sobota, 15 lutego 2014

W piątek w szkole Liam nie może się na niczym skupić. Nie pisze notatek, nie odrabia pracy domowej, ani nie oddaje żadnej nauczycielowi. Nie uczestniczy w lekcji, ani w rozmowie, którą próbuje nawiązać z nim Louis podczas ich wspólnych zajęć. Lunch mija mu na wykonywaniu ruchów podobnych do jedzenia, ale naprawdę niczego nie próbowaniu.

Idzie prosto do domu po raz pierwszy od kilku dni i wypuszcza Bustera na zewnątrz. Jedyne co jest w stanie czuć, kiedy Buster wybiega z ich ogródka do sąsiadów, to irytacja, mimo że pies sąsiadów jest trzy razy większy od Bustera i łatwo mógłby zrobić z niego obiad.

Liam znajduje jamnika i zabiera go z powrotem do domu. Następnie przyrządza herbatę w imbryku i bardzo się stara, żeby choć raz nie słuchać rozkazów i wymigać się od dzisiejszego sprzątania.

Próbuje to zrobić, naprawdę próbuje, ale wie, że jakąkolwiek karę daje mu Bóg, za cokolwiek co zrobił musi być to coś na co zasłużył, ale to strasznie trudne wrócić do kościoła, wiedząc co tam na niego czeka.

A poza tym, nie jest wcale trudno tego pragnąć.

Liam coś czuje, kiedy Zayn jest w pobliżu. Nie jest do końca pewien co to za uczucie, ale ono tu jest i nieważne jak głęboko próbował je pogrzebać przez ostatnie kilka dni.

Myśli, że to może być dreszcz. Wie, że Zayn jest czymś złym i wie, że wszystko co z nim związane jest złe, ale nadal tego chce. I to przeraża go najbardziej.

Nigdy nie miał problemu z odmawianiem nieprawym rzeczom. Nigdy nie próbował alkoholu, nigdy nie palił, ani nie miał do tego chęci. Nigdy nie myślał o seksie przed ślubem i nigdy nie uznał tego za właściwe. Nie używa brzydkich słów. Nie rusza nawet samochodem przed uprzednim zapięciem pasów, więc dlaczego jest mu tak niemożliwie trudno powiedzieć Zaynowi „nie”?

Jest szczerze zaskoczony, że wytrzymał tak długo, ale to nie znaczy, że nie chce czegoś więcej niż samo myślenie o tym. O wiele łatwiejsze jest olewanie Zayna, niż przyznanie, że go pragnie, co również go przeraża.

Więc robi to, co każdy wierzący mężczyzna zrobiłby na jego miejscu – nalewa sobie kubek herbaty i modli się. Zamyka oczy i bardzo się stara nie myśleć o Zaynie inaczej niż jak o wstrętnym stworzeniu, ale za każdym razem, gdy w głowie Liama pojawia się wspomnienie z nim, musi znowu spróbować być obrzydzonym.

Tak jest za każdym razem, kiedy Liam jest wściekły na Zayna, aż nagle wspomnienie tych złudnych, choć niezwykle pięknych, oczu wszystko niszczy.

Liam siedzi na kuchennym blacie ze swoją herbatą pod nosem i marszczy brwi, jak gdyby szukał sensu życia w zabarwionej wodzie, dopóki nie słyszy pukania w drzwi tarasowe.

To wystrasza go nie na żarty, a Buster wypełza ze swojego psiego łóżka w pralni, jego pazury rysują podłogę, kiedy drepcze, żeby sprawdzić o co chodzi.

Pusty dźwięk stykania się knykci ze szkłem przepełnia kuchnię i Liam wstaje ze swojego miejsca z zaciśniętymi ustami. Zanim udaje mu się wyciągnąć jakiekolwiek wnioski, odsuwa zasłonę i wzdycha z ulgą. Louis patrzy na niego przez szybę ze złośliwym błyskiem w oku, który Liam zna za dobrze. Liam otwiera drzwi i wpuszcza go do środka.

- Lou, co ty tu robisz? Mówiłem ci, jestem uziemiony. – mówi karcąco Liam, chociaż jest dziesięć razy szczęśliwszy, kiedy widzi Louisa, zamykającego drzwi i wchodzącego do kuchni.

- Wiem, ale wyglądałeś na bardzo przybitego dziś w szkole, więc stwierdziłem, że potrzebujesz towarzystwa. – Louis wygląda na pełnego nadziei, że Liam nie może się powstrzymać od przytulenia go. To miał być szybki uścisk jednym ramieniem, ale Liam przyciąga chłopaka bliżej i trzyma tak przez kilka długich sekund.

Louis odwzajemnia uścisk, ale Liam czuje, że jego ruchy są skrępowane. – Li? – próbuje Louis i układa brodę na ramieniu Liama.

Liam wzdycha ciężko. Nie może okłamywać Louisa, ale co więcej, wie, że nie może mu nic powiedzieć. Mimo iż jesteś najbliższym przyjacielem Liama, to nie jest coś, czym Liam chciałby się podzielić. Nawet z Louisem.

Chociaż Louis nie jest zbyt dobrze nastawiony do religii, to jeśli Liam będzie gotowy mu powiedzieć to wie, że Louis będzie pierwszym, który się dowie.

Ma tylko nadzieję i modli się, że nie będzie musiał tego robić, chce bardziej niż czegokolwiek, wrócić do kościoła i zobaczyć, że Zayn odszedł. Przynajmniej tak myśli…

- Liam? Ziemia do Liama. – Louis delikatnie dźga go dwoma malcami w żebra, a mięśnie Liama drgają w odpowiedzi.

- Wszystko w porządku, Lou. – kłamie Liam, puszczając Louisa po długim uścisku. Louis wygląda na nieprzekonanego. – Po prostu za tobą tęsknię.

- Więc, jestem tu. – mówi z nadzieją i uśmiechem. – Zauważyłem, że samochodu twojego taty nie ma na podjeździe, więc czy to znaczy, że mogę zostać?

Liam marszczy brwi. – Lepiej nie, Lou. Jeśli mój tata się dowie, że tu byłeś w czasie mojego szlabanu, prawdopodobnie wyśle mnie do szkoły wojskowej.

Louis krzywi się. – Krótko ścięte włosy ci nie pasują, mówię ci.

Liam śmieje się i w końcu to czuje. Odkłada na bok całe poczucie winy, bo nikt nie sprawia, że tak się czuje, tylko Louis. – Co ty na to, żebyśmy poszli do twojego pokoju i obejrzeli film? Mogę się wymsknąć przez okno, kiedy twój tata wróci do domu. – sugeruje Louis po chwili ciszy. Liam przemyśla to przez chwilę.

- Co jeśli się dowie? – pyta, choć czuje się dziecinnie, używając tych słów. – Mój tata urwie ci głowę. Wiesz co o tobie myśli. – Louis wywraca oczami, pochylając się, żeby sięgnąć po szczeniaka, który domaga się chwili uwagi. Buster liże Louisa po policzku, sprawiając, że chłopak chichocze w najbardziej uroczy sposób.

- Tak, wiem. „Masz zły wpływa na mojego syna, awanturnik, złe nasienie, jedno zgniłe jabłko psuje cały koszyk”. Słyszałem o wiele gorsze rzeczy, Li. Nie boję się pastora Payne’a.

- Może powinieneś. – Liam wzrusza ramionami. – Ja wiem, że boję się, iż nigdy więcej cię nie zobaczę, bo nie możesz trzymać się z daleka od mojego domu.

- Oh, nie dramatyzuj. Idę na górę, a jeśli nie pójdziesz ze mną, zacznę rzucać twoimi pierdołami. – grozi Louis.

Liam zaciska usta. – Czekaj, Lou, nadal muszę iść do kościoła dziś wieczorem. Nie mogę tego odpuścić. Nie mogę.

- Oh, oczywiście, że możesz. To proste. – Louis bierze Liama za rękę i ciągnie go za sobą mimo protestów.

Tej nocy Liam dowiaduje się, że Louis „spotykał się” z kimś nowym, a kiedy Liam udaje zranionego, Louisa uderza go w ramię i wywraca oczami.

- Nie w ten sposób, ty głupku. Mam na myśli, że spotykałem się z kimś.

- Oh. Oh. – Liam kiwa głową i uważnie słucha jak Louis opowiada o drugoklasiście, który jest „o wiele fajniejszy, niż powinien być” według Louisa i kilku metafor o jego włosach i falach oceanu, co zbija Liama z tropu. Dowiaduje się, że imię tego drugoklasisty to Harry i Louis spotyka się z nim przez trzy tygodnie, a Liam nawet nie wiedział.

Jakkolwiek nie fair to jest, wyjawianie ukrywanego sekretu w takich okolicznościach, Liam czuje się trochę zraniony, że dowiaduje się o tym chłopaku teraz. Nie chce wyglądać na zasmuconego, ale to i tak się dzieje.

- Liam, powiedziałbym ci, ale nie wiedziałem czy nie odegrasz gejowskiego szaleńca. – wyjaśnia Louis, jak gdyby nic, machając ręką, żeby to udowodnić. – Poza tym, to na razie nic takiego.

Smutek Liama tylko się powiększa i marszczy brwi, kiedy mruczy niezadowolony – Brzmi inaczej, według mnie.

Louis wydaje z siebie dziecinny chichot i Liam kompletnie zapomina o kościele i swoim ojcu, i nawet o Zaynie. Jest po prostu bardzo szczęśliwy, że może spędzić czas z kimś oddalonym od jego problemów.

Kiedy ojciec Liama wraca do domu, Louis wyślizguje się przez okno bardzo szybko tak jak planował, dzięki swojemu niewielkiemu ciału i zwinnym ruchom kota. Liam pisze wypracowanie do szkoły z Busterem skulonym na jego kolanach, kiedy jego tata otwiera drzwi do pokoju.

- Cześć, Liam. Jak było w szkole? – pyta, wyglądając bardziej radośnie niż zazwyczaj.

- Oh, było w porządku, tato. Jak w pracy? – odpowiada formalnie. Dopiero zorientował się, że ich rozmowy wyglądają o wiele oficjalniej w porównaniu do tych, które prowadzi z Louisem.

- Dobrze. Łatwy dzień, dzięki Bogu. A jak wygląda kościół? – pyta jego ojciec. – Skończysz listę do niedzieli?

Liam zamiera na pół sekundy, zanim pozwala sobie skłamać. – Wygląda świetnie. Wszystko idzie według planu.

Jego ojciec kiwa głową i, wyglądając na zadowolonego, zamyka za sobą drzwi, zostawiając Liama z rosnącym poczuciem winy.

_____________

Kiedy Liam się budzi, jest sobota i nie może być bardziej wdzięczny. To ostatni dzień sprzątania, nie ma szkoły i wygląda na to, że spał do dziewiątej. Bierze prysznic, spędzając trochę więcej czasu na przeczesywaniu swoich włosów zamydlonymi palcami i myśli co zrobi na śniadanie.

Jego ojciec jest już na dole, czyta gazetę z palcami owiniętymi wokół kubka czarnej kawy. Spogląda do góry i uśmiecha się, kiedy widzi Liama, schodzącego po schodach.

- Dzień dobry, synu. – mówi i zamyka gazetę.

Liam posyła mu uśmiech i macha, spoglądając na drzwi tarasowe, zwiększając swój uśmiech. Słońce jest wysoko na niebie i świeci, rzucając żółte promienie i to pierwszy ładny dzień od dawna.

- Jadłeś śniadanie? – pyta Liam, kiedy otwiera lodówkę i zagląda do niej.

- Czekałem na ciebie. – informuje jego ojciec. – Chcesz wyjść z Busterem, a w międzyczasie ja usmażę jajka?

Liam przytakuje, chociaż wie, że to nie do końca sugestia, tylko polecenie. Bierze szczeniaka na ręce. Liam zakłada Busterowi długą smycz i pozwala mu truchtać po ogrodzie.

Liam zostawia drzwi tarasowe otwarte, żeby mógł słyszeć jeśli coś pójdzie nie tak, a kiedy już to zrobił, jego ojciec zdąża rozbić cztery jajka i ubić je w misce, kiedy rozgrzana patelnia czeka.

Liam decyduje, że to moment, w którym powinien przejąć gotowanie, bo ostatnim razem, gdy pastor próbował gotować na kuchence, skończyło się to poparzeniem i wycieczką do szpitala.

Mimo wszystko, ma świetny poranek. Włącza kreskówki w salonie, kiedy gotuje i słyszy jak Buster prowadzi konwersację z psem sąsiadów – z odpowiedniej odległości.

Nie spieszy się z gotowaniem jajek, a jego tata w międzyczasie robi tosty z masłem. Siadają razem na kanapie i jedzą w swoim towarzystwie tradycyjnie po modlitwie.

I nie może być lepiej, kiedy… - Liam, zdecydowałem, że możesz być „od-uziemiony”. Pracowałeś ciężko w kościele przez cały tydzień.

Liam zamiera z widelcem w połowie drogi do ust, a kawałek jajka spada komicznie na talerz.

- Mówisz poważnie?

Jego ojciec wzrusza ramionami. – Oczywiście. Nie uważasz, że na to zasłużyłeś?

Liam energicznie przytakuje. – Zdecydowanie zasłużyłem.

- Też tak myślę, dlatego po skończeniu ostatniej czynności z listy, możesz robić co chcesz dzisiejszego wieczoru.

Liam otwiera szeroko oczy, a jego wnętrzności robią fikołka, kiedy orientuje się, że nadal musi zrobić jedną rzecz.

___________

Musi się zdobyć na odwagę, żeby otworzyć drzwi, bo stoi z palcami owiniętymi wokół klamki, wyglądając jak idiota i czując się jak tchórz.

- No dalej, Liam. – mówi do siebie, zaciskając oczy i nareszcie mając siłę otworzyć drzwi.

Przygotowywał się do tego przez przynajmniej godzinę, myśląc o tym, kiedy zakładał buty i bluzę, mówiąc do siebie w głowie i odgrywając różne sytuacje w myślach, kiedy spędził dziesięć minut przed kościołem, bojąc się otworzyć drzwi.

Ale w środku jest tak zdenerwowany jak nigdy dotąd, moczy palce w święconej wodzie, mówiąc krótką modlitwę pod nosem, kiedy wykonuje znak krzyża.

Stawia kilka kroków w głąb cichego kościoła i zatrzymuje się, jego ramiona opadają, a na twarzy pojawia się mimowolna oznaka porażki.

Zayn leży z rozprostowanymi nogami i rękami, patrząc do góry, a jego skrzydła rozłożone są na marmurze. Patrzy się na sufit, wchłaniając tyle późno-porannego słońca ile może.

- Zayn. – mówi delikatnie Liam, nie unosząc głosu, żeby być słyszanym, bo są od siebie w odległości kilku kroków. Zayn unosi się na łokciach ze smutkiem na twarzy i zatrzymuje wzrok na Liamie.

- Gdzie byłeś wczoraj, kochanie? – pyta tonem tak delikatnym, że w połowie uspokaja nerwy Liama. Jego głos jest niezwykle kojący. – Zaczynałem myśleć, że cię wystraszyłem.

Zayn zdobywa się na maleńki, subtelny, ale złośliwy uśmieszek, kiedy wymawia ostatnie słowa.

- Nie zrobiłeś tego. – Liam nie może spotkać jego wzroku, bojąc się, że może ulec i zrobić coś, na co nie jest gotowy. Nie mówi nic więcej tylko bierze obszarpaną listę i bierze się do pracy.

Nie ma wiele do zrobienie, ale nie spieszy się z tym, próbując zabić czas, który spędziłby na mówieniu do siebie. Jego brzuch pali go ze strachu – takiego, którego dostajesz, kiedy musisz wystąpić przed rówieśnikami i więcej niż raz musi przerwać sprzątanie, żeby wziąć kilka głębokich wdechów.

Kiedy kończy, jego zegarek wskazuje w pół do czwartej, co znaczy, że spędził większość dnia, zachowując się jak przestraszone dziecko. Odkłada miotłę, której używał na miejsce i odwraca się twarzą do Zayna.

Odnajduje go, siedzącego w ławce z nogami rozłożonymi byle jak , patrzącego na jego pacę z pewnym siebie pół-uśmiechem na twarzy.

- Więc, okej. Skończyłem tutaj. – mówi Liam, wzdychając. Zayn przechyla głowę na bok, zatrzymując uśmiech, bo wie, że Liam ma więcej do powiedzenia.

Liam wygląda jakby nie mógł znaleźć właściwych słów, ale w końcu otwiera usta, żeby coś powiedzieć.

- Jutro jest niedziela, Zayn. Nie możesz tu zostać.

Zayn nie reaguje tak, jak Liam tego oczekiwał, natomiast pozostaje niewzruszony.

- Nie mam za wiele do zaoferowania, ale możesz zostać w moim pokoju, dopóki nie wymyślę jak na stałe się ciebie pozbyć. – mówi Liam, dodając zdecydowane kiwnięcie głową, żeby pokazać, iż nie żartuje.

Zayn wygląda na zaskoczonego, jest tylko nutka żartobliwości w jego głosie, kiedy mówi. – Wow, Liam. Założę się, że zajęło ci całą noc przemyślenie tego. Siedziałeś i ćwiczyłeś przed lustrem, prawda?

Liam marszczy brwi. – Zamknij się. – nakazuje. – Idziesz czy nie?

Zayn wygląda przez chwilę jakby nad tym myślał. – Jeśli uważasz, że ciężko mnie ukryć w olbrzymim kościele, to co sprawia, że myślisz, iż możesz mnie ukryć w swoim pokoju?

Wzruszając ramionami, Liam odpowiada. – Po prostu wiem, że nie mogę pozwolić, aby ktoś z parafian cię zobaczył. I nie mam dla ciebie innego miejsca. W dodatku, mojego taty często nie ma w domu. Przeważnie tylko w soboty.

Zayn wydaje z siebie śmiech. – W takim razie, w porządku.

- Racja, więc pierwsze rzeczy na początek. – zaczyna Liam, ściągając bluzę przez głowę, a Zayn unosi brew.

- Jak do tej pory mi się podoba. Tak długo jak będziesz zdejmował ubrania, myślę, że będziemy się dogadywać.

Liam wywraca oczami i rozprostowuje swoją koszulkę pod spodem. – Ucisz się. Okej. – podchodzi, żeby dać Zaynowi bluzę, ale zatrzymuje się, kiedy jego wzrok pada na olbrzymie skrzydła wyrastające z jego pleców. – Oh, zapomniałem o nich.

Zayn obraca lekko głowę, pocierając policzkiem o swoje pióra, niczym kot pragnący uwagi. – Otóż, nie cieszy mnie fakt, że muszę ci pomóc, ale jeśli to oznacza dostanie się do twojego pokoju, to… - Zayn przerywa i nagle pochyla głowę z bólem wymalowanym na twarzy, zgrzytając zębami. Zaciska pięści, a odgłos cichego rozrywania i kilku ciężkich oddechów przepełnia powietrze, zanim tona czarnych piór rozsypuje się i upada na podłogę. Kiedy Zayn unosi głowę, na jego obojczykach pojawiają się skrzydła wytatuowane czarnym i szarym tuszem.

Liam gapi się niekontrolowanie, jego dolna warga jest rozchylona i wygląda na zmartwionego. Chce sięgnąć i dotknąć palcami tatuażu, ale nie może się na to zdobyć.

- Możesz tak po prostu to robić?

- Oczywiście nie bez ceny. – mówi Zayn, jego głos przepełniony bólem, kiedy rozluźnia szyję i ramionami. – Boli jak cholera.

- Zważaj na słowa. – zgania go Liam i marszczy brwi, podając Zaynowi swoją zieloną bluzę. – Jesteś w kościele.

Zayn wsuwa bluzę przez głowę i orientuje się, że praktycznie w niej tonie, skoro Liam jest od niego większy o co najmniej dwa albo trzy rozmiary.

- Okej, zabiorę cię do mojego domu. – zaczyna Liam, rozglądając się po sanktuarium. Wie, że wymiguje się od dwóch dni sprzątania, ale teraz są o wiele ważniejsze rzeczy. – Mój tata prawdopodobnie tam będzie, więc będziesz musiał wślizgnąć się do mojego pokoju przez okno i musisz być cicho. Bardzo, bardzo cicho. Możesz to zrobić?

- Oh, Liam. Wydaje się, że myślisz o mnie jak o dzikim zwierzęciu. Dałem radę ukrywać się tak długo, bez bycia zauważonym przez kogoś, przez kogo nie chciałem być zauważony.

- W takim razie, świetnie. Bo przysięgam, jeśli złe zrobi się gorsze, zrzucę wszystko na ciebie w sekundę. – ostrzega Liam, odwracając się na pięcie i udając się do schowka. Wyjmuje miotłę, której wcześniej używał i zaczyna zmiatać rozsypane pióra na kupkę. Wyrzuca je do kosza i otrzepuje ręce, czując, że musi je umyć.

- Uroczo. – prycha Zayn.

Liam spuszcza głowę, czując się niespodziewanie zawstydzony, przez powiedzenie czegoś tak niemiłego. Jednak nie czuje się na tyle winny, żeby przepraszać, więc zaczyna iść w kierunku drzwi i skina głową na Zayna, żeby szedł za nim. W ciszy otwiera je i czeka, aż Zayn zrobi to samo.

Jednak Zayn zatrzymuje się na chwilę, wychyla głowę, sprawdzając obydwie strony. Jego złote oczy napotykają południowe słońce i nabierają złoto-brązowej i zielonej barwy tęczówek, sprawiając, że wygląda jak zwierze, ale także jak człowiek jednocześnie. Liam musi mentalnie zrobić krok w tył.

Zayn wychodzi, jego bose stopy dotykają cementu przez co kuli palce.

- Zimno. – syczy. – Nienawidzę zimna.

Liam wzrusza ramionami. – Jest wczesna wiosna. Czego się spodziewałeś?

- Koca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz