wtorek, 24 grudnia 2013

1

Pierwsze uderzenie i przeszywający ból w okolicach oka. Drugie uderzenie i metaliczny posmak krwi w ustach.
- Lubisz to, prawda?
- Proszę, przestań.
- Uwielbiasz błagać mnie o litość. – Silnie wymierzony policzek. – Jesteś gorszy niż najtańsza dziwka.
*
- Kocham cię.
- Ja kocham cię bardziej.
Louis warknął i rzucił poduszką w kierunku swoich przyjaciół. Odliczył od trzech, rozmasowując skronie i życząc sobie, by mógł zniknąć.
- Słucham tego od godziny, możecie przestać?! Próbuję tu w spokoju oglądać film.
- Po prostu nie potrafisz pogodzić się z naszym szczęściem. – Louis z niedowierzaniem spojrzał na Liama. Odliczanie najwyraźniej nie pomogło, czuł, jak wzrasta w nim irytacja.
- Dzielcie się swoim szczęściem, ale nie przy mnie – warknął. – Zayn, czy możesz zdjąć rękę z jego pośladka? Och, na miłość boską! – jęknął, wpatrując się w parę szeroko otwartymi oczami i wyrzucając ręce w górę. Czasami dzielenie akademika z parą zakochanych gejów go przerastało. Kilkakrotnie zamrugał i po chwili ze zrezygnowaniem odwrócił wzrok, usiłując skupić się na programie telewizyjnym.
- Chodź do sypialni, Li. Taki nędznik nie zrozumie potęgi miłości – odparł Zayn, wymownie spoglądając na Louisa, zanim po raz kolejny oberwał poduszką w głowę. Skrzywił się i uniósł rękę, by rozmasować bolące miejsce, ale usta jego chłopaka szybko spoczęły na skórze jego czoła.
- Nie przeszkadzajcie sobie, wychodzę. – Podniósł się z fotela i pomaszerował w kierunku holu. – Liam, wyjmij rękę jego spodni! Jesteście niemożliwi! – krzyknął, zabierając swój plecak i czym prędzej opuszczając mieszkanie.
*
Leżał z głową podpartą na ręce i oglądał nieciekawy program przyrodniczy w telewizji. Głośno westchnął, czując ból w dole pleców i okolicy żeber. Zerknął na zegar. Siedemnasta. To chyba na tyle ze spokojnego popołudnia.
Jak na zawołanie usłyszał trzask oraz wiązankę przekleństw. Zerwał się z miejsca i usiadł sztywno, modląc się, aby Robin zechciał udać się najpierw do łazienki. Schował twarz w dłonie.
- Gdzie jesteś, gówniarzu? – usłyszał.
Zacisnął powieki, oczekując najgorszego. Kręciło mu się w głowie i dudniło w uszach. Kiedy po paru chwilach zamiast wyzwisk usłyszał jedynie szum wody w łazience, postanowił wykorzystać okazję. Zerwał się z kanapy i zabrawszy z półki jedynie klucze, po cichu wymknął się z domu. Szybkim krokiem przemaszerował przez podjazd, zapinając bluzę i zakładając kaptur, po czym przebiegł całą ulicę, aż skręcił za róg, ciężko dysząc. Zwolnił tempa. Westchnął. Wiedział, że prędzej czy później, przyjdzie mu słono za to zapłacić, ale w tej chwili liczyła się jedynie wolność i chwilowe poczucie bezpieczeństwa. Tylko tyle mu pozostawało.
Wepchnął ręce do kieszeni spodni i wolnym korkiem przemierzał uliczki Londynu ze spuszczoną nisko głową, unikając jakiegokolwiek kontaktu, zarówno fizycznego, jak i wzrokowego, z mijającymi go ludźmi. Zastanawiał się, jak surowa spotka go kara. Doskonale wiedział, w jaki sposób za to zapłaci i na samą myśl w oczach stawały mu łzy.
Nie tak wyobrażał sobie nastoletnie życie.
*
Dotarł do niewielkiego lasu i powoli rozsunął kilka gałęzi, uważając na książkę, którą kurczowo ściskał w dłoni. Othello – uwielbiał Shakespeare’a, a studia na kierunku związanym z teatrem były tym, o czym marzył praktycznie od zawsze. Jedyną rzeczą, której brakowało mu w tej chwili do szczęścia, było osobne mieszkanie. Kochał swoich przyjaciół i to nawet dzięki niemu stali się parą (Louis miał dość patrzenia, jak ukradkiem na siebie spoglądają i uśmiechają się na swój widok), ale czasami zachowywali się jak nie radzące sobie z hormonami nastolatki. Choć wcale nie twierdził, że nimi nie byli. Kochał ich, ale chwilami miał ochotę ich udusić. Dlatego w takich momentach ulatniał się, by dać im chwilę prywatności, a sobie nieco zasłużonego spokoju.
Sam był gejem i z powodu przyjaciół często zastanawiał się, czy również jest tak nieznośnie przesłodzony. Szczerze w to wątpił, aczkolwiek pozostawiał taką możliwość do rozpatrzenia.
Widząc znajomy pieniek i grubą, skrzywioną gałąź starego drzewa, uśmiechnął się do siebie nieznacznie i przyspieszył kroku. W końcu ujrzał swoje ulubione miejsce i wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie jeden szczegół. Jeden, mały szczegół, przez który Louis na chwilę stracił równowagę i zahaczył nogą o korzeń, przeklinając pod nosem. Szczegółem tym był nieznajomy chłopak, siedzący pod jego drzewem, w jego tajnym miejscu.
Harry usłyszał kroki i podniósł głowę. Tylko tego mu brakowało. Przeklinał się w myślach za to, że akurat tutaj zachciało mu się przychodzić. Miało się stać to, czego tak bardzo pragnął uniknąć. Dlaczego nic nie szło po jego myśli?
Louis chciał coś powiedzieć, ale ujrzał piękne, zielone, zapłakane oczy, wpatrujące się ze strachem w jego spod ciemnobrązowej kręconej grzywki, która wyglądała, jakby została stworzona do głaskania i wplatania w nią palców.
Szybko się ocknął, potrząsając głową i zastanawiając się, jak niedorzecznie wyglądało jego zachowanie. Przygryzł wargę, zauważając zmianę pozycji chłopaka. Siedział skulony, obejmując ramionami kolana, przyciągając je do klatki piersiowej i spoglądając na swoje palce.
Świetnie, Tomlinson, przestraszyłeś go.
Powoli podszedł do nieznajomego i usiadł obok niego, opierając się plecami o pień drzewa.
- Cześć – powiedział cicho, na co chłopak spuścił głowę niżej i widocznie zacieśnił uścisk na nogach. – Uhm, przepraszam, zaskoczyłeś mnie swoją obecnością.
Harry przez chwilę analizował zaistniałą sytuację, zastanawiając się, czy naprawdę ktoś jeszcze wiedział o tym miejscu, czy może to jego umysł płatał mu figle z przemęczenia i braku normalnegokontaktu z ludźmi. Zawahał się, ale stwierdził, że nie może ignorować nieznajomego z nadzieją, że odejdzie. To nie miałoby prawa dobrze się skończyć.
- Nie, to ja przepraszam – mruknął, spoglądając na Louisa spod przydługich włosów. Lou czuł, jak zasycha mu w ustach. Jego głos był niski, głęboki i zachrypnięty. Louis nie był pewien, czy jest taki zawsze, czy spowodowane było to płaczem. W głębi duszy miał nadzieję, że powodem było pierwsze przypuszczenie.
Louis westchnął, otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale wydobył z siebie jedynie nieartykułowane stęknięcie, więc szybko ponownie je zamknął. Zacisnął wargi w wąską linię. Jak miał wydusić z siebie chociaż słowo, kiedy tak głęboko zielone oczy wpatrywały się w jego?
- Wszystko w porządku? – spytał w końcu półszeptem. Wydawało się, że wypowiedzenie tak prostego pytania zabrało mu większość zmagazynowanej w jego ciele energii. Co się z nim działo?
Chłopak jeszcze przez chwilę się w niego wpatrywał, jakby próbował coś odgadnąć. W końcu ocknął się i otrząsnął, jakby przywrócony do rzeczywistości. Pokręcił przecząco głową. Nic nie było w porządku, ale przecież nie mógł powiedzieć tego przypadkowo spotkanej osobie. Przygryzł wargę, zastanawiając się, jakie intencje ma chłopak, a Louis musiał stłumić w gardle wysoki, dziewczęcy pisk, który o mało nie wydobył się z jego ust na widok tej czynności. Odchrząknął.
-Erm… dobrze. – Zawahał się, jakby zastanawiając się, co teraz zrobić.
Harry zacisnął palce na materiale swoich spodni, modląc się w duchu, by chłopak okazał się taki, na jakiego wyglądał. Nieszkodliwy.
– Jestem Louis – oznajmił, a Harry przez moment patrzył na niego z niepewnością w oczach. W końcu Louis wyciągnął dłoń, uznając, że chłopak jest dość wyrachowany i tego właśnie oczekuje.
Harry spojrzał na jego rękę, zdając sobie sprawę z faktu, że chłopak, Louis, również chce poznać jego imię.
- Harry – odpowiedział cicho (na co Louis westchnął z nadzieją, że nowo poznany chłopak nie przywiązał do tego większej wagi oraz życzeniem, by dźwięk jego głosu nie działał tak na jego ciało), nadal wpatrując się w wyciągniętą dłoń i niepewnie delikatnie się odsuwając. Podniósł na niego przerażone spojrzenie i jeśli Louis był zdziwiony jego zachowaniem, nie dał po sobie tego poznać. Cofnął rękę delikatnie się uśmiechając.
- Więc, Harry, jak tu trafiłeś?
Chłopak spojrzał na niego, marszcząc delikatnie brwi. Wzruszył ramionami i oparł brodę na kolanach, wpatrując się w Louisa.
- To tak, jak ja. – Louis szeroko się uśmiechnął, chcąc rozładować napięcie. Czuł, jak jego policzki przybierają różowego odcienia, co spowodowane było uporczywym wzrokiem chłopaka.
Harry odwzajemnił gest i gdyby dobrze się przyjrzał, zobaczyłby, że Louis na moment zapomniał o oddychaniu.
Może ten dzień nie był jeszcze stracony?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz