piątek, 22 listopada 2013

39

Tak jak było wspomniane wcześniej, Louis był bardzo radosnym i wesołym mężczyzną. Rozpromieniający wszystko uśmiech rzadko znikał z jego twarzy, a te perfekcyjnie proste, perłowo białe zęby pokazane były światu cały czas. Jego głośny śmiech był słyszalny w studio tanecznym częściej niż powinien, a jego oczy nigdy nie traciły tego błysku radości. Ogólnie, Louis Tomilnson był po prostu szczęśliwy

Jego stopy tanecznym krokiem stąpały po korytarzu, w momencie, kiedy otwierał drzwi wejściowe. Obrócił się z rękami utrzymanymi w powietrzu, którymi starał się utrzymać równowagę. Wszystko w tym pomieszczeniu wręcz przyciągało go do sali muzycznej. Jego sali muzycznej. Jego umysł skoncentrowany był na jego butach, a muzyka wręcz dzwoniła w jego głowie. Delikatne nuty naciskania na klawisze pianina, które dostawały się do jego ucha były inne niż te których uczył się na egzamin.

Jego mózg przyzwyczajony był do cięższych bitów, a te niskie i melodyjne nuty niszczyły jego płynne ruchy. Jego obrót zatrzymał się szybko, a jego błękitne oczy rozświetliły się w szoku.

Zatrzymał swój wzrok na nieznanej postaci pochylonej nad klawiszami pianina. Louis był czujny. Jakiś intruz grał na jego pianinie w jego muzycznym pokoju. W porządku, to nie był jego pokój ani pianino, ale był jedynym, który go używał, więc to po prostu było przyzwyczajenie, że to on na nim grał. A tutaj jakiś intruz naciskał na klawisze i tworzył dziwnie wspaniałą i tajemniczą melodię.

Dwudziestojednolatek zakaszlał, żeby przyciągnąć uwagę na siebie, jednak w zamian nie dostał nic jak tylko kontynuacje utworu. Kiedy ciężka melodia nadal rozbrzmiewała, Louis skradał się bliżej zgarbionej postaci.

„Przepraszam?” Jego wysoki głos wręcz eksplodował w powietrzu. Muzyka zatrzymała się i para zielonych oczy znalazła drogę do Louisa, jednak natychmiast wbiła się w ziemię przerywając kontakt i kłopotliwie błądziła po dywanie. Dłonie chłopaka nadal spoczywały nad klawiszami, jak gdyby były przyklejone klejem. Louis badał wzrokiem, jak sądził, młodego mężczyznę. Na początku jego uwagę przykuła rozczochrana burza loków, które owijały się wokół siebie po mistrzowsku. Delikatna i blada skóra pokrywała jego perfekcyjnie uwydatnioną twarz, spotykając się z zielenią oczu i różem jego ust. Jego twarz można było określić tysiącem słów, a wszystkie oznaczały piękno. Jednak obcy człowiek nadal nic nie mówił.

„Czy ty powinieneś tutaj być?” Louis zapytał chłopaka, próbując ukryć protekcjonalny ton, jaki przebijał się przez jego głos, winiąc za tą cechę swoją matkę.

Cisza

„W porządku, więc…” Louis myślał. “W czym mogę ci pomóc?” zapytał radośniej.

Cisza.

“W porządku… Dobra. Nie wiesz przypadkiem gdzie są moje nuty? Przyszedłem po to właśnie, aby je stąd zabrać.”

Cisza.

„To fragment Beethovena, dość długi, powinien być na stojaku…”

Cisza.

Louis zaczynał się trochę denerwować, kiedy przyglądała się kompletnej ignorancji chłopaka. Jego oczy wręcz przyrosły do podłogi, a wyraz jego twarzy był pusty. Louis nie był człowiekiem, który szybko się denerwował, ale najpierw chłopak bezczelnie grał na jego pianinie a teraz nawet nie chce odpowiedzieć na jego pytanie. Zaczynał go drażnić.

„Posłuchaj jedyne czego potrzebuje to moje nuty, więc gdybyś tylko mógł mi je dać zniknę stąd.” powiedział ostrym tonem. Cichy chłopak poprawił się na krześle i podniósł z ziemi stos nut. Wręczył je Louisowi, który odebrał je ostro.

„Boże nie tak trudno jest mówić.” Wymruczał w momencie, kiedy wychodził z pokoju, nieświadomy tego kim był chłopak, przełykający ostro swój strach, którego ręce trzęsły się znacząco i który rumienił się w zmieszaniu.

Sobota 2

Louis wpadł do studia, skacząc na jednej stopie po to by ubrać swojego buta, odgarniając sobie grzywkę z twarzy i wzdychając w uldze. Miał dwie minuty spóźnienia, dziękując swojemu mózgowi za to, że nie przypomniał mu wcześniej, że ma opuścić kawiarni. Nie mógł spóźniać się na żadną lekcję, a szczególnie na lekcję u pana Harboura, który mógł dać mu za to niezły wycisk. To był już chyba piąty raz, więc również dziękował swojemu wysportowanemu ciału, że dość szybko poniosło go do budynku.

Powodem dla którego Louis musiał wręcz biec przez miasto był chłopak z kręconymi włosami, który siedział przy jego pianinie tydzień temu. Kiedy zamawiał swoją poranną kawę w pobliskim Starbucks, mignęły mu przed oczami kręcone włosy, powodując, że myślami znowu powrócił do cichego chłopaka.

Wiele razy w tym tygodniu mu się to zdarzało i nie miał żadnego pomysłu dlaczego. Nie mógł powstrzymać tych wszystkich myśli, które krążyły po jego głowie, nawet, jeżeli powinien być zły na chłopaka. Był zauroczony tymi zielonymi oczami i rozpływał się w oceanie ciekawości odnośnie jego delikatnych ust. Czuł się trochę jak zboczeniec, myśląc o tym, że jego delikatne usta mogłyby dotykać jego własnych, szczególnie, że nawet nie znał jego imienia. Ale te usta były takie nęcące. Louis nie wiedział dlaczego ten chłopak tam był. Na pewno nie był uczniem bo na pewno by go znał i również nie byłby tak zrelaksowany robiąc to co robił i nie chciałby, żeby wszyscy wiedzieli o jego obecności.

Louis nie chwalił się zbytnio swoją popularnością, ale wszyscy wiedzieli kim on był i wszyscy lubili go, pomijając to, że byli zazdrośni o to, że posiadał tyle talentów. Był człowiekiem, którego nie dało się nie lubić, dlatego też nikt nie mógł powstrzymać uśmiechu, który rozświetlał jego twarz i też nie mieli innego wyboru jak tylko go odwzajemnić. Po trzech latach nauki nie było szans, żeby nie został szkolną gwiazdą. Jego zdolności wraz z pobytem tutaj tylko się polepszały, zapewniając mu najlepsze role w przedstawieniach, które Uniwersytet wystawiał. Na scenie czuł się bardzo dobrze. Zawsze poruszał się po niej z gracją i równie wspaniale śpiewał. Wkładał w przedstawienia całego siebie i bardzo je przeżywał. Kiedy czytał scenariusz, zawsze robił to bez żadnych błędów.

Powracając do tego, co działo się teraz, Louis zignorował karzący wzrok swojego nauczyciela i zajął swoje miejsce przy drążku do ćwiczeń, by rozciągnąć swoje mięśnie. W momencie, kiedy rozciągał swoje nogi do momentu aż nie poczuł bólu, pan Harbour spacerował dookoła studia w poszukiwaniu jakiegoś ćwiczenia, które nie było jeszcze znane Louisowi, aby mógł rozpocząć z nim swoją lekcję. Louis miał prywatne zajęcia, ponieważ podstawowe nauczanie Harboura było dla niego zbyt proste. Potrzebował większych wyzwań a nauczyciel zgodził się mu w tym pomagać.

„Louis, czy mógłbyś przelecieć do pokoju muzycznego i przynieść płytę? Wydaje mi się, że ostatnio zabrałeś ją ze sobą…” Pan Harbour wymruczał.

Z szybkim pokiwaniem głową, Louis wybiegł z pokoju i pobiegł prosto do pokoju muzycznego, przebiegając przez nieduży tłum. Jego uwagę przyciągnął plakat powieszony na jednych z drzwi „Promienie słońca wydarzenie charytatywne”. Szybko przeleciało to przez głowę Lou. A więc to to było powodem tego natłoku ludzi, który od zeszłego tygodnia nie opuszczał ich szkoły. Od dawna o tym słyszał, ale nie myślał o tym zbytnio, ale kiedy zobaczył rozpromienione twarze uczniów, którzy przez następne tygodnie mieli się tu uczyć, zobaczył jak potrzebne i dobre to było. Nie mógł powstrzymać uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy.

Kiedy wszedł do pokoju jego uwagę od razu przyciągnęła znana ze wspomnień burza loków. Tak bardzo chciał się teraz w jakiś dziwny sposób przytulić do chłopaka. Grał tą samą melodię, którą ostatnio. Tą samą ponurą melodię. Louis powoli podkradł się do pianisty. Chłopak musiał zauważyć jak Louis podchodzi do niego by nacisnąć na klawisze i zrobić z jego utworu kompletną porażkę. Jego policzki pokryły bordowe rumieńce, a jego usta zostały przygryzione przez zęby. Oczy mocno się zacisnęły, jakby chciał utrzymać swoje emocje na wodzy. Pochylił głowę, a ręce zacisnął w pięści.

Louis nie wiedział co ma robić. Wszystko przez ten jeden błąd. Chłopak wyglądał jakby załamywał się na jego oczach. Louis nic o nim nie wiedział, więc również nie wiedział jak mu pomóc. Niezręczność, emocja, której Louis nie czuł zbyt często. Podniósł rękę I położył ją na ramieniu chłopaka, ale tak szybko jak delikatny dotyk zaszczycił jego sweter, chłopak podskoczył w szoku i spadł na ziemię. Doczołgał się do najbliższego kąta pokoju i wtulił w siebie własne nogi. Jego zielone oczy stały się niesamowicie szerokie i błądziły po pokoju z niespokojnym spojrzeniem.

Jeszcze raz Louis stanął tam ogłupiały. Jego usta otwarły się szeroko po czym znowu się zamknęły. Próbował jakoś pocieszyć chłopaka, ale żadne słowo nie mogło wydostać się z jego ust, ponieważ wcale nie wiedział co ma powiedzieć.

„Wszystko w porządku?” powiedział ostrożnie.

Cisza. Jego wyraz twarzy był pusty tak samo jak tydzień temu, a usta mocno zaciśnięte.

„W porządku… dobra zabiorę moją płytę i wyjdę…” Powiedział z brakiem komfortu. Jego błyszczące oczy błądziły po pokoju w poszukiwaniu zagubionego przedmiotu. Chwilę zajmie mu zanim ją znajdzie. Dłużące się napięcie dobijało Louisa w momencie, kiedy śpieszył się ze znalezieniem CD. Kiedy w końcu ją znalazł, złapał ją i wybiegł z pokoju, zostawiając załamanego chłopaka.

W momencie, kiedy wyszedł z pokoju, oparł się o zimną, białą ścianę i nabrał do płuc potrzebnego mu w tym momencie powietrza. Próbował się uwolnić o tego jak okropna atmosfera panowała w tym pomieszczeniu, jak opuszczał go roztrzęsiony.

Co to do cholery było?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz