Louis powoli otworzył oczy. Kilkakrotnie zamrugał, przyzwyczajając wzrok do światła, po czym szybko zerwał się na nogi, by porwać z szafki telefon. Czternasta. Uspokoił oddech i powoli przebiegł ręką po twarzy. Jeszcze dwie godziny.
Tym razem wolniej udał się w kierunku drzwi. W chwili, w której je otworzył, jego nozdrza uderzył przyjemny zapach. Uradowany skierował się do małej kuchni. Przy piecu stał Liam, a za nim Zayn, owijając go ramionami i mocno trzymając, składał pocałunki na jego szyi i barkach.
Louis odchrząknął.
- Jak się spało? – mruknął Liam, lekko szturchając Zayna. Po chwili pisnął, gdy mulat zatopił zęby w jego skórze.
- Dobrze. Nie spytam o to samo, bo jestem niemal pewien, że pojęcie snu jest wam obce. Nie myślcie, że niczego wczoraj nie słyszałem.
Liam spłonął rumieńcem, a Zayn wzruszył ramionami. Ku uciesze Louisa temat nie doczekał się kontynuacji, a napięta atmosfera zniknęła z chwilą, w której posiłek pojawił się na stole.
Louis szybko dokończył swoją porcję, przypominając sobie, że dwie godziny to wcale nie tak wiele.
Pobiegł do łazienki, by się odświeżyć, a następnie powrócił do swojego pokoju. Otworzył szafę i przeciągle jęknął.
- Nie mam się w co ubrać! – krzyknął.
Jak na zawołanie w pomieszczeniu pojawili się jego przyjaciele i ustawili się w jego centrum, uważnie wpatrując się we wszystkie wysypujące się z półek ubrania. Louis stanął przy nich bezradnie wzdychając, o dziwo niezażenowany faktem, że stoi przy parze gejów w samej bieliźnie. Może jego przyjaciele wydawali się być niewyżyci, ale świata poza sobą nie widzieli.
Ich bliska więź powstała jeszcze na długo przed latami nastoletnimi i nie zapowiadało się, by szybko dała się przerwać.
Zayn ze sceptycznym spojrzeniem podszedł bliżej źródła problemów Louisa. Wyciągnął dłoń i pociągnął za jedną z wystających rzeczy. Zawartość szafy wysypała się i spoczęła u jego stóp. Zamruczał coś pod nosem, jak to miał w zwyczaju i uważnie spojrzał na zagmatwaną masę przeróżnych materiałów.
Zayn zawsze był mistrzem w tym fachu, a Louis zawsze twierdził, że to dzięki wypowiadanym przez niego zaklęciom. Liam utrzymywał, że jego chłopak jest zwyczajnie wszechstronnie uzdolniony, zawsze podając kilka innych rzeczy, w których jest nadzwyczaj dobry, a o których Louis prawdopodobnie nigdy nie chciał się dowiedzieć. Czasami jego przyjaciele przechodzili samych siebie.
W końcu Zayn mocno zacisnął powieki, po czym kilkakrotnie zamrugał i magicznym sposobem wyjął ze sterty parę rurek, koszulkę z The Fray i bluzę. Z szerokim uśmiechem podszedł do Louisa i wręczył mu ubrania.
- No już, zakładaj – powiedział, klepiąc go w pośladki. Louis pisnął i podskoczył, a Liam zachichotał i wyciągnął ręce, zaciskając je w pięści i rozluźniając, jak małe dziecko chcące być noszone na rękach. Zayn podszedł do łóżka, na którym zdążył usadowić się jego chłopak i został na nie gwałtownie pociągnięty. Para natychmiastowo zaczęła się całować, a Louis jęknął.
- Idźcie do siebie. Boże, na moim łóżku!
Liam ponownie się zaśmiał, a Zayn na moment przerwał pocałunek.
- Lou, o której wrócisz? Chcieliśmy dziś z Liasiem wypróbować…
- Nie kończ! – przerwał mu Louis, wyrzucając w górę ręce i szybko znikając za drzwiami.
Zapowiada się kolejny ciekawy dzień.
-
Kiedy Harry pojawił się pod drzewem, Louis już na niego czekał. Na twarzy młodszego znajdował się szeroki, choć odrobinę tajemniczy uśmiech, przez co poziom szczęścia Louisa podskoczył o kilkadziesiąt procent, sięgając górnej granicy. I kiedy sądził, że już nie może być, lepiej, Harry zrobił coś, co kompletnie zbiło Louisa z pantałyku. Coś, co sprawiło, że Louis postawił swoją świadomość pod znakiem zapytania, sądząc, że znajduje się w innym wymiarze lub najzwyczajniej w świecie w fazie głębokiego snu. Ale to wszystko było prawdą. Harry uklęknął przy Louisie i uśmiech na krótką chwilę został zastąpiony zakłopotanym i skupionym spojrzeniem oraz delikatnie zmarszczonym czołem. Ale potem twarz Harry’ego powróciła do poprzedniego stanu i chłopak bez słowa sięgnął do ręki Louisa, unosząc ją i usadawiając się obok starszego chłopaka. Ułożył jego dłoń na swoim ramieniu, opierając ciężar ręki Louisa na swoich barkach. Chwilę wiercił się w objęciu oszołomionego chłopaka i jego usta wygięły się w grymasie. Ponownie chwycił dłoń Louisa i tym razem zsunął ją niżej, na swoją talię, przez co starszy obejmował go teraz w pasie. Wtedy twarz Harry’ego rozświetlił szeroki uśmiech, z którym odwrócił się do Louisa. – Dzień dobry, Lou.
Natomiast Louis błądził myślami bardzo daleko. Uczucie ciepła chłopaka przyprawiało go o zawroty głowy. Miał wrażenie, że jego mózg zamienił się w bezkształtną papkę i ktoś odebrał mu władzę nad ciałem. Słyszał Harry’ego, ale nie był w stanie nic odpowiedzieć. Ten mały gest w wykonaniu chłopaka znaczył tak wiele, że Louis nie był w stanie racjonalnie myśleć. Odebrało mu mowę. Nie potrafił się poruszyć. Jego umysł był wypełniony niemocą w najczystszej postaci. A przynajmniej takie odnosił w tej chwili wrażenie.
Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, zanim wykrztusił – Hazza – najmniej sensowną wypowiedź, która wypłynęła ostatnimi czasy z jego ust, ale w której zawarł wszystko, co czuł. Pustkę paradoksalnie wypełnioną czymś nieokreślonym. Czymś, czego nie był w stanie wskazać palcem. Uczuciem, którego nie potrafił określić. Jego zmysły zdawały się powtarzać harryharryharry jak mantrę. Bo właśnie tak działał na niego chłopak. A kim był Louis, by się temu sprzeciwiać?
- Jeśli ci to przeszkadza… – urwał.
- Nie – odparł stanowczo Louis, momentalnie powracając do rzeczywistości. Zapewniająco zacieśnił uścisk na boku Harry’ego, przysuwając się bliżej.
- Chciałem – Harry wziął głęboki wdech – chciałem ci dziś o wszystkim powiedzieć. Ale myślę, że chyba już wiesz. Mam nadzieję, że wiesz. – Spuścił głowę. – Byłoby o wiele łatwiej – dodał półszeptem.
- Chyba nie jestem pewien, co masz na myśli, Harry – odpowiedział Louis. Oczywiście, że wiedział. Po prostu myśl, że Harry wychodzi z inicjatywą poruszenia tego tematu wydawała się nieco abstrakcyjna.
- Nie oszukujmy się, Lou. Doskonale wiesz, co mam na myśli. – Harry westchnął. – Po prostu się martwisz. Martwisz się, prawda? O mnie. Martwisz się tym wszystkim i wiesz, że się boję. Ale jesteś w błędzie, Lou. – Harry ma chwilę przerwał i z uwagą spojrzał na Louisa. – Bo ja się już nie boję, Lou. Nie boję się ciebie. Nie boję się być przy tobie. I może powinienem powiedzieć, że nie boję się dziękitobie.
Harry spuścił wzrok i splótł palce swojej lewej dłoni z palcami prawej ręki Louisa, którą go obejmował.
- Harry, ja… - urwał, nie będąc do końca pewnym, co takiego chciał powiedzieć. Na chwilę ponownie uchylił usta, ale po chwili zamknął je z powrotem, kręcąc głową.
- Wiem, że chcesz zaprzeczyć. Nie rób tego. Nie masz pojęcia, ile dla mnie zrobiłeś. Jesteś jedynym, który się ode mnie nie odwrócił. Dziękuję. – Jego usta wykrzywiły się w nieśmiałym uśmiechu.
- Nie chcę, żebyś myślał, że do czegoś cię zmuszam. Jeśli nie jesteś gotowy, rozumiem.
Harry pokręcił głową i zacisnął usta w wąską linię. Przez moment wpatrywał się w ziemię, zanim lekko się obrócił i wolną ręką oplótł brzuch Louisa, opierając głowę o jego klatkę piersiową. Louis na chwilę zapomniał, jak się oddycha. Obawiał się, że Harry jest w stanie wyczuć, jak serce tłucze mu w piersi. Czucie bliskości Harry’ego było tak… inne, a jednocześnie tak przyjemne i specyficzne. Odnosił wrażenie, że właśnie tak powinno być. Że jego ciało dopiero od niedawna zaczęło dobrze funkcjonować. Że to o to właśnie chodziło. O bliskość i zrozumienie, by oboje mogli żyć jak należy. By mogli być szczęśliwi. Szczęśliwi ze sobą i dzięki sobie.
Louis zatopił nos w lokach Harry’ego. Przymknął powieki, delektując się zapachem miodu i migdałów. Zastanawiając się, o czym myśli w tej chwili chłopak. Pragnąc posłuchać bicia jego serca, by upewnić się, że wszystko to jest prawdą i Harry znajduje się tutaj, przy nim, w jego ramionach, ufając mu.
- Wiesz już, że chodzi o mojego ojczyma. To prawda. Nie skłamałem również, mówiąc o awanturach i wyzwiskach. O tym, że dochodzi do rękoczynów – mówił Harry. Jego głos był tłumiony przez materiał bluzy Louisa, do której chłopak przyciskał twarz. - Ale okłamałem cię, mówiąc, że to już wszystko. Że nic więcej nie robi. Przepraszam, wiem, że nie powinienem był tego robić. Dlatego teraz to mówię. To nie jest wszystko. Robi wiele innych rzeczy.
Lewa ręka Louisa sięgnęła do policzka Harry’ego i potarła go. Następnie przeniosła się do jego włosów i Louis powoli przesunął przez nie palcami w uspokajającym i dodającym otuchy geście, zachwycając się ich delikatnością i rozlewającym się po jego ciele uczuciem, którego nie potrafił nazwać.
- Przepraszam, Harry. Powinienem był zauważyć, domyślić się. Przepraszam. – Louis spuścił wzrok.
- Nie, Lou. Pomogłeś mi, już to mówiłem. Tak wiele ci zawdzięczam. Dzięki tobie zaczynam mu się sprzeciwiać. Gdyby nie ty – na chwilę załamał mu się głos i wziął głęboki wdech, ale zanim był w stanie kontynuować, przerwał mu stanowczy głos Louisa.
- Nie kończ, Harry. Damy radę, obiecuję – powiedział cicho, zapewniając o tym nie tylko Harry’ego, ale i siebie. Nie dopuści, by kiedykolwiek jeszcze stała mu się krzywda. I gdy pomimo poważnego wyznania Harry’ego, wydawało się, że ten dzień nie może być piękniejszy, Harry ponownie zaskoczył Louisa, unosząc głowę i ukazując twarz bez cienia zmartwienia, obdarzając go szerokim, szczerym uśmiechem. Zaskoczył go, po raz kolejny tego dnia wypowiadając dziękuję. I zaskoczył go, unosząc głowę i zbliżając swoją twarz do jego. Niepewnie przyciskając swoje ciepłe usta do kości policzkowej Louisa.
I wtedy dla Louisa słowa nie miały już znaczenia. Nie miało znaczenia nic poza tą chwilą. Nie miał znaczenia nikt poza Harrym. Bo Louis zrozumiał, jak wielka siła tkwi w prostych rzeczach, kiedy wychodzą one z inicjatywy najważniejszej dla niego osoby. Liczył się Harry, jego zaufanie, bliskość i bezpieczeństwo oraz pewność, że nie zostanie już skrzywdzony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz