Louis był dość zawiedziony, że nie widział się z Harrym, kiedy przyjechał odebrać Nathana z domu państwa Cox. Kiedy usiadł i jadł obiad w ciszy panującej przy stole niewielkiej rodziny Tomlinsonów, pomyślał, że to może i dobrze. Co mogłoby się zdarzyć? Kolejny mały, żartobliwy komentarz od dzieciaka? Kolejny uśmiech? Czy może tylko cześć i dowidzenia.
Otrząsając się ze swych myśli, Louis próbował nie pozwolić zaplątać się wokół pomysłów, jak wyglądałaby ta rozmowa i zamiast tego cieszył się daniem z makaronu, które przygotowała Eleanor. Kiedy Nathan wspomniał, że pachniało zabawnie, Louis stwierdził, że jego syn dramatyzuje. Ale teraz, po skosztowaniu go, z pewnością miał szansę dowiedzieć się, co jego syn miał na myśli. Smakowało cholernie okropnie. Jednak nie chciał nic mówić, ponieważ Eleanor byłby na niego zła przez resztę nocy.
- Mamusiu? Tato? Dlaczego nie mam brata tak jak Will? – spytał Nathan, przełamując ciszę.
To proste pytanie sprawiło, że Louis zadławił się swoim jedzeniem, kiedy kawałek makaronu wraz ze wstrętnym, lepkim sosem utkwiły mu w gardle. Przez chwilę kaszląc, później sięgnąwszy po szklankę wody, wziął ostrożny łyk obserwując reakcję Eleanor. Przygryzała wargę z niemal niepewnym wyrazem twarzy.
- Nathan, niektóre rodziny mają tylko jedno dziecko. Twój tatuś i ja bardzo cieszymy się tobą i uważamy, że jesteśmy ze sobą szczęśliwi – odpowiedziała.
- Ale… co jeśli ja nie jestem szczęśliwy i chcę brata lub siostrę tak, jak ma Alex? Chociaż jego siostra tylko lubi grać w te głupie gry z księżniczkami i domami i one są nudne i głupie – powiedział Nathan, marszcząc nos ze wstrętem.
Louis czuł się niekomfortowo, kiedy jego oczy migotały pomiędzy Nathanem a Eleanor. To nie tak, że ta rozmowa nigdy wcześniej nie była poruszana z jego żoną; mówiła, że czuje się zbyt młoda aby się ustatkować i mieć ogromną rodzinę w wieku dwudziestu trzech lat. Dodatkowo nie pomagał fakt, że mieli nieco problemów finansowych.
- Nie jesteś szczęśliwy, Nathan? – spytała z troską Eleanor.
Mały chłopiec wzruszył ramionami, patrząc z przygnębieniem na swoje jedzenie.
- Czasami chcę kogoś, z kim mógłbym się tu pobawić – odpowiedział, poruszając widelcem jedzenie dookoła talerza. – Ale przecież mam Willa! – powiedział Nathan, z uśmiechem unosząc głowę. – I… i Harry może być jak mój starszy brat!
Louis czuł ulgę, że Nate nie wymyślał niczego w całej tej sprawie, ale na dźwięk imienia Harry’ego uśmiechnął się, kiedy obraz chłopaka z loczkami rozbłysnął w jego głowie. Gdy zdał sobie sprawę z tego, co robi, zmienił wyraz twarzy i próbował ponownie skupić się na jedzeniu dania z makaronu. Chryste, naprawdę musiał zacząć się kontrolować.
- Tato? Mamusia powiedziała, że mam cię spytać, czy zabierzesz mnie jutro do parku – powiedział Nathan, kiedy nagle sobie o tym przypomniał.
Louis rzucił swojej żonie znaczące spojrzenie. – Och, tak powiedziała?
- Will tam będzie i chcę jechać się pobawić!
Po cichym westchnięciu, Louis wymruczał – Oczywiście, że tam będzie.
Nie, żeby naprawdę miał coś przeciwko tej przyjaźni. Właściwie nieco uszczęśliwiało go to, że Nathan miał naprawdę bliskiego przyjaciela. Przy odrobinie szczęścia jego sześcioletni syn nie zacznie przejmować od Willa problemów, kiedy zaczną stawać się coraz bardziej nierozłączni.
- Możemy? – spytał Nathan z oczami emanującymi nadzieją.
Louis powinien był wiedzieć, że to spojrzenie sprawi, że się zgodzi. Nathanowi naprawdę trudno było powiedzieć nie.
- W porządku. Dobrze – powiedział, teatralnie wzdychając. – Swoją drogą i tak jutro będę wracał dość wcześnie z pracy. Pojedziemy po szkole, okej?
Nathan pokiwał głową z entuzjazmem, całkiem zadowolony z odpowiedzi.
- Tylko wróćcie do domu na obiad – ostrzegła Eleanor. – Mam zamiar spróbować przygotować to nowe, meksykańskie danie.
Louis powstrzymał jęk na samą myśl o tym i miał nadzieję, że danie nie okaże się okropne i nie spowoduje, że będzie biegał do toalety przez całą noc.
-
- Więc naprawdę nie masz nic przeciwko, aby zabrać jutro Nathana do parku? – spytała Eleanor, płucząc przed włożeniem do zmywarki talerz, który podał jej Louis.
- Jasne, nie ma problemu. Biorąc pod uwagę, że to piątek, i tak wrócę wcześnie – Louis wzruszył ramionami, zeskrobując do kosza na śmieci pozostałe na jednym z talerzy jedzenie, zanim podał go Eleanor. – Chociaż dlaczego to ja mam go zabrać? – spytał, zastanawiając się, jak został w to wszystko wplątany.
- Pokazuję jutro kilka razy dom, potem muszę wrócić i zrobić obiad.
- Okej, okej – westchnął Louis, obserwując, jak Eleanor wkłada resztę naczyń do zmywarki. Przez chwilę był cicho, zanim spytał – Myślisz, że to go naprawdę martwi?
Nie było potrzeby, aby wyjaśniał, co miał na myśli przez to pytanie, ponieważ Eleanor niemal natychmiast się poderwała.
- Ma przyjaciół – wytknęła. – Nie jesteśmy gotowi na kolejne dziecko.
- Cóż, myślisz, że kiedykolwiek będziemy? – spytał.
Oczywiście Louis wiedział, że oboje są nadal młodzi i mają dużo czasu, aby mieć dzieci, ale naprawdę je kochał i jego część chciała kolejnego, mimo że nie byli w najlepszej sytuacji finansowej. Do tego i on, i Eleanor przechodzili przez niezbyt łatwą fazę ich związku. Pasja, niegdyś obecna, zostawała stopniowo redukowana przez ostatnie trzy lata. Louis naprawdę nie potrafił przypomnieć sobie ostatniego razu, kiedy uprawiał ze swoją żoną seks. Musiały to być przynajmniej trzy miesiące, czyli coś, czego nie chciał doświadczyć żaden młody chłopak.
- Nie wiem, Louis – wymamrotała Eleanor po kilku chwilach przerwy. Zamknęła i wpatrywała się w zmywarkę, po czym odwróciła się i oparła o ladę z rękoma skrzyżowanymi na piersi.
- Cóż, chcesz mieć ze mną więcej dzieci? – ujął inaczej.
Wydawała się rozważać nad odpowiedzią bardziej uważnie i patrzyli na siebie w ciszy przez minutę.
- Może – powiedziała, choć jej ton sprawił, że brzmiało to jak pytanie. – Biorąc pod uwagę, jak jest teraz… nie.
Louis pokiwał głową, zanim powiedział – Też tak myślę.
- Porozmawiajmy o tym później. Muszę zrobić parę rzeczy do pracy – powiedziała Eleanor, odpychając się od lady i opuszczając kuchnię.
Louis pozostał na chwilę w miejscu, przebiegając rękami przez włosy, zanim uświadomił sobie, że naprawdę powinien zacząć pisać tą cholerną pracę dla firmy.
-
- Buty?
- Tak!
- Kurtka?
- Tato! Nie jest zimno!
- Hej, twoja mama się zezłości, jeśli pójdziesz bez.
- Ale nie jest tak zimno!
- Nathan…
- Dobrze.
Gdy tylko Louis wrócił do domu ze wczesnej zmiany w pracy, Nathan praktycznie wywlekł go z powrotem za drzwi, aby oboje mogli udać się do parku. Louis tak naprawdę nie miał nic przeciwko, nie musiałby spędzać czasu na rozmowie z Eleanor. Nie był zły na swoją żonę, po prostu ekstremalnie nią poirytowany. Po wymianie zdań w kuchni, nie odezwali się do siebie ani słowem przez resztę nocy i Louis usunął się do pokoju gościnnego.
- Ta może być, tato? – spytał Nathan, trzymając jedną ze swoich lżejszych kurtek.
- Może być. Nawet nie jest tak zimno.
- Więc dlaczego ją zabieram?! – fuknął Nathan, dziko gestykulując, jakby zabranie ze sobą kurtki było czymś tak wielkim.
- Bo tak powiedziałem – odpowiedział Louis z uśmiechem, dla żartu tarmosząc ucho Nathana, przez co ten pisnął. – Już gotowy?
Nathan, przytaknąwszy, wybiegł za drzwi prosto do samochodu. Louis podążył za nim ze speszonym chichotem; sprawdził, czy Nathan był odpowiednio zapięty w swoim foteliku i odpaliwszy samochód, skierował się do parku.
Jedną z przyjemnych rzeczy dotyczących ich okolicy był fakt, że znajdowała się mniej niż pięć minut jazdy samochodem od parku, do którego Nathan naprawdę uwielbiał przyjeżdżać. Co było dobre, ponieważ Louisowi podobało się, że jego syn woli bawić się na zewnątrz, zamiast grać w gry video, czy oglądać telewizję. Park również był bardzo duży. Znajdowały się tam nie tylko różne boiska i ścieżki, ale również ogromny plac zabaw, który był dość popularny wśród małych dzieci.
Kiedy dojechali, a samochód został zaparkowany, Louis zabrał swoją książkę i pomógł Nathanowi wyjść z auta.
- Ej! Żadnego odbiegania! – powiedział Louis, a sześciolatek zamarł w swoich krokach i wypuścił z siebie niecierpliwe fuknięcie, kiedy odwrócił się, by spojrzeć na swojego tatę.
- Pośpiesz się, tato! – powiedział Nathan, rzucając mu spojrzenie, które ewidentnie odziedziczył po Eleanor.
- Okej, okej – powiedział Louis, zamykając samochód i idąc w stronę dróżki, na której czekał jego syn. – Kiedy powiem, że już czas iść, będziemy musieli iść. Dobrze? – spytał, kładąc dłoń na ramieniu Nathana, kiedy szli.
Nathan przytaknął, choć jego uwaga była skupiona bardziej na placu zabaw.
- Patrz, tato! Will tam jest! Mogę iść?
Louis teatralnie westchnął, zanim powiedział – Dobrze! Odejdź! Idź do swojego najdroższego Willa! Ja po prostu – przerwał, ponieważ Nathan zrzucił z siebie jego rękę i bez namysłu pobiegł na plac zabaw – pójdę usiąść na ławce w takim razie – wymamrotał już do siebie.
Usiadł na ławce, z której mógł mieć na oku Nathana, aby upewniać się, że nic złego się nie stało, po czym otworzył książkę i zaczął czytać. Nigdy nie miał za wiele czasu, by to robić, ale teraz, kiedy Nathan miał się bawić przez przynajmniej godzinę, była to idealna do tego chwila.
Kiedy lepiej wplątał się w sprawę morderstwa pana Tinkleraumera i detektywa odkrywającego ciało, nie zauważył ani nie usłyszał, że ktoś podszedł do ławki. Nie, żeby w ogóle był zdolny zauważyć osobę, która była skupiona na czajeniu się za jego plecami.
- Cholera. Wypruł mu flaki? – wydyszał nagle do jego ucha głos, sprawiając, że podskoczył. –Niezbyt miły sposób.
Louis szybko się odwrócił, niemal skręcając sobie kark i stanął twarzą w twarz z Harrym. Młodszy chłopak patrzył na niego z rozbawioną miną, prawdopodobnie spowodowaną jego zaskoczoną.
- Witam, panie Tomlinson.
- Uh, cześć – powiedział, z niepowodzeniem wychodząc z wpół elokwentną odpowiedzią. – Co ty… co tu robisz? – spytał.
- Cóż, widzi pan tego dzieciaka tam? – spytał Harry, wyciągając rękę obok głowy Louisa i wskazując na plac zabaw. Twarz Harry’ego wydawała się zbliżyć do jego własnej i Louis niechętnie odwrócił wzrok, by podążyć nim w kierunku, który wskazywał Harry. – To Will, mój brat, który bawi się z pana synem. Ktoś musi go pilnować – powiedział Harry z uśmiechem.
- A twoja mama? – spytał Louis, marszcząc brwi.
- Musiała zrobić jakieś zakupy, więc nas tu podrzuciła. – Wzruszył ramionami. – Czemu? Nie chce mnie pan tu? – spytał, unosząc brew.
- Nie! To nie to – odpowiedział szybko Louis, by przekazać, że nie to miał na myśli, zadając pytanie. – Tylko… Tylko byłem ciekawy.
- Och, cóż, dobrze – powiedział Harry, uśmiechając się, kiedy ruszył dookoła ławki i w końcu na niej usiadł. – Więc, co słychać, panie Tomlinson?
Louis nie był pewien, czy miał pozwalać Harry’emu kontynuować nazywanie go po nazwisku. Może się to wydawać bez znaczenia, ale Harry wymawiał je takim tonem, jakby chciał mu dokuczyć. Albo może za bardzo się w to wczytywał. To również było możliwe.
- Wszystko dobrze – powiedział. – Byłem trochę zajęty pracą. A u ciebie?
Przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny Louis nie myślał o niczym poza wczorajszą wymianą zdań z Harrym i wszystkimi rzeczami, które mógł powiedzieć. Mógł być dużo zabawniejszy, szybszy i bardziej błyskotliwy. Teraz znów słowa go zawodziły.
- Mama mnie zmuszała do nauki – wzruszył ramionami. – Chyba wydaje jej się, że obleję – powiedział, przewracając oczami. – W sumie jest przekonana, że dzieci w moim wieku tylko siedzą w domu i się uczą.
- Ile… ile masz lat? – spróbował spytać nonszalancko Louis, choć był ciekawy wieku Harry’ego od kiedy się poznali.
- Szesnaście – odpowiedział chłopak.
- Szesnaście? – powtórzył Louis, a jego szczęka opadła. Wiedział, że Harry jest młody, ale nie oczekiwał że aż tak.
Harry odwrócił się, by spojrzeć na Louisa, unosząc brew, mówiąc – Wiek jest tylko liczbą.
Louis przypomniał sobie, by zamknąć usta, choć nie mógł nic poradzić, tylko zaczerpnąć krótki oddech na dźwięk tego prostego zdania. Przez to intensywne spojrzenie ze strony Harry’ego, Louis szybko wydedukował, co chłopak miał na myśli.
- Prawda – odetchnął Louis.
- Za niedługo będę miał siedemnaście – powiedział Harry, odwracając wzrok w stronę placu zabaw.
- Och – było wszystkim, co Louis mógł wymyślić w odpowiedzi.
Przez minutę siedzieli w ciszy, Louis potajemnie spoglądał w stronę chłopaka obok.
- Ile ma pan lat, panie Tomlinson? Jeśli nie ma pan nic przeciwko – powiedział Harry, uśmiech na jego twarzy wciąż był nieco drażniący.
- Dwadzieścia trzy – odpowiedział Louis ze swobodą. – Ale wiek jest tylko liczbą – powiedział, powtarzając to, co Harry kilka chwil wcześniej.
- Szczera prawda – powiedział Harry z uśmiechem.
I Louis, zwracając uwagę na fakt, że Harry delikatne uniósł się i przysunął do niego na ławce, zdecydował się nic nie mówić. Aczkolwiek szeroki uśmiech na jego twarzy do końca dnia świadczył, że to zauważył.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz