sobota, 28 grudnia 2013

Tytuł: I come back for you

Opis: Zayn jest znudzonym życiem dwudziesto-dwu latkiem. Podczas kolejne nudnej imprezy, mając już dość, wraca samotnie do domu. Wtedy na jego drodze staje on. Niezwykły, tajemniczy nieznajomy, który nie pozwoli o sobie zapomnieć sprawiając, że magia naprawdę zacznie istnieć.

Bohaterowie główni: : Zayn Malik i Louis Tomlinson.

Bohater poboczny: Harry Styles

Gatunek: Romans.


Miejsce akcji: Londyn


*********

Kolejna nudna nic nie znacząca impreza. Dlaczego znów dałem się na to namówić i zaciągnąć do baru, choć obiecywałem sobie nigdy więcej. Kiepski klub, zapach alkoholu i dym papierosów unosił się w powietrzu. Piane plastikowe laski i napaleni kolesie chętni by dziś zaliczyć. Nic się nie zmienia. Ta sama monotonia sprawiająca, że odechciewa się zyć. Te same miejsca, ci sami ludzie. Ale czego mogę się spodziewać, byłem zwykłym nudziarzem. Pracowałem w podmiejskiej szkole jako instruktor tańca. Wstawałem rano, brałem prysznic, potem praca i znów wracałem do domu. W weekendy dawałem się wyciągać do baru, jednak wcale tego nie lubiłem.

- Ejj…… - usłyszałem głos Harrego przy moim uchu. Był moim jedynym przyjacielem, i kochałem go jak brata. Czasami bywał irytujący i niezrównoważony, ale był jedyna osobą, z której zdaniem się liczyłem, i która niejednokrotnie mi pomogła. Dlatego gdy dziś znów zapytał, czy pojadę z nim na imprezę nie mogłem odmówić. Za każdym razem zgadzam się i potem siedzę jak kołek, obserwując ocierających się o siebie ludzi. – Żle się bawisz?

- Żle…nie, wręcz przeciwnie, jest fantastycznie – prychnąłem - Impreza w dechę. Siedzę i obserwuję, kogo by tu zaliczyć, czy mam chęć na chłopca czy na dziewczynkę…

- Dobra, dobra zrozumiałem – przerwał mi Styles, a szkoda bo dogryzanie mu zapewniało mi tutaj jedyną rozrywkę. Uwielbiałem widzieć w nim, to poirytowanie. – Nie musisz mnie niańczyć, jestem dużym chłopcem i poradzę sobie sam, więc po prostu jedz stąd, bo nie zniosę tego.. twojego wyrazu twarzy – pomachał mi palcem przed nosem .

- Wyrazu twarzy – zmarszczyłem brwi, co tez znowu wymyślił – jakiego wyrazy twarzy?

- No właśnie tego Zayn, jakbyś intensywnie myślał…o czymś myślał, jesteś na imprezie, masz się upić, zaliczyć kogoś w łazience, potem obrzygać wszystkie krzaki po drodze, a ty …myślisz…..ała – nie wytrzymałem i walnąłem go ręka przez ramię – Za co? – usłyszałem.

Posłałem mu niewinny uśmieszek i pościłem oczko – Za to, że Cię kocham.

- Malik mówię poważnie, nie musisz ze mną zostawać – mówił, masując sobie rękę. Patrzyłem na niego zamyślony, nie byłem do końca pewny, czy zostawienie go samego w barze, gdzie nikt nie będzie miał kontroli nad ilością wypitego przez niego alkoholu, będzie dobrym pomysłem. Jednak wiedziałem tez, że nie wytrzymam tu ani minuty dłużej. Nie zniosę dymu drażniącego oczy i zapachu alkoholu – Dobra Harry jadę do domu – pogroziłem mu palcem – ale bez żadnych numerów i masz być grzeczny.

- Tak jest – zasalutował mi z uśmiechem, zanim podążył w stronę baru.

Na dworze, mimo późnej pory, czuć było wiosenne ciepło,. Niebo było bezchmurne, i można było zobaczyć wszystkie gwiazdy. Odszukałem kluczyki w kieszeni spodni i ruszyłem w stronę parkingu, na którym mijałem obściskujące się pary. Zajebiście.

Jadąc leśną ulicą rozmyślałem o moim życiu. Trzeba przyznać bezsensownym życiu. Brakowało w nim spontaniczności i przypadku, czegoś, co sprawiłoby, że znów zapragnę żyć. Byłem samotny i czasem zagubiony we własnym świecie. Nie potrafiłem otworzyć się na nowe znajomości.

Zacisnąłem mocniej ręce na kierownicy, gdy przede mną pokazała się jakaś postać. Czerwone spodnie świeciły w blasku reflektorów. Plecak przerzucony przez ramię opadał co jakiś czas. Nie wiem co mną skierowało, ale postanowiłem się zatrzymać. Może zrozumiałem, że żeby doświadczyć czegoś nowego wystarczy otworzyć się na nowe doświadczenia. Przecież nie miałem nic do stracenia.

Zajechałem mu drogę, zjeżdżając na pobocze, kilka metrów przed chłopakiem. Szatyn zatrzymał się wyraźnie zdezorientowany.

Malik, wystraszyłeś go idioto!

Wysiadłem z samochodu i prawie natychmiast stanąłem z nim twarzą w twarz. W świetle księżyca jego oczy świeciły błękitem nieba. Kasztanowe włosy rozwiewał delikatny wiatr, a usta były zaciśnięte w wąską linijkę. To była najpiękniejsza istota jaką kiedykolwiek widziałem.

- Podwieźć cię ? – przerwałem ciszę, która wydawała mi się trwać za długo.

- A skąd mam mieć pewność, że nie wywieziesz mnie do lasu i nie zgwałcisz, albo,…że ja nie zrobię tego z tobą – zapytał ochrypłym głosem, marszcząc poważnie brwi. Jego oczy wpatrywały się we mnie intensywnie, a ja nie potrafiłem wypowiedzieć ani jednego słowa. Zaschło mi w ustach i wydawało mi się, że słyszę własne bicie serca. Nawet nie pojmowałem słów, które do mnie wypowiadał, pragnąłem tylko by mówił i mówił, abym mógł rozkoszować się dźwiękiem jego głosu, który rozbrzmiewał w mojej głowie jak małe dzwoneczki na Boże Narodzenie. Spojrzałem w jego oczy i zastanawiałem się nad sensem jego słów, przygryzłem nerwowo wargę, spuszczając wzrok na własne dłonie.

- Żartowałem, chętnie skorzystam z podwózki – wybuchnął śmiechem, a ja mógłbym tego słuchać do końca życia. – jestem Louis.

- Zayn – uściskałem jego delikatną dłoń i w zapraszającym geście wskazałem na drzwi auta.

Droga mijała nam w ciszy. Nie wiedziałem, o czym mógłbym z nim rozmawiać. Nigdy nie znalazłem się podobnej sytuacji z nieznajomym. Co w ogóle sobie myślałem zatrzymując się i proponując transport. Byłem zdenerwowany i nie bardzo wiedziałem jak się zachować. Z tego wszystkiego nawet nie zapytałem, gdzie go zawieść. Odwróciłem twarz w stronę nieznajomego i ujrzałem niebieskie tęczówki wpatrujące się we mnie. Posłałem mu delikatny uśmiech i zwróciłem wzrok na drogę. Czułem na sobie jego wzrok. Jakby chciał wypalić dziurę w mojej głowie albo sprawić, bym zszedł na zawał. Przełknąłem głośno ślinę, czując suchość w ustach.

- Wiesz…..to co robisz…jest krępujące – wyjąkałem, starając się nie brzmieć tak żałośnie, jak się czułem.

- Co jest krepujące Zayn? – zapytał jak gdyby nigdy nic, a po moim ciele przebiegły gorące dreszcze.

- To…że tak patrzysz…na mnie, to… to o to mi chodzi – jęknąłem, nie patrząc w stronę szatyna, aby nie rozpłynąć się pod wpływem jego wzroku. Louis roześmiał się głośno, a dźwięk jego głosu odbijał się echem w mojej głowie. Świetnie zrobiłem z siebie idiotę.

– Masz ochotę zrobić coś szalonego ? – zapytał, całkowicie mnie zaskakując. Spojrzałem na niego zaskoczony, nie wiedząc co odpowiedzieć.

- Co masz na myśli?

- Jest tu pewne magiczne miejsce, mogę ci je pokazać jeśli chcesz? – usłyszałem i widziałem, jak uroczy uśmiech zdobi jego twarz. – Prowadź. –zaskoczyłem sam siebie, ale szatyn tylko poszerzył uśmiech. Wiedziałem, że kompletnie przepadłem.

Prowadził mnie leśną drogą, miedzy gęsta roślinnością, w miejsce, o istnieniu którego nie miałem pojęcia. Było tu prawie całkowicie ciemno; blask księżyca nie mógł przebić się przez korony drzew. Gdyby zostawił mnie tu samego, pewnie znaleziono by moje zwłoki po kilku tygodniach, bo na pewno nie trafiłbym spowrotem. Dziwiłem się też, że tak łatwo mu zaufałem. Pozwoliłem się zaciągnąć w dzikie i odludne miejsce przez osobę, o której nie miałem bladego pojęcia kim jest. Znałem jego imię, ale nawet ono mogło być nieprawdziwe. Dlaczego więc się zgodziłem? Moje rozmyślania przerwał szatyn, mówiąc, że jesteśmy na miejscu.

Powoli opuściłem miejsce zza kierownicy i wysiadłem z samochodu, nadal nie wierząc co się dzieje.

- Gdzie my jesteśmy? – zapytałem cicho stając obok chłopaka. Jego oczy zrobiły się prawie czarne.

- Chodź – powiedział tylko, łapiąc moją dłoń. Kiedy poczułem ciepło jego ciała, zapomniałem o całym świecie. Pozwoliłem prowadzić się w nieznane miejsce. Szedłem za nim, jak piesek za swoim panem. Liczyło się tylko to, że czułem jego bliskość i zapach delikatnych perfum. Jakby ktoś mnie zaczarował i pozbawił racjonalnego myślenia. Mój umysł był pusty, a jednocześnie czułem wszechobecny spokój i błogość. Jakbym unosił się nad ziemią.

Wszedł do ciemnej groty, a ja podążałem za nim. Niczym wierny sługa. Nagle zobaczyłem przebłyski światła w mroku, jakby tańczące ogniste iskierki.

- To świetliki- szepnął, koło mojej twarz, a ja teraz zauważyłem jak blisko się znajduję. Mogłem poczuć zapach jego skóry.

Puścił moją rękę i usiadł na trawie. Miejsce było naprawdę magiczne. Małe jeziorko otoczone krzakami dzikich róż, które ułożyły się do snu. Naokoło rosła trawa, migocząc w świetle księżyca. Nawet gwiazdy jaśniej świeciły. Tańczące świetliki odbijały się od lustra wody. Usiadłem obok niego, blisko, sprawiając, że dotykaliśmy się ramionami. Spojrzałem na twarz szatyna, miał zamknięte oczy a włosy opadły na czoło. Podniosłem rękę, by je poprawić. Miękkie pasma przewijały się miedzy moimi palcami, które dotknęły ciepłej skóry. Jego oczy otworzyły się i widziałem, jak odbija się w nich blask, tańczących nad nami świetlików.

- Przepraszam, ja tylko – szepnąłem, twierdząc, że hałas zniszczy urok tego miejsca. Louis tylko uśmiechnął się tajemniczo , po czym złapał moja dłoń splatając nasze palce.

- O czym marzysz Zayn ?– zapytał, a ja spojrzałem zaskoczony na jego tęczówki skierowane w stronę jeziora, w którym odbijał się srebrzysty księżyc. Tak błahe pytanie, a ja nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Czy o czymś marze, może tylko o tym, by zostać tu na zawsze, z nim u swego boku. Był jak anioł zesłany mi z nieba, by rozjaśnić mrok codzienności.

- Nie mam marzeń.

- Każdy je ma Zayn – sposób w jaki wypowiadał moje imię, był intrygujący. Jakby chciał podkreślić ego wyjątkowość.

- Chce cię pocałować – słowa wypłynęły z moich ust same, nie pytając się o pozwolenie. Moje ciało chciało jego dotyku, a rozum przestał być posłuszny. Skierował na mnie swój wzrok ,nie mówiąc nic. Ogarnęła nas błoga cisza, zakłócona jedynie przez nasz oddechy.

Wolną ręką dotknąłem jego zarumienionego policzka. Poczułem delikatna skórę pod swoimi palcami, która pragnęła tego dotyku. Przysunąłem twarz bliżej i mogłem poczuć gorący oddech na swoich wargach.

- O tym marzysz? – zapytał, a ja zatonąłem w blasku lazurowego spojrzenia.

- Tak – wyszeptałem przy malinowych ustach. Po chwili całkowicie odległość miedzy nami została zlikwidowana i poczułem jego słodki smak. Ciepłe wargi muskały moje, niepospiesznie, delikatnie, napawając się każdą sekundą pocałunku. Języki spotkały się spragnione i zatańczyły w szalonym tańcu jedności.

