Gdy nastał poniedziałek, jak zwykle obudziłem się w do połowy pustym łóżku, wzdychając ciężko. Niechętnie zwlokłem się z posłania, ruszając do salonu. Tym razem jednak i kanapa była pusta. Tak jak za każdym razem, gdy chciał mnie unikać, Louis musiał wcześniej wyjść na wykłady. Szczerze mówiąc zemdliło mnie, gdy przeanalizowałem sytuację z soboty. Co Lou musiał sobie o mnie pomyśleć? A co jeśli to nie było tylko zwykłe gadanie, lecz on faktycznie się mnie bał? W sumie dałem mu do tego całkiem sporo powodów. Mimo wszystko on starał się mnie uspokoić, wyjaśnił nieporozumienie i nie odepchnął mnie, gdy wpadłem w jego ramiona. Gdybym tylko puścił go wtedy, gdy mnie o to poprosił, może wszystko byłoby w porządku? Dlaczego zawsze musiałem najpierw robić, a dopiero potem myśleć?
Z podłym humorem, ruszyłem do kuchni, gdzie niechętnie zjadłem śniadanie. Cały czas bowiem nawiedzały mnie wspomnienia poranków sprzed kilku miesięcy. Tak bardzo mi ich brakowało. Chciałem, by Louis był tu ze mną. Chciałem kłócić się z nim o to, że najpierw wsypuje się płatki, a potem wlewa mleko, a nie na odwrót. Pragnąłem, by splótł ze sobą nasze dłonie spoczywające na stole. Chciałem, by użył mleka spływającego wzdłuż mojej brody jako pretekstu, by mnie pocałować. Chciałem, by dąsał się, że znów miałem na sobie bandanę zrobioną z jego ulubionej koszulki i bawił się pojedynczymi lokami spod niej wystającymi, obkręcając je sobie wokół palca. Chciałem, żeby żegnał się ze mną ze szczerym żalem wymalowanym na twarzy i stał w progu tak długo, aż nie pocałuję go na do widzenia.
Jednak po wszystkim co zrobiłem wczoraj i robiłem przez ostatnie miesiące pozostało mi jedynie zjeść śniadanie w samotności, będąc otoczonym przez dobijającą ciszę. Gdy moja miska była już pusta, wzdychając ciężko, włożyłem ją do zlewu, nie kłopocząc się umyciem jej. Potem udałem się do łazienki, gdzie wykonałem poranną toaletę, by następnie ruszyć do sypialni, gdzie stanąłem przed otwartą szafą lustrując wzrokiem jej zawartość. W końcu zdecydowałem się na czarne rurki i moją ulubioną bordową koszulkę Lou, natomiast włosy przewiązałem białą bandaną w czarne wzorki.
Nie mogąc dłużej znieść tej pustki, która wypełniała dosłownie każdy kąt mieszkania, ruszyłem do holu, gdzie włożyłem na siebie płaszcz i buty, po czym wyszedłem na klatkę schodową, zamykając za sobą drzwi. W pośpiechu zbiegłem po schodach w nadziei iż uda mi się złapać wcześniejszy autobus. Tak jak podejrzewałem, wskoczyłem do niego w ostatniej chwili, zanim kierowca zdążył zamknąć drzwi. Skasowałem bilet i usiadłem na samym końcu, opierając głowę o chłodną szybę, podziwiając przewijające się za nią zimowe widoki.
Po niespełna pół godzinie wysiadłem na przystanku przed ośrodkiem. Jednak, gdy wszedłem do środka i udałem się pod salę 207, nie przywitały mnie niebieskie tęczówki, blond czupryna i wesoły, zaraźliwy uśmiech. Nie mając nic lepszego do roboty, ściągnąłem z siebie płaszcz i kładąc go obok, usiadłem na ławce, opierając się plecami o zimną ścianę. Mniej więcej po kilkunastu minutach usłyszałem kroki dobiegające z głębi korytarza. Odruchowo uchyliłem przymknięte do tej pory powieki i moim oczom ukazała się sylwetka zbliżającego się w moją stronę chłopaka.
-Cześć Harry! - zawołał z drugiego końca pomieszczenia, machając do mnie rozkosznie.
-Hej Niall - odparłem niemal szeptem dopiero, gdy blondyn usiadł obok mnie, po tym jak przeniosłem swój płaszcz na kolana.
-Wszystko w porządku? - spytał z troską, zdejmując czapkę i rękawiczki.
-Nie - odparłem bezceremonialnie, jednak nie miałem odwagi, by spojrzeć mu w oczy.
-Louis? - westchnął chłopak, ściągając kurtkę ze swoich ramion.
-Tym razem ja - pokręciłem głową, czując ogarniające mnie przygnębienie.
-Jak to? - zdziwił się.
-Um… w sobotę pożyczyłem jego komputer, żeby zamówić kostki do gitary i wtedy… jako ostatnia z odwiedzanych wyświetliła mi się strona z ofertami mieszkań do wynajęcia i gdy pomyślałem, że Lou chce się wyprowadzić… cóż, trochę mi odbiło. Zacząłem płakać i błagać go, żeby mnie nie zostawiał… Aż wstyd się przyznać, ale zacząłem ciągnąć go do sypialni mówiąc, żeby zrobił ze mną co tylko chce, jeśli dzięki temu będę w stanie go zatrzymać… Ale on nie zdawał się w ogóle na to reagować, więc… dałem mu nóż, prosząc go, żeby mnie zabił… - ostatnią część niemal wyszeptałem, czując na sobie zmartwione spojrzenie, szeroko otwartych oczu Nialla. - Na szczęście udało mu się doprowadzić mnie do porządku i wyjaśnić, że tak naprawdę to jego przyjaciel szuka mieszkania, a nie on… więc rzuciłem się na niego, ściskając z całej siły i całując każdy centymetr jego twarzy, a on zamiast mnie odepchnąć, pogłaskał mnie po plecach… Ale kiedy spytałem czy mogę pocałować go tak naprawdę nie pozwolił mi, mówiąc, że tego nie chce i prosząc mnie, żebym nie był egoistą… ale ja tylko utwierdziłem go w tym, że nim jestem i zmusiłem go, żeby mnie pocałował… Tak bardzo tego żałuję, Niall. Gdybym go wtedy puścił… wszystko byłoby w porządku. Nie wyszedłby i nie zostawił mnie samego na cały weekend. Jestem takim idiotą… - ukryłem twarz w dłoniach, starając się powstrzymać łzy cisnące mi się do oczu.
-Harry, nie mów tak. Nie jesteś idiotą. To Louis nim jest. Ile jeszcze musisz zrobić, żeby zrozumiał jak bardzo go kochasz? Jeśli on tego nie widzi, po prostu na ciebie nie zasługuje - mówił Niall kojącym tonem głosu, pocierając moje ramię w pocieszającym geście.
-Nie, to ja nie zasługuję na niego - przecząco pokręciłem głową. - Mogę mieć do ciebie dość nietypowe pytanie? - zwróciłem się do niebieskookiego niepewnie.
-Oczywiście - zachęcił mnie lekkim uśmiechem.
-Czy… czy coś jest ze mną nie tak? Dlaczego Louis nie chce mnie już całować? Czy jestem aż tak odpychający? - spytałem równie przygnębiony co zażenowany.
-Oczywiście, że nie! Louis nawet nie zdaje sobie sprawy z tego jakim jest szczęściarzem! Jesteś idealny, Haz. Nigdy w to nie wątp, dobrze? - odparł Niall natychmiastowo.
-Dobrze - przytaknąłem, wcale nieprzekonany.
Po chwili dołączyło do nas kilka jeszcze kilka osób uczęszczających na terapię. Całą grupą nawiązaliśmy uprzejmą pogawędkę o niczym, oczekując przybycia Earla. Mężczyzna wyłonił się niczym spod ziemi już po kilku minutach, witając się z nami serdecznie. Następnie otworzył drzwi sali i wpuścił nas do środka, prosząc, byśmy zajęli miejsca. Gdy po mniej więcej godzinie, nie odezwałem się ani słowem, cała grupa zwróciła mi uwagę, iż ostatnio niewiele o sobie mówię, postanowiłem się przed nimi otworzyć. Opowiedziałem o wciąż towarzyszących mi przygnębieniu i strachu związanym z utratą mojego chłopaka. Wyznałem iż pierwszą połowę czasu wszystkie moje myśli zaprząta Louis, natomiast drugą alkohol i wewnętrzna walka o to, by się go nie napić. W rezultacie jednak nigdy tego nie robiłem. Wiedziałem bowiem, iż jest to pierwszy krok do absolutnej utraty Louisa, na co nie mogłem sobie pozwolić. Moje uzależnienie od szatyna, było co najmniej dwa razy silniejsze niż to od alkoholu. Wtedy jak zwykle wszyscy zaczęli gratulować mi mojej siły i odwagi, chwaląc to jak świetnie sobie radzę. I tym razem przyznałem im rację. Byłem silny. Byłem silny dla Louisa.
Gdy terapia dobiegła końca wraz z Niallem opuściliśmy ośrodek, czule żegnając się ze wszystkimi. Droga do auta blondyna jak zwykle upłynęła nam podczas wykładu chłopaka, na temat mojej nieodpowiedzialności związanej z brakiem czapki i rękawiczek na dziesięciostopniowym mrozie. Po tym jak Niall otworzył drzwi pojazdu, szybko wsiedliśmy do niego, wygodnie usadzając się na fotelach. Jednocześnie zapinając pasy, chłopak przekręcił kluczyk w stacyjce, tym samym uruchamiając silnik. W czasie, gdy on skupiony był na drodze podczas prowadzenia samochodu, ja skakałem po wszystkich stacjach radiowych, śpiewając na całe gardło moje ulubione piosenki. Zazwyczaj blondyn przyłączał się do mnie, jednak dziś był podejrzanie cichy. Zawstydzony, zamknąłem się w końcu, nieco przyciszając muzykę. W pewnym momencie, Niall niespodziewanie zatrzymał się na poboczu, w pośpiechu odpiął pasy i wyskoczył na zewnątrz, trzasnąwszy drzwiami, zupełnie ignorując moje pytające spojrzenie. Zdezorientowany zachowaniem chłopaka, niepewnie wysiadłem z samochodu, podchodząc bliżej niego. Stał z twarzą ukrytą w dłoniach, plecami opierając się o drzwi pasażera. Co jakiś czas spomiędzy jego warg wymykało się bezradne westchnienie.
-Niall? Wszystko w porządku? - spytałem ostrożnie, delikatnie kładąc dłoń na jego ramieniu.
-Nie, Harry, nic nie jest w porządku - jęknął żałośnie, ukazując mi swoją pełną obawy twarz.
-Czy coś się stało? - zmartwiłem się.
-Ty się stałeś - wypalił, patrząc mi w oczy z determinacją. Nagle ni stąd ni zowąd, przygwoździł mnie plecami do samochodu, napierając na mnie całym ciężarem swojego ciała. Dłonie ułożył na moich biodrach, a nasze twarze dzieliło zaledwie kilka milimetrów, co szczerze mówiąc nie podobało mi się ani trochę, lecz byłem zbyt zszokowany, by być w stanie mu się wyrwać.
-Niall, co ty…? - zacząłem, jednak chłopak nie dał mi dojść do słowa.
-Wiem, że dopiero co się poznaliśmy… - zaczął niepewnie patrząc prosto w moje spanikowane oczy - …ale myślę, że się w tobie zakochuję, Haz - wyznał, opierając swoje czoło o moje, a ja dosłownie skamieniałem.
-Ale… ale miałeś dziewczynę - wyjąkałem drżącym głosem, nie rozumiejąc co do jasnej cholery dzieje się wokół mnie.
-Oh, masz z tym jakiś problem? Więc może zainteresuje cię fakt iż przed nią miałem chłopaka - wyszeptał do mojego ucha, muskając wargami, jego płatek.
-Ale, ale… - plątałem się nie mając pojęcia jak powinienem się zachować. Nie chciałem tracić Nialla jako przyjaciela, jednak nie czułem do niego tego co on do mnie. Moje serce należało do Louisa. Samo to, że blondyn był tak blisko mnie, trzymając moje biodra, które były własnością szatyna i całując mnie w sposób jaki tylko on mógł to robić, czułem się jakbym go zdradzał, choć Niall robił to wszystko bez mojej zgody.
-Jesteś taki piękny, Haz - wymruczał blondyn na wprost moich ust, zmniejszając dystans między nami do skrajnie niebezpiecznego. - Kocham twoje loki, tę głębię szmaragdowych tęczówek. Kocham to jak kąciki twoich ust unoszą się ku górze formując w policzkach dwa urocze dołeczki i sposób w jaki perlisty śmiech opuszcza twoje pełne, malinowe wargi. Jestem zakochany zarówno w twoim perfekcyjnym charakterze jak i idealnym ciele. Jestem zakochany w tobie - wyszeptał, pocierając o siebie czubki naszych nosów, na co przymknąłem powieki. Mimo iż były to same komplementy nie zrobiło mi się miło, a wręcz przykro, ponieważ uświadomiłem sobie, iż Louis już od dawna nie mówił mi takich rzeczy. Pogrążony w swoich własnych myślach, nie zauważyłem nawet, gdy usta Nialla, naparły na moje, składając na nich czuły pocałunek. Wtedy poczułem jakby ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody i w końcu powracając na ziemię, odepchnąłem od siebie blondyna, stwarzając pomiędzy nami bezpieczny dystans.
-Przepraszam Niall, ja… ja nie mogę - westchnąłem, przecząco kręcąc głową.
-Dlaczego? - wyglądał na dotkliwie zranionego.
-Nie chcę tracić cię jako przyjaciela, ale… ale Louis… - zacząłem, jednak chłopak nie pozwolił mi dokończyć.
-A ty jak zwykle to samo! Louis, Louis, Louis! - ból na jego twarzy ustąpił miejsca irytacji. - Dlaczego nie widzisz tego, że ze mną byłoby ci lepiej?! On na ciebie nie zasługuje! Nie zdaje sobie sprawy z tego jakim jest szczęściarzem mając ciebie! Nie jest wart twoich łez! Daj mi szansę, a udowodnię ci, że mogę uszczęśliwić cię bardziej niż on! - prosił, jednak ton jego głosu wciąż pozostawał uniesiony.
-Ale ja go kocham… - jęknąłem żałośnie, bliski łez. Nie chciałem, żeby Niall na mnie krzyczał. Myślałem, że mogę na niego liczyć, jednak okazało się być zupełnie inaczej.
-No i co z tego? Kiedy zrozumiesz, że on już ciebie nie?! Czy ty nie widzisz, że on już kompletnie nic do ciebie nie czuje i perfidnie cię wykorzystuje?! Jego nie obchodzi to, że cię rani! Nie zostawił cię jeszcze samego tylko dla zaspokojenia swojego pieprzonego egoizmu! On chce po prostu pieprzyć cię, gdy ma na to ochotę i żeby twoja mama płaciła za niego połowę czynszu! Poza tym gdzie on się szwęda całymi dniami?! Na pewno kogoś ma, a tydzień temu przespał się z tobą, bo nie miał go pod ręką! Louis cię nie kocha, zrozum to wreszcie i przestań być tak cholernie naiwny! - krzyczał wymachując rękoma, a ja nie miałem siły dłużej powstrzymywać łez. Gdy chłopak dostrzegł słoną ciecz spływającą wzdłuż moich policzków, momentalnie uspokoił się, przybierając zmartwiony wyraz twarzy. - O mój boże, Haz, ja nie chciałem, ja wcale tak nie myślę, proszę nie wierz w ani jedno moje słowo, ja… - począł się plątać, skruszony.
-Masz rację - wyszeptałem ze spuszczoną głową.
-Słucham? - spojrzał na mnie wielkimi oczyma.
-Masz rację - powtórzyłem, ukazując mu moje zaczerwienione oczy i mokrą od łez twarz.
-Nie, wcale nie! Błagam, nie bierz moich słów na poważnie, nie to miałem na myśli! Nie myślałem nad tym co mówię, tak bardzo mi przykro, Haz! - począł się plątać, ujmując moją brodę w dłoń i odwrócił mnie w swoją stronę, by zmusić do kontaktu wzrokowego.
-Daj spokój, Niall. Nie jestem głupi. Wiem, że dokładnie to miałeś na myśli, a co gorsza jest to szczera prawda - odparłem gniewnie, wyrywając mu się.
-Haz… proszę, to naprawdę nie tak, przepraszam - jęknął błagalnie, widocznie zżerany przez wyrzuty sumienia.
-Nie masz mnie za co przepraszać. To nie twoja wina, że jestem najgorszym chłopakiem na świecie i Louis już mnie nie kocha. Szkoda tylko, że uświadomienie sobie tego zajęło mi aż trzy tygodnie - burknąłem.
-Nie to chciałem powiedzieć. Po prostu się zdenerwowałem… - starał się załagodzić sytuację.
-Mówię poważnie Niall. Po prostu daj temu spokój - warknąłem, odpychając się do samochodu i ruszyłem do przednich drzwi od strony pasażera. - Zabierz mnie do domu - zażądałem wsiadając do środka.
-Ale… - zaczął, jednak nie dałem mu dojść do słowa.
-Zabierz. Mnie. Do. Domu - powtórzyłem dobitnie, zniecierpliwiony. - Teraz - zakończyłem z akcentem zatrzaskując drzwi.
Nie mówiąc nic więcej, Niall wsiadł do samochodu. Zapiął pas bezpieczeństwa i poczekał aż zrobię to samo, zanim przekręcił kluczyk w stacyjce tym samym uruchamiając silnik. Po chwili pędził po autostradzie, łamiąc po klei każdy przepis drogowy. Zachowywał się zupełnie, jakby chciał, aby ta podróż skończyła się jak najszybciej. Nie miałem jednak nic przeciwko temu, gdyż ja czułem się dokładnie w ten sam sposób. Niezręczna cisza ciążyła między nami, sprawiając iż atmosfera była tak gęsta iż mógłbym pociąć ją nożem. Po najbardziej dłużących się w moim życiu piętnastu minutach, Niall w końcu zatrzymał się na parkingu pod kamienicą moją i Lou. Nie czekając nawet, aż blondyn zaciągnie ręczną dźwignię biegów, otworzyłem drzwi i niczym oparzony, wyskoczyłem na zewnątrz, trzaskając z nimi.
-Harry? - zaczął niepewnie chłopak, opuszczając jedną z szyb.
-Tak? - spojrzałem na niego wyczekująco.
-Jeszcze raz przepraszam. Nie tylko za to co powiedziałem, ale też za to, że… chciałem cię pocałować. Nie powinienem był tego robić - westchnął ze skruchą wymalowaną na twarzy.
-Nie przejmuj się tym, jest w porządku - odchrząknąłem z nieco wymuszonym uśmiechem.
-Na pewno? Nie chciałbym stracić cię jako przyjaciela… - zmartwił się.
-To niczego między nami nie zmienia - zapewniłem, jednak w głębi serca czułem, że okłamuję nas obu.
-Naprawdę? - upewnił się.
-Tak. Jest już późno. Zmykaj do domu, a ja biegnę do mieszkania zanim całkowicie odmrożę sobie uszy i palce - rzuciłem.
-W przyszłym roku na urodziny kupię ci czapkę rękawiczki - odparł na co zaśmiałem się niezręcznie.
Stałem przez chwilę na parkingu, obserwując oddalające się auto blondyna. Gdy było już na tyle daleko, by chłopak nie mógł mnie zobaczyć, rzuciłem się biegiem na drugą stronę ulicy. Nie była to jednak droga prowadząca do mojej kamienicy. Przepychałem się pomiędzy ludźmi, wysłuchując wyzwisk i bluzgów od wszystkich, na których wpadłem nawet nie kłopocząc się przeprosinami, dopóki nie dotarłem do celu. Wielki, neonowy szyld świecący nawet w środku dnia boleśnie raził mnie w oczy. Bez wahania zbiegłem po schodach prowadzących do niewielkiego lokalu, znajdującego się w piwnicy jednej z kamienic. Gdy otworzyłem drzwi od razu uderzyła we mnie głośna muzyka oraz dym z papierosów i cygar. Nie zważając na blondynkę wymiotującą w kącie sali, pewnym krokiem ruszyłem w stronę baru, niedbale rzucając swój płaszcz na podłogę.
-Harry! Kopę lat! Dawno cię u nas nie było! - zawołał barman, witając mnie szerokim uśmiechem.
-Ta, ta - burknąłem pod nosem, siadając na wysokim stołku.
-To co zwykle? - spytał, a ja skinąłem głową. - Czysta whiskey raz - popchnął kieliszek w moją stronę. Jedynym co wcześniej powstrzymywało mnie od picia był Louis, jednak skoro straciłem jego, nie miałem do stracenia już nic więcej.
-Chyba się nie zrozumieliśmy. Poproszę całą butelkę.
Skomentuj :)
http://verinlou.tumblr.com/post/84446840008/young-beautiful-rozdzial-iv
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz