niedziela, 4 maja 2014

Wziął wdech i pociągnął rękawy swojej marynarki w dół. Wygładził jasny materiał i jeszcze raz przebiegł przez włosy palcami, układając jasną grzywkę. Spojrzał w lustro, a niebieskie oczy przebiegły po postaci odbijającej się w nim. Wciąż miał wrażenie, że nie wygląda dobrze. Zmarszczył nos wyraźnie niezadowolony. Moment potem rozległo się pukanie do drzwi i nie miał już wyjścia.

Zbiegł po schodach, założył na ramiona płaszcz, a z komody wziął zaproszenie. Otworzył drzwi i od progu przywitał go przyjazny oraz ciepły uśmiech Emmy. Wyglądała oszałamiająco w długiej kremowej sukni od dołu obszytej błyszczącymi diamencikami. Odwzajemnił jej gest, wyszedł, po czym zamknął drzwi.


- Ślicznie wyglądasz – stwierdził, odruchowo przygładzając włosy.

- Oj. Przestań – skarciła go i delikatnie uderzyła w rękę, którą od razu cofną od grzywki. Szatynka przebiegła przez nią i uśmiechnęła się. – Już. Teraz wyglądasz perfekcyjnie. To co? Jedziemy?

- Tak – przytaknął Niall i otworzył jej drzwi samochodu, którym przyjechała, po czym okrążył go i usiadł z drugiej strony. Kierowca odpalił silnik i dotarło do nich ciche buczenie. Chwilę potem sunęli przez ulice Londynu 2.0. Noga Horana drżała ze zdenerwowania, a ręce pociły mu się. Jego palce poruszały się bezwiednie, a w myślach tworzyła się melodia, którą wybrał by zagrać. Moment potem dziewczyna położyła dłoń na jego kolanie, zaciskając ją i chcąc uspokoić drżenie nogi.

Niall spojrzał na nią odrobinę zlękniony.

- Uspokój się – poleciła mu, gładząc go po udzie. – Będzie dobrze.

- A-Ale jak coś pójdzie nie tak? – zająknął się. – Nigdy nie grałem dla tylu ludzi. I tak ważnych. Zazwyczaj dla rodziny albo w szkole.

- Naprawdę. Wszystko będzie w porządku – zapewniła go, klepiąc po kolanie. – Będę z przodu, więc możesz patrzeć na mnie i grać, jeśli to cię uspokoi.

- Dobra – wysapał i spojrzał w okno. Słońce już zaszło, a na niebie pojawił się tylko jeden księżyc. Drugi był w nowiu. Zaczęły też jaśnieć pierwsze gwiazdy i to na nich starał się skupić, a nie na tym co go dziś czekało. Dopiero gdy przekroczyli bramę Kapitolu, jego serce zaczęło tłuc się jak szalone.

Samochód zatrzymał się przed szerokimi schodami. Blondyn wysiadł pierwszy, po czym podał ramię swojej przyjaciółce. Ta ujęła je z uśmiechem i wspięli się po stopniach. Przy drzwiach podali swoje zaproszenia po czym weszli do przestronnego hallu głównego. Po lewej znajdowała się szatnia, w której zostawili swoje okrycia wierzchnie i skierowali się do drzwi po drugiej stronie, które prowadziły do przestronnej sali.

Niall pomyślał, że znalazł się w sali balowej jakiegoś zamku. Wysokie kolumny pięły się w górę, a z sufitu zwieszały kryształowe żyrandole. Dwa wyjścia balkonowe, znajdujące się po prawej stronie były otwarte, a goście co róż kierowali się w tamtą stronę. Sala wypełniona była mężczyznami w czarno-białych kreacjach. Panie natomiast miały piękne suknie w przeróżnych kolorach. Od bieli zaczynając, poprzez pomarańcz, czerwień, czy zieleń, a na czarnym kończąc. On jednak szukał w tłumie czerwonego garnituru, który rzekomo miał założyć Louis.

- Kogo tak wypatrujesz? – szepnęła mu na ucho dziewczyna, kiedy podszedł do nich kelner ze srebrną tacą. Wzięli po kieliszku szampana i ruszyli dalej przez salę.

- Moich przyjaciół – odpowiedział, upijając niewielki łyk alkoholu. Może dzięki niemu choć trochę się rozluźni i zapomni o zdenerwowaniu.

W końcu dostrzegł w tłumie znajomą sylwetkę. Tę burzę czekoladowych loków poznałby wszędzie. Pociągnął więc w tamtą stronę Emmę i stanął przed przyjaciółmi. Zlustrował Louisa od stóp do głów i wywrócił oczyma.

- Naprawdę wyglądasz jak pstrokata papuga – stwierdził, na co szatyn trzepnął go w ramię, po czym poprawił swoją marynarkę. Niall uśmiechnął się i upił kolejny łyk szampana, kiedy na podwyższeniu pojawił się burmistrz. Na sali zaległa cisza, a wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę.

John Deep był mężczyzną w wieku czterdziestu pięciu lat. Ciemne włosy falami układały się do tyłu. Zarost został idealnie przycięty, a ciemnobrązowe oczy przebiegały po tłumie zebranych. Granatowy garnitur został idealnie skrojony, a pod szyją - na złotym łańcuszku - zawieszony był medalion. Każdy burmistrz nosił inny i znajdował się na nim symbol zdolności parakinetycznej. Przywitał się ze wszystkimi gestem dłoni i odczekał, aż zapanuje cisza.

- Witam was wszystkich w Londynie 2.0 – jego głos poniósł się po sali, docierając do najdalszych zakątków. – Witam was w mieście, gdzie zaczniecie nowe życie. Żywię przeogromną nadzieję, iż każdy z was znajdzie tu dla siebie miejsce i zadomowi się. Bowiem celem projektu Pionierów Elizjum jest odbudowanie potęgi ludzkiej tutaj, a także integracja między klasowa. Społeczeństwo nie jest silne, jeśli jest podzielone. Wznieśmy więc toast za nowy świat.

Burmistrz uniósł w górę swój kieliszek, a wszyscy na sali poszli w jego ślad. Niall wypił wszystko do dna, czując jak znów zaczyna się denerwować. Odstawił naczynie na tacę kelnera, który akurat koło nich przeszedł i odetchną.

- A teraz, jak co roku, nasz bal otworzy występ znakomitego muzyka. W zeszłym roku była to pani Andrea Roberst, wybitna śpiewaczka operowa – oznajmił pan Deep, a kobieta o długich blond włosach w długiej purpurowej sukni, wyszła do przodu i uprzejmie skinęła głową, za co została nagrodzona brawami. – W tym roku nasz bal otworzy wybitnie zdolny młody człowiek. Gra na trzech instrumentach, ale mi osobiście zaimponował harfą. To niezwykle piękny instrument, wydający cudowne dźwięki. Pani Roberts zapewne zgodzi się ze mną. Tak więc, proszę państwa, powitajmy brawami pana Nialla Horana.

Blondyn przełknął ślinę, wziął głęboki oddech i odprowadzony oklaskami wspiął się na podwyższenie. Uścisnął dłoń burmistrza, który zachęcił go szerokim uśmiechem, a gestem dłoni wskazał instrument. Niall podszedł do krzesła, na którym usiadł, z sercem rozbijającym się w jego piersi. Oparł ciężki instrument o swoje ramię i nim zaczął, rozejrzał się po tłumie ludzi.

W odległym kącie dostrzegł znajomą sylwetkę. Cały był ubrany na czarno, a jego ciemne oczy wpatrywał się w niego. Jedną dłoń wcisnął do kieszeni, w drugiej zaś ściskał kieliszek z szampanem. Uniósł go lekko w górę, jakby wiedząc, że patrzy właśnie na niego. To właśnie ten gest dodał mu otuchy i uspokoił jego serce.

{Gleam In Angel’s Eye-Drop}

Pociągnął więc za nylonowe struny, a spod jego palców zaczęły wydobywać się pierwsze delikatne dźwięki, które wypełniły salę. Szarpał je delikatnie, po czym muzyka przybrała ciut na sile, by mniej więcej w połowie odrobinę przyśpieszyć. Zaczął się wczuwać w znajomą melodię. To była jego ulubiona i grał ją już tyle razy, że teraz nie wiedział czym się tak stresował. Jego palce praktycznie bezwiednie przeskakiwały między kolejnymi strunami.

Melodia znów zwolniła i Horan wiedział, że zbliża się do końca. I nagle – mimowolnie - poczuł ulgę, iż to już koniec. Ostatni raz pociągnął za struny, po czym wyciszył je układając na nich całe dłonie. Odetchnął z ulgą, postawił instrument i podniósł się ze swojego miejsca. Zrobił kilka kroków w przód i skłonił się lekko, w nagrodę otrzymując gromkie brawa oraz słowa zachwytu od samego burmistrza, co wprawiło go w zakłopotanie. Podziękował jednak uprzejmie i zszedł na dół, gdzie od razu zaczepiła go ów śpiewaczka.

- To było naprawdę coś wspaniałego – odparła, biorąc z tacy kieliszek z szampanem i podała go Niallowi, który przyjął go uprzejmie. – Zagrałeś to wybitnie. Wręcz po mistrzowsku. Ile ty masz lat chłopcze?

- Dwadzieścia cztery, proszę pani – odpowiedział grzecznie.

- Taki młody, a taki zdolny – zachwyciła się. – A na czym jeszcze grasz?

- Na fortepianie i gitarze – odparł, upijając łyk szampana. Rozmawiali jeszcze chwilę, po czym Niall grzecznie ją przeprosił, mówiąc że przyjaciele na niego czekają. Tak naprawdę szukał Zayna. Chciał mu zadać kilka pytań, jednak gdy nigdzie go nie dojrzał, po prostu odszukał swoich znajomych.

ͽ†ͼ

To był długi wieczór. Trochę za długi dla Nialla. I zbyt pełen wrażeń oraz alkoholu. Rozluźnił się po kilku kolejnych drinkach i nawet zatańczył z Emmą, ale w końcu odpadł. Zaczęło kręcić mu się w głowie i przeprosił ich, tłumacząc się, że musi zaczerpnąć trochę świeżego powietrza.

Wyszedł na jeden z balkonów i wziął głęboki wdech świeżego, nocnego powietrza. Chłodny wiatr przebiegł przez jego włosy i otulił policzki. Oparł dłonie na marmurowej balustradzie i spojrzał na pierścienie, które tak bardzo go fascynowały. Moment potem zaczął zastanawiać się która jest godzina, jednak zrezygnował po chwili. Potrzebował oczyścić swój umysł, wiec przymknął oczy.

- Bardzo ładnie grałeś – usłyszał za sobą znajomy głos. Odwrócił się, a jego spojrzenie zatrzymało się na Zaynie. Jego czarny garnitur leżał na nim idealnie, jakby był szyty na niego. A przecież należał to klasy robotniczej. Nie przypuszczał, że może tak dobrze wyglądać. A jednak. Czarne jak noc włosy postawił, a czekoladowe oczy błyszczały. W ręce obracał kieliszek z szampanem.

- Dziękuję – odpowiedział, przeczesując grzywkę palcami. Brunet podszedł do niego i oparł się biodrem o balustradę. Ustawił na niej kieliszek i splótł ręce na piersi, przyglądając się chłopakowi uważnie. Jak zwykle nie dostrzegł na jego twarzy zawstydzenia. Raczej zdystansowane zainteresowanie.

- Czy nie miałeś trzymać się ode mnie z daleka? – spytał Niall, bawiąc się swoimi palcami.

- Owszem, miałem – przytaknął mulata, a kącik jego ust drgnął ku górze. – Ale to jak nieświadomie wciąż wypatrywałeś mnie w tłumie, kazało jednak zagadać.

Wpatrzył na ciemnowłosego chłopaka, który wpatrywał się w niego swoimi czekoladowymi oczami. Lśniły dziwnym blaskiem. Było w nich coś co powinno mu się nie podobać i kazać mu uciekać, najdalej jak się da. I to właśnie to sprawiało, że wciąż stał przy nim zaciekawiony, a przez jego ciało przebiegł dreszcz.

- Zimno ci? – zapytał Zayn. – W sumie chłodny dziś wieczór.

- Nie. Nie jest mi zimno – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Mogę zadać pytanie?

- Yhym – mruknął w odpowiedzi mulat, upijając łyk szampana.

- Co miałeś na myśli, nazywając mnie piękną osobą? – spytał, robiąc krok w jego stronę. – Co to znaczy, że jestem jednym z pięknych ludzi.

Brunet spojrzał na niego znad kieliszka, zastanawiając się czy powinien mu to mówić. To mogło nie być właściwe posunięcie, skoro nie miał bladego pojęcia co znaczy to pojęcie. Doszedł do wniosku, że w większych tarapatach, jak już jest, nie może być.

- Pięknych ludzi łatwo rozpoznać. Są naiwni, powściągliwi, niewinni i wysoce inteligentni – wytłumaczył, obracając szkło w palcach i przyglądając się jak szampan przelewa się z jednej ścianki na drugą. – No i mają awersję do kolorów. Lubują się w bieli, czerni oraz wszystkich odcieniach szarości i niebieskiego. Od jasnego, jak ten przy twoim kołnierzyku, po głęboki granat na klapach twojej marynarki. Domyślam się, że nie założył być czegoś w odcieniu jaskrawej żółci.

- Broń Boże – zawołał i pokręcił głową, a po chwili dotarło coś do niego. Zamrugał i spojrzał na miasto, które było widoczne z balkonu. Gdzieniegdzie wciąż świeciły się światła w oknach. Jednak to ani trochę nie zwróciło jego uwagi. Rozważał uważnie to co zasłyszał.

- Naprawdę jestem naiwny? – spytał, zaciskając palce na balustradzie.

- Bardzo, bardzo naiwny – usłyszał głos Malika, przy swoim uchu, a jego ciepły oddech umiótł jego policzek i to mu się nie podobało. – A teraz nie pochwalasz mojej bliskości. Wolisz bym był równie powściągliwy co ty? Wybacz. Nie należę do Pięknych Ludzi.

Brunet wyprostował się i cofną, nie chcąc drażnić blondyna, który mógłby coś zrobić. Oparł się pośladkami o balustradę i przyglądał się ludziom w sali przez krótką chwilę. Moment potem odwrócił wzrok na profil chłopaka stojącego obok ze spuszczoną głową. Domyślał się, że pewnie ma teraz mętlik w głowie.

- Rząd potrzebuje takich jak wy – odezwał się ponownie. – Naiwnych, czasem zdystansowanych i niezwykle inteligentnych. I nie mam na myśli prac badawczych czy naukowych.

- Skąd wiesz takie rzeczy? – spytał cicho Niall, podnosząc na niego spojrzenie. – Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz?

Prychnął i znów spojrzał na salę. W ich kierunku szło dwóch mężczyzn i Zayn wiedział, że musi się zmywać, jak nie chce mieć przechlapane. Odepchnął się więc od balustrady i spojrzał na niego.

- Nie uwierzyłbyś gdybym ci powiedział. Ale jakbyś był ciekaw, to prace kończę o szesnastej – odezwał się cicho, po czym dodał głośnie, widząc kątem oka mężczyzn. – Dziękuję za miłe towarzystwo, sir.

Mulat skinął lekko głową, wziął swój kieliszek i ruszył z powrotem na salę, w połowie balkonu mijając się z rosłymi gośćmi.

Zaskoczony blondyn taką odpowiedzią, spojrzał za nim i dopiero po chwili dostrzegł dwóch ochroniarzy burmistrza. Obaj zmierzyli bruneta uważnym spojrzeniem, po czym podeszli do Horana.

- Czy tamten mężczyzna naprzykrzał się panu? – zapytał ciut wyższy, z krótko przystrzyżonymi włosami.

- Nie – odpowiedział Niall, wyłapując spojrzenie czekoladowych tęczówek. – Skądże znowu. Rozmawialiśmy tylko. Właściwie to zapytał, czy może się przyłączyć i staliśmy w ciszy.

Skłamał. Po raz pierwszy w życiu skłamał i nie czuł się z tym jakoś specjalnie źle. Miał nieodparte wrażenie, że postąpił dobrze. Tak więc przeniósł wzrok na drugiego z mężczyzn, który poinformował go, iż burmistrz chciałby z nim porozmawiać. Skinął głową i ruszył za nimi przez salę.

Podszedł do pana Deepa, który rozmawiał ze smukłym mężczyzną o dużych brązowych oczach, otulonych długimi rzęsami. Jego czarne włosy sterczały we wszystkie strony. Wyglądało na to, że nie specjalnie przywiązywał uwagę do swojej fryzury. Za to jego szary garnitur leżał na nim idealnie.

- Ah, pan Horan – ucieszył się burmistrz, zapraszając go bliżej. – To pan Nicholas Grimshaw, wiceburmistrz.

Blondyn przywitał się z nim, ściskając jego dłoń i odwzajemniając uśmiech jaki zagościł na twarzy młodszego - zdecydowanie - mężczyzny.

- Panie Horan. Zauważyłem, że zdecydował się pan badać te niezwykłe bioluminescencyjne rośliny – odezwał się zaciekawiony mężczyzna. – Botanicy, którzy do tej pory przybyli woleli trzymać się od nich z daleka. Ponoć są trujące.

- Są też niezwykle piękne, proszę pana – odpowiedział grzecznie Niall. – A ja jestem ciekaw co wypłynęło na nie, że wytworzyły tę mutację.

- Ciekaw świata – skwitował Grimshaw. – Podoba mi się chłopak.

- Mam nadzieję, że będzie mi pan na bieżąco dostarczał protokoły ze swoich badań? – spytał uprzejmie Deep, ignorując wiceburmistrza. – Bardzo lubię rośliny, choć jestem hydrokinetykiem – wyznał. – A tutejsza flora niezwykle mnie fascynuje.

- Oczywiście, że będę pana informował – odparł i wziął głęboki wdech, czując jak znów zaczyna kręcić mu się w głowie. – Bardzo przepraszam, nie chcę być nieuprzejmy, ale nie najlepiej się czuję. Tak więc jeżeli burmistrz pozwoli znajdę przyjaciół i zapowiem im, iż wracam już do domu.

- Oczywiście – przytaknął. – Ale to nic poważnego, mam nadzieję.

- Troszkę za dużo alkoholu – uśmiechnął się słabo i pożegnał.

Odnalazł Harry’ego, Louisa oraz Emmę i oznajmił im, że nie czuje się najlepiej, więc będzie wracał do domu. Szatynka zabrał się z nim uznając, że bez niego to już nie będzie fajnie i zanudzi się na śmierć. Skierowali się więc do wyjścia z sali. Odebrali swoje płaszcze z szatni, a ich samochód podjechał pod schody, po których zeszli. Niall czuł się niezwykle zmęczony od natłoku myśli, które zaczęły wirować w jego głowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz