wtorek, 24 grudnia 2013

3

- Co ja w ogóle robię ze swoim życiem? – wymamrotał Louis, opuszczając teren uczelni. Teoretycznie powinien teraz siedzieć na wykładzie. Teoretycznie. Swoje lenistwo tłumaczył chwilowym brakiem niechęci do zgłębiania wiedzy, ale nie w tym tkwił problem. Zwyczajnie nie mógł w tej chwili wrócić do akademika. Zayn i Liam zaledwie kilkadziesiąt minut wcześniej wyrzucili go, tłumacząc, że muszą się uczyć. A Louis wiedział, że mieli na myśli anatomię. Dogłębną. W praktyce. I z wiadomych przyczyn nie uśmiechało mu się wracanie do mieszkania. W myślach modlił się jedynie, żeby drzwi do jego pokoju były zamknięte na klucz. Po swoich przyjaciołach mógł spodziewać się wszystkiego.
Ale głównym powodem jego braku chęci do robienia czegokolwiek był brak kontaktu z Harrym. Od ich ostatniego spotkania minęły niemal dwa tygodnie, a Harry nie pojawiał się w ich miejscu. (Louis jeszcze do niedawana był zaskoczony łatwością, z jaką przyszła mu zmiana nazwy z jego miejsca naich miejsce. Chyba zdążył się już z tym pogodzić.) Louis nie wiedział, w czym tkwił problem i ciekawość połączona z tęsknotą zaczynały go zabijać. I pluł sobie w brodę, że nie spytał Harry’ego o numer telefonu lub jakikolwiek kontakt. Cholera, nawet nie miał pojęcia, jak brzmi nazwisko chłopaka.
I nieświadomie, wolnym krokiem, udał się w kierunku lasku.
*
Siedział pod drzewem, delektując się chwilą zasłużonego spokoju. I pomimo wszechogarniającego go bólu oraz poczucia winy spowodowanego sprawą dotyczącą Louisa, na obecną chwilę pozwolił sobie być choć odrobinę szczęśliwym. Nie słuchał wrzasków ojczyma i to się w tej chwili liczyło. Od ponad tygodnia nie pojawił się w szkole i ukradkiem wymykał się z domu, gdy tylko Robin wychodził do pracy. Ostatnio awantury przybrały na sile i częstotliwości, i Harry nie miał czasu dobrze wyleczyć siniaków, ran, otarć i wielu innych obrażeń, ponieważ jego ojczym szybko dostarczał mu kolejnych. A nic nie zdawało się dawać mu większej satysfakcji, niż widok posiniaczonego ciała Harry’ego. Choć zwykle ból fizyczny nawet w połowie nie równał się z cierpieniem psychicznym, którego Robin regularnie mu przysparzał.
Harry często zastanawiał się, co by było, gdyby jego mama żyła. To po jej śmierci Robin stał się taki, jaki się stał, choć i za jej życia ukazywały się już tego zaczątki. Zdarzało mu się zakradać nocami do pokoju małego, jeszcze nieświadomego wielu rzeczy Harry’ego i robić rzeczy, których ojczym zdecydowanie nie powinien robić pasierbowi. Czy obecność mamy coś by zmieniła? Szczerze w to wątpił.
Harry doskonale wiedział, że gdybanie nic nie da. Powinien był już dawno wziąć się w garść i jakimś sposobem położyć temu kres. Ale nie potrafił, czuł, że jest zbyt słaby.
Jedynym, co mu pozostawało, było przesiadywanie całymi dniami z dala od ludzi, którzy w łatwy sposób byli w stanie go skrzywdzić. I jedynym, czym martwił się w takich chwilach, był sposób, by ulotnić się spod drzewa o odpowiedniej porze, by nie napotkać nigdzie Louisa oraz zdążyć dojść do domu przed ojczymem, przygotowując się na kolejne kilkugodzinne męki. A we wszystkim pocieszał go jedynie fakt, że rany w końcu się zagoją i jakimś sposobem przeprosi Louisa, a wszystko wróci do normy. Jeżeli jego życie można było określić mianem normalnego. Istotnie, jego sytuacja pozostawiała sobie wiele do życzenia.
Przymknął powieki, odchylił głowę, opierając jej czubek o drzewo i na moment odpłynął. Jakie było jego zdziwienie, gdy po chwili usłyszał czyjeś kroki. Szybko otworzył oczy, by po chwili zauważyć wyłaniającą się z zarośli postać. Zbyt znajomą postać. Na moment spanikował i wszystkie myśli uleciały mu z głowy; siedział w bezruchu, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w Louisa, znajdującego się w dokładnie takim samym stanie. Z tą jedynie różnicą, że stał.
Louis nie miał pojęcia, jak zareagować. Zdecydowanie nie takiego widoku się spodziewał. Kilkakrotnie zamrugał, próbując nad sobą zapanować. Na marne.
- P-powinieneś być na wykładach – wyjąkał nieświadomie Harry.
- A ty w szkole, o ile się nie mylę – rzucił w odpowiedzi Louis, kiedy wróciła mu pewność siebie. Założył ręce na klatce piersiowej.
Harry spuścił głowę. Lou był na niego zły. I miał ku temu powody.
Starszy, widząc smutek Harry’ego, złagodniał. Ułożył się obok chłopaka i cicho westchnął. Może nie powinien od razu tak na niego naskakiwać. Szczególnie biorąc pod uwagę stan, w jakim znajdował się chłopak.
- Co się stało, Harreh? – spytał łagodnie półszeptem. Zaległa cisza.
Harry pomyślał, że może mu zaufać. Wiedział, że może mu zaufać. Bo w Louisie było coś, co go uszczęśliwiało. Coś, dzięki czemu Harry zapominał o swoich problemach. I coś, co go do Louisa przyciągało.
- Nie chciałem, żebyś mnie takiego widział. – Uniósł się lekko na rękach i ułożył wygodniej, nieco przysuwając się do starszego chłopaka. Louis spojrzał na niego zdezorientowany.
- Wiesz, że możesz mi o wszystkim powiedzieć, prawda? – spytał nieśmiało, powoli wodząc wzrokiem po każdej kolejnej ranie na twarzy Harry’ego. Podbite oko, rozcięta warga, siniaki na policzkach i brodzie.
Wiedział, że pytanie to zabrzmiało co najmniej dziwnie w jego ustach, ale postanowił się tym nie przejmować. Nie miał teraz czasu na bycie oryginalnym.
Harry cicho westchnął i kiwnął głową, a w jego oczach zebrały się łzy. Nie wiedział dlaczego. Może zbyt długo to w sobie trzymał. A może dlatego, że ktoś miał się o wszystkim dowiedzieć.
- Harreh… - wymruczał ledwo słyszalnie Louis, automatycznie unosząc ramię, by objąć chłopaka. Zawahał się i na moment zamarł w bezruchu. Harry uporczywie wpatrywał się w jego rękę, siedząc nadal w tym samym miejscu, choć normalnie by się odsunął. Louis postanowił potraktować to jako swego rodzaju przyzwolenie, ale ograniczył się do delikatnego ułożenia dłoni na jego barku. Harry na chwilę przymknął powieki, jakby chciał przyzwyczaić się do tego kontaktu i po chwili, otwierając je, uśmiechnął się przez łzy do Louisa.
Niestety uśmiech Harry’ego szybko zaczął blednąć, aż został zastąpiony kolejnymi łzami spływającymi po jego policzkach. Louis czuł się bezradny; nie miał pojęcia, co powinien w tej chwili zrobić. Mimowolnie potarł ramię Harry’ego kciukiem, na co młodszy lekko przekrzywił głowę i przesunąwszy nosem po grzbiecie jego ręki, oparł o niego czoło. Louis pozwolił mu się w ciszy wypłakać.
Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, ale łkanie Harry’ego w końcu ustało i Louis usłyszał ciche dziękuję, Lou. Uniósł wzrok, napotykając zapłakane spojrzenie Harry’ego.
- Nie masz za co dziękować – odparł cicho i po raz ostatni potarłszy jego bark, zabrał rękę.
- Nie – jęknął szybko Harry, spoglądając na Louisa błagalnym wzrokiem. – Chcę…
- Dobrze – przerwał mi Louis, rozumiejąc, co młodszy ma na myśli. Przełożył ramię nad jego głową, obejmując jego barki.
Harry na moment się skulił. Przecież tego właśnie chciał. Dziwnym sposobem, perspektywa czucia dotyku Louisa wcale go tak bardzo nie przerażała. A w chwili, w której stracił kontakt z jego ciałem, poczuł niesamowitą pustkę. Dlatego stwierdził, że jest gotowy, by choć przez chwilę poczuć czyjąś bliskość. Jego bliskość.
Harry rozluźnił się i przysunął do Louisa tak, że stykali się bokami. Ponownie ma moment zesztywniał, ale wytłumaczył sobie w myślach, że nic mu nie grozi. Zaskakująco szybko przyzwyczaił się do tak bliskiego kontaktu i przez głowę przebiegła mu myśl, że to całkiem miłe uczucie. I że w niedorzecznie krótkim czasie zaufał Louisowi.
Oparł głowę o drzewo i lekko ją przekręcił, by spojrzeć ma chłopaka.
I musiał szczerze przyznać, że podczas ich kilkumiesięcznej znajomości, jeszcze nigdy nie widział, by Louis był tak szczęśliwy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz