Niedziela 8
Były wczesne godziny sobotniego poranka, kiedy Louis dotarł do frontowych drzwi. Przypuszczał, że było około godziny 2 nad ranem, ale nie był pewien. W jego organizmie nadal znajdowały się jeszcze jakieś mniejsze dawki alkoholu, ale po telefonie od Anny jakby nagle większość uleciała. Odepchnął wtedy od siebie tego mężczyznę bez imienia, zaraz po tym jak poukładał sobie w głowie wszystko według odpowiedniej kategorii i wtedy już wiedział, co ma robić.
To, co zdecydował to po pierwsze wydostanie się z tego cholernego klubu. Nagle uczucie euforii zamieniło się na dołujące przygnębienie, szczęśliwa aura wyparował z głowy i duszy Louisa, a mocne basy stały się nie do wytrzymania. Szybko przeleciał przez tłum zapominając o znajomych, którzy pewnie teraz stali gdzieś wśród tych wszystkich ludzi i śmiali się bądź wkładali języki do gardeł jakiś napalonych lasek.
Zimne powietrze uderzyło go równie mocno jak telefon. Z całą mocą wypełniło jego ciało i sprawiło, że poczuł się wolny. Uczepiło się jego skóry, przenikając przez nią, co sprawiało, że poczucie radości, które wywołane było alkoholem zostało wymienione zmartwieniem i poczuciem winy.
Przeszedł obok klubu, budki z kebabami, mijając przy tym pocztę i dotarł od małego sztucznie usypanego wzgórza. Starali się żeby miasto wyglądało bardziej naturalnie poprzez dodanie tutaj takiego wiejskiego akcentu, jednak tak naprawdę wcale to nie działało.
Usiadł na nim a rękami obiął swoje ciało, pocierając się nimi by troszkę się rozgrzać. Zapominając o tym, że znajdował się teraz sam w środku nocy w opustoszałym mieście, Louis pozwolił zamknąć się swoim oczom i oparł głowę o kolana.
Chciał w tym momencie tylko tego, aby ktoś zadecydował zamiast niego o wszystkim. Potrzebował kogoś powiedziałby mu coś przed tym zanim wszedł do klubu. Chciał pomodlić się do tego Boga, który jak wiele osób sądzi istnieje i powiedzieć mu, że nie chce być powodem większej ilości cierpienia niż dobra. Wydawało mu się, że jest dobrze. Wydawało mu się, że wszytko jest w porządku, kiedy to mówił, pomimo tego, że czuł jakiś ciężar na sercu, alkohol sprawiał, że wydawało mu się to wszystko takie właściwe. Ale oczywiście nie było, a teraz żałował tego ponad wszystko.
Wizja załamanego Harrego zakłuwała jego serce ostrym żądłem. Rozdzierał go i pozwalał całej miłości wypłynąć, ponieważ jeżeli załamał Harrego to nie zasługuje na to by pokochać kogokolwiek innego. Jak on mógł załamać taką kruchą i nieśmiałą osóbkę?
A potem Louis wściekł się na siebie. Przed tym czuł się jedynie winny, a teraz wszystko w nim aż wrzało. Chciał się kopnąć, uderzyć, wyszarpać ze swojej głowy te słowa, które wydostały się z jego ust tak żeby już nigdy nie powiedział niczego podobnego. Pozwolił na to by z jego gardła wydostał się jęk frustracji, a w swoje dłonie chwycił garści włosów i zaczął mocno szarpać. Dlaczego to zrobił? Co kierowało nim, kiedy to mówił?
Ponieważ był wystraszony. To był powód. Ponieważ był kurewsko wystraszony.
Był tchórzem.
To zwierzenie nie pozwoliło mu jednak na to by z jego serca spadło, choć trochę ciężaru spowodowanego winą, jednak delikatnie rozświetliło jego mózg. Wiedział, co zrobił źle, to nie było tak, że łatwo zapominał, nie był głupi. Jednak wyznanie pozwoliło mu na to by, choć o odrobinę poczuł się lepiej, ponieważ nie pomijał faktu, że zrobił coś źle i że jest nie prawdomówny, nie wtedy, kiedy mówił te wszystkie ohydne słowa.
W momencie, kiedy Louis zorientował się, że siedzi już na tym zimnym powietrzu od jakiegoś czasu, co pozwoliło dogłębnie oczyścić jego myśli i zdecydować, co robić, podniósł się ze swojej pozycji. Jego kości chrupnęły w momencie, kiedy zaczął się przeciągać, po czym udał się w kierunku drogi by zatrzymać nadjeżdżający samochód. Powiedział kierowcy cel swojej podróży i usiadł na miejscu pasażera wręcz przyklejając swoją głowę do chłodnej szyby. Nawet, jeżeli co chwila uderzała ona o nią zlekceważył ból i nie odważył się jej odsunąć. Obserwował światła, które świeciły się w nielicznych oknach niektórych mieszkań.
W końcu samochód podjechał do znajomego domu. Louis nagle poczuł potrzebę tego by, choć pozostać jeszcze w tym bezpiecznym wehikule. Chciał zwinąć się w kłębek na siedzeniu i nie ruszać się ani na krok stąd. Wiedział, że znów to robi, że znowu staje się tchórzem, jednak to było przerażające. Ale z drugiej strony wiedział, że nie może jedynie wysłać mu wiadomości. To byłoby zbyt lekceważące z jego strony i niezbyt osobiste. Czuł, że musi przeprosić za wszystko, co powiedział, nawet, jeżeli dla Harrego każda rzecz w tym momencie była już oczywista.
Niezdecydowanie, po zapłaceniu taksówkarzowi, Louis wygramolił się z samochodu i udał się do drzwi frontowych.
Powinien zadzwonić czy lepiej zapukać? Nie wiedział czy Anne nieudało się przypadkiem uśpić Harrego- Boże Louis nienawidził tego mówić, ponieważ to sprawiało, że Harry w jego myślach wyglądał jak dziecko. Jednak może nie. Dzwonek może go jeszcze obudzić, a już na pewno nie da sobie rady z kolejną dawką wrażeń tego dnia. Starał się wybrać to, co może być lepsze dla Harrego, jeżeli naprawdę poszedł spać. Widział delikatne światło, które biło przez zasunięte zasłony pomieszczenia jednak nie miał stuprocentowej pewności czy ktoś jeszcze był na nogach. Miał nadzieję, że tak, ponieważ nie chciał ich obudzić i przy okazji jeszcze bardziej zrazić do siebie tę rodzinę.
Ostrożnie zapukał trzy razy w drzwi i stanął z dziwnym uczuciem na sercu wpatrując się w ziemię, a jego oczy skupiły się na jego zabrudzonych Tomsach. Nagle usłyszał jakieś dźwięki po drugiej stronie drzwi a zaraz po tym, gdy podniósł głowę do góry zobaczył, że na korytarzu ktoś zapalił światło.
W momencie, kiedy drzwi zaczęły głośno się otwierać Louis poczuł, że z nerwów ciarki zaczynają przechodzić po jego skórze. Nie wiedział, co może się w domu- o ile w ogóle zostanie do niego zaproszony- ponieważ szczerze Anne mogła powiedzieć mu że totalnie spieprzył sprawę i nie chce by jeszcze kiedykolwiek zbliżał się do jej syna.
Figura kobiety stanęła nagle na widoku w momencie, kiedy drzwi całkiem się otworzyły. Jej twarz wyglądała na zmęczoną, pozbawioną życia i wykończoną. Jej ciało było owinięte w szlafrok, a na stopach miała pantofle. Wyglądała jakby była przygotowana na to by za chwilę położyć się do łóżka, jednak jej oczy mówiły coś innego.
-Louis- wyszeptała w uldze
-Cześć Anne – powiedział delikatnie speszony.
-Co tu robisz?- powiedziała ziewając.
-Ja po prostu nie mogłem tylko do niego napisać… Muszę go zobaczyć.-wyznał bełkotając.
Anne popatrzała na Louisa zszokowana. Zajęło jej chwilę poukładanie sobie w głowie tego wszystkiego, aż wreszcie zaprosiła chłopaka do środka w momencie, kiedy zdała sobie sprawę że nie mówił tego tylko dlatego że tak trzeba, tylko naprawdę to przeżywał.
Louis, kiedy wszedł do mieszkania zamknął za sobą drzwi a w jego ciało uderzyła fala ciepła. Obrócił się w kierunku Anne, która usiadła na schodach. Chłopak stał zmieszany przy drzwiach, nie chcąc zrobić z siebie jeszcze większego głupka przez zrobienie czegoś zakazanego.
- Chodź tutaj Louis.- Anne powiedziała zmęczona. Pokazała mu ręką żeby do niej podszedł i poklepała miejsce obok siebie. Jego oczy patrzały na nią w nadziei a jego ręce, a jego dłonie wcierały się mocno w kolana.
-Czy on śpi?- Louis zapytał cicho.
Bez zastanowienia zaprzeczyła szybkim ruchem głowy, odpowiadając: – Nie odmawia. Ale jeżeli mamy być szczerzy, nie mógłby nawet gdyby bardzo chciał.
Louis usiadł w ciszy pozwalając na to by słowa na moment zawisły w powietrzu. Jego wina wciąż głęboko tkwiła w żołądku i oplatała jego serce.
-Przepraszam.- Wyszeptał starając się utrzymać cichą atmosferę wokół nich. Pomijając fakt, że było mu trochę niewygodnie, pomyślał o tym, że przynajmniej nikt na niego nie krzyczał. To bardzo go rozluźniało. Ciepło Anny wciąż było obok niego. Ona wokół siebie posiadała taka przyjemną rodzinną aurę, taką uprzejmość, że nie wiedział czy da radę to wytrzymać. Bo przecież tylko on był tu wszystkiemu winien.
-To nie mnie powinieneś przepraszać.- Odpowiedziała delikatnie.- Choć nie sądzę że w tym momencie to jest właśnie to co chce usłyszeć Harry. Moim zdanie on po prostu chce wiedzieć czy wszystko z tobą w porządku. Wszystko poza tym dla niego jest tylko bonusem.
-Mógłbym zobaczyć go? Oczywiście o ile pozwolisz. Kompletnie zrozumiem twoją decyzję-
- Idź Louis. Jest w salonie, pierwsze piętro po twojej lewej.- Uśmiechnęła się słabo, ale ciepło. – Tylko bądź z nim ostrożny, okej?
-Zawsze.
Delikatne kroki Louisa były zagłuszone przez dywan, kiedy coraz to bardziej zbliżał się do drzwi wspomnianego wcześniej przez Anne pomieszczenia. Delikatnie zapukał w nie i otwierając porozglądał się.
Jego serce zamarło w momencie, kiedy zobaczył Harrego.
Siedział w fotelu. Nogi wtulone miał w swoją klatkę piersiową, a ręce oplatały je. Część twarzy zaś ukryta była gdzieś pomiędzy jego kolanami.
Jednak najgorzej wyglądającą w tamtym momencie częścią ciała Harrego przynajmniej dla Louisa były jego oczy. Były one wbite gdzieś w dal, odbijając w sobie światło kominka. Louis wiedział, że Harry nie znajdowała się w transie z powodu tańczących płomieni, ponieważ jego oczy pozbawiony były wyrazu oraz można było zobaczyć w nich nic więcej jak tylko pustkę. Wyglądał na zmęczonego. Zmęczonego wszystkim. Nie popatrzał na niego nawet w momencie, kiedy zapukał, ponieważ- przynajmniej tak wydawało się Louisowi- że chłopak z kręconymi włosami myślał że do pokoju weszła jego mama. Bo tak naprawdę to, kto tu oprócz niej mógł przyjść tak późno w nocy?
I w jakiś sposób widząc Harrego takiego załamanego, poczuł, że wszystko stało się jeszcze trudniejsze. Wszystkie nawet najmniejsze ślady determinacji zniknęły a ich miejsce zajęły poczucie winy, żal i zrozumienie.
Wszedł do pokoju, zamykając za sobą delikatnie drzwi. Harry nawet się nie poruszył, a jego oczy jedynie, co jakiś czas powoli się zamykały. Louis zauważył jak ciemne były zielone oczy chłopaka, ponieważ jeszcze nigdy nie przybrały takiego koloru.
Starszy chłopak wykonał kolejnych kilka kroków. Jego stopy delikatnie stąpały po dywanie.
-Harry- Głos Louisa nie zamierzenie stał się niesamowicie cichy, przybierając ton szeptu. Jednak w jakiś sposób brzmiał na tak załamany bez żadnego nawet najmniejszego starania się.
Oczy Harrego wyrwały się w końcu z tego zapatrzenia w przestrzeń. Ciemna zieleń oczu chłopaka i pustka w nich skryta zaczęła powoli znikać gdzieś w momencie, kiedy Louis w nie patrzył. Chłopak z kręconymi włosami spoglądał na niego i przeskanował go wzrokiem od góry do dołu.
Nagle ciało Harrego podniosło się z krzesła i chłopak zaczął szybko biec w jego kierunku zderzając się z nim. Objął jego ciało mocno, na co ten na samym początku nie wiedział, co ma robić. Po chwili odwzajemnił uścisk wylewając w niego wszystkie swoje emocje. Czuł ciężki oddech Harrego wydostający się z jego ust na swojej szyi. Był tak głośny i powolny, że można było przez niego usłyszeć jak w całym pokoju odżywa ból.
Louis przejechał delikatnie swoim nosem po ramieniu Harrego i mocno zamknął swoje oczy. Jego oddech nie był ani trochę delikatniejszy niż chłopaka z kręconymi włosami. Był taki jakby coś leżało mu na klatce piersiowej i uniemożliwiało tę czynność. Jednak zamiast starać się jakoś wyrównać swój oddech, zaciągnął się zapachem Harrego jakby już nigdy nie było mu dane poczuć go znowu.
-Tak mi przykro- wyszeptał w ramie Harrego. Nie był nawet pewien czy słowa były wystarczającą wyraźne by można je było zrozumieć, ale powiedział je w momencie, kiedy wszystko, czego chciał to powtarzać je setki razy.
Harry potrząsł swoją głową nadal wtulając się w szyję Louisa chcąc nie zgodzić się ze zdaniem chłopaka. To było taki lekceważący gest, gest, który wykonujesz, kiedy chcesz pokazać komuś, że to, co mówi nie jest potrzebne.
-Jest mi tak cholernie przykro- Louis powtórzył w materiał koszulki Harrego. Tym razem potrząsł swoją głową z dodatkową determinacją, jakby słowa Louisa były nonsensem.
Louis niechętnie oderwał swoją twarz od ciała Harrego i zaczął również odciągać Harrego od siebie. Głowa chłopaka z lokami znalazła się dosłownie przed jego, jednak Haz nadal nie popatrzał w jego oczy. Louis za to patrzał głęboko w jego, pomijając brak reakcji z jego strony. – Nie Harry musisz wiedzieć jak przykro mi za to, za wszystko…
Te rozświetlone teraz tęczówki znalazły w tamtym momencie drogę do niebieskich Louisa. Chłopak nie był do końca pewien jak ma interpretować ten wzrok, jednak w momencie kiedy Harry powoli otoczył go swoim ramieniem zaczął prowadzić do kanapy niedaleko kominka Louis zrozumiał że zamierzał go wysłuchać; nawet jeżeli od samego początku wiedział że jego przeprosiny są zbędne.
Louis powoli usiadł obok młodszego chłopaka, który wtulił się w niego. Zajęło mu chwilę, aby przeanalizować jego ubiór, po czym rozsiadł się wygodnie w poduszkach. Jego strój był więcej niż cudowny. Pokazywał dokładnie niewinność Harrego. Był ubrany w kraciastą ciemnoniebiesko-zieloną piżamę, spodnie i podkoszulek z czystej bawełny. Koszula miała długie rękawy i mały dekolt, który odsłaniał bladą klatkę piersiową chłopaka. Wyglądał tak niesamowicie słodko, że Louis myślał że jego serce zaraz wyskoczy z ciała.
Zanim chłopak dostał szansę by cokolwiek powiedzieć, Harry wstał i obrócił się tak, że jego tyłek był wprost przed twarzą Louisa. Nie mógł powstrzymać się przed patrzeniem w niego, znaczy raczej nienaturalne byłoby nie popatrzeć, prawda? Te wspaniałe pośladki były wprost przed nim. Czy naprawdę pożałowałby tego, że uściśnie je, choć raz? Szybko jednak wmówił sobie, że jest to nie odpowiednie, albo przynajmniej powstrzymał się przed tym.
Louis lubił również twarz Harrego, więc nagły brak jego tyłka na widoku nie zabolał go zbyt mocno, kiedy chłopak usiadł na sofie z kartką papieru i długopisem w ręce. Po tym jak napisał coś na niej, podał pokazał Louisowi.
Naprawdę nie musisz przepraszać, Lou.
Louis westchnął, ponieważ było to oczywiste, że chłopak właśnie tak zareaguje. Harry starał się nie pokazać, że było coś złego w tym jak się zachował.
-Wolisz żebym pisał czy mówił?
Nie zależy mi, możesz mówić, jeżeli wolisz. -Harry odpisał.
- Ja tylko- ty nie zrozumiesz Haz. Ja muszę cię przeprosić. Muszę mówić ci cały czas, że niesamowicie mi przykro, ponieważ byłem taki okropny i głupi, że to jest aż niewybaczalne, ale przynajmniej chcę spróbować i dostać twoje przebaczenie, bo nie mogę cię stracić i ja- mówię bez sensu prawda?- Przemowa Louisa było szybka i poplątana, ale kiedy zobaczył, że Harry siedzi obok niego z małym uśmiechem na swoich ustach, zauważył, że plecie coś od rzeczy i zmusił się do tego by przestać.
Wszystko już w porządku Louis, ja po prostu się martwiłem o ciebie, kiedy nie odpowiadałeś- to wszystko. Nie zabiłeś przecież nikogo lub coś w tym stylu.
- O to właśnie chodzi, że byłeś zmartwiony. Nigdy nie powinieneś się tak czuć a szczególnie nie przeze mnie. Nie interesuje mnie to, że zawsze tak masz. Ja nie powinienem nigdy stawiać cię w takiej sytuacji. – Louis powiedział nisko.
W porządku Louis, jesteś tutaj i nic innego nie ma znaczenia. Wszystko z tobą w porządku i nic ci się nie dzieje.
Louis wydał z siebie dziwny dźwięk. Harry nie rozumiał. Nie, no oczywiście, że Louis nie miał w planach informować go o tych okropnych słowach, które powiedział w klubie, ale chciał przeprosić go za nie jakoś dyskretnie. Może właśnie to było przyczyną tego dziwnego poczucia winy, które przeszywało nadal jego serce, jednak wiedział, że nie może powiedzieć nic więcej a jedyne, czego potrzebuje to to by Harry zrozumiał, że jest mu przykro.
Kiedy Louis podniósł wzrok z kolan gdzie jego palce były splątane razem, zauważył, że Harry znów wziął w ręce swój notatnik? Wyraz jego twarzy nagle stał się skupiony jakby obawiał się tego, o co teraz może zapytać go chłopak.
A powiesz mi, dlaczego do mnie nie odpisałeś?
Louis odchrząknął szybko. Co miał mu powiedzieć? Że go ignorował? Że przestał do niego odpisywać, ponieważ nie chciał wyjść na dziwaka przed swoimi przyjaciółmi? Że był cholernym i skończonym chujem?
-Musiałem nadrobić taka rzecz i jakoś wyleciało mi to z głowy- Kłamstwo na języku smakowało okropnie. Coś pomiędzy goryczą a kwasem. Kiedy Harry pokiwał głowę jak gdyby rozumiał Louis poczuł, że smak jeszcze bardziej się wyostrza. Kłamanie nie było proste i udowodnił to w klubie, kiedy mówił te słowa na temat Harrego. Jednak kłamanie do tego niewinnego chłopaka było czymś zupełnie innym. Czysta delikatność jego twarzy sprawiało, że kłamstwo przychodziło mu dwa razy gorzej.
W momencie, kiedy Louis popatrzył na Harrego, zobaczył, że Harry ziewa zmęczony, jednocześnie przecierając swoje oczy.
- Jesteś zmęczony? – Louis zapytał delikatnie, kładąc swoją rękę na kolanie Harrego. Chłopak wzdrygnął się zaraz przed tym jak pokazał Louisowi, że nie ma nic przeciwko dotykowi, jaki mu funduje. Delikatnie pokiwał głową, jakby nie miał nawet siły by porządnie nią ruszyć.
-Idź do łóżka i prześpij się. – Powiedział do zmęczonego chłopaka. Harry jedynie pokiwał głową jeszcze raz i wstał z sofy. Wyprostował swoje ręce i plecy.
Chociaż Louis czuł się trochę dziwnie wpatrując się w figurę chłopaka w tym niewinnym stroju nie mógł powstrzymać się i zwrócił uwagę na to jak długi był tors Harrego. To było nawet zadziwiające, że podkoszulek nie był na niego za krótki, nad czym Louis bardzo ubolewał, ponieważ nie miał by nic przeciwko gdyby odsłonił, choć kawałek swojej nagiej skóry.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz