piątek, 22 listopada 2013

37

Piątek 3

Louis był przerażony. Był niesamowicie przerażony. Jego ręce były spocone ze zdenerwowania, a jego grzywka była już niesamowicie ulizana, przez stałe poprawianie jej. Kontynuował ocieranie dłoni o swoje obcisłe czerwone spodnie, aby odciągnąć się jakoś od myśli, że był kurewsko zdenerwowany. Jego stopą, na którą założone był but marki Toms, docisnął pedał gazu w jego okropnie starym samochodzie. Niebieski T-shirt, w który był ubrany przykleił się do jego ciała niczym cienka błonka. Dźwięk warczącego silnika przelatywał przez jego głowę wraz z piosenką, która leciała na stacji niezmienionej przez niego od początku. Co jakieś kilka sekund oślepiały go światła pojazdów przejeżdżających z naprzeciwka.

Nie wiedział dlaczego byłą taki wrażliwy.

Tak naprawdę to dobrze wiedział. Miał przyjechać po Harrego i zabrać go na jego pierwszy koncert w życiu. To właśnie tak na niego działało. Dlaczego panikował z powodu odebrania chłopaka z domu i zabrania go gdzieś? Przecież to nie było da niego obce doświadczenie. Wiele jego pierwszych randek było właśnie na koncertach. Ale to było coś innego.


Oczywiście, że było to coś innego. Po pierwsze nie był to randka. Louis był tam by, co najwyżej, zaprzyjaźnić się z chłopakiem, ale nic poza tym. Louis nie znał jeszcze za dobrze Harrego, żeby być w stanie myśleć o nim w ten sposób. Tak był przystojny, bardzo przystojny, ale to jeszcze nie był powód żeby coś sobie wyobrażać.

Ale to był Harry. Chłopak, który nie potrafił wydusić z siebie słowa. Chłopak, o którym nic nie wie. Chłopak, który najprawdopodobniej był niesamowicie wrażliwy I kruchy. Chłopak, który był całkowitą anomalią w świecie znajomych Louisa. Ale był to jednocześnie chłopak, którego zabierał na koncert i zamierzał zrobić wszystko co w jego mocy, żeby świetnie się bawił i jeszcze raz powtórzył z nim tę przygodę.

Czuł potrzebę przekonania się do chłopaka. Potrzebę udowodnienia sobie, że nie jest on szkodliwy, lecz jest tylko zamkniętym w sobie młodym człowiekiem. Wiedział, że to może być głupie i trudne zadanie. Ciężko jest ocenić Harrego przez brak jakichkolwiek emocji na jego twarzy. Ale wiedział jedno, będzie starał się z całych sił dla siebie i dla Harrego.

Ostry ryk silnika jego czerwonego Nissana Micry było słychać na wszystkich ulicach, którymi przemieszczał się Louis w poszukiwaniu rezydencji rodziny Styles. Niebieskie tęczówki śledziły dokładnie każdy dom, który mijał poruszając się po tej wąskiej drodze w poszukiwaniu tego szczególnego numeru „28”. Jego oczy wędrowały po każdym słabo oświetlonym domu, gdy wreszcie natrafiły na tabliczkę, która powieszona była na wyznaczonym budynku. Wjechał samochodem na podjazd wyłączając silnik.

Prostując się w skrzypiącym siedzeniu, Louis pozwolił swoim oczom powędrować przez moment po zewnętrznej części domu Harrego. Był on schludny. Ogród nie był zaniedbany, lecz również nie był po nim widać jakby ktoś obsesyjnie się nim zajmował. Ciepłe światło przebijało się przez zasuniętą zasłonę, co świadczyło o tym, że ktoś był w środku. Powitalna atmosfera jeszcze bardziej wzbudziła nerwy w Louisie. Ten właśnie rodzaj aury najbardziej go dobijał. Ponieważ z tego, co dało się zauważyć było to bardzo gościnna rodzina i jeżeli już kogoś by nie polubili to musiałby być to naprawdę zły człowiek.

Zostawiając te myśli za sobą Louis wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze przez nos jednocześnie wychodząc z samochodu. Przemierzał podjazd, delikatnie stąpając po wyłożonej na nim kostce. Zatrzymał się tuż przed drzwiami frontowymi i krótko przycisnął dzwonek. Słysząc charakterystyczne „ding”, wykonał krok do tyłu, poprawiając jeszcze raz swoje włosy i przyglądając się swojemu odbiciu w oknie.

Dźwięk otwieranych drzwi wrzucił go z powrotem w morze niepokoju. Jego oczy przykuły się do postaci, która stała w drzwiach. Uśmiechnęła się szeroko z życzliwością. Oczy Anne rozbłysły nawet nie tak na widok modnie ubranego chłopaka, stojącego przed nią, jak na to, że w ogóle się pojawił. Wątpiła w to, że przyjedzie. Tak naprawdę było mało prawdopodobne, że to zrobi. Przecież to zaproszenie mogło być w tamtym momencie zwykłym aktem uprzejmości, którego potem mógł żałować. Jednak przyjechał i Anne była szczerze podekscytowana na myśl, że jej syn może znaleźć kogoś kto zaopiekuje się nim tak samo jak jego rodzina

“Louis jestem taka szczęśliwa, że przyjechałeś! Proszę wejdź!” Powiedziała uśmiechnięta, cofając się i pozwalając wejść Louisowi do domu. Uczucie domowego ciepła przeszyło go, kiedy przekroczył próg domu. Tak bardzo mu go brakowało.

„Harry wciąż się przygotowuje, Chcesz się czegoś napić? Wino?”

„Jeżeli tylko nie sprawia to problemu?”

„Oczywiście, że nie!” Anne powiedziała, wprowadzając Louisa do kuchni. Nie było to ani bardzo nowoczesne ani też staromodne pomieszczenie. Było po prostu przytulne.

„Herbata czy wino?”

„Czy było by to bezczelne gdybym poprosił o kieliszek czerwonego?” Louis skrzywił się żartobliwie, gryząc swoją dolną wargę. Wyglądał wtedy tak niewinnie.

„Wcale nie. Miło mieć kogoś, z kim można podzielić się butelką wina. Nikt wokół mnie nie jest jego fanem.” Anne uśmiechnęła się szeroko, otwierając butelkę. Wyciągnęła dwa duże kieliszki i położyła je na blacie. Nalała do nich powoli intensywnie czerwoną substancję i wręczyła jeden Louisowi.

Biorąc bez zastanowienia łyk, spięte z nerwów mięśnie Louisa zaczęły się rozluźnia, kiedy mocny smak wina zaszczycił powoli jego gardło i wpłynął do żołądka. „ Hmm… Dobre.” Wyszeptał zadowolony.

„Wiem. Robin, ojczym Harrego przywiózł mi go z Francji, kiedy był na delegacji. Mówię ci to, ponieważ piję go tylko na specjalne okazje.” Mrugnęła rozbawiona.

Louis na te słowa zakrztusił się czerwonym napojem. Jego dłoń powoli przesunęła się po jego ustach nie tylko po to, aby je obetrzeć lecz bardziej dlatego by zakryć rumieńce, które pojawiły się na jego policzkach.

„Żartowałam!” Anne zaśmiała się. „Musisz trochę wyluzować, Louis!”

„Przepraszam.” Powiedział głupkowato, chichotem zakrywając swoją potulność.

„Ale tym winem częstuje tylko ważne osoby. To jest moje najlepsze i właśnie, dlatego dzielę się nim tylko z najlepszymi.” Szturchnęła Louisa w ramię. Wino w jej kieliszku delikatnie kołysało się.

„ Nie powinnaś mi go dawać, Anne, nie zasługuje na takie traktowanie, naprawdę.” Louis był trochę zmieszany.

„Nonsens! Z wszystkich osób, jakie znam ty najbardziej zasługujesz!” Odpowiedziała z zamroczonym uśmiechem.

„ Ale w jaki sposób… My przecież prawie w ogóle się nie znamy. Mogę być na przykład seryjnym mordercą.”

„ Ale nie jesteś. I tu jest cała prawda, że może nie znamy się, ale sprawiasz wrażenie osoby bardzo mi bliskiej i tylko to się liczy. Sprawiasz wrażenie jakbyś dobrze znał i rozumiał Harrego i właśnie dlatego zasługujesz na najlepsze wino. Próbujesz złapać z nim kontakt, czego jeszcze nikt nie robił. Dajesz mu szanse.”

Louis momentalnie rozsypał się. Co miał powiedzieć? Nie miał pojęcia jak wiele dla Anne znaczyło to, że zabierał jej syna na koncert. Nie miał pojęcia jak wielka nadzieja kryje się w jej oczach.

Na szczęście pisk drzwi kuchennych pozwolił mu sobie odpuścić odpowiedź. Obecność chłopaka pozwoliła mu to wszystko zostawić z tyłu. Oczy oczekującego mężczyzny zawiesiły się teraz kompletnie na jego postaci i ubraniu. Głowa Harrego była opuszczona, oczy najprawdopodobniej wpatrzone były w podłogę, co ciężko było określić przez masę włosów, które zwisały z jego głowy. Jego postawa była onieśmielona, ramiona opadły nagle, a ręce powędrowały do kieszeni. Niepewny stanął na zewnętrznych częściach swoich stóp.

Oczy Louisa zaczęły śledzić chłopaka od dołu. Na stopach miał białe conversy, brązowe chinosy zwisały z jego bioder jednak były podtrzymywane- lub był to tylko dodatek- prostym skórzanym paskiem. Jego granatowa koszulka eksponowała niesamowicie długi tors Harrego. Kołnierzyk miał stylowo podwinięty. Na zakończenie jasno niebieska muszka. Louis był delikatnie otępiony tym widokiem. Normalnie Louis nie jest fanem tak delikatnie eleganckiego stylu ubierania się. Szczególnie muszek, w których ludzie wyglądają zazwyczaj sztywno. Jednak widok Harrego bardzo zmienił jego zdanie na ten temat. W porządku, może to działało tak tylko w przypadku Harrego, a inni ludzie w muszkach też by go denerwowali. Harry jednak wyglądał wspaniale. Oczywiście wyglądał gorąco, Louis nawet nie wątpił w to, że był również nieziemsko szczupły, ale był również okropnie słodki i śliczny. Harry był oczywiście niepewny o to jak wyglądał, co dało się zobaczyć przez stałe stąpanie z jednej nogi na drugą i prostowanie dłońmi spodni, ale Louis nie wybrał by na pewno niczego lepszego na dzisiejszy wieczór.

„Harry, wyglądasz wspaniale!” Anne powiedziała kładąc swój kieliszek na blacie i wstając z miejsca by dać Harremu nieodwzajemniony uścisk. Kiedy odsunęła się od niego, Louis zauważył ciężkie mrugnięcie, które Harry wykonał. To była jedyna oznaka emocji na jego twarzy. Była to mieszanka zmieszania lekkiego zdziwienia i zapytania, która zmusiła Louisa do powiedzenia bez zastanowienia;

„Wyglądasz niesamowicie, Harry.” Wykonał natychmiast swoją zszokowaną twarz, która dodawała mu gracji. Uśmiechnął się szerokim uśmiechem ujawniając swoje perłowe zęby.

Oczy Harrego szybko przerzuciły się na Louis, jednak zamiast spotkać z błękitem jego oczu wbiły się głęboko w jego ubranie. Louis poczuł się bardzo niekomfortowo przez brak wyrazu na jego twarzy. Dał sobie jednak z tym spokój w momencie, kiedy Anne pośpiesznie zaczęła krzątać się po kuchni.

„Ooo… Popatrzcie na godzinę! Lepiej już jedźcie! Szybko nie możecie ich przegapić!” Kobieta powiedziała wypychając chłopaków z kuchni do holu.

„W porządku Anne. Powinni być tam o 9, a jest dopiero- O kurde!” Louis wyjąkał. „Naprawdę powinniśmy jechać. Będziemy około w pół do jedenastej, w porządku?”

„Tak, tak! W porządku, bawcie się dobrze.” Dała Harremu najmocniejszy uścisk, jaki potrafiła wykonać, wciąż jednak nie został on odwzajemniony. Trzymała go w nim długo jak gdyby nie byłą pewna czy nadal chce pozwolić mu wyjść. „Masz telefon? Louis tutaj masz mój numer. Zadzwoń do mnie, jeżeli będziesz potrzebował. Na prawdę! Po prostu zadzwoń.”

„Oczywiście, ale wszystko będzie w porządku, Anne. Zaopiekuje się nim.” Louis uśmiechnął się serdecznie. Anne odwzajemniła uśmiech w podziękowaniu, wysyłając ich w zimne nocne powietrze.

Jazda samochodem nie była aż tak dziwna. Byłą po prostu… cicha. Jedyny dźwięk, który można było usłyszeć to ryk silnika, pomrukiwanie radia i czasami głos Louisa, który powiedział coś przypadkowego. Powitał Harrego krótkim „cześć” i „jak się masz” w odpowiedzi otrzymując nic więcej, jak tylko pusty wyraz twarzy, który Harry starał się zakryć wiercąc się w siedzeniu, na którym siedział. Louis komentował różne miejsca obok których przejeżdżali by choć trochę zabić ciszę, która ogarniała ich. Zasypywał Harrego informacjami na temat koncertu. Różnymi ciekawostkami i utajnionymi wiadomościami. Zignorował sposób, w jaki Harry zareagował dowiadując się o tłumie jaki tam będzie; nieświadomy powodów.

Na salę koncertową wślizgnęli się szybko. Wszystkie ściany aż drżały od uderzeń basów. Szerokie zielone oczy Harrego przeszukały pomieszczenie, kiedy wchodzili po schodach do ich miejsca, z zainteresowaniem i zaciekawieniem. Zespół zapowiadający najprawdopodobniej właśnie skończył kiedy wchodzili gdyż można było usłyszeć fale oklasków. Louis uśmiechnął się. Kochał atmosferę koncertową. Szybko wyprzedził Harrego, prześlizgując się do baru zanim zauważył, że chłopak nadal stał przy wejściu niezdecydowany.

Wyglądał na tak małego, kiedy tam stał. Był taki wystraszony i delikatny. Jego ręce ochronnie zaplecione były wokół jego ciała, a zębami przygryzał dolną wargę. Jego oczy rozbiegane były po otoczeniu w sposób bardzo niespokojny.

„Harry” Louis starał się przekrzyczeć hałas. Dziękował, że głos dotarł do chłopaka, który automatycznie się obrócił.

„Wszystko w porządku?” Louisa zapytał zbliżając się do niego.

Harry zamrugał mocno sprawiając, że jego powieki się zmarszczyły. Jego broda powoli obniżyła się i podniosła w geście przytaknięcia. Ten powolny ruch pokazywał jednak to, że był ostrożny i niepewny.

„Chcesz drinka?” Louis zapytał, kiedy barman zbliżał się w ich kierunku.

Po minucie rozmyślania nad czymś, Harry zaprzeczył kręcąc głową na boki.

„Piwo” Louis zamówił, spoglądając na Harrego z chęcią zobaczenia jego reakcji na zamówienie. Chciał sprawdzić czy chłopaka nie miał nic przeciwko na napoje z alkoholem, patrząc na to, że nie pił z nim. Jednak wszystko, co zobaczył to Harry, który wpatrywał się w tłum. Jego oczy schowane były za zasłoną emocji, których Louis nie potrafił rozpoznać.

Kiedy opróżnił kufel, który został podsunięty mu pod nos, wstał z miejsca i pokazał mu, żeby poszedł za nim. Przeciskał się przez ludzi, żeby dostać się do środka tłumu gdzie będą mieli idealny widok na scenę.

„Więc na którą piosenkę najbardziej czekasz, Harry?” Louis powiedział. „Ja nie mogę się doczekać Breakeven, jeżeli mogę być szczery. To zawsze była moja ulubiona. Lubisz ją? Musisz. Nie da się jej nie lubić. Naprawdę chwyta za serce.”

Na szczęście mamrotanie Louisa zostało przerwane przez ostre światła i głośne krzyki, które wydostawały się z gardeł tłumu. Członkowie zespołu wbiegli na scenę uzbrojeni w swoje instrumenty i rozpoczęli grać długo oczekiwaną piosenkę.

Piosenki zamieniały się w więcej piosenek i były równomierne do rozmów zespołu z tłumem. Ludzie krzyczeli, piszczeli i śpiewali wspólnie znane piosenki; nikogo to nie przytłaczało. Po kilku spokojnych piosenkach z ich repertuaru, The Script zdecydowało, że zaśpiewają jakąś głośniejszą piosenkę.

„Spróbujemy czegoś innego.” Irlandzki akcent Danny’ego przeleciał przez pomieszczenie. „Czy ktoś z was zna piosenkę z repertuaru The Black Eyed Peas, która nazywa się „I Gotta Feeling”?”

Tłum wykrzyczał w odpowiedzi, wywołując uśmiechy na twarzach członków zespołu. Początkowe bity przechodziły głęboko przez ciała wszystkich zebranych. Tłum zaczął podskakiwać, zamieniając się z cichego w dziki.

Tłum wokół Harrego poruszał się nieustannie w górę i w dół, w górę i w dół. Głosy wykrzykiwały słowa piosenki. Dźwięki wydzierały się prosto z ich gardeł. Muzyka rozchodziła się brzękiem w powietrzu zabijając każdy najmniejszy kawałek spokojnej atmosfery w taki sposób, że Harry nie potrafił sobie z tym poradzić.

Panika przeszywa jego ciało.

Jego płuca zaczęły pracować ciężko i automatycznie. W jego gardle powstała duża gula, która umożliwiała mu tą czynność. Ludzie wokół niego zaczęli wpadać na siebie a ich twarze i postury stawały się kamienne. Jego oczy zaczęły wędrować wokoło w poszukiwaniu bezpiecznej i znajomej twarzy, która mogłaby powstrzymać atak paniki. Wszystko, co zobaczył to rozczochrane brązowe włosy, żadnej kamiennej twarzy, która mogłaby go jeszcze bardziej dobić. Głowa ta zmierzała w środek tłumu i coraz bardziej się od niego oddalała.

Zamknął mocno oczy chroniąc się od jeszcze większego zadłużenia. Jego ramiona objęły automatycznie własne ciało w geście obrony siebie Czyjeś gorące ciało uderzyło w niego. Dotyk ten został wyczuty przez jego mokrą skórę, którą okrywał materiał ubrania.

Utrzymując swoje oczy mocno zaciśnięte, ręka Harrego kręciła się we wszystkich kierunkach by odepchnąć ciała, które go dotykały. Poczuł, jak jego dłoń dotknęła czyjejś skóry, strumień obrzydzenia przeleciał jego ciało, kiedy poczuł, że jest ona cała mokra. Odepchnął mocno roztańczonego człowieka. Rękami policzkował się, jednak nikt nie zauważył jego desperackiego błagania o pomoc.

Jego usta zacisnęły się razem.

Louis poczuł, że ktoś uderza go w plecy, jednak zignorował to. Przypuszczał, że była to jakaś nadmiernie podekscytowana osoba, która również najprawdopodobniej była pijana. Sam kiedyś był w takiej sytuacji. Jednak uderzenie powtórzyło się tym razem mocniej i było to uderzenie pięścią, a nie tak jak wcześniej dłonią. Louis obrócił się będąc pewien, że zobaczy jakiegoś szeroko uśmiechniętego człowieka, jednak widok, który ukazał mu się przed oczami był daleki od wspaniałej zabawy.

Harry zaczął miotać się w niesamowitym bólu w wyrazie jego twarzy zamiast znajomej pustki można było znaleźć niesamowitą panikę. Oczy Louisa rozszerzyły się na widok niezwyczajnego zachowania Harrego. No dobra, może było ono zwyczajne dla niego, ale na pewno nie dla większości ludzi których znał.

Harry zaczął machać rękami w różnych kierunkach uderzając ciało Louisa. Wszyscy inni w tłumie nie byli świadomi zachowania Harrego i nadal tańczyli. Uwaga Louisa jednak nie odrywała się od młodszego chłopaka.

„Harry?” Louis powiedział pytającym tonem, jednak Harry tylko kontynuował potrząsanie swoją głową na boki.

„ Harry?” Louis starał się przekrzyczeć głośnie otoczenie. Harry nie słyszał. Wszystko, co słyszał to tylko myśli, które nieustannie przelatywały przez jego głowę i krzyki tłumu i zespołu.

Louis chwycił Harrego za nadgarstki, żeby powstrzymać jakoś jego drgawki. W odpowiedzi Harry tylko zaczął trząść się jeszcze bardziej. Louis mocniej je zacisnął sprawiając, że jego skóra zrobiła się czerwona.

„Harry.” Louis nadal krzyczał, ale Harry nadal nie reagował. Był w swoim własnym strasznym świecie, z którego Louis nie potrafił go wyciągnąć, nawet okropnie krzycząc i trzęsąc nim.

Drgawki Harrego troszkę ustały, a ciało Louisa uspokoiło się. Jednak ten spokój nie trwał on długo. Harry zaczął trząść się mocniej i dziwniej w momencie, kiedy tłum zaczął krzyczeć.

„Kurwa.” Louis wykrzyczał. Był niesamowicie zaskoczony. Nie miał zielonego pojęcia co robić. Kurwa, w ogóle nie wiedział co się dzieje Harry wyglądał na niesamowicie zaskoczonego i potrafił zapanować nad swoim ciałem.

„Harry powiedz mi co się dzieje?” Louis zażądał puszczając nadgarstki Harrego i chwytając go za ramiona. Potrząsnął nim by w jakiś sposób wyciągnąć go z transu. Oczy Harrego mocno się zacisnęły a twarz wykrzywiła.

Louis rozglądał się dookoła w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby mu pomóc. Niestety nikogo takiego nie znalazł. Myśląc instynktownie Louis obrócił Harrego i zaczął przepychać go przez tłum. Tak szybko, jak tylko potrafił pokierował roztrzęsione ciało do baru, gdzie było ciszej. Ręce Harrego powędrowały do jego włosów i chwyciły garści własnych loków, jakby chciał coś przekazać własnej głowie. Powoli chłopak osunął się na ziemię i zwinął na niej w kulkę.

Dłonią Louis szybko przeszukał swoją kieszeń, kiedy przypomniał sobie, że ma telefon. Jego roztrzęsione ręce grzebały w obcisłych kieszeniach znajdując przedmiot, który automatycznie wyciągnęły. Palcem przejeżdżał po ekranie telefonu aż do momentu, w którym nie znalazł poszukiwanego numeru. Nacisnął zieloną słuchawkę i przyłożył go do ucha.

„Halo?” Anne zapytała wesoło.

„A-Anne, nie wiem co się dzieje…” Drżenie w głosie Louisa pokazywało jego oszołomienie.

„Louis? Czy to ty?” Anne zapytała, żeby się upewnić.

„Ta-tak, to ja. Nie wiem co mam robić Anne. Przykro mi.”

„Co się stało? Powiedz mi, co się stało Louis!” Anne rozkazała z drżeniem w głosie.

„Nie wiem! Zaczął się trząść i zwijać i nie chce otworzyć oczu. Zwinął się w kłębek na podłodze a ja po prostu nie wiem co się dzieje!” Louis powiedział szybko.

„O Boże…” Anne wymruczała. „ Nie sądziłam, że to znowu się zdarzy. Sądziłam, że to działo się tylko jak był mały I że już przez to przeszedł-“

„Co z nim nie tak, Anne?” Louis przerwał niskim tonem.

„Ma atak paniki. Przechodził przez to, kiedy był młodszy i ja po prostu myślałam że to dlatego, że był dzieckiem. Nie powinnam pozwolić mu wyjść. Wiem, że nie powinnam ale myślałam, że teraz będzie inaczej.” Anne wybełkotała.

„Powiedz mi tylko co mam robić Anne. Musze mu pomóc, muszę to jakoś skończyć.” Louis błagał.

„W porządku. Wyprowadź go na zewnątrz, żeby złapał trochę świeżego powietrza i najlepiej z dala od hałasu. Posadź go na ziemi, na ławce lub czym tam chcesz. Mam nadzieję, że powietrze pomoże mu trochę się uspokoić, ale jeżeli nie pomoże spróbuj go jakoś rozluźnić. Będę tam tak szybko jak tylko się da. Zostańcie tam i się nie ruszajcie.” Anne poinformowała zanim skończyła rozmowę, zostawiając Louisa samego.

Biorąc głęboki oddech, aby się uspokoić, Louis schylił się przed Harrym. „Harry, zamierzam zabrać cię na dwór, w porządku? Choć ze mną, to wszystko co musisz zrobić.” Louis powiedział. Nawet nie brzmiał tak zdenerwowanie jak czuł się w środku. Nie wiedział kompletnie jak zaopiekować się załamanym chłopakiem. Bez zastanowienie przełożył swoją rękę pod ramieniem Harrego, pomagając trzęsącemu się chłopakowi wyjść z budynku.

Zimne powietrze uderzyło w ich rozgrzane ciała. Dreszcze Harrego pogłębiały się w niskiej temperaturze.

„Usiądziemy na tamtej ławce, w porządku?” Louis powiedział nie dostając żadnej reakcji od Harrego, którą mógłby usłyszeć, lecz w zamian czuł, że chłopak nadal kontynuował chodzenie.

Louis powoli doprowadził Harrego do ławki i delikatnie posadził go na niej. Chłopak przyciągnął kolana do swojej klatki piersiowej i kiwał się raz do przodu raz do tyłu, oddychając głęboko, nie przestając się trząść. Louis kręcił się wokół niego. Wraz z upływem czasu atak nie ustępował. Palce Harrego zatopione były w jego włosach w momencie, kiedy zatykał sobie uszy dłońmi.

Kiedy znajomy srebrny samochód, który stał na podjeździe do domu rodziny Styles podjechał, głowa Harrego podniosła się, a jego oczy szeroko się otworzyły. Jego klatka piersiowa znowu zaczęła ciężko unosić się i opadać a jego oddech stawał się coraz ostrzejszy.

„Kurwa.” Louis wymruczał. Patrzał jak Anne jeździła po placu w poszukiwaniu miejsca parkingowego.. Louis popatrzał na chłopaka z nieporadnością. Co miał zrobić?

Bez dłuższego rozmyślania wyciągną rękę do Harrego. Przeczesał swoimi loki Harrego w ten sam sposób, w jaki chłopak kilka sekund temu próbował się uspokoić. Reakcja, którą otrzymał nie była reakcją, której się spodziewał. Ciało Harrego sturlało się z ławki tak samo jak wtedy w pokoju z pianinem i odsunął się od Louisa tak daleko jak tylko się dało. Jego oczy były szeroko otwarte i wystraszone jak gdyby Louis był dla niego totalnie obcą osobą.

Anne przybiegła do nich i klęknęła przed Harry, uspokajając go najlepiej jak potrafiła. Louis obserwował jak matczyna siła kobiety uspokaja go bardzo, jednak nie na tyle, aby zabić panikę, która przechodziła przez jego ciało.

„Chodź synku, zabiorę cię do domu.” Anne powiedziała sympatycznie podnosząc Harrego i delikatnie nim kołysząc przeniosła przez drogę, ignorując obecność Louisa.

Kiedy usadziła Harrego w samochodzie, pocałowała go w czoło zanim zamknęła drzwi, Louis wykrzyczał do niej przez drogę: „Czy wszystko z nim będzie w porządku?”

Głowa Anne obróciła się w kierunku Louisa widocznie przypominając sobie, że nadal tam jest. „Wszystko będzie w porządku.”

„Jesteś pewna?”

„Oczywiście. Zajmie mu trochę zanim się po tym pozbiera, ale na pewno nie zabije go to.”

„Przepraszam Anne, naprawdę” Louis powiedział szczerze. Anne jedynie pokiwała głową i uśmiechnęła się smutno, zanim usiadła w swoim samochodzie i odjechała, zostawiając Louisa samego z niesamowitą winą przeszywającą jego serce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz