jej czapkę. – Jeśli nie będziesz się dobrze zachowywała Święty Mikołaj w te święta nas nie odwiedzi.

Zaśmiała się cicho.

- Mikołaj nie…

- Zoe. – przerwał i zabierając jej czapkę nałożył ją na jej jasno brązowe włosy związane w dwa warkoczyki. – Święty Mikołaj istnieje i ci to udowodnię.

- Dobrze, tato. – chwyciła go za dłoń. – Więc możemy jechać?

Uśmiechnął się i wyprowadził ich z domu. Siarczyste powietrze od razu zaszczypało go w policzki, naciągnął mocniej szalik i kołnierz kurtki na swoją twarz i spojrzał na swoją córkę. Wyrwała mu się i podbiegła do dużej zaspy śniegu, w rączki chwyciła śnieg i uformowała z niego kulkę. Odwróciła się w jego stronę z triumfalnym uśmiechem.

- Zoe, nawet nie próbuj… - ostrzegł ją i wtedy w jego twarz uderzyła śnieżka.

Kawałki śniegu wpadły mu za szalik i w zetknięciu z ciepłą skórą szyi poczuł szczypanie. Starł resztki śniegu z twarzy i spojrzał na córkę. Stała roześmiana z rączkami w kieszeniach kurtki patrząc na niego rozbawiona.

- Żebyś widział swoją minę! – zaśmiała się i odsunęła widząc jak Louis idzie w jej stronę. – Tato, co robisz?

- Jeśli Mikołaj cię odwiedzi to tylko dlatego, że jesteś ładna a nie grzeczna. – chwycił ją i wsadził sobie pod pachę ruszając w stronę samochodu.

- Tato! – Zoe krzyknęła nadal rozbawiona. – Postaw mnie!

- O nie, straciliśmy zbyt dużo czasu, musimy zdążyć zanim zamkną centrum handlowe.

- Ale tato?! – jęknęła, gdy Louis posadził ją w foteliku i zaczął zapinać pasy.

- Zoe. – powiedział ostrzegawczo, patrząc na nią.

- No dobra.

~*~

Gdy drzwi się przed nimi rozsunęły, weszli do środka gdzie w powietrzu unosił się zapach pierników i cukierków. Między wystawami sklepowymi z daleka można było zobaczyć ogromnej wielkości wysepkę stworzoną ze sztucznego śniegu. Louis poprowadził swoja córkę w stronę gromadki dzieci, które stały w kolejce, aby usiąść na kolanach Świętego Mikołaja i powiedzieć mu, co życzą sobie dostać na święta. Zanim doszli zaczął odczuwać niechęć bijącą od Zoe, która szurała stopami i zaczęła marudzić pod nosem.

Stanęli w kolejce, Louis wziął na ręce swoją córkę, aby mogła zobaczyć, kto siedzi na ogromnym tronie, na końcu tej kolejni. Mężczyzna miał na sobie bordowy strój Mikołaja i sztuczną brodę, która pobłyskiwała pod padającym na nią światłem. W tym momencie Louis wcale się nie dziwił, dlaczego jego córka nie wierzy w istnienie symbolu świąt.

- Tato, on jest obrzydliwy.

- Wiem kochanie. – przykucnął, aby być na równi z córką i chwycił jej małą główkę w dłonie. – On jest tylko zastępcą Mikołaja i przekaże mu, co chcesz dostać na święta.

- Mam w to uwierzyć? – zeszła z nogi na nogi i uniosła w górę brwi pytająco. Wyglądała komicznie, przez co Louis musiał powstrzymać się, aby się nie zaśmiać.

- Powinnaś. – powiedział głos zza pleców Louisa i spojrzał na swoją córkę, której oczy się zaświeciły i odwrócił się, mógłby przysiąc, że jego oczy w tym momencie też świecą.

Wpatrywał się w chłopca przed nim, jego nogi, które wydawały się nie mieć końca były ubrane w zielone legginsy. Miał również na sobie obcisnął czerwoną bluzkę z meszku jak i czapkę na czekoladowych lokach, które wychodziły z niej i zakrywały oczy. Gdy je odgarnął zobaczył nefrytowe spojrzenie wbite w niego i modlił się w tym momencie, aby Zoe rzuciła w niego śnieżką, bo było mu cholernie gorąco.

- Tato. – poczuł szarpnięcie za rękaw kurtki. – Gapisz się.

Odwrócił wzrok od chłopca i spojrzał na swoją córkę, której nie uszły uwadze jego różowe policzki i iskrzycą się oczy. Nie wiedział czy jego córka postanowiła go ratować, czy była naprawdę ciekawa, ale był jej wdzięczny, bardzo wdzięczny.

- Dlaczego? – zapytała i chłopak podszedł do niej i przykucnął przed nią, tak jak przed chwilą robił to Louis.

- Zastępcy Mikołaja zastępują go tutaj, gdy on musi być w Laponii, aby pilnować swojej fabryki i niesfornych elfów.

- Okej… - zaczęła trochę powątpiewając, co od razu podchwycił Louis. – Więc, kim ty jesteś?

- Jestem Elf Harry, a ty? – uśmiechnął się i wyciągnął swoją dużą dłoń w jej stronę.

- Zoe. – chwyciła jednego z palców jego dłoni i potrząsnęła nim energicznie, uśmiechając się szeroko. – A to mój tata, Louis.

Louis zamarł i spojrzał na chłopaka, przed którym wyprostował się i wyciągnął dłoń również w jego stronę. Przegryzł wnętrze policzka, aby z jego ust nie wydobył się żaden odgłos, gdy ujął jego dłoń w swoją, a raczej na odwrót.

- Miło mi. – uśmiechnął się, a w jego policzkach ukazały się dwa dołeczki, przez co Louis zaczerpnął powietrza, próbując powstrzymać się, aby nie wsadzić palca w jedną z tych uroczych dziurek.

- Mi też. – odpowiedział i mimo, że czuł jak jego córka patrzy to na niego a to na Harry’ego z zaciekawieniem, to nie potrafił odwrócić wzroku od tej pięknej twarzy.

Pierwszy raz miał takie odczucie, że świat zatrzymał się na chwilę, aby on mógł przeżyć coś pięknego, a tym czymś był Harry. Chciał przeżywać tę chwilę na nowo, bezustannie, ale wiedział, że to nie możliwe.

- Tato. – Zoe powiedziała ostrzegawczo i wtedy oboje oderwali od siebie spojrzenia, aby przenieść je na zniecierpliwioną dziewczynkę.

- Już mogę? – kiwnęła w stronę Świętego Mikołaja, i dopiero teraz Louis zauważył, że kolejka już doszła do nich a reszta ustawionych dzieci z rodzicami zniecierpliwiona stoi za nimi.

- Pewnie, chodź. – Harry podał jej rękę, którą ochoczo chwyciła i ruszyli w stronę mężczyzny w stroju.

Louis stał nie ruchomo w miejscu patrząc na oddalającą się jego córkę z Harrym, gdy nagle ten sam chłopak odwrócił się i zmierzył go wzrokiem od dołu aż po same końcówki włosów. Louis czuł się jakby stał w środku żarzącego się ognia.

~*~

- Co byś chciała młoda damo dostać od Mikołaja, co?

Louis stał z boku patrząc jak jego córka siedząca na kolanach obcego mężczyzny fuka cicho pod nosem, w pewnej chwili pożałował decyzji o przyjściu tutaj lecz po chwili wszystko się ulotniło gdy zobaczył najpierw burzę loków, a później Harry’ego w obcisłym stroju stającego obok jego córki i uśmiechającego się do niej pocieszająco. Odwzajemniła uśmiech i Louis nie mógł znieść myśli, że to było najpiękniejsze, co widział w życiu.

- Chciałabym… - zaczęła i odwróciła główkę, aby spojrzeć na Louisa i ponownie odwrócić się do Harry’ego. – aby mój tatuś był szczęśliwy.

Louis zamarł i przymknął powieki zaciskając pięści w kieszeniach swojego płaszcza. Gdy spojrzał przed siebie napotkał na swojej drodze niespokojne i jakby smutne(?) spojrzenie zielonych oczu.

- Twój tatuś na pewno jest szczęśliwy, skoro ma taką mądrą córeczkę. – Mikołaj pogłaskał ją po główce uśmiechając się krzywo.

- Tak, ale on potrzebuje kogoś więcej. – głos Zoe stał się surowy. – Nie rozumie pan? Mój tata potrzebuje być kochany przez kogoś innego niż ja, chce miłości. I proszę to przekazać Świętemu Mikołajowi, chcę kogoś, kto będzie kochał mojego tatę mocniej niż on mnie.

- Zoe chodź. – Louis zmieszany wyciągnął dłoń do córki. – Dziękuję. – zwrócił się do mężczyzny i schodząc z podestu spojrzał na Harry’ego.

Miał wbity w niego wzrok i poważną minę, nie było żadnych dołeczków ani iskrzących z radości oczu, a w tym momencie Louis właśnie chciał to zobaczyć.

Prześlizgnął się obok niego i nie odwracając za siebie ciągnąc Zoe za rękę zaczął iść w kierunku wyjścia.

- Tato. – nie zatrzymał się nawet słysząc głos córki. – Tato! – przystanął. – But.

Wziął Zoe na ręce i posadził ją na najbliższej ławce, przykucnął i chwycił sznurowadła w obie dłonie, aby je ze sobą związać i zrobić na sam koniec ładną kokardę.

Spojrzał na swoją córkę, która miała zwieszoną głowę w dół i bawiła się rękawiczkami, które zdjęła. Jej dolna warga drżała i Louis mógłby przysiąc, ze na jej bladym policzku zalśniła łza.

- Kochanie. – chwycił między palec wskazujący a kciuk jej brodę. – Dlaczego płaczesz?

- Nie chcę żebyś był smutny. – spojrzała na niego a z jej jasnych oczy wypłynęły kolejne łzy wielkości grochu.

Louis z uśmiechem starł je kciukiem z jej delikatnych policzków.

- Też nie chcę abyś była smutna. Uśmiechnij się, a wtedy oboje będzie szczęśliwi.

- Ale ty…

- Mam ciebie. – przerwał jej. – Kocham cię najmocniej na świecie i jesteś miłością mojego życia, tyle wystarczy. Okej?

Zoe zamrugała i delikatnie się uśmiechnęła.

- Okej.

Louis pochylił głowę do przodu i wyciągnął dłoń wierzchem jej do góry w stronę córki.

- Czy teraz zechciałaby pani pójść ze mną na ciepłe kakao?

Nie musiał dłużej czekać poczuł jak jego córka chwyta w swoją małą rączkę jednego z jego palców u dłoni. Uśmiechnął się, naprawdę nie potrzebował niczego więcej.

~*~

Słońce, choć wysoko zawieszone na niebie, to jednak nadal było i świeciło a jego ciepło przebijało się przez czapkę Louisa. On naprawdę chciał mieć śnieg na święta, dlatego modlił się, aby nie roztopił się on przed Bożym Narodzeniem. Stał przed domem swoich przyjaciół stukając obcasem buta w wycieraczkę i jeszcze raz wciskając guzik, po czym usłyszał roznoszący się odgłos melodyjki dzwonka po domu. Po chwili usłyszał krzyki i rzucanie przedmiotami, i wtedy drzwi się otworzyły. Przed nim stanął Zayn, poprawiając swoje włosy i obciągając podwiniętą bluzkę.

- Wpadłem nie w porę, co? – uśmiechnął się widząc rumieńce na twarzy przyjaciela, który tylko pokręcił głową i zbyt zmęczony aby coś powiedzieć zaprosił go do środka jednym ruchem ręki.

Louis zamknął za sobą drzwi i zdejmując jedynie buty wszedł w płaszczu i czapce na głowie do kuchni, gdzie Zayn otworzył lodówkę i wyciągnął butelkę zimnej wody z zamiarem opróżnienia jej przynajmniej do połowy. Gdy to zrobił, nareszcie się odezwał.

- Niech cię szlag Tomlinson. – pokręcił głową i odstawił butelkę na blat.

W tym samym czasie do kuchni wszedł Liam, na jego policzkach nie skrywały się dwa dorodne rumieńce, i Louis naprawdę musiał powstrzymywać się, aby niczego nie powiedzieć.

- Co cię do nas sprowadza? – zapytał Liam opierając się biodrem o wysepkę kuchenkę i zabierając z niej jedno jabłko, po czym wgryzł się w nie.

- Chciałem was prosić, abyście odebrali Zoe z przedszkola, ale widzę, że jesteście zajęci.

- Już nie, bo ktoś nam przeszkodził. – warknął Zayn i spiorunował Louisa wzrokiem, na co ten się tylko zaśmiał.

- Kochanie, uspokój się. Dokończymy wieczorem. – usta Liama spotkały się z policzkiem bruneta, na co ten od razu się rozweselił.

Szatyn patrzył na nich próbując ukryć zazdrość, też chciałby zasypiać i budzić się obok czyjegoś ciepłego ciepła, kłaść się spać mając, do kogo się przytulić i będąc rano budzonym przez czyjeś usta na swoich. Ale miał Zoe i nie ważne jak bardzo czegoś on chciał, ona była ważniejsza.

- Więc… - zaczął Liam wskazując na Louisa swoim na wpół zjedzonym jabłkiem. – Do, kogo ci tak śpieszno, że zostawiasz z nami córkę?

- Muszę znaleźć Mikołaja, który ma wolny termin w Boże Narodzenie.

Zayn spojrzał na Liama, a Liam na niego i oboje wybuchli śmiechem. Brunet wycelował w niego palcem.

- Myślałem, że to my mamy niezłe zboczenia, ale ty Lou przebijasz wszystko.

- Nie dla mnie! – wyrzucił ręce w górę. – Dla Zoe. Muszę jej udowodnić, ze on istnieje i może jak przyniesie jej prezent wtedy mi uwierzy?

- Stary, daj sobie spokój. – Zayn jęknął i usiadł naprzeciwko niego, mimo że zmęczenie odbijało się na jego twarzy nadal był przystojny. – Teraz nikt nie wierzy w Świętego Mikołaja, dzieciaki mają tablety i Internet! W wieku pięciu lat wiedzą więcej od nas.

- Wiara w Świętego Mikołaja jest najpiękniejsza w dzieciństwie, ta świadomość, że ktoś żyjący tak daleko i nieznający nas raz w roku o nas pamięta i udowadnia to prezentami! – wstał z miejsca i ignorując ich troskliwe spojrzenie przeszedł przez całą kuchnię, aby zatrzymać się przy blacie. – Święty Mikołaj to symbol świąt. Bez niego święta nie są świętami. – mówiąc to brzmiał tak żałośnie, że zrobiło mu się żal samego siebie.

Usłyszał westchnienie Liama, a potem szuranie krzesła i spojrzał jak Zayn wstaje i w raz ze swoim chłopakiem idą w jego stronę. Stanęli po obu jego stronach patrząc na okno naprzeciwko nich.

- Jedź po Mikołaja, my odbierzemy Zoe.

Louis tylko pokiwał głową i wyszedł z ich mieszkania uprzednio dziękując za fatygę. Idąc do samochodu czuł pod stopami rozpuszczający się śnieg i przeklął w myślach. Pierwsze święta, które miały być wyjątkowe, zapowiadały się być totalną katastrofą.

Całą drogę do centrum handlowego myślał o tym jak przeprowadzić rozmowę z mężczyzną, który miał udawać Świętego Mikołaja. Z każdą chwilą z którą zbliżał się do centrum obawiał się, że to głupie. Bo przecież nawet taki człowiek posiada rodzinę i woli je spędzić z nimi, niż z nim paradując w stroju grubego Świętego.

Jęknął wychodząc z samochodu i zatrzasnął za sobą drzwi. Wbił dłonie w kieszenie płaszcza i wszedł do domu handlowego. Skierował się w stronę, gdzie ostatnio znajdował się podest Mikołaja lecz, gdy podszedł wystarczająco blisko zauważył jak wystawa zostaje sprzątana.

Podszedł do kobiety, która ściągała białoczerwone cukrowe laseczki ze sztucznej choinki.

- Przepraszam. – kobieta się odwróciła i przywitała go uśmiechem. – Mikołaja już nie będzie?

- Niestety. – pokręciła głową. – Zostały dwa dni do świąt, jutro zamykamy a dzisiaj sprzątamy. – wzruszyła ramionami. – Przykro mi.

- Dziękuję.

Odszedł kawałek całkowicie załamy przetarł twarz dłońmi, naprawdę bardzo chciał dotrzymać obietnicy danej Zoe. Jęknął, to on zachowywał się jak dziecko, powinien pozwolić córce wierzyć w co chce, a nie zmuszać do wierzenia w kogoś, kto co prawda nie istnieje.

- Louis? – odwrócił się słysząc swoje imię i zamarł patrząc na te znajome błyszczące oczy, w kolorze mchu. – Co tu robisz?

Szatyn się otrząsnął i wyciągnął dłoń z kieszeni płaszcza, aby odgarnąć grzywkę, która opadła mu na oczy. Wymusił uśmiech.

- Szukałem Mikołaja.

Harry się zaśmiał.

- Zapomniałeś ostatnim razem poprosić go o prezent?

- Nie, to co innego. – odpowiedział patrząc na chłopaka, który stał przed nim.

Tym razem nie miał tego słodkiego stroju w którym wyglądał jak prawdziwy elf. Na nogach miał opięte ciasne, ciemne spodnie, a na granatową koszulę w białe serduszka zarzucony brązowy płaszcz. Wyglądał jakby właśnie wychodził, Louis nie chciał go zatrzymywać.

- Może opowiesz mi przy kawie? – zapytał na co brwi Louisa wystrzeliły w górę, i sam szatyn czuł się jakby latał nad ziemią.

- Jeśli masz czas. – odpowiedział przyzdabiając twarz tym razem prawdziwym uśmiechem.

- Oh, Lou dla ciebie zawsze go znajdę.

Zignorował stado motyli w brzuchu i ruszył za młodszym chłopakiem słysząc w głowie przezwisko, jakie Harry mu nadał.

~*~

Więc znaleźli się w małej kawiarni za rogiem i jak Louis zdążył zauważyć, Harry bywał tu często. Od razu na wejściu przywitał się z blondynem stojącym za ladą, a szatyn zajął miejsce przy oknie, z którego miał widok na cały deptak i choć był cały zasypany śniegiem, Louis dostrzegł jak topnieje. Z ulic zrobiło się błoto, a śnieg skraplał się i pomału spływał z barierek, jedynie chodniki były przykryte białą kołderką. Spochmurniał, co zauważył od razu Harry, gdy się przysiadł.

- Coś się stało? – spytał a w jego głosie można było dosłyszeć nutkę niepokoju.

Louis ulokował swoje spojrzenie na brunecie, nie lubił z nikim o tym rozmawiać, ale Harry był obcy i go nie znał, więc co mu szkodzi?

- Chciałem, aby te święta były cudowne, mieli być przyjaciele, śnieg i Święty Mikołaj. Tak bardzo chciałem zaimponować mojej byłej żonie, że zapomniałem, że przecież ja ani Zoe ją nie interesujemy. Te święta powinny być nasze. I teraz chciałem, aby w święta przyszedł Mikołaj a Zoe nareszcie uwierzyła w jego magię, ale Mikołaja nie ma, więc nie mam największego symbolu świąt.

Tymczasem do ich stolika podszedł blondyn, spojrzał na Harry’ego a później na Louisa z wielkim uśmiechem na twarzy.

- Jestem Niall. – podał dłoń szatynowi, który ją chwycił.

- Louis.

- Więc co wam podać? – miał na sobie czerwony uniform, a we włosy wpiętą niebieską spinkę w kształcie płatka śniegu i Louis nie mógł powstrzymać myśli, że chłopak wygląda uroczo.

- Daj mi mocną kawę, Ni. – uprzejmie powiedział brunet.

- A ja poproszę miętową herbatę. – Louis odwzajemnił uśmiech i patrzył się przez chwilę na oddalającego blondyna.

Harry zwrócił jego uwagę na siebie głośnym chrząknięciem, spojrzał na niego unosząc pytająco jedną brew do góry, ten się tylko uśmiechnął.

- Tak się składa, że w święta jestem wolny i chętnie zobaczyłbym ponownie Zoe.

Na twarz Tomlinsona momentalnie wpełzł uśmiech, nie ukrywając się nawet przed tym, że podobało mu się to, że Harry nie zapomniał o jego córce.

- Naprawdę? – pisnął rozradowany i naprawdę nie zachowywał się jak przystało na dwudziestosiedmiolatka. – Zapłacę ci ile chcesz, umyję stopy, posprzątam w mieszkaniu lub…

- Louis! – brunet wybuchł śmiechem. – Nic z tych rzeczy nie chcę, myśl o podarowaniu komuś trochę szczęścia jest lepsza od spędzenia całych świąt z przyjacielem, przed telewizorem i piwem w ręku.

- Będę ci niezmiernie wdzięczny. – dodał i wtedy obok nich pojawił Niall, postawił przed nimi kubki i odszedł mrugając do ich dwójki.

Louis wziął w dłonie gorącą herbatę, aby się ogrzać a Harry zaczął sypać łyżeczki cukru do kawy licząc je w pamięci.

- Pięć? – Lou spojrzał na niego zaskoczony. – Nie łatwiej było ci wziąć coś słodkiego?

- Nie. – pokręcił myśl. – Lubię myśl, że coś naprawdę okropnego mogę zmienić w coś przepysznego. A słodyczy nigdy nie za wiele. – wzruszył ramionami.

Szatyn pokręcił głową.

- Więc Harry powiedz mi: ile masz lat?

- Dwadzieścia cztery.

Louis przechylił głowę na bok wpatrując się w niego, wyglądał na młodszego.

- Więc dlaczego dwudziestoczterolatek spędza święta sam w Londynie?

~*~

Czuł, że ktoś po nim skacze budząc się. Uchylił jedną z powiek, aby zobaczyć Zoe, której proste włosy poskakiwały do góry, gdy odbijała się od materaca. Udając, że nadal śpi poczekał aż podskoczy do góry i złapał ją w locie przygwożdżając do materacu i łaskotając ją.

- Tato, przestań! – zaśmiała się rzucając nogami i próbując złapać go za koszulkę piżamy.

- Ty mała złośnico. – położył się obok niej i kładąc dłonie na brzuchu spojrzał na sufit.

Nagle poczuł jak Zoe przytula się do jego boku i łapie go swoimi małymi rączkami za palce dłoni.

- Kocham cię, tato. – powiedziała kładąc główkę na jego piersi.

- Też cię kocham słoneczko. – odpowiedział pochylając się i składając pocałunek na czubku jej głowy.

Uwielbiał tak beztroskie chwile, gdy wszystko odchodziło w niepamięć i nie musiał myśleć o problemach. Bo miał ich dużo. Zaczynając od byłej żony a kończąc na Świętym Mikołaju, a teraz mógł wliczyć w to również Harry’ego. Louis był pewien, że czuje coś do młodszego chłopaka, ale bał się, bał się tego, że go przestraszy swoim życiem. Eleanor w każdej chwili mogła wrócić i żądać praw do Zoe, to nie było łatwe dla Louisa a co dopiero dla Harry’ego, który byłby nowy w tej sytuacji. Tak to wszystko wyglądało, ale tego dnia było Boże Narodzenie i mężczyzna postanowił się niczym nie przejmować, co oczywiście było nie możliwe. Miał ręce pełne roboty.

Więc wziął się za ubieranie choinki i ozdabiając ją nie myślał o tym, że jego przyjaciół nie będzie, bo spędzają święta z rodziną, że właśnie poprzedniego dnia skończył dwadzieścia siedem lat* i czuł się naprawdę staro, oraz że za oknem nie ma śniegu, naprawdę nie myślał o tym. Wziął zamiast tego córkę na ręce i podniósł ją do góry, aby na czubek choinki włożyła srebrną gwiazdę, która emitowała każdy kolor tęczy pod odbijającym się od niej światłem. Była piękna i myślał tylko o tym.

Później odebrał na mieście zamówione ciasto i włożył go do bagażnika przed prezentem dla Zoe, który dzień wcześniej wybrał z Harrym. W jego wspomnieniach w głowie odtworzył się obraz wysokiego chłopaka i uśmiechnął się. W myślach zamienił piękną choinkę na cudownego Harry’ego i tak było do wieczora. Myślał o nim podczas robienia pieczeni, której prawie przez to nie spalił, przebierając się i przez to nakładając dwie różne skarpetki oraz nakładając do stołu myląc szklanki do wina z tymi do whisky. I naprawdę nie rozumiał jak mógł to zrobić.

Zoe cały czas patrzyła jak jej tata biega po domu całkowicie roztrzęsiony, próbując ograniczyć przeklinanie przy niej, choć mu to w żadnym wypadku nie wychodziło. Ani wtedy, gdy szukał sztućców ani wtedy, gdy dzwonił do kogoś, kto nie odbierał. Widząc to sama ubrała swoje ulubione różowe rajstopki i szarą sukieneczkę zapinaną na duże guziki, na spódniczce. Czuła się dobrze i była naprawdę szczęśliwa, bo właśnie było Boże Narodzenie i miała je spędzić ze swoim tatą, niczego więcej sobie nie życzyła, jako siedmiolatka jeszcze oprócz śniegu. Wiedziała, że Louis go kochał, więc i ona go kochała, naprawdę chciała, aby tata był szczęśliwy, więc zaczęła modlić się cichutko o śnieg i o uśmiech Louisa.

Na zegarze dochodziła osiemnasta, więc Louis się sprężał, bo zaraz miał przyjść Harry a jego stół był pusty. Więc zaczął od kiełbasek i kończąc na puddingu, usłyszał dzwonek do drzwi.

- Kto to? – zapytała Zoe i jej wzrok powędrował w kierunku Louisa, który zdążył już wstać.

- Nie wiem. – wzruszył ramionami nie potrafiąc pozbyć się ogromnego uśmiechu z twarzy. – Zobaczę.

Szybko biegnąc i potykając się o własne nogi, otworzył drzwi i zobaczył stojącego na zewnątrz Harry’ego, który ubrany w czerwony płaszcz i z czerwoną czapką Mikołaja drżał z zimna, za nim stał Niall, który miał strój elfa i Louis był pewny, że to był ten sam strój, który Harry miał na sobie w centrum handlowym.

- Gdzie twoja broda, Harry? – jęknął Louis patrząc na chłopaka. – I czerwone spodnie?!

- Tylko tyle udało mi się załatwić. – widząc podenerwowanie u mężczyzny, położył mu dłonie na ramionach i wysłał lekki uśmiech. – Ja tym się zajmę.

I wymijając Louisa poszedł do salonu głośno krzycząc: „Ho, ho, ho!”. Niall pobiegł za nim a czapeczka z dzwoneczkiem wydała śmieszny dźwięk, Louis był pewien, że to będzie katastrofa, ale gdy wrócił do salonu zobaczył szeroko uśmiechniętą Zoe siedzącą na kolanach bruneta.

- Dlaczego nie powiedziałeś mi Harry? – jęknęła zakładając dłonie na piersi.

- Nie mogłem, taki był rozkaz Świętego Mikołaja.

Louis uniósł brwi w zaskoczeniu.

- Mikołaj naprawdę był zajęty, w tym roku jego celem podróży była Afryka a mi, jako jego pomocnikowi dostała się Wielka Brytania. – mrugnął do szatyna, który nie mógł uwierzyć, że to się dzieje. W jego umyśle szalała burza, miał ochotę skakać i śpiewać, właśnie jego córka uwierzyła w Świętego Mikołaja. Razem z Harrym udało mu się ocalić jej dzieciństwo. Spojrzał w bok, no i Niallem. Pukanie do drzwi przerwało całą sielankę i Louis ponownie wrócił do korytarza, aby otworzyć drzwi. Uchylił je i zobaczył znajomą fryzurę swojego przyjaciela.

- Zayn? – otworzył szerzej. – Liam? Co tu robicie?

Brunet miał zarzuconą rękę na szyi Liama i szeroko się uśmiechali. Louis jeszcze nigdy nie widział tak pasującej do siebie pary.

- Nie mogliśmy zostawić was samych! – Liam się roześmiał, a Lou wpuścił ich dwójkę. – W następne święta pojedziemy do rodziny.

Nie odezwał się, bo po prostu nie wiedział, co powiedzieć, więc poprowadził ich do salonu, gdzie na kanapie siedział Niall a przy stole Harry z Zoe. Jego przyjaciele wyglądali na zaskoczonych, tego Louis mógł oczekiwać.

- To Liam i Zayn, moi przyjaciele a to Harry, zastępca Mikołaja i Niall, jego elf. – przywitali się i nie obyło się bez głupich uśmiechów, musieli to przemilczeć, aby Zoe niczego się nie domyśliła.

- Harry. – Zoe szarpnęła za nogawkę spodni bruneta, spojrzał na nią z góry uśmiechając się. – Gdzie prezent dla mnie?

I Louis dostrzegł panikę w jego oczach, nie dziwił się, sam zaczął panikować. Jak mógł zapomnieć o tym, aby prezent dla Zoe dać Harry’emu? Ugryzł się w policzek, próbując coś wymyślić.

- Na pewno Harry’emu wypadł, pójdziemy w dwójkę go poszukać. – uśmiechnął się do córki i jak najszybciej we dwóch pobiegli do pokoju Louisa.

Było ciemno, gdy weszli. Szatyn szybko podszedł do łóżka, ale nieznający terenu Harry najpierw wpadł na komodę a później potknął się o dywan.

Louis pochylił się, aby wyciągnąć z pod łóżka prezent dla córki i odwrócił się, aby wyszukać w ciemności jęczącego Harry’ego.

- Złap się czegoś i poczekaj na mnie. – powiedział i chwycił w dłoń prostokątne pudełko z chwilą, gdy poczuł czyjąś dłoń na swoim pośladku.

Podskoczył i odwrócił się zderzając z klatką piersiową bruneta, jego zapach był odurzający tak samo jak jego hipnotyzujące oczy, które mógł zobaczyć przez to, ze stali tak blisko siebie.

- Harry. – powiedział ostrzegawczo dostrzegając nikły uśmiech na twarzy młodszego.

- Kazałeś mi czegoś się złapać, tylko ty byłeś pod moją ręką.

Tylko westchnął nie potrafiąc nic więcej powiedzieć przez duże ciało Harry’ego napierające na niego i sprzeciwiłby się, gdy mu się to nie podobało. Wypuścił prezent z rąk, gdy tylko poczuł rękę bruneta na swojej talii, którą przybliżył ich ciała jeszcze bliżej, co zdawało się być nie możliwe.

- Dziękuję, za dzisiaj. – zdołał tylko tyle powiedzieć będąc pod wpływem uroku młodszego.

- Nie masz za co dziękować.

Już miał się sprzeciwić, gdy poczuł obce wargi napierające na niego. Były ciepłe i miękkie, a Louis szybko oddał pieszczotę rozchylając szeroko usta, aby Harry mógł wtargnąć swoim językiem do jego ust. Wbił palce w szerokie ramiona mężczyzny, próbując nad nim zdominować. Lecz to było trudne, gdy raz poddał się jego pieszczotom nie potrafił robić już niczego innego jak ulegać. Więc pozwolił się całować, co jakiś czas oddając Harry’emu tym samym jęcząc cicho w jego szyję, czując jego dłonie wszędzie i ciepły oddech na skórze.

- Tato?

Louis zamarł a razem z nim Harry, z rękoma pod jego bluzką i ustami na szyi. Krew pulsowała mu uszach, gdy odczepił się od ciała bruneta, aby spojrzeć na swoją córkę, która stała niedaleko patrząc na nich.

- Znaleźliście mój prezent? – spytała wchodząc głębiej w ciemny pokój i podchodząc do nich.

- Tak, tak. – Louis się uśmiechnął, nie będąc pewny czy Zoe to dostrzegła. Przykucnął przy niej sięgając wcześniej do łóżka, aby podnieść prezent dla niej który opuścił. – Proszę.

- Dziękuję. – jej twarz rozpromienił uśmiech, przez chwilę patrzyła na Harry’ego, ale wróciła wzrokiem do Louisa. – Czy całowanie się z kimś to wyznawanie sobie miłości?

- Tak, chyba tak. – odpowiedział speszony.

- Czy to znaczy, że Harry będzie nas częściej odwiedzał? Nie tylko w święta?

Chciał się odwrócić i spojrzeć na Harry’ego, nie wiedział, co powiedzieć nadal nie doszło do niego jeszcze to, że przed chwilą się z nim całował.

- Oczywiście, będę tu często. – głos Harry’ego zachwiał czasoprzestrzeń Louisa i ściągnął go na ziemię. – Dzisiaj będę tutaj calutką noc. – i gdy, to mówił jego głos był tak głęboki i zarazem napięty, że Lou mógł tylko zgadywać czy był w takim samym stanie co on czy gorszym.

- Okej. – kiwnęła główką i z nieschodzącym uśmiechem zamrugała, gdy Louis wstał.

Odwrócił się na chwilę ignorując to, ze jego córka jest w tym samym pokoju i pochylił się, aby jeszcze raz poczuć te pełne usta na swoich i na chwilę zatonąć w ich smaku.

- Tato. – usłyszał znowu i jeszcze bardziej speszony się odwrócił. – Chodź.

Zoe stała przy oknie i podrygiwała szczęśliwa. Stanął obok niej i odsłaniając zasłonkę spojrzał na ich podwórko. Uśmiechnął się, ale nie dlatego, że jego córka była szczęśliwa czy przy jego boku stał Harry, od którego emanowało ciepło, w które chciał wchłonąć też nie dlatego, że jego przyjaciele byli w pokoju obok i śmiali się z żartów Nialla. Przytulił Zoe i splótł palce swojej dłoni z tymi Harry’ego, wtulając się w jego bok. Padał śnieg.

* Urodziny Lou wypadają u nas w Wigilię. Święta w Wielkiej Brytanii zaczynają się dopiero 25 grudnia, czyli w Boże Narodzenie. Po prostu postanowiłam to pominą


sobota, 30 sierpnia 2014

http://theclosetoffog.tumblr.com/oneshots

http://archiveofourown.org/users/happytinylou



http://archiveofourown.org/works/765279
http://archiveofourown.org/works/772348http://archiveofourown.org/works/739915?view_adult=true


*
http://archiveofourown.org/works/739915?view_adult=true*http://archiveofourown.org/works/765279


sobota, 23 sierpnia 2014

**************************

Niall przewrócił się na bok i skrzywił, czując ból przechodzący wzdłuż jego kręgosłupa. Spanie na karimacie, pod kocem, z głową na poduszce, która pachniała podejrzanie, nie należało do luksusów. Podniósł się więc, siadając i rozmasowując dół swoich pleców. Chwilę potem krzyknął krótko, gdy dostrzegł przed sobą Louisa Tomlinsona.

Był on starszy od niego o dwa lata. Kasztanowe włosy starczały mu we wszystkie strony. W niebieskich oczach błyszczały iskierki podekscytowania, a na ustach gościł psotny uśmiech. Był drobny, ale zwinny i szybki. No cóż, w końcu był synem Hermesa, a Niall wylądował w jego domku jako Nieokreślony.


- Dzień dobry, Niall – przywitał się radośnie starszy chłopak. – Jak się spało?

- Bywało lepiej – przyznał, przebiegając palcami przez jasne włosy. – Ale dziękuję, że pytasz.

Tomlinson uśmiechnął się tylko i wyprostował, poganiając wszystkich pozostałych. Horan podniósł się na równe nogi, rozmasowując obolałe ciało i wsunął na stopy swoje trampki.

Jeszcze tydzień temu był normalnym osiemnastolatkiem, żyjącym z matką, ojczymem i przybranym bratem. Gdyby ten tydzień temu, ktoś mu powiedział, że wyląduje w jakimś obozie dla herosów, roześmiał by się głośno. Bo szczerze. On miał być półbogiem? A jednak. Po południu przyszły po niego Erynie by się go pozbyć, ale uratował go faun i przyprowadził tutaj. Był więc skazany na domek Hermesa ze względu, iż nie wiadomo, było który z Bogów był jego ojcem.

Wyszedł przed domek i przyjemne lipcowe słońce zatańczyło na jego jasnej skórze. Zmrużył chabrowe tęczówki, po czym udał się ze wszystkimi na śniadanie. Usiadł przy stole z Louisem i rozejrzał się dookoła. Chwile potem jego uwagę przyciągnął chłopak, którego jeszcze nigdy wcześniej tu nie widział.

- Lou, kto to? – zapytał, wskazując na wysokiego i dobrze zbudowanego szatyna, którego włosy lśniły w świetle słońca. Linię szczęki zdobił kilkudniowy zarost, a w ciemnych, z tej odległości, oczach można było dostrzec mądrość i pewność siebie. Lewy nadgarstek zdobiła żemykowa bransoletka z kolorowymi koralikami, których było sporo. I Niall wiedział co one oznaczają. Musiał bardzo długo przebywać w obozie.

- To Liam Payne, syn Ateny – wytłumaczył Tomlinson. – Jest w obozie od kiedy skończył osiem lat. Jest najstarszym z herosów w obozie i mieszka tu przez cały rok. Widzę, że wrócił z misji.

Chwilę potem szatyn wziął się za swój posiłek, a blondyn, przyglądał się chłopakowi wchodzącemu na stołówkę. Rozejrzał się on po sali i kiedy ich spojrzenia się spotkały, Niall od razu spuścił wzrok na swój talerz, speszony faktem, że został przyłapany na gapieniu się. Chwycił swój widelec i przez resztę posiłku nie podnosił wzroku znad swojego talerza.

Ψ

Ruszył w stronę plaży uznając, iż zasłużył na odpoczynek, po zajęciach na Arenie. Był poobijany, zmęczony i stwierdził, że nigdy więcej nie pójdzie podglądać Liama podczas treningu. Przyglądając mu się ze swojej kryjówki (która nie była najlepsza) został wciągnięty w trening, przez co kilka razy dostał ciężkim, spiżowym mieczem i wszędzie miał siniaki.

Zdjął trampki ze stóp, i zszedł na plażę. Podszedł do linii brzegowej, wchodząc do wody, tak by zmoczyła jego stopy do kostek. Odetchnął, gdy chłodna woda obmyła jego stopy. Cały ból zniknął, a w niego wstąpiły nowe siły. Letni wiatr przebiegł przez jego jasne włosy i naprawdę naszła go ochota, by popływać, ale powstrzymał się.

Westchnął głęboko, czując się znacznie lepiej i wyszedł z wody, rozchlapując ją stopami. Moment potem dobił do kogoś i gdyby nie silne ramię ktosia, prawdopodobnie upadłby, boleśnie tłukąc sobie pupę. Zadarł głowę i spojrzał w piękne piwne oczy z jasnymi drobinkami, które patrzyły na niego uważnie. Dopiero po chwili zorientował się na kogo wpadł.

- P-Przepraszam – wydukał Niall, poprawiając swoją koszulkę. – Nie chciałem.

- Jesteś tu nowy, prawda? – spytał szatyn, splatając ręce na piersi. – Widzę cię pierwszy raz.

- T-Tak. Przyjechałem tydzień temu – wytłumaczył się, a jego policzki, nie wiedzieć czemu, pokryły się dorodnym rumieńcem. – Nazywam się Niall Horan.

- Liam Payne, syn Ateny – przedstawił się. – A twój boski rodzic?

- Nie wiem – odparł blondyn. – Mieszkam w domku Hermesa. Ponoć do czasu, aż mój boski rodzić mnie uzna.

- Takie są zasady – odparł Payne. – Powodzenia.

Wyminął go i ruszył dalej wzdłuż nabrzeża. Niall odprowadził go swoimi niebieskimi oczyma, a gdy znów się odwrócił dostrzegł przed sobą smukłego bruneta, z burzą loków na głowie i błyszczącymi, zielonymi oczyma. Zakrzyknął krótko, łapiąc się za serce, po czym spiorunował chłopaka.

- Czy ty nie znasz przypadkiem Louisa, Harry? – zapytał, spoglądając na zielonookiego.

Harry Styles był siedemnastolatkiem, który przywitał go szerokim uśmiechem i ciepłymi słowami, gdy tylko pojawił się w obozie. Był synem Apollona i jak powiedział: wiedział, że wkrótce pojawi się nowy heros. Chłopak był tak kochany oraz przyjazny, że czuły uśmiech wkradł się na usta Nialla i po prostu nie mógł się z nim nie zaprzyjaźnić.

- Właściwie to tak – odpowiedział mu lokaty, marszcząc brwi i układając usta w dzióbek. Jak na zawołanie przy jego boku stanął satyn, posyłając im uśmiech. – LouLou!

Styles wtulił się w niego niczym mała panda, co szatyn skomentował szczerym śmiechem. Niall podejrzewał, że ta dwójka, to najbardziej beztroska para ludzi w całym obozie. Wiecznie uśmiechnięci, mili i niezwykle głośni.

- O. Widzę, że Li znów podejmuję próbę walki ze swoją fobią – stwierdził Tomlinson, na co wszyscy spojrzeli w stronę jeziora. Dostrzegli tam czerwony kajak, w którym siedział Payne, zawzięcie wiosłując i wypływając na głębszą wodę.

- Fobią? – spytał Horan, przyglądając się chłopakowi.

- Yhym. Liaś boi się wody i nie umie pływać – wytłumaczył Harry.

Niall przyglądał się szatynowi, uważnie go śledząc. Coś się w nim obudziło. Coś co kazało mu mieć na oku tego chłopaka. Może to fakt, że nie umiał pływać? On sam był znakomitym pływakiem i w szkole należał do drużyny pływackiej, zgarniając wszystkie możliwe medale i puchary na zawodach. A oddech umiał wstrzymać na dziesięć minut.

Niespodziewana fala zachwiała kajakiem Payne’a, który wypuścił wiosło i kurczowo złapał się brzegów. Kiedy woda się uspokoiła, próbował dosięgnąć, dryfującego za łódką wiosła, wychylając się mocno za nią. To wtedy przechyliła się, a on wpadł do wody z głośnym pluskiem.

- Liam! – zawołali jednocześnie Harry oraz Louis. Niall natomiast puścił swoje trampki, zdjął koszulkę i nie myśląc za wiele, wszedł do wody, rozchlapując ją na boki. Rzucił się w wodę i zaczął płynąć najszybciej jak umiał w stronę tonącego chłopaka. Ale pływanie w jeziorze było czymś zupełnie innym niż w basenie. Woda, mimo wszystko była w ciągłym ruchu.

Czy ta woda nie może chociaż przez chwilę być spokojna? – warknął w myślach blondyn i jak na zawołanie ciemna toń uspokoiła się. Nawet najmniejszy wiaterek nie zdołał zakłócić gładkiej tafli. Zdziwił się na moment zwalniając, jednak przyspieszył, gdy dostrzegł Liama znikającego pod wodą.

Wziął głęboki wdech i zanurkował. Dostrzegł szatyna powoli opadającego na dno, więc skierował się w jego stronę. Podpłynął i widząc jego mocno zaciśnięte wargi, zdał sobie sprawę, że wciąż próbuje desperacko utrzymać powietrze w płucach. Oplótł więc jedno z ramion wokół jego piersi, po czym skierował się w górę, by jak najszybciej wypłynąć na powierzchnię.

Gdy przebili się przez tafle wody, obaj nagrali powietrza w płuca. Payne zakaszlał i zaczął wymachiwać rękoma, przypadkiem trafiając Nialla w nos.

- Uspokój się – zawołał oburzony, mocniej zaciskając ramię wokół jego ciała. – No już. Uspokój się, to odholuję cię do brzegu.

Chłopak przestał się rzucać w jego ramionach, więc powoli ruszył w stronę brzegu. Jednak trudno było płynąć z ciężkim chłopakiem, którego dodatkowo obciążały przemoczone ubrania i mając do dyspozycji, tylko jedną rękę. Ale woda wciąż pozostała niewzruszona i to był jedyny plus tego wszystkiego. Nie musiał walczyć z falami.

W końcu dotarli do wystarczająco płytkiego nabrzeża, gdzie pozwolił sobie wypuści Liama. Ten podniósł nie i na miękki nogach powoli wyszedł z wody. Horan poszedł w jego ślady i wyszedł z wody, opadając na kolana. Woda skapywała z jego włosów i znaczyła ścieżki na jego skórze, przyprawiając go o dreszcze. Kiedy już podniósł wzrok, trzy pary oczu wpatrywały się w niego z niedowierzaniem.

- No co? – zawołał, nie bardzo rozumiejąc. – Nigdy nie widzieliście kogoś, kto skoczył do wody, by uratować drugiemu życie?

- Louis. Leć po Chejrona – powiedział szatyn, odgarniając mokre włosy. – Teraz.

Starszy chłopak podskoczył i pobiegł w stronę Wielkiego Domu. Niall zmarszczył brwi nie bardzo wiedząc o co im chodzi i po co tu centaur. Przecież nikomu nic się nie stało, więc uważał, że robią nie potrzebie tyle hałasu.

- Ale po co zaraz Chejron – zawołał, podnosząc się na nogi i sięgając po swoją koszulkę, czując jak przechodzą go dreszcze. Harry na to wskazał palcem na coś nad jego głową. Zadarł ją więc do góry i dostrzegł wirujący nad nią znaczek. Wyglądał trochę jak widelec. Tak przynajmniej mu to wyglądało.

- To trójząb – odezwał się cicho loczek, jakby obawiając się czegoś. – Symbol Pana Mórz.

- Że Posejdona? – zapytał Horan i nagle jego jedność z wodą stała się jasna. Woda była dla niego miejscem gdzie czuł się najlepiej, najbezpieczniej. A to jak posłuchała go ta w jeziorze. Aż odwrócił się i spojrzał na taflę, na której unosił się kajak, lekko poruszany przez delikatne fale. W następnej chwili kichnął. I wiedział, jak skończy się pływanie pół nago, w chłodnej wodzie.

Ψ

Wychylił głowę spod kołdry, wyglądając swoim jednym okiem w okno. Domek Posejdona był czymś zupełnie innym od tego miejsca, w którym do tej pory spał. Mógł sam wybrać sobie pokój. Spał w ciepłym i miękkim łóżku, a cały dom wypełniony był miłym zapachem jodu.

Czuł się już lepiej. Przeziębienie, którego się nabawił, ratując Liama minęło, ale wciąż chował się za nim, nie chcąc się pokazywać. Bowiem wieść o tym, że jest synem Posejdona, rozeszła się w zastraszającym tempie i wszyscy się na niego perfidnie gapili, jakby był jakimś obiektem muzealnym. Rozumiał, że nie codziennie zdarza się syn lub córka Wielkiej Trójki, ale bez przesady. To nie powód do perfidnego wlepiania w kogoś gał.

Pukanie do drzwi sprawiło, że wyjrzał spod kołdry. Wsłuchiwał się w cisze i dźwięki zza okna, czekając, aż gość odejdzie. Ten jednak ponowił pukanie. Niall westchnął ciężko i wykopał się spod kołdry, porywając po drodze szarą bluzę. Zarzucił ją na ramiona i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą, choć i tak nie było tu nikogo innego poza nim. Nacisnął klamkę i w progu dostrzegł Liama.

- Przyniosłem ci śniadanie – odezwał się, podając kubek z parującą herbatą i talerz kanapek. – Jak się czujesz? Ambrozja chyba pomogła?

- Tak, pomogła. Dziękuję za troskę – odparł, biorąc od niego śniadanie i ustawiając na komodzie przy wejściu. – Ale jakoś nie mam specjalnie ochoty wychodzić. Wszyscy się gapią.

- Jesteś synem Posejdona – przypomniał mu szatyn. – Nie codziennie trafia się dziecko Wielkiej Trójki.

Niall westchnął ciężko na te słowa.

- Wiesz… Dziękuję za uratowanie mnie – odezwał się po chwili Liam. – Naprawdę.

- Drobiazg – uśmiechnął się lekko. – Jak widać, woda to mój żywioł.

Payne uśmiechnął się do niego, po czym postąpił krok w przód, by skryć się we wnętrzu domku. Blondyn cofnął się zaskoczony. Już chciał się odezwać, kiedy chłopak pochylił się ku nie mu i złożył pocałunek blisko kącika jego ust. Horan stanął jak wryty w ziemię, czując znajome mrowie na policzkach, które zapewne przybrały śliczny odcień czerwieni.

- Dziękuję – powtórzył jeszcze raz Liam i potargał jasną grzywkę Nialla. Ten zaśmiał się tylko nerwowo, po czym odprowadził wzrokiem szatyna, który wyszedł za drzwi i skierował się w znanym tylko sobie kierunku. Blondyn zaś zamknął za nim drzwi, oparł się o nie i dotknął miejsca, które wciąż paliło go od buziaka, który otrzymał.

wtorek, 12 sierpnia 2014

http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/47199203438/tlumaczenie-bbots-rozdzial-42


http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/47703474592/tlumaczenie-bbots-rozdzial-43


http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/48304070784/tlumaczenie-bbots-rozdzial-44


http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/48611152983/tlumaczenie-bbots-rozdzial-45

http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/48858352018/tlumaczenie-bbots-rozdzial-46

http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/49427337582/tlumaczenie-bbots-rozdzial-47

http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/49776635062/tlumaczenie-bbots-rozdzial-48

http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/50491951041/tlumaczenie-bbots-rozdzial-49

http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/51634864023/tlumaczenie-bbots-rozdzial-50

http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/52698199220/tlumaczenie-bbots-epilog






********** 

Następnego dnia Harry obudził się z ogromnym bólem głowy. Nie miał odwagi udać się dzisiaj do portu, jak miał to zwyczaju robić każdego kolejnego dnia. Usiadł na łóżku, będąc przygnębionym i uświadamiając sobie, że ponownie został sam.

Tak bardzo chciał iść do portu, nawet gdyby miał tam być tylko i wyłącznie dla Nialla. Ten chłopak wydawał się być odrobinę samotny, nigdy nie widział go z rodziną i szczerze trochę mu współczuł. Obiecał sobie, że później do niego napisze.

Harry wczołgał się na kanapę, siadając z miską płatków śniadaniowych w dłoniach i oglądając telewizję, zwyczajnie nie wiedząc, co innego mógłby robić.

Za każdym razem, gdy zamykał oczy, w myśli miał widok zapłakanego Louisa, zaś w każdym zakamarku jego umysłu wkoło odtwarzały się te słowa, które tak bardzo go zabolały.

Westchnął i potrząsnął głową.



~*~



Louis rozważał, czy pójść dzisiaj na treningi, czy zostać jednak w domu. Ostatniej nocy mama spędziła z nim trochę czasu, czekając, dopóki się nie uspokoił. Szatyn jednak nie wyjaśnił powodu zaistniałej sytuacji.

Louis nie miał motywacji, by udać się do portu i udawać, że nic się nie stało. Zayn potrafił, z pewnością, mając ten głupkowaty uśmiech wymalowany na twarzy, mając Eleanor przy boku. Chłopak naprawdę nie chciał spotkać dzisiaj żadnego z nich.

Opuścił dom, nie odzywając się pojedynczym słowem, zostawiając matkę i dziewczynki same. Poczuł na sobie zmartwione spojrzenie kobiety, jednak zignorował to, zamykając za sobą drzwi.

Odwrócił głowę, mijając drzwi do domu Harry’ego, po czym spojrzał przez okno wyglądające na salon. Zauważył włączony telewizor oraz czubek lokowatej czupryny za niewielką kanapą.

Spuścił wzrok i ściągnął wargi, zanim odszedł, udając się w stronę portu.



~*~



Niall podciągnął spodnie i poprawił koszulkę. Otworzył szafkę, zostawiając w niej kilka drobiazgów, po czym delikatnie zamknął ją na kluczyk.
Wówczas usłyszał kroki oraz głosy, doskonale mu znajome.

- Nie ma go w pobliżu klubu. Zadowolona? – odparł chłopak.

- Owszem – rzekła dziewczyna. – Dzięki, Zayn.

Niall poruszył się ostrożnie między szafkami, skrywając się za jedną z nich. Obserwował jak brunetka przytuliła Zayna, zaś ręce chłopaka były zaciśnięte wokół jej nadgarstków, przyciągające ją lekko do niego.
Niall nie mógł się powstrzymać i kichnął, sprawiając, iż para się odwróciła, natychmiastowo się od siebie odrywając.

- Kto tu jest?

Blondyn wychylił się, ze słuchawkami w uszach, udając, że słucha muzyki.

- Cześć! Jak leci? – Niall nałożył okulary przeciwsłoneczne, machając. – Do zobaczenia później!

I właśnie tak Niall Horan stał się świadkiem jednej z najbardziej niezręcznych sytuacji.



~*~



Harry prędko znudził się telewizją. Chciał spędzić ten dzień w porcie, jednak oczywiste był fakt, iż tam nie pójdzie. Będąc wciąż w piżamie, udał się na górę do swojego pokoju, siadając na wprost pianina.

Pianino było jak jego pamiętnik; zbyt wiele emocji było uwięzionych wewnątrz niego, którym musiał nareszcie dać upragniony upust. Wszystkie jego myśli należały Louisa, tak jak i jego serce oraz każdy centymetr jego ciała.

- Tęsknię – wymamrotał Harry, przejeżdżając palcami po blacie. Przypomniał sobie tamten poranek w Southampton, kiedy został obudzony przez Louisa, wygrywającego cudowną melodię. – Mam nadzieję, że pewnego dnia mi wybaczysz. – uniósł pokrywę i delikatnie przejechał po biało-czarnych klawiszach. – I mam nadzieję, że zrozumiesz, że zrobiłem to dla ciebie.

- Posłuchaj, kochanie. – Anne ciasno przytuliła syna. – Wiem, że teraz widzisz to inaczej i to normalne. Jeśli jednak opowiesz o wszystkim Louisowi, na pewno zrozumie. On chce być z tobą. Mówię poważnie.

- Nie mogę! Boję się, że Zayn zrobi z nim to samo, co ze mną, mamo. Nie zniszczę mu życia jeszcze bardziej.

- Szczerze nie sądzę, żebyś jakkolwiek mu je zniszczył. Myślę, że sprawiłeś, że stał się szczęśliwszy. Nie zdajesz sobie z tego sprawy, Harry.

- Zobaczymy…

I know I’m far from perfect, nothing like your entourage.

Harry delikatnie naciskał na klawisze, co chwilę wzdychając, nie zaprzestając śpiewania. A co, jeśli Louis go słyszał? Prawdopodobnie był w porcie, jednak co, jeśli nie poszedł? Co, jeśli został?

I can’t grant you any wishes, I will not promise you stars.

Harry zamknął oczy, rozluźniając ramiona. Tym razem nacisnął mocniej, kontynuując.

But don’t ever question if my heart beats only for you, it beats only for you.



~*~



Louis zawahał się przed wejściem do restauracji. Wiedział, że mógł tam spotkać Anne, czy chciał tego, czy nie, jednak ostatecznie zebrał się w sobie i usiadł naprzeciw baru.

- Poproszę szklankę soku pomarańczowego.

Louis uniósł podbródek, napotykając uśmiechniętą Anne. Przełknął ciężko.

- Wszystko w porządku, Louis?

Przytaknął.

- Pozwól, że po prostu przyniosę sok.

Spuścił głowę, mamrocząc ciche dziękuję i zamykając oczy. Wie, odparł, wie o czymś. Zresztą dlaczego miałaby nie wiedzieć? W końcu jest jego matką. Louis westchnął, starając się zapomnieć, zanim nie poczuł dłoni, spoczywającej na jego ramieniu.
Rozchylił powieki i odwrócił się, napotykając parę ogromnych, niebieskich oczu oraz ten niewinny uśmiech, wymalowany na ustach Irlandczyka.

- Wszystko okej, kolego? – zapytał Niall, zaś Louis zwyczajnie przytaknął. – Nie wyglądasz zbyt dobrze…

- Cóż… wczoraj pokłóciliśmy się z Harrym.

Właściwie sam nie miał pojęcia, dlaczego mu o tym powiedział. Może dlatego, iż Niall był przyjacielem Harry’ego i zapewne coś wiedział, albo też dlatego, że po prostu chciał się komuś wyżalić, kto nie będzie go oceniać i będzie choć odrobinę obiektywny.

- Chcesz o tym porozmawiać?

Louis poddał się, przytakując. Gdy Niall zamówił śniadanie, obaj udali się do stolika, gdzie Niall zawsze miał w zwyczaju siadać z Harrym.

Upił łyk soku i spojrzał na niego.

- Pokłóciłem się z Harrym i teraz czuję się źle z tym, co mu powiedziałem.

- Dlaczego się pokłóciliście? – Niall uniósł brew.

- To długa historia, Niall – rzekł wprost. – Różnimy się, tak sądzę.

Niall pomyślał, że powinien mu opowiedzieć o wszystkim i pokazać nagrania ze swojej komórki, choć wyjaśnienie tego byłoby co najmniej trudne.

- Myślę, że powinieneś o czymś wiedzieć, Louis – wymamrotał blondyn, stukając palcami o blat stolika.

Miał zamiar mu powiedzieć. Twarz Louisa była blada, zaś jego oczy wciąż były zapuchnięte od płaczu. Musiał mu powiedzieć. Mogło to pogorszyć sprawy, albo też nie, jednak zwyczajnie nie miał innego wyjścia.

- Mów, Niall.



~*~*~





- Louis William Tomlinson! Natychmiast wracaj z powrotem na łódź! Nie mamy czasu do stracenia!

Louis odwrócił się, spoglądając na ojca, który zawsze się do niego tak odnosił, gdy ten był wściekły.

- Porozmawiamy później, Niall. Nie miałem pojęcia, która to już godzina. Przepraszam.

Niall obserwował jak Louis wstał, po chwili odchodząc. Ściągnął usta i postanowił dokończyć konsumowanie posiłku, mając nadzieję na dokończenie tej rozmowy później.
Miał zbyt wiele rzeczy do pokazania. Nie tylko nagrania, ale również zdjęcia, jakie udało mu się zrobić. Niall wydawał się być tutaj niewidzialny, przynajmniej dla wielu osób stąd, jednak nauczył się brać z tego korzyści, pomagając osobom, które szczerze jej potrzebowały. Dzięki temu choć na chwilę mógł poczuć się jak prawdziwy bohater.

Zatracił się w swoich przemyśleniach, dopóki ktoś mu w tym nie przeszkodził. Ktoś, kogo Niall nie mógł zapomnieć. Na nowo powrócił widok tych czekoladowych oczu oraz złocistych włosów.

- Hej.

Niall spojrzał na Liama, stojącego tuż za nim.

- Nie miałbyś nic przeciwko, gdybym usiał na chwilkę?

Chłopak potrząsnął głową, zaś tamten spoczął naprzeciwko niego. Na jego twarzy wymalowany był ten uroczy, nieśmiały uśmiech, ten sam, który sprawiał, iż Niall nie mógł się powstrzymać od oddania przyjaznego gestu.

- Obserwowałem cię w ciągu kilku ostatnich dni, Niall.

Blondyn niemalże się zakrztusił kawałkiem naleśnika, odkasłując.

- Przepraszam?

- Wiem o tym. Widziałem cię. Wiem, że szpiegujesz Zayna. Nie mam tylko pojęcia, dlaczego.

Niall wytarł usta serwetką, nie będąc w stanie oderwać od niego wzroku. Przełknął, starając się znaleźć odpowiednie słowa na wytłumaczenie swojego czynu.

Jednakże żadnych nie znalazł.

- On niszczy komuś życie, komuś, kto na to nie zasłużył.

- Masz na myśli Harry’ego, prawda? – zapytał Liam, zaś Niall przytaknął po chwili, wzdychając. – Znam Harry’ego. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Właściwie to Zayn, Harry i ja, jednak oddzielnie. Nigdy nie byliśmy ze sobą w grupie.

- Och. Co się wydarzyło?

- Harry chronił mnie, kiedy to Zayn wraz ze swoją paczką wyśmiewali się ze mnie, jednak ja nigdy nie ochroniłem niego, gdy Zayn postanowił zrobić to samo z Harrym za to, iż przyznał się do bycia gejem. Zayn i ja staliśmy się kumplami, a ja nie chciałem przechodzić przez to samo ponownie. Wiem, jestem tchórzem – rzekł, przytakując. – Teraz tego żałuję.

Niall zamilkł, jednakże Liam prędko przerwał niezręczną ciszę.

- Chciałem, żebyś wiedział, że jestem z tobą. Harry to dobry chłopak i od kiedy przestał zwracać na mnie jakąkolwiek uwagę, a ja z całego serca pragnę mu tym razem pomóc, cieszę się, wiedząc, iż jest osoba, która chce mu pomóc z własnej, nieprzymuszonej woli. Dziękuję.

- Jest jedną z niewielu osób, które zainteresowały się mną, odkąd przyjechałem do portu. Można by powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi. Myślę, że należy mu się wsparcie. Zayn i jego wierna paczka mogą być i z Liverpoolu, bądź nawet skądkolwiek, jednak ja przyjechałem tu z Mullingar i oni nie robią na mnie najmniejszego wrażenia.

Liam słysząc te słowa, zaśmiał się dźwięcznie, zaś po chwili sam Niall odpowiedział mu tym samym, rumieniąc się.

- Lubię cię, Niall. Wydajesz się być świetnym chłopakiem.

Niall natychmiast spojrzał w dół, ukrywając coraz to większy rumieniec, uśmiechając się słodko.

- Tak, też myślę, że jesteś całkiem miły.



~*~



Louis opuścił łódź, będąc pochwalonym za dobre wyniki. Przeczesał palcami włosy, kiedy uświadomił sobie, iż stała przed nim Eleanor, obsypująca jego twarz krótkimi pocałunkami.

- Jedne z lepszych czasów, co? Gratulacje, kochanie! – krzyknęła, ciasno tuląc go do siebie. – Jestem z ciebie taka dumna.

Louis przymknął powieki, nie odzywając się ani słowem i oddając uścisk. Powoli wracał do starego życia, czując się naprawdę dziwnie. Tego życia, w którym miał wszystko, jednak wciąż mu czegoś brakowało. Teraz już wiedział, czego. Harry od zawsze był tą iskrą, która rozpalała ogień, która dająca mu siłę i motywację do dalszych treningów, nauki oraz uśmiechania się bez względu na to, co się działo.

- Pomyślałem, że moglibyśmy pojechać do Southampton. Do mojego mieszkania. Co o tym myślisz, El?

Ta uśmiechnęła się szeroko i przytaknęła, całując czule jego usta i prędko chwytając za rękę.



~*~



- Co masz zamiar zrobić, Zayn?

- To proste. Najpierw musisz naprowadzić go do mnie, od tego zaczniemy. Wymyśl coś, powiedz, że zamiast mnie czeka tam na niego Louis, czy coś w tym rodzaju.

- Wiem, co chcesz zrobić. Nie możesz go pobić jak kiedyś. Louis mógłby to zauważyć.

- Nie posunę się aż do tego stopnia, nie jestem głupi. Powiem wprost, ma zostawić Louisa w spokoju. Będę go szantażować. Harry jest wrażliwy i niesamowicie słaby. Jeżeli nie odejdzie, zdyskwalifikuję go z zawodów, zaś jego chłoptaś wyleci z klubu żeglarskiego. Wiem, jak to zrobić, jeśli odmówi. Zrobiłem to samo z Harrym, to przeze mnie wyleciał z drużyny footballowej.

- A potem co?

- To wystarczy. Postraszę go, El. Znając Harry’ego, prawdopodobnie zakochał się w Louisie. Albo przynajmniej coś do niego czuje. Kochał mnie, dlaczego nie miałby się zakochać w takim chłopaku jak Louis?

- Tak myślisz?

- Jestem stuprocentowo pewny i wiedz, że dobrze to wykorzystam.

Liam zdjął słuchawki, oddając je z powrotem Niallowi. Właśnie przesłuchał ostatnie z nagrań, które blondyn miał zapisane na swoim telefonie, za każdym razem podsłuchując rozmowy dwójki, chowając się między szafkami w szatni dla zawodników.

- Louis o tym wie? – zapytał. – Powinieneś mu powiedzieć.

- Miałem zamiar – odpowiedział naraz. – Ale musiał iść. Z drugiej strony, jest o wiele więcej rzeczy, które muszę mu pokazać…

- Harry także powinien wiedzieć. W swoich rękach masz wiele ważnych informacji, Niall, a Harry mógłby z tego skorzystać. Lubię cię, bystry z ciebie chłopak i jestem pewien, że zapewne zauważyłeś, iż Harry nie pojawił się ostatnio w porcie.

- Mhm – przytaknął. – Oczywiście. Louis mówił, że się pokłócili, więc chciałem pokazać mu wszystko, co tylko mam.

- Niall, wiemy co jest między Harrym a Louisem. Na pewno nie poszło im o jakiś drobiazg. Harry musiał dać mu do tego wystarczający powód. Na ostatnim nagraniu słychać, jak Zayn wyjaśnia Eleanor, co ma zamiar zrobić. Myślę, że to oczywiste.



~*~



Eleanor wraz z Louisem znajdowali się w mieszkaniu chłopaka w Southampton. Louis trzymając ręce w kieszeniach, kroczył wzdłuż korytarza, przypominając sobie ostatni raz będąc tutaj. Mógłby przysiąc, iż miał przed oczami uśmiechniętego Harry’ego, biegającego wokół salonu. Jego wyobrażenie było tak przejrzyste, aż Louis pomyślał, że on naprawdę tu był. Zamiast Eleanor, czuł jego gorące pocałunki na własnym ciele, a kiedy bawił się opadającymi włosami dziewczyny, mógł poczuć te króciutkie, rozczochrane loczki, zaplatające się wokół jego szczupłych palców.

Wyszeptała mu do ucha, że go kocha, zaś Louis ograniczył się do przymknięcia oczu oraz pocałowania jej, być może myśląc, iż jego wyobrażenie mogłoby stać się tak realne, by zamiast Eleanor był przy nim jego ukochany.
Przez korytarz, pomiędzy pocałunkami i czułościami, skierowali się do pokoju, swobodnie opadając na łóżko. Przeturlali się, zmieniając pozycje, zanim Louis tym razem nie usadowił się na górze. Palce Eleanor muskały jego klatkę piersiową, gdy jego usta na moment przykleiły się do jej zaczerwienionych warg. Po chwili, te same palce ściągnęły jego koszulkę, która wylądowała w odległym kącie sypialni.

- Tak bardzo za tobą tęskniłam, Lou – odparła niemalże szeptem, składając na jego obojczyku czuły pocałunek.

Louis nie odpowiedział. Stwierdził, że z jego ust wypłynęło już za dużo kłamstw, których szczerze miał już dość. Szatyn oczywiście nie tęsknił za nią w ten sam sposób.



~*~



Harry zdecydował się wyjść z domu, chcąc przespacerować się wokół portu. Wiedział, że na dzisiaj już koniec treningów, jednak bał się, iż po drodze mógł spotkać Louisa w towarzystwie Eleanor. Mogło być nawet gorzej! Mógłby także niechcący natknąć się na Zayna, a była to dla niego rzecz ostateczna.

Schował ręce do kieszeni, kierując się wzdłuż deptaka. Być może pomyślał, iż świeże powietrze pozwoli mu choć na moment zapomnieć.

- Harry!

Odwrócił się, wzrokiem napotykając Nialla wraz z Liamem. Ściągnął brwi, widząc ich razem, lecz po chwili zatrzymał się, czekając, by się przywitać.

- Hej – odparł oschle. Nie ze względu na Nialla, co było dość oczywiste, zaś dzięki obecności Liama. Harry wciąż nie był przyzwyczajony do widoku chłopaka, przechadzającego się po porcie.

- Co słychać, Harry?

- Szczerze, bywało lepiej. Potrzebujecie czegoś?

- Musimy porozmawiać.



~*~



Louis prawie całkowicie rozebrał dziewczynę, nie wypowiadając przy tym ani słowa. Eleanor drżała pod jego dotykiem i dyszała z każdym jego ruchem, pomimo faktu, iż chłopak praktycznie niewiele robił.
Biodra Eleanor rytmicznie się poruszały, ocierając się o Louisa. Definitywnie go to podniecało, jednak nie było to dla niego wystarczające. Przynajmniej nie to, o czym myślał, gdyż to Eleanor znajdowała się pod jego ciałem, a nie Harry.

- Mhm, Lou. – dziewczyna była zawsze jedną z tych, które lubiły przesadnie reagować, by tylko podnieść temperaturę w łóżku – nawet jeśli Louisa to denerwowało. Wygięła się w łuk i pewnie chwyciła dłoń Louisa, nakierowując ją w dół jej bielizny, niemo prosząc, by w końcu jej dotknął.

Jednak Louis, czując jej ciepło i wilgoć, zabrał rękę z powrotem.

- Co się dzieje? – zapytała nieśmiało Eleanor, natychmiast się rumieniąc z powodu odrzucenia chłopaka.

- Przepraszam, nie mogę. – Louis oderwał się od niej i wstał, poszukując swojej koszulki. – To nie twoja wina, naprawdę, to ja.

W pokoju nastała cisza, dopóki brunetka nie przerwała jej cichym szlochem. Odwrócił się, widząc dziewczynę zaplątaną w pościeli ze łzami, spływającymi po policzkach.

- El… Ely, Eleanor, co się stało? – przysunął się do niej z koszulką w dłoniach, czule tuląc ją do piersi. – To nie twoja wina…

Wciąż nie mogła powstrzymać się od płaczu, zaciśniajac uścisk w jego ramionach. Louis ułożył podbródek na czubku jej głowy, pozwalając zanurzyć się niej w zagłębieniu jego szyi. Delikatnie głaskał ją po plecach, kiedy to nadal drżała, roniąc coraz więcej słonych łez.

Louis ostatecznie odsunął się, unosząc jej podbródek, tym samym zmuszając ją do spojrzenia w jego stronę.

- Dlaczego mnie nie kochasz, Louis?

Chłopak westchnął.

- Jak już mówiłem, to nie twoja wina.



~*~*~


http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/44719110060/tlumaczenie-bbots-rozdzial-34


http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/45190823198/tlumaczenie-bbots-rozdzial-35



http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/45286883443/tlumaczenie-bbots-rozdzial-36


http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/45355184030/tlumaczenie-bbots-rozdzial-37


http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/45987795879/tlumaczenie-bbots-rozdzial-38


http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/46069520117/tlumaczenie-bbots-rozdzial-39


http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/46263706234/tlumaczenie-boots-rozdzial-40


http://addicted-to-your-taste.tumblr.com/post/46495200712/tlumaczenie-bbots-rozdzial-41


- Nie rozmawialiśmy…

Harry skrył twarz w zagłębieniu szyi Louisa, który trzymał go mocno, starając się unormować oddech.

- Myślę, że to wszystko mówi za siebie, Harry. – uśmiechnął się dumnie Louis. – Spójrz tylko, do czego przed chwilą doszło.

- Jakbym mógł zapomnieć. – złożył miękki pocałunek na jego szyi i zamknął oczy. – Poukładałeś sobie to wszystko?

- Tak, Harry. Odkąd przyjechałeś do Lymington, zajmowałeś odrobinę miejsca w moim życiu każdego dnia, spędzonego razem. Ale wiesz co? Nie zamieniłbym ciebie na nikogo innego na świecie.

Louis spojrzał w sufit, uświadamiając sobie, co tak naprawdę się stało i co przed chwilą powiedział. Kochał Harry’ego i właśnie przeżył z nim najwspanialszą noc w życiu. Jego łóżko nie było już zwykłym łóżkiem, zaś pewnego rodzaju obłokiem, na którym leżał szatyn. Zmęczony, definitywnie, jednak nigdy nie czuł się lepiej.

- Powinieneś być szczęśliwy. – zaśmiał się Harry. – Zaopiekowałeś się mną.

- I będę robił to cały czas, jeśli mi na to pozwolisz.

Harry uniósł podbródek, skanując oczy chłopaka. Jego twarz pojaśniała i sam przytaknął po chwili.

- Wygram te zawody w poniedziałek, Harry. Wygram je dla ciebie. Pokonam Zayna. Ta nagroda będzie należeć do ciebie. – ucałował go w czubek głowy. – Obiecuję.

- Tak długo, jak będziesz czerpał z tego przyjemność, będzie to dla mnie wystarczające. Nie musisz się o nic martwić, Louis. O nic. Teraz już wszystko jest w porządku.

- Sprawię, że Zayn będzie jeszcze gryźć ziemię. – uśmiechnął się psotnie. – I zapłaci za to, co ci zrobił.

- Louis…

- Nie, posłuchaj. Chociaż raz mnie wysłuchaj. Mówię poważnie. Pierwszy raz od jakiegoś czasu nie żartuję. Pożałuje za wszystko, do czego się dopuścił. Przysięgam. I wszystko będzie dobrze, między nami będzie dobrze i nie będziemy musieli się więcej o nas martwić.

Harry ułożył dłonie na zarumienionych policzkach Louisa i pocałował go czule w usta.

- Pragnę być z tobą, Louis.

Przytaknął i przytulił go ciasno, trzymając go w ramionach i uśmiechając się, jak to miał w zwyczaju, będąc w jego towarzystwie.

- Myślę, że to oczywiste, ale także chcę być z tobą.



~*~



Louis poprosił go, by został u niego na noc, a Harry nawet nie miał serca mu odmówić. Prędko zadzwonił do mamy, by ją powiadomić i wyjaśnić, że wrócą do portu z samego rana tak, aby Louis nie opuścił dnia poświęconego treningom do zbliżających się wielkimi krokami regat.

- Nie mam pojęcia, co możemy zjeść – odparł Louis, przeszukując lodówkę, mając na sobie wyłącznie czarne bokserki. – I nie pozwolę ci niczego ugotować, jesteś moim gościem. Nie wspominając nawet, iż nie ma tu zbyt dużo jedzenia…

- Możemy zamówić jakąś chińszczyznę, czy coś w tym rodzaju – odpowiedział Harry, obserwując Louisa, podpierającego drzwi. – Nie? Mam ze sobą pieniądze.

- Ja też, tym się nie przejmuj. Mhm. – zachichotał Louis. – Brzmi świetnie. Już dzwonię.

Louis wyszedł z pokoju, zaś Harry uszczypnął go w pośladek, sprawiając, że ten zaśmiał się głośno i po chwili obaj zaczęli się ganiać po całym mieszkaniu.
Louis upadł na kanapę, a Harry usiadł na nim, na zmianę łaskocząc go i całując, usiłując przytrzymać chłopaka, gdy ten począł się ruszać.

- Harry! Muszę zadzwonić do restauracji!

- To dzwoń! Ktoś cię zatrzymuje?

- Mhmm, ty! Powinienem także wziąć prysznic. – Louis odwrócił się, ocierając się o Harry’ego i uśmiechając, gdy ten spojrzał na niego spod swych długich rzęs. – Więc…

- Dobrze. – Harry odsunął się i uśmiechnął. – Zadzwoń do restauracji. Będę spokojny, siedząc tuż obok ciebie.

- Na pewno?

- Obiecuję.

- Nie obiecuj czegoś, czego nie jesteś w stanie dotrzymać.

- W takim razie nie będę ci już niczego obiecywać.

Harry uśmiechnął się szeroko i Louis prędko zrobił to samo, zanim chwycił telefon i wybrał numer do znajomej mu od dawna chińskiej restauracji.

- Dzień dobry, tak, chciałbym zamówić obiad dla dwóch osób… - Louis trzymał słuchawkę, kiedy Harry usiadł przy nim, przejeżdżając palcami wzdłuż jego uda. – Tak, poprosimy kurczaka w migdałach z ryżem… w skrócie, wszystko, o co mamy w zwyczaju prosić. W imieniu Louisa Tomlinsona, proszę. Tak, tylko dwa razy. – Louis wywrócił oczami i spojrzał na Harry’ego, który wciąż nieznośnie głaskał go po nodze. – Mają państwo adres do mieszkania Tomlinsonów w Southampton? Dobrze, dziękuję.

Louis rozłączył się, lustrując twarz chłopaka.

- Wiesz, co byłoby zabawne?

- Co?

- Usłyszeć z twoich ust „dziękuję” po chińsku. Nie mógłbym wtedy opanować śmiechu.

- Och, zamknij się…

Harry zdławił śmiech, poddając się pocałunkowi, który Louis złożył na jego wargach, z dłońmi umieszczonymi na jego policzkach oraz zamkniętymi oczami.



~*~



Na stole znajdowały się już jedynie pozostałości po posiłku. Kilka pudełek po makaronie, chleb, krewetki oraz resztki…

Louis leżał na kanapie, w telewizji transmitowali jakieś show, które chłopcy niekoniecznie mieli ochotę oglądać. Harry położył się na nim, głowę opierając na jego klatce piersiowej, rozkoszując się uczuciem Louisa bawiącego się jego opadającymi loczkami.

- Kim my jesteśmy, Louis?

Louis zatopił nos w jego czuprynie Harry’ego, składając na niej czuły pocałunek.

- Nie wiem, Harry. Czymś, oczywiście. – wydał z siebie cichy chichot. – Myślałem, że wyraziłem się dość jasno; chcę być z tobą. Muszę tylko zerwać z Eleanor, chociaż przyznaję, że jestem tym przerażony.

- Dlaczego? – Harry uniósł go za podbródek, by na niego spojrzał.

- Ponieważ nigdy nie czułem się w ten sposób w towarzystwie chłopaka, Harry. Nigdy nie sądziłem, że mógłbym być z chłopakiem, a teraz… - westchnął. – Zaledwie kilka godzin temu kochaliśmy się, Harry, to szaleństwo. Słodkie szaleństwo.

Harry uśmiechnął się, słysząc te słowa wypływające z jego ust, gdyż on sam zawsze twierdził, iż bycie przy nim to nic innego, jak słodkie szaleństwo. Właściwie to był on już nieodwracalnie i bezsprzecznie w nim zakochany.

- No i…?

- Chcę, żeby wszystko dobrze się ułożyło, Harry. Nie chcę cię skrzywdzić, ponieważ jesteś jedną z tych osób na świecie, które zasługują na wszystko, co najlepsze. Zasługujesz na kogoś, kto będzie cię podbudowywał każdego dnia, a nie przyniesie ci rozczarowanie. To ogromna odpowiedzialność, a ja boję się, że nie będę dla ciebie wystarczająco dobry. Jestem przerażony.

- Będzie dobrze – odparł Harry – To dla mnie nowość, Louis. I tak, to szaleństwo, ale niezmiernie się cieszę z faktu, że chcesz to rozpocząć.

Harry uśmiechnął się szeroko i wtulił w szatyna, zamykając oczy, gdy Louis ponownie ujął w dłonie jego loczki, czule się nimi bawiąc.
W Southampton zapadała już noc, a księżyc schował się pod kocem błyszczących gwiazd. Harry’emu nie zajęło długo zaśnięcie na ciepłym ramieniu Louisa, zaś ten poczuł potrzebę wstania i doprowadzenia go do łóżka. Harry nie ważył zbyt dużo, więc dość łatwo było poprowadzić wzdłuż korytarza do pokoju, by ułożyć go na łóżku, przykrywając go kocem.

- Lou? – wymamrotał sennie, otwierając oczy.

- Tak?

- Zasnąłem?

- Owszem – przytaknął. – Właśnie dlatego cię tu przyniosłem.

- Położysz się przy mnie?

- Oczywiście.

Uśmiechnął się i przymknął zmęczone powieki. Louis uklęknął na łóżku i ułożył się obok niego, trzymając chłopaka w swoich ramionach i przysuwając się bliżej jego piersi. Dłoń Harry’ego prędko chwyciła dłoń szatyna, po chwili odpływając w krainę Morfeusza z myślą, że jutrzejszego poranka obudzi się ze słodkim uśmiechem na ustach.


„I love you because your mouth shows how to shout rebelliousness.” – Mario Benedetti.

Louis obudził się jako pierwszy. Pozwolił Harry’emu spać spokojnie, zaś sam udał się do łazienki, by wziąć prysznic. Spojrzał najpierw w lustro, poklepując się po policzkach i uśmiechając na widok odbicia, po czym zrobił krok w stronę kabiny.
Woda swobodnie spływała po jego ciele, gdy chłopak opierał się o zimne kafelki. Nie było nic lepszego niż zimny, orzeźwiający prysznic z samego rana, mimo że właśnie spędził ostatnią noc niedługo po przygodzie z Harrym.

Opuścił kabinę i owinął ręcznik wokół bioder, pozostawiając mokre włosy, czując, jak drobne kropelki spływają w dół jego ciała. Wszedł z powrotem do pokoju, widząc, że Harry wciąż był pogrążony we śnie, na co uśmiechnął się szeroko.
Otworzył szafę w poszukiwaniu czystej bielizny. Louis mógł słyszeć cichy oddech Harry’ego. Odwrócił się do niego i ujrzał go zaplątanego w pościeli z rozchylonymi wargami i loczkami, odpadającymi na jego twarz.

Louis przeczesał włosy palcami i potrząsając głową. Pozwolił, by ręcznik zsunął się w dół jego bioder, opadając cicho na podłogę, po czym chwycił czyste bokserki i założył je na siebie, uprzednio wrzucając wczorajsze do kosza.

Ponownie otworzył szafę, tym razem wyciągając parę krótkich spodenek i zwykłą i koszulkę. Chwycił to samo dla Harry’ego, w razie gdyby chłopak także zechciał się odświeżyć. Tuż po tym jak cichutko zatrzasnął drzwi do pokoju, wychodząc, skierował się do salonu i usiadł na taborecie naprzeciwko pianina.

Mieszkanie z Harrym byłoby cudowne. Doświadczanie tego rodzaju uczuć każdego dnia byłoby rodzajem spełnionego marzenia. Eleanor była całkiem inna, kompletnie inna i jakkolwiek nieprawdopodobne to było, Louis wiedział, że Eleanor nigdy nie będzie tak ważna dla niego, jak Harry. Harry był wyjątkowy. Bardzo wyjątkowy. A uczucie przywiązania do Harry’ego, jakkolwiek bardzo go to przerażało ponadto sprawiało, że czuł się o wiele silniejszy i pewniejszy siebie.

Uchylił pokrywę i westchnął, rozluźniając ramiona. Obudzenie Harry’ego w formie piosenki wydawało się być całkiem interesujące. Albo nie. Harry nie lubił być budzony. W każdym razie musieli wracać do Lymington. Za niecały tydzień rozpoczynają się zawody, zaś Louis musiał poprawić jeszcze kilka wyników, by stanąć na upragnionym podium. Szatyn uśmiechnął się do siebie. Nie miał żadnych wątpliwości na temat wygranej, ponieważ obiecał, iż trofeum będzie należało do Harry’ego. Obiecał mu to zwycięstwo.

I should ink my skin with your name and take my passport out again and just replace it.

Harry obudził się, słysząc dźwięk naciskanych klawiszy pianina, definitywnie mając niemałe problemy ze wstaniem z łóżka.

See, I could do without a tan, on my left hand, there my fourth finger meets my knuckle, and I should run you a hot bath, fill it up with bubbles.

Louis delikatnie przyciskał klawisze, odrobinę podnosząc głos, mając nadzieję na widok stojącego Harry’ego za rogiem w przedpokoju.

‘Cause maybe you’re loveable. Maybe you’re my snowflake. And your eyes turn from Green to gray, and in the winter I’ll hold you in a cold place.

Przymknął oczy, kiedy jego stopa spoczywała na pedale pianina.

And you should never cut your hair, ‘cause I love the way you flick it off your shoulder.

Harry powoli wstał, kierując się w stronę korytarza, słuchając subtelnego głosu Louisa, przerywającego ciszę.

And you will never know, just how beautiful you are to me.

Louis odwrócił głowę i spojrzał na Harry’ego, który uśmiechał się i zebrał w sobie na tyle odwagi, by móc dokończyć refren.

- But maybe I’m just in love, when you wake me up.


~*~



Harry siedział tuż obok Louisa. Muzyka wypełniała samochód i kiedy Louis trzymał rękę na lewarku, Harry położył dłoń na Louisa. Ich palce były splecione, zaś obaj czasem ukradkowo na siebie spoglądali.

- Jesteś zmęczony? Może powinieneś wrócić do domu i przespać się trochę – polecił Louis. – Nie martw się, ja jak zwykle będę w porcie.

- Nie, cały czas będę przy tobie – odpowiedział Harry – Wszystko w porządku. Mogę odpocząć później. Bycie w porcie i obserwowanie cię stało się już rutyną.

- Rutyną? Myślisz, że mógłbyś się do tego przyzwyczaić?

- Myślę, już się do tego przyzwyczaiłem, nie?

- To cudownie. Wiesz? Myślałem o czymś.

- Znowu? Ostatnim razem, kiedy zebrało ci się na przemyślenia, kochaliśmy się.

Louis zarumienił się, po chwili wybuchając śmiechem.

- Zamknij się, Hazza. Zwyczajnie obudziłem się, udałem się pod prysznic i – och – nie mam pojęcia, po prostu myślałem.

- I nad czym się tak długo zastanawiałeś?

- Myślałem o tobie. No wiesz, o nas. Mieszkanie z tobą podczas studiów także byłoby przyjemną rutyną. Mógłbym przyzwyczaić się do budzenia się przy twoim boku i wielu innych rzeczy, wiesz?

Harry potrząsnął głową i spojrzał na Louisa, który prędko uśmiechnął się, z powrotem skupiając się na drodze. Ponownie spletli ze sobą palce, nie mówiąc nic więcej.



~*~



Louis i Harry chcieli swobodnie trzymać się za ręce, jednak obaj wiedzieli, iż na razie nie jest to możliwe. Dzielili drogę nieśmiało się uśmiechając, zaś Louis po chwili odszedł, machając do swojego ojca, który spoczywał na zakotwiczonej łodzi.

Harry postanowił udać się do restauracji. Prawdopodobnie spotkałby tam Nialla, jednakże tajemnicza osoba zatrzymała go przed wejściem do środka.

Harry odwrócił się, wzrokiem napotykając uśmiechniętą Eleanor.

- Dzień dobry, Harry. Co tutaj robisz?

- Moja mama pracuje w restauracji – odparł, nie siląc się na uprzedni entuzjazm. Nie był pewien, czy powinien powiedzieć jej, iż był tu ze względu na Louisa, tak więc pominął ten fakt.

- Widzę – przytaknęła dziewczyna. – Jestem tu, by móc obserwować Louisa. I Zayna, szukał ciebie.

Harry zmarszczył brwi.

- Zayn pytał o mnie?

- Tak. Chodzi o coś związanego z tamtym wieczorem w barze. W każdym razie nie wiedziałam, że się znacie!

- Eleanor – przerwał jej – Przepraszam, ale mam mało czasu. Chciałem tylko zobaczyć się z mamą, napić się czegoś i wyjść. Gdybyś widziała się z Louisem, przekaż mu, że był świetny.

- Och, nie zostaniesz?

- Jak mówiłem, nie mam czasu.

Coś w jej oczach mówiło Harry’emu, iż Eleanor wiedziała więcej, niż mu się wydawało. Nie była naiwną osobą, ani też głupią. Wyglądała na jedną z tych zadufanych w sobie dziewczyn, jednak do pustej idiotki było jej daleko.

Eleanor zachichotała i uśmiechnęła się psotnie, przytakując.

- Rozumiem. Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy, Harry.

Harry uśmiechnął się delikatnie, po czym odszedł. Podszedł do baru, pytając o Anne, a kobieta prędko wyłoniła się zza kuchennego blatu.

- Witaj skarbie! Jak było z Louisem? Bawiliście się dobrze?

- Opowiem ci, jak wrócisz do domu – skinął. – Zayn pytał o mnie, mamo. Staram się go unikać. A, jeśli spotkasz Louisa, powiedz mu, że jestem w domu. Tak czy tak, napiszę do niego.

- Oczywiście, ale w domu czekam na wyjaśnienia. Naleśniki?

- Wystarczy sok. Razem z Louisem jedliśmy już śniadanie.

Anne uśmiechnęła się w wróciła z powrotem do kuchni, prosząc o szklankę soku pomarańczowego, a Harry w tym samym czasie czekał przy ladzie.

Jak co dzień, Niall zawitał w progi restauracji. Harry przywitał się i Niall usiadł na krzesełku obok. Złożył zamówienie, po czym obaj oddali się rozmowie.



~*~



- Przyszedł z Louisem, jestem tego pewna.

- Tak myślisz?

- I był tu specjalnie dla niego.

Niall trzymał w dłoniach telefon. Uważnie wsłuchiwał się w rozmowę, nagrywając ją. Zdał sobie sprawę, że jest wmieszany w tą całą sytuację, jednakże było zbyt wcześnie, by ujawnić całą prawdę.

- Mówiłam ci, że widywałam go wiele razy w klubie żeglarskim i wnioskując z tego sądzę, że powodem tych częstych odwiedzin jest tylko i wyłącznie Louis. Chociaż jest jeszcze jeden, ten blondynek, Niall, tak? Chyba się zaprzyjaźnili.

- Owszem, Niall. Ten, którego spotkaliśmy w barze.

- Nie wiem, co o tym myśleć.

Niall wciąż siedział na stoliku, wpatrując się w swoje śniadanie. Harry wyszedł, właściwie to uciekł tak szybko, jak tylko pozwalały mu na to własne nogi. Chciał z nim porozmawiać, dowiedzieć się, czy ten czas spędził w towarzystwie Tomlinsona, jednak nie było mu to na tę chwilę dane.

- Wiesz? Porozmawiam z nim.

- Powinieneś trzymać się z daleka. To by było zbyt oczywiste.

- To oni stali się zbyt oczywiści.

Niall wyciągnął słuchawki i ściągnął wargi.

Musiał poczekać.





„Zayn mnie szuka. Żałuję, że mnie tu nie ma. Jestem w domu, wiesz, gdzie mnie znaleźć. Mam nadzieję, że miło spędziłeś dzień, mój zwycięzco.”

Louis rozejrzał się. Przeczesał włosy i udał się do restauracji w poszukiwaniu czegoś zimnego do picia. Anne wyszła z kuchni napotykając Louisa i oboje uśmiechnęli się do siebie.

- Co słychać, skarbie? Bawiliście się dobrze?

Anne obserwowała Louisa, jak ten patrzył na nią wzrokiem podobnym do Harry’ego. Jego oczy zabłyszczały i niewinny uśmiech zagościł na jego twarzy.

- Bardzo dobrze. Uch, widziałaś Harry’ego?

- Tak, mówił, że Zayn go szuka, więc poszedł prosto do domu. Nie pisał ci o tym?

- Owszem, napisał, ale chciałem najpierw zapytać o to ciebie. Wszystko z nim w porządku, czy…?

- W porządku – przytaknęła Anne. – Nie martw się. Wyglądał na naprawdę szczęśliwego.

- Świetnie. Podałabyś mi wodę? Za moment wybieram się do Harry’ego.

- Oczywiście.



~*~



- Louis!

Chłopak trzymał w dłoniach butelkę wody mineralnej i właśnie wychodził z restauracji. Głos Eleanor sprawił, że się odwrócił.

- El? Co ty tutaj robisz?

- Co ja tu robię? To proste, Lou. Przyszłam cię zobaczyć. Jestem twoją dziewczyną, pamiętasz? Troszczę się. – westchnęła – Tęsknię za tobą… - spojrzała na niego i przygryzła wargę. Wiedział, co dziewczyna miała na myśli i prędko odsunął się od niej. – Odkąd Harry tu jest, rzadko się widujemy. Dlaczego mnie unikasz?

- Nie unikam cię, El. Słuchaj, nie mam czasu. Muszę się zająć siostrami, które zostały same w domu.

Było to wierutne kłamstwo. Eleanor wiedziała, było to oczywiste, gdyż Jay była z nimi domu, od kiedy przestała pracować w porannych godzinach.
Prędko odszedł, prawie biegnąc wzdłuż molo. Louis wiedział, że musiał z nią porozmawiać, musieli wyjaśnić sobie parę rzeczy, jednak teraz pragnął spotkać się z Harrym.

Stanął naprzeciw drzwi frontowych i zanim zdążył nacisnąć dzwonek, Harry otworzył je i rzucił się wprost w ciepłe ramiona Louisa.

- Shhh, jestem tutaj – wyszeptał.



~*~



- Hej, Niall.

Blondyn odwrócił się, napotykając Zayna, który uśmiechał się, podchodząc bliżej. Liam stał tuż za nim, którego Niall natychmiast rozpoznał. Jak mógłby wymazać z pamięci te piękne, złociste włosy i te czekoladowe oczy?

- Cześć, Zayn. – chłopak zmarszczył brwi, zaskoczony faktem, iż ten Zayn miał ochotę na rozmowę. – Mogę ci w czymś pomóc?

- Widziałeś Harry’ego? Wiem, że się przyjaźnicie.

- Coś w tym rodzaju. Uch, tak, widziałem się z nim z samego rana, ale wspominał, że ma parę rzeczy do załatwienia, po czym odszedł.

- Rozumiem.

- To coś ważnego?

- Chciałem tylko porozmawiać o kliku sprawach. Wiesz, o tym, co zaszło podczas wypadu do baru i takie tam. Nie, to nic takiego, nic się nie stało.

- Jesteście starymi znajomymi, prawda? – ton Nialla był niewinny, choć sam wiedział więcej, niż Zayn mógłby przypuszczać.

- Coś w tym rodzaju. Od tej pory go nie widziałeś?

- Przecież mówił, że nie – burknął Liam. – Dzięki za wszystko, Niall.

Irlandczyk wzruszył ramionami, obserwując jak wychodzą. Słyszał, jak obaj szepczą coś do siebie. Następnie postanowił o opuścić portu, udając się w drugą stronę.



~*~



- Mówiłeś, że porozmawiasz z nim i go przeprosisz – odparł Liam, idąc obok niego.

- Owszem – przytaknął Zayn.

- Obiecujesz?

- Ja nigdy nie obiecuję, Liam.

Zayn nie chciał niczego obiecywać z jednego powodu: nie miał zamiaru przepraszać. Zamiast tego w jego głowie kłębiły się całkiem inne myśli. Zwykłe „przepraszam” nigdy w życiu nie wypłynęłoby z jego ust, gdyby spotkał Harry’ego.

- Przynajmniej daj mi słowo.

- Nie zrobię tego.



~*~



- Uciekłem na widok zbliżającej się Eleanor. Wiem doskonale, że muszę z nią porozmawiać, ale nie jest to takie łatwe.

- Rozumiem – odparł Harry, spoglądając w jego tęczówki. – W porządku.

- Nie mam już żadnych wątpliwości co do moich uczuć względem ciebie, wiesz? – ułożył swoje dłonie na policzkach Harry’ego. – Po prostu nie chcę rozmawiać o tym w ten sposób. Chciałbym się z nią spotkać i opowiedzieć o wszystkim, co się stało w przeciągu ostatnich dni.

Harry uśmiechnął się czule i po chwili złożył słodkiego całusa na jego policzku.

- Nie oczekiwałem od ciebie, że mógłbyś zerwać z Eleanor dzień po tym, nie masz się czym przejmować. Wszystko jest okej, naprawdę.

Louis chwycił dłoń Harry’ego.

- Wciąż podtrzymuję to, o czym mówiłem poprzedniego wieczoru.

Harry uniósł podbródek, skupiając swój wzrok na oczach Louisa. Tuż potem uśmiechnął się, zaznaczając słodkie dołeczki i składając swoją dłoń z dłonią chłopaka.

- Wiem.

Obaj zaśmiali się i Harry zabrał rękę, wślizgując ją pod ramię Louisa.

- Zawody zaczynają się za trochę ponad tydzień. – przejechał palcami wzdłuż obojczyka, kierując się ku szyi szatyna. – Denerwujesz się?

- Nie całkiem. – Louis zwilżył usta i uśmiechnął się. – Wiem, że Zayn straci puchar i jedynym wygranym będę ja.

- No, no, pewny siebie Tomlinson. Podoba mi się.

Harry pochylił się i pocałował go delikatnie, napierając swoimi wargami na usta Louisa, czując przyjemny dotyk dłoni chłopaka na swoich udach.



~*~



Anne wróciła do domu, kiedy to Louis zdążył już wyjść. Odnalazła syna leżącego na kanapie, oglądającego telewizję. Chwilę wcześniej, zasnął. Wiedziała o tym, ponieważ Harry wciąż miał na twarzy ten senny uśmiech.

Przekroczyła próg pokoju i podeszła do niego, nachylając się, by złożyć całusa na jego czole.

- Spałeś?

- Trochę, ale teraz już nie… - potrząsnął głową, pocierając oczy, po czym spojrzał na matkę. – Jesteś głodna? Zrobię kolację…

- Nie, kochanie, jadłam tuż przed wyjściem. A ty?

- Też, przegryzłem coś całkiem niedawno. – wskazał na stolik, na którym znajdowało się kilka otwartych paczek chipsów. – Louis tu był, jednak już wyszedł.

- Louis… - Anne usiadła, gdy tylko chłopak podkulił nogi. – Powinnam o czymś wiedzieć? Jest jakaś przyczyna tego wielkiego uśmiechu, który nie schodzi z twojej twarzy od samego rana?

- Uch, nie wiem jak ci to powiedzieć… ale muszę to zrobić.

Źrenice Anne poszerzyły się, zaś sama kobieta czekała na wyjaśnienia.

- Odparł, że chce ze mną porozmawiać… - wymamrotał, bawiąc się palcami. – Zabrał mnie do swojego mieszkania w Southampton i zagrałem piosenkę, jedną z moich ulubionych.

- Przypuszczam, że była to miłosna piosenka.

- Dokładnie… - jego policzki przybrały kolor dorodnych buraczków. – I powiedział… zasugerował… że kiedy dostanę się do Southampton na studia, mógłbym zamieszkać razem z nim.

Anne przysunęła się bliżej.

- I…?

- Pocałowaliśmy się, mamo. Pocałowaliśmy – odparł. – Całowaliśmy się na kanapie i ja… nie wiem… nie mam pojęcia, w pewnym sensie, uch, daliśmy ponieść się emocjom i skończyliśmy w jego pokoju…

- Harry?

Policzki Harry’ego zaczęły niemiłosiernie go palić.

- Kochaliśmy się, mamo.

Anne nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała. Jej dziecko nie było już więcej dzieckiem. A ta sytuacja była nawet bardziej skomplikowana. Wydawało się jakby Harry nie był do końca świadomy tego, co tak naprawdę zrobił – biorąc pod uwagę, że Louis miał dziewczynę i zdradził ją z Harrym. Z drugiej strony widząc uśmiechniętego Harry’ego sprawiało, że jest serce topniało.

- Ale Louis? I Eleanor? Co z nią?

- Spokojnie. Wiesz, co? On chce być ze mną, mamo, a ja mu wierzę.

Anne bała się, że Louis mógłby złamać mu serce. Wiedziała, że był dobrym chłopcem, jednak to nie zapobiegało jej uczuciom, lękowi, stałemu niebezpieczeństwu, że Harry mógłby zostać zraniony po stracie ukochanego.

- W takim razie i ja mu wierzę.

Harry wtulił się w kobietę i skrył głowę w matczynej piersi, zamykając oczy, kiedy kołysała go w swych ramionach jak dziecko, sprawiając, że zasnął prawie natychmiastowo.



~*~*~





Nadszedł poniedziałek i od tego momentu został jedynie tydzień do oficjalnego rozpoczęcia regat. Louis i Harry utrzymywali, cokolwiek mieli, w tajemnicy. Harry cierpliwie czekał, aż chłopak postanowi porozmawiać o tym z Eleanor.
Tego ranka w porcie Harry spotkał Jay, idącą w stronę restauracji. Przywitali się serdecznie niemalże natychmiast.

- Przyszedłeś zobaczyć Louisa?

- Oczywiście – rzekł Harry, uśmiechając się. – Zawody już za tydzień i chcę, żeby wiedział, że będę mu wiwatować.

Jay położyła dłoń na jego ramieniu.

- Jesteś naprawdę dobrym przyjacielem, Harry. Przepraszam, ale nie mogę dłużej rozmawiać, szukam Marka. Mam nadzieję, że prędko spotkamy się ponownie.

- Oczywiście. Dziękuję bardzo. Pozdrów ode mnie bliźniaczki!

Harry nareszcie dotarł do restauracji, jak miał to zwyczaju robić codziennie, po czym usiadł przy stoliku tuż obok Nialla. Chłopak zdawał się słuchać muzyki, więc Harry szturchnął go delikatnie, napędzając mu niezłego stracha. Loczek zaśmiał się, ostatecznie witając go szerokim uśmiechem.

- Jak się masz, Niall?

- W porządku. Co z tobą? Minęło trochę czasu. Gdzieś się ukrywał?

- Nigdzie – odparł, uśmiechając się. – Czego słuchasz?

Harry wyciągnął rękę, by chwycić telefon, zaś chłopak w porę go zatrzymał.

- Nic takiego – odpowiedział nerwowo. – Nie sądzę, żeby ten rodzaj muzyki przypadł ci to gustu.

Harry wzruszył ramionami.

- Zdenerwowany przed zawodami?

Niall skupił swój wzrok na Harrym. Zdenerwowany przed zawodami? Niall wiedział, że był dobry i skutecznie dążył do postawionego przez siebie celu. Martwił się raczej o całkiem innego rodzaju rzeczy.

Wcisnął „play” i słuchał.

- Rozmawiałeś z nim?

- Nie, nie mam pojęcia gdzie się podział ten pedał. Wygląda na to, że ma zamiar przede mną uciekać.

- Louis nie odbiera moich telefonów.

Niall przejechał widelcem po talerzu, uprzednio biorąc kęs naleśnika.

- Nie przejmuj się, niebawem wszystko się zmieni.

- Co robisz?

- Ja…

Niall podskoczył na widok Harry’ego, stojącego naprzeciw niego, po czym westchnął, ściągając słuchawki.

- Odrobinę. Wiesz, to jedne z najważniejszych wydarzeń.

- Będzie dobrze.

- Tak, ale ty chcesz, żeby wygrał Louis, nie? – zamrugał.

- Och, Niall…



~*~



Harry wstał, kiedy Niall wyszedł i sam opuścił restaurację z rękoma w kieszeniach.
Eleanor kroczyła w jego kierunku i stanęła po środku, naprzeciwko chłopaka, krzywiącego się na jej widok.

- Eleanor, mogę ci w czymś pomóc?

- Nie do końca. Louis ciebie szuka. Jest tam. – Eleanor wskazała na drzwi. – W szatni, tuż za rogiem.

- Powiedział ci, dlaczego chce się ze mną tam spotkać? Widziałem jego łódź na morzu jakąś chwilę temu.

- Owszem, ale Lou jeszcze się przygotowuje. Najpierw chciał z tobą porozmawiać.

Obserwował jak dziewczyna wzruszyła ramionami, niespecjalnie tym zainteresowana. Harry wyszeptał krótkie „dziękuję” i odwrócił się w drugą stronę. Eleanor wywróciła oczami i założyła ramiona, usta formując w pół-uśmiechu, obserwując jak Harry odchodził w we wskazany kierunek.

- Teraz zagramy inaczej.

Harry wszedł do budynku. Było to niewielkie pomieszczenie, choć idealne dla zawodników. W środku znajdowało się wiele szafek, niektóre z nich były pootwierane, oraz kilka drewnianych ławek.

- Lou?

Podszedł bliżej, słysząc jak drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Zanim zdążył się odwrócić, jego plecy uderzyły o jedną z szafek, zaś dłonie drugiego chłopaka trzymały go za kołnierz jego koszuli.

Zayn.

- Puść mnie! – krzyknął Harry, siłując się z Malikiem. – Mówiłem, puść mnie, Zayn!

- Nie puszczę cię, dopóki mnie nie wysłuchasz, zrozumiałeś? – jęknął, pchając go z powrotem o szafkę. – Nie mam pojęcia w co, do cholery, grasz z Tomlinsonem, ale rujnujesz mu tym życie!

- O czym ty w ogóle mówisz? Mówiłem już, puść mnie, Zayn, albo…

- Albo co? Nie mam zamiaru zrobić ci krzywdy, pedale, nie dam ci tej satysfakcji. To by było zbyt oczywiste. Wiesz, co zrobię? Masz jakiś pomysł, co? - dłonie Zayna trzymały go ciasno, zaś oczy Harry’ego, które starały się nie pokazywać bólu czy strachu, były skierowane na niego. – Poproszę cię, byś trzymał się z daleka od Louisa i przestał niszczyć jego pieprzone życie. Ma dziewczynę, ty jesteś jedynie jego zabawką. Czy może ty naprawdę myślisz, że on cię lubi? – zapytał Zayn. Harry stał cicho i spojrzał w drugą stronę, przygryzając wargę. – Myślisz, że cię lubi? Cholerna naiwność! Tak cholernie naiwny!

- Jesteśmy przyjaciółmi, Zayn – wymamrotał Harry. – Jest moim najlepszym przyjacielem. Nie przestanę się z nim widywać tylko dlatego, że jego dziewczyna jest zazdrosną suką, a ty jesteś znudzony z braku towarzystwa tutaj.

- Kutas z ciebie, Styles – warknął ponownie, popychając go i napierając na jego ciało. – Tylko przyjaciółmi? Pragniesz czegoś więcej, widać to w twoich oczach. Słuchaj. Jeśli nie zostawisz go w spokoju, nie będziesz jedynym, który na tym ucierpi. Louis straci więcej, niż myślisz. Właściwie to już stracił cudowną dziewczynę dla takiego idioty jak ty. Jeśli się nie usuniesz, postaram się, żeby wyleciał z klubu i został zdyskwalifikowany z zawodów. Wierz mi, jestem do tego zdolny. Zrobiłem to samo z tobą, prawda? Ach… - westchnął. – Pozwolisz, żeby twój ukochany Louis został wykluczony z zawodów, sportu, który jest całym jego życiem? Pozwolisz, by jego rodzina była wytykana przez wszystkich naokoło? Zostaw go w spokoju, a nic złego się nie stanie.

Oczy Harry’ego były na skraju wybuchnięcia płaczem. Zayn, uświadamiając sobie, do czego się przyczynił, zaczął się śmiać wprost w drżące wargi chłopaka.

Pedał – odparł niemalże szeptem.

Zayn odsunął się, zezwalając Harry’emu na stoczenie się na podłogę, po czym prędko opuścił szatnię tak, by nikt go nie zauważył. Harry został, leżąc na zimnych kafelkach, trzęsąc się ze strachu i niepohamowanie płacząc.
Jeszcze niedawno palcami dotykał nieba, zaś teraz, dzięki niemu, został brutalnie zrzucony na ziemię. Przeklął Zayna, przeklął Eleanor za to, że kazała mu tu przyjść oraz przeklął także siebie.

Powolutku wstał i podszedł do umywalki, aby przemyć twarz, lecz na próżno. Gdy tylko ujrzał swoje odbicie, uświadomił sobie jak bardzo był przerażony. Wciąż w samotności ronił łzy, było to jak odzwierciedlenie poprzednich lat. Harry wiedział, że powinien wyjść i nikt nie powinien go zobaczyć, jednak sam nie potrafił się nawet ruszyć.

Zayn był zdolny do wszystkiego, by tylko się jego pozbyć i sam bał się, że mógłby skrzywdzić również Louisa.

Był zmuszony poddać się i zrezygnować z osoby, którą kochał ponad swoje własne życie.



~*~*~


Harry opuścił szatnię niezauważony, tak, jak planował. Treningi właśnie się zakończyły – przynajmniej dla Louisa. Odnalazł go na końcu molo, rozglądającego się, jakby kogoś szukał.
Harry uśmiechnął się delikatnie i pomachał mu z daleka.

- Masz ochotę wypłynąć gdzieś po obiedzie? Możemy popływać, jeśli zechcesz, będzie fajnie.

- Nie czuję się zbyt dobrze, Lou. Pływanie mogłoby mi zaszkodzić.

- Co się stało?

- Chyba się zatrułem, nie wiem. Wolałbym wrócić do domu i odpocząć.

- Och – westchnął szatyn. – Jasne. Potrzebujesz czegoś?

- Nie… Uch, zadzwonię później, dobrze?

Louis nie miał czasu odpowiedzieć. Harry odwrócił się i odszedł, powstrzymując kumulujące się w oczach łzy, pozostawiając Louisa samego.

To dla jego dobra, pomyślał Harry, Louis ma swoje życie, a ja wepchałem się z butami do samego środka, wszystko rujnując.

Prędko otarł łzę, spływającą po jego policzku i skierował się do domu.



~*~



- Wiesz, co zrobię? To proste. Wyrażę się jasno, musi zostawić Louisa w spokoju.

- Ale… Zayn… Jak masz zamiar to osiągnąć?

- Harry i ja znamy się od jakiegoś czasu. Wiem jak sprawić, by zaczął się bać. Naprawdę bać.

Niall otworzył szeroko oczy i przełknął ciężko, siedząc na ławce naprzeciwko łodzi.

- Niall?

Chłopak zdjął słuchawki, kiedy zobaczył Louisa.

- Louis?

- Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli usiądę na moment?

Potrząsnął głową i Louis usiadł tuż obok blondyna, rozluźniając plecy i obserwując morze przez swoje okulary przeciwsłoneczne.

- Czego słuchałeś?

- Muzyki. Gdzie jest Harry?

- Źle się czuł i wrócił do domu. – wzruszył. – Chciał odpocząć, nie będę mu przeszkadzać.

- Rozumiem.

Niall zmarszczył brwi. Zapamiętał, że Harry czuł się dobrze przez cały dzień, więc co mogło się z nim stać? Potrząsnął głową i wzruszył ramionami. Owinął słuchawki wokoółtelefonu i spojrzał na Louisa, który wydawał się wpatrywać intensywnie w horyzont.

- Wszystko w porządku, Louis?

- Nie mam pojęcia, martwię się.

Niall chciał mu powiedzieć. Chciał mu pokazać wszystko, o czym wiedział. Z drugiej strony było zbyt wcześnie. Musiał zebrać wszystkie informacje, zanim mógłby mu o czymkolwiek powiedzieć.

- Z Harrym będzie dobrze.



~*~



- Co zrobiłeś?

Zayn zapalił papierosa i wypuścił dym z ust.

- Jest taki przerażony, powinnaś go zobaczyć. To było takie zabawne. Utrzymywał się na granicy płaczu i drżał niepohamowanie. Bardzo zabawne. Zadowolona?

Eleanor przeczesała palcami włosy i westchnęła.

- Po tym wszystkim zastanawiam się, czy będzie to potrzebne.

Odwrócił się i ponownie wypuścił dym. Na twarzy Zayna pojawił się figlarny uśmieszek, zaś sam spojrzał na dziewczynę spod swych długich rzęs.

- Może tak… może nie. Po prostu wiem, że ten pedał zasłużył na ostrzeżenie.



~*~



„Co słychać? Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej. Tęsknię. Jeśli być czegoś potrzebował, zadzwoń.”
Harry był o włos od roztrzaskania telefonu o sąsiednią ścianę. Czy naprawdę odwróci się od niego? Czy pozwoli mu odejść w ten sposób?

Miał nadzieję, że pech nareszcie odwrócił się od niego na dobre. Pośród wszystkich miejsc na ziemi, Zayn musiał przyjechać właśnie do Lymington. I pośród wszystkich chłopaków na świecie, Harry musiał się zakochać w najlepszym przyjacielu jego największego wroga. Eleanor nigdy nie była problemem dla Harry’ego. Nie przejmował się nią, nie pałał do niej sympatią, a teraz wie, że i ona także go nie lubiła.

Jego ramiona były posiniaczone, a szyja obolała. Nie mógł przestać myśleć o ostatnim razie, kiedy Zayn tak go potraktował…

- Ty szumowino! Słyszysz mnie? Pierdolona szumowino! – wrzasnął na niego Zayn ze wzrokiem pełnym czystej furii.

Harry wyszedł, by kupić parę rzeczy dla matki. Rzeczy, które po chwili wylądowały na chodniku, stając się już całkowicie bezużytecznymi. Torby leżały, tak samo jak i Harry, który skulił się i zaszlochał, czując rozrywający ból w boku.

- Dlaczego stąd nie wyjedziesz? – zapytał jeden z nich.

- Dokładnie! Wynoś się! Nie chcemy tu takich jak ty! – odparł drugi.

Harry prosił ze łzami w oczach, by w końcu zostawili go w spokoju. Poczuł jak krew wypływa z jego ust, przez którą zaczął się krztusić.

- Oj! – ktoś krzyknął. – Co wy robicie? Dzwonię po policję!

- Cholera! Spadamy!

Zamknął oczy, jęcząc z powodu nasilającego się bólu. Tajemnicza osoba uklęknęła przed nim, powoli pomagając mu wstać

- Zadzwonię po pogotowie.

Harry nie był w stanie ujrzeć, kim był jego wybawiciel. Wszystko wokół niego było zamazane, chodnik był zimny, zaś sam chłopak nie był w stanie przestać się trząść ze strachu.

- Wszystko będzie dobrze, będzie dobrze.

Ukrył twarz w dłoniach, cicho szlochając. Chciałbym być odważny, odparł, chciałbym mieć odwagę, by stawić czoła Zaynowi, nie kończąc tym samym na oddziale. Po chwili wstał i udał się do łazienki. Chciałbym być na tyle silny, by móc walczyć bez ciągłego strachu o stratę Louisa. Spojrzał na swoje odbicie, dostrzegając zaczerwienione płaczu oczy.

- Ale nie jestem odważny, nie mam tyle siły, nie dam rady… - wymamrotał Harry, sięgając po telefon i pisząc wiadomość.

„Już wszystko w porządku. Mógłbyś przyjść do mnie na chwilę?”

Wymamrotał „Przepraszam, nie jestem tak silny, jak myślałeś”, zanim skulił się pod ścianą, pozwalając swoim niesfornym kosmykom opaść na zapłakaną twarz.



~*~*~

Louis otrzymał wiadomość właściwie będąc już w domu, zajmując się bliźniaczkami, gdy zaś rodzice relaksowali się w salonie, oglądając telewizję.
Daisy i Phoebe zawsze prosiły go o zabawę, gdy tylko ten miał odrobinę czasu dla siebie. Często można było go wtedy ujrzeć poprzebieranego za różne bajkowe postacie, siedzącego z nimi i pijącego popołudniową herbatkę.

- To Harry? – zapytała z ciekawością Phoebe.

- Zapytasz go, czy do nas przyjdzie? – Daisy podążyła za siostrą, zadając kolejne pytanie.

- Tak, to Harry, ale nie poproszę go o przyjście. Jest chory, jednak poczuł się już trochę lepiej i poprosił, żebym go odwiedził.

- Co się stało? Możemy mu przynieść ciepłą herbatę i ciasteczka!

Louis uśmiechnął się i potrząsnął głową.

- Nie martwcie się. Powiem mu, że troszczycie się o niego i przesyłacie mu miliony buziaków, okej?

Dziewczynki uśmiechnęły się i przytaknęły na raz, pozwalając bratu wstać i ruszyć w stronę drzwi, nie mówiąc ani słowa.
Louis zszedł na dół z rękoma w kieszeniach i zanim wyszedł, krzyknął coś w rodzaju „Będę u Harry’ego” z korytarza, po czym zamknął drzwi tuż za sobą.

W nie mniej niż pięć minut od wysłania wiadomości, Louis stał przed drzwiami Harry’ego, przyciskając dzwonek.

Kiedy Harry otworzył, Louis rzucił się na niego i wepchnął do środka, nogą zatrzaskując drzwi. Harry oddał uścisk, przymykając oczy, jęcząc cicho w bólu, kiedy Louis przytulił go z taką czułością.

Westchnął, gdy chłopak odsunął się od niego i spojrzał wprost w jego zielone tęczówki. Nachylił się, by go pocałować, jednak Harry prędko odwrócił się, zresztą wbrew swojej woli.
Louis zmarszczył brew.

- Haz?

Harry przygryzł wargę i zamknął oczy, potrząsając głową. Szatyn zmarszczył nos i była to rzecz, która sprawiła, iż chłopak zadrżał.

- Harry? – Louis starał się zbliżyć, jednak Harry powoli zaczął się cofać. – Coś się stało? Przerażasz mnie.

- Nie wiem, jak to ująć. – Harry przeczesał palcami włosy, poprawiając loczki. – Ale zdałem sobie sprawę… Dostrzegłem, że ty i ja… - postanowił zmierzyć się z nim, skupiając się na jego cudownych oczach, które obserwowały go z wyraźnym zmieszaniem. – To nie zadziała…

- O czym tym mówisz? – zapytał prawie szeptem. Jego serce biło z zawrotną prędkością, jakby za chwilę miałoby się zatrzymać.

- Masz swoją dziewczynę – wymamrotał Harry, spoglądając w dół. – Rodzinę, studia i sport, który kochasz. Szczerze nie sądzę, żebym wpasował się w twój styl życia.

- O czym ty mówisz? – odwrócił się, pytając ponownie, nic z tego nie rozumiejąc. – Nie chcesz być ze mną?

Oczy Louisa zaszły łzami, kiedy Harry z powrotem skupił na nim swój wzrok. Styles westchnął, przełykając i wzruszając ponownie.

- Nie.

Louis nie rozumiał. Próbował do niego podejść, jednak Harry uparcie stawiał kolejne kroki w tył, zanim ostatecznie nie został uwięziony pomiędzy zimną ścianą a napierającym na niego ciałem Louisa.

- Żądam wyjaśnień, Harry – poprosił, szepcząc. – Dlaczego mnie nie chcesz?

Chcę ciebie. Cholera, Lou. Kocham cię. W każdym tego słowa znaczeniu. I przysięgam, z sercem na dłoni, ale nie pozwolę, być musiał przechodzić przez to, przez co ja niegdyś.

- Nie chcę być z tobą. Uświadomiłem sobie, że nie tego pragnę. Masz swoje idealne życie, ja zaś do niego nie należę. To wszystko, co zaszło między nami w przeciągu ostatnich dni było pomyłką. Jedną, wielką pomyłką, Louis… - wymamrotał, zamykając oczy, czując oddech Louisa owiewający jego twarz.

- Kłamiesz…

- Nie…

- Kłamiesz, Styles. A ja nie rozumiem dlaczego. Chcę, żebyś mi spojrzał prosto w oczy i powiedział, że nic dla ciebie nie znaczę. – Louis chwycił jego nadgarstki i spojrzał w jego tęczówki. Oczy chłopaka wciąż były lekko zaszklone, a jego warga drżała delikatnie. – Powiedz, Harry. Powiedz, że po tym wszystkim znaczę dla ciebie tyle, co złamany grosz.

Jeżeli było coś, co naprawdę wstrząsnęło Harrym, to widok Louisa będącego na krawędzi wybuchnięcia niepohamowanym płaczem. Nienawidził siebie za to, co robił, za to, co robił Louisowi. Z drugiej zaś strony, nie miał innego wyjścia.

Harry uniósł podbródek i spojrzał szatynowi w oczy, skrywając uczucia tak, jak to nauczył się wiele lat temu.

- Nic dla mnie nie znaczysz, Louis – skłamał i każdy zakamarek jego serca wydawał się roztrzaskać na miliony malutkich kawałeczków. – Przepraszam. Nie wiedziałem, czego tak naprawdę chcę.

Louis walnął pięścią w ścianę, po chwili jęcząc z nasilającego się bólu i przykładając ją do warg, jakby to miało w czymś pomóc.

- To NIE prawda! – wrzasnął, a jego żyły były wyraźnie zaznaczone na wyciągniętej szyi. – To nie prawda! Kochasz mnie! Wiem to! – pierwsza słona łza spłynęła po jego policzku. – Kochasz mnie, Harry! A ja kocham ciebie, kurwa!

- Przepraszam! Przykro mi, jasne? Nie jestem tak wspaniały, jak myślałeś! Moja głowa to jeden, wielki, pieprzony bałagan. Zawsze czegoś pragnąłem, jednak potem zdałem sobie sprawę, że to nie to… przepraszam Lou, ale…

- Ale co? – Louis był wściekły i zarazem podatny na zranienie. – Spaliśmy ze sobą, Harry! Miałem dziewczynę, pamiętasz? Pieprzoną dziewczynę, kurwa! Ty zaś pojawiłeś się nie wiadomo skąd i zmieniłeś cały mój świat. Wywróciłeś wszystko do góry nogami, Harry, wszystko, a ja przez ciebie oszalałem. Doprowadziłeś mnie do jebanego szaleństwa! Oszalałem przez to, jak ze mną rozmawiałeś, uśmiechałeś się do mnie, zachowywałeś w ten cholernie uroczy sposób. Ale w porządku! Wiesz co?! To nie twoja wina… nie do końca! To moja wina, ponieważ walczyłem o ciebie, o nas. Myślałem… Myślałem, że ty też tego chciałeś, Harry. Ale nie, to moja wina, ponieważ bez pamięci zakochałem się w tchórzu!

Tchórz.

Jak wiele razy słyszał to słowo? O wiele za dużo. Zwłaszcza z ust własnego ojca za każdym razem, kiedy go bił, wypominając mu, że był zwykłym śmieciem. I oczywiście od Zayna oraz jego kumpli, wliczając także Liama, dających mu porządnie po dupie.

Tchórz.

Zabolało go, słysząc to z ust nikogo innego, jak Louisa, jednak jeszcze bardziej bolesny był fakt, iż Louis tak naprawdę o nim myślał. Harry otarł łzy i pociągnął nosem.

- Och, jeśli naprawdę tak sądzisz, Louis – wymamrotał, unosząc podbródek i spoglądając mu prosto w oczy. – Jeśli naprawdę tak sądzisz, proszę, wynoś się z mojego domu i już nigdy nie wracaj.

Niestety Louis nie zawahał się ani minuty. Pociągnął nosem i opuścił ramiona, spoglądając ostatni raz na chłopaka, po czym odwrócił się i prędko otworzył drzwi. Za progiem natknął się na Anne, która wpatrywała się w niego, widząc łzy swobodnie spływające po jego bladych policzkach. Louis, nie zwracając większej uwagi, odszedł, znikając za rogiem ulicy.

- Harry? – kobieta uniosła brew, zamykając drzwi i obserwując Harry’ego, który podszedł do niej i przytulił ją, cicho szlochając. – Harry, kochanie! Co się stało?!

- Kocham go, mamo – wyjąkał pomiędzy szlochami. – Kocham go tak mocno, że pozwoliłem mu odejść.



~*~



Louis trzasnął drzwiami, gdy tylko przekroczył próg domu. Prędko skierował się do swojego pokoju, mając nadzieję na przemknięcie się niezauważonym.

Odpadł na łóżko, kryjąc mokrą twarz w dłoniach. Przez całe życie nigdy nie płakał tak bardzo, jak teraz; nigdy wcześniej nie miał złamanego serca, a teraz wiedział, jak okropne jest to uczucie. Wzruszył ramionami, szlochając, zastanawiając się dlaczego. Dlaczego Harry się z nim zabawił? Dlaczego to zrobił? Może miał rację, może nie było dane być im ze sobą, jednak dlaczego nie chciał dopuścić do siebie myśli, że mogło się skończyć coś, co jeszcze na dobrą sprawę się nie zaczęło – przynajmniej oficjalnie.

Do pokoju weszła Jay, wyraźnie zmartwiona dźwiękiem zatrzaskujących się z hukiem drzwi, widząc na łóżku zapłakanego syna. Louis chciał to ukryć, jednak zdecydował się na całkiem żałosny sposób. Podeszła i przytuliła go ciasno, kiedy ten oparł się o jej pierś.

- Co się stało, skarbie? Pokłóciłeś się z Harrym?

- Nie mam ochoty o tym rozmawiać…

Kobieta zmarszczyła brwi.

- Już w porządku, kochanie. Shhhh. Mamusia jest tutaj, boo bear…



~*~*~