Położyłem dłonie na jego plecach, z każda chwilą zjeżdżając coraz niżej, by dotrzeć do skrawka materiału, który nie pozwalał mi dotknąć jego ciała. Szybkim ruchem ściągnąłem bluzę wraz z koszulką. Wodziłem dłońmi po nagim ciele, pragnąc zapamiętać, każdy najmniejszy szczegół. Oderwałem swoje usta, na co jęknął delikatnie. Zacząłem muskać wargami policzki, schodząc na szyję i ramiona. Wodziłem językiem po obojczyku, pragnąc coraz więcej i więcej. Poczułem jak wplata palce w moje włosy, które rano misternie układałem. Opuszkami palców masował moje skronie i kark, by wreszcie złożyć na nim pocałunek. Dłonie szatyna szybko pozbawiły mnie koszulki i delikatnie popchnęły na trawę, siadając na moich udach.

Moje ciało całkowicie poddało się pieszczotom. Pragnąłem, by sprawne dłonie nigdy nie przestawały mnie dotykać, by usta nigdy nie przestały mnie całować.

Przygryzał wrażliwe sutki, zataczając wokół nich koła językiem, a dłonie otarły się o moją erekcje przez materiał spodni.

- Mmmm…. - zamruczałem, wypychając biodra do góry. Czułem jak uśmiecha się, gdy zjechał z pocałunkami na podbrzusze.

Po chwili byliśmy nadzy, ocierając się o swoje ciała w podnieceniu. Bez pospiechu badaliśmy własne tajemnice, błądząc na oślep.

Kiedy jego dłoń dotknęła nabrzmiałego członka, jęknąłem, pragnąc więcej. Zaczął przesuwać powoli dłonią doprowadzając moje ciało do drżenia.

- Ssszybciej Lou- wyszeptałem niemal bezgłośnie, choć miałem ochotę krzyczeć. Nie przyspieszył, bawił się mną, jak dziecięca zabawką, sprawiając, że moje zmysły oszalały. Delikatny podmuch jego oddechu owiewał skórę podbrzusza, a język mozolnie zatoczył kręgi na udach. Byłem na skraju wytrzymałość, kiedy poczułem jak mój penis zagłębia się w jego ustach.

- Tak.. nie przestawaj – wykrzyczałem, nie mogąc już stłumić emocji, kiedy nabrzmiały członek dotykał ścianek gardła, w rytmicznym tępię. Mój mózg wariował, wiedziałem, że zbliżam się do krawędzi spełnienia – Lou ja zaraz.. – ale on nie przestał, tylko przyspieszył swoje ruchy, tym samym sprawiając, że wystrzeliłem prosto w malinowe usta napełniając je miłosnym nasieniem.

- Lou.. – wyszeptałem, starając się uspokoić oddech. Przyciągnąłem jego twarz do swojej i złożyłem na ustach czuły pocałunek. – jesteś niesamowity Lou.

- Zrobię wszystko co zechcesz Zayn – wymamrotał, składając pocałunki na ramionach. Gładziłem ręką skórę jego pleców, przyciągając go jeszcze bliżej siebie. Tak, by nasze serca biły jednym rytmem.

- Chce cię poczuć w sobie – mówiłem między pocałunkami – Tylko ciebie – przygryzałem płatek jego ucha – Zawsze tylko ciebie.

Louis odsunął się nieznacznie, obdarzając mnie najpiękniejszym uśmiecham, jaki kiedykolwiek widziałem. Dłonie pieściły uda, a palce zmierzały do mojego wejścia. Był niezwykle delikatny. Jego ruchy byłe pełne czułości, jakby dotykał porcelanowej lalki. Kiedy włożył we mnie pierwszy palec jęknąłem głośno, lecz szatyn przyćmił moje westchnienia pocałunkiem, wsuwając język i łącząc go z moim. Mógłbym całować te usta już do końca świata.

Nie przestawał poruszać palcem, a po chwili dołączyły kolejne. Wiłem się pod nim w ekstazie, kiedy zahaczał o czułe punkty. Dłonie zacisnąłem na trawie, oddając mu się całkowicie. Pozwalając robić z moim ciałem co tylko chce.

- Teraz , nie każ mi czekać – błagałem, szepcząc wprost do jego ust– Teraz Lou.

Nie wahał się; kiedy palce zniknęły, zaczął napierać na mnie czymś większym. Czymś, czego w tej chwili potrzebowałem.

- O boże …- krzyknąłem, czując jakby miało mi rozerwać wnętrzności, ale on nie przestawał. Posyłał mi równe, mocne pchnięcia, do których wkrótce się przyzwyczaiłem.

- Jesteś cudowny Zayn - szeptał – taki ciasny i wilgotny – mówił ochrypłym głosem a ja oszalałem całkowicie. Szatyn opętał moje ciało i duszę. Pragnąłem więcej i więcej i więcej. Drapałem skórę jego pleców, gryzłem szyję, by zostawić po sobie ślady obecności.

- Ja zaraz … ..– zamruczał , a ja poczułem jak oczy zachodzą mi mgłą, a ciało unosi się w powietrzu.

Doszliśmy równocześnie, krzycząc swoje imiona, miażdżąc wzajemnie usta w spragnionym pocałunku. Byliśmy jak nienasycone zwierzęta, wyruszające na żer, by złapać swoją ofiarę. Opadłem na trawę przyciągając szatyna do swoje klatki piersiowej, pragnąc uspokoić oddech. Zapach miłości unosił się w powietrzu, a nad nami tańczyły świetliki.

- Dziękuje Lou- powiedziałem, całując jego mokre od potu skronie – To było magiczne.

- To ja dziękuje. – usłyszałem, po czym przyciągnąłem go bliżej.



Wracaliśmy w ciszy. Nie potrzebowałem teraz słów, czułem się spełniony i szczęśliwy. Słonce powoli zaczęło wschodzić i poczułem zmęczenie. Zerknąłem ukradkiem na szatyna, który półprzymkniętymi powiekami patrzył przez okno. Miałem tyle pytań, na które chciałem znać odpowiedz. Lecz zostały one bez odpowiedzi, gdy usłyszałem cichy głos karzący mi. się zatrzymać. Byliśmy na stacji PKP, mówił, że stąd odjeżdża jego pociąg. Tak bardzo chciałbym, by został. By był przy mnie.

- Zobaczymy się jeszcze – zapytałem z nadzieja, a szatyn nachylił się, składając na mych ustach ostatni pocałunek – Wrócę po ciebie Zayn.

I patrząc jak znika za zakrętem, czułem, że moje serca pęka i ogarnia je pustka

“““““““““““““““““““““““““““`

- Znowu tam byłeś – milczałem, nie patrząc na niego – Cholera Zayn, minęło pięć miesięcy. Zapomnij o nim. Obiecałeś.

- Harry – przerwałem mu, czując ból w klatce, zawsze kiedy o nim myślałem – Nie chce o tym mówić – dodałem cicho i ruszyłem w stronę swojego pokoju.

- Nie możesz tak żyć Zayn – krzyknął i złapał moją rękę – On nie wróci – dodał cicho.

- Mówiłem nie chce o tym mówić, to moja sprawa., więc odwal się Styles– warknąłem i zatrzasnąłem mu drzwi przed nosem.

………………………………

Minęło pięć długich miesięcy odkąd cię poznałem, a nadal nie potrafię zapomnieć. Razem z tobą odeszła cząstka mnie, to boli.

Co ty ze mną zrobiłeś?

Ciągle pamiętam ciepło twego ciała, którym ogrzewałeś moje, Pamiętam twoje dłonie, błądzące po moim ciele, pragnące zbadać każdy zakamarek. Pamiętam twoje lazurowe spojrzenie, sprawiające, że ciało rozpadało się na miliony małych kawałeczków, jak puzzle, których złożenie jest niemożliwe. Pamiętam słodki smak i miękkość twoich malinowych ust, łączących się z moimi w cudownym pocałunku. Twój gorący oddech, który palił nagą skórę. Zapach twoich włosów.

Przy tobie moje serce tańczyło z radości, sprawiając, że unosiłem się nad ziemią. Nic inne się nie liczyło. Stałem się szaleńcem, Czy to nie dziwne, że czuje dziwną więź z tobą, skoro tak naprawdę nigdy nie byłeś mój. Skoro wcale cię nie znałem.

A teraz tkwię w martwym punkcie. Między jawą a rzeczywistością. Z każdym dniem wstaję rano, ze świadomością, że może już nigdy cię nie zobaczę. Lecz mimo upływu czasu jeżdżę tam w każdą sobotę, w dzień, w którym pokazałeś mi kawałek nieba, otworzyłeś moje serce na inny świat i pozwoliłeś dostrzec rzeczy, o których nie miałem pojęcia.

To był tylko seks! - Powtarzam sobie, a jednak jego niezwykłość została wyryta w mym sercu.

Więc czekam…czekam, aż wrócisz. Przecież obiecałeś. Mam nadzieję, że dotrzymasz obietnicy – zamknąłem pamiętnik i spojrzałem na gwiazdy, które teraz straciły swój blask.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz