wtorek, 24 grudnia 2013

2

- Czyli mówisz, że teatr? Romeo i Julia i te sprawy? – zapytał z uśmiechem Harry.
- Z ręką na sercu muszę przyznać, że uwielbiam Shakespeare’a, ale Romeo i Julia to największy chłam, jaki przyszło mi czytać. Naprawdę, nie mógłby się zabijać przodem do niej? Dwa trupy mniej.
Harry głośno się zaśmiał i Louis na chwilę zatracił się w tym cudownym dźwięku. Mógłby go słuchać do końca życia, był tego pewien.
- Nie ma w tobie ani krzty romantyzmu! – zarzucił młodszy chłopak.
- Jak to nie?! – oburzył się Louis. – Ja jestem bardzo romantyczny, czekaj tylko chwilę! – Wziął głęboki wdech. – Twe oczy jak… um… - zająknął się i przez moment siedzieli w ciszy. Harry przysiągłby, że echem odbijał się dźwięk pracujących w jego mózgu trybików. – Przysięgam, że jestem romantyczny! – krzyknął bezradnie, a Harry odpowiedział kolejną salwą śmiechu. W Louisie było coś, co dawało mu upragnione chwile szczęścia. Czuł się przy nim coraz swobodniej. Chłopak doprowadzał go do łez swoim poczuciem humoru, ale były chwile, w których siedzieli delektując się ciszą i spokojem. To właśnie podobało się mu w Louisie najbardziej. Zrozumienie.
- Jesteś niemożliwy. – Harry szeroko się uśmiechnął, odwracając głowę do Louisa.
- Jak wiosenna trawa, skąpana w porannej rosie, głębsze niż wszystkie oceany świata i błyszczące, jakby bóg zamknął w nich wszystkie gwiazdy nieba.
Na chwilę zapadła cisza, którą w końcu przerwał atak śmiechu Harry’ego. Chłopak złapał się za brzuch i odchylił głowę do tyłu, a po jego policzkach spływały łzy. – W życiu nie słyszałem niczego gorszego – wydusił.
Louis wpatrywał się w niego oburzony, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Przecież się starał. Tobyło romantyczne.
- Nie znasz się na prawdziwej poezji, ot co! – krzyknął i odwrócił się tyłem do młodszego, powstrzymując cisnący mu się na usta szeroki uśmiech. Milczał. Wkrótce ustał również chichot Harry’ego i ciszę wypełniał jedynie szum liści poruszanych porywami zimnego wiatru.
- Louis – starszy chłopak usłyszał za sobą szelest sygnalizujący zmianę położenia chłopaka. – Lou, Louis – powtórzył cicho. – Przepraszam, to było naprawdę miłe. Nie powinienem był się śmiać – wyjąkał załamującym się głosem. Louis poczuł, jak serce zatapia mu się w piersi. – Przepraszam, Louis.
Starszy chłopak szybko odwrócił się z uśmiechem na ustach, napotykając wzrokiem pełne bólu spojrzenie Harry’ego. – Żartowałem, Harry, nie jestem zły, przepraszam – wyjaśnił szybko, na co młodszy spuścił głowę i usiadł z powrotem, opierając się plecami drzewo.
Na chwilę znów zaległa cisza.
- Nazwałeś mnie Lou – powiedział w końcu Louis głosem przepełnionym radością. – Podoba mi się.
Harry uniósł głowę i szeroko się uśmiechnął. A Louis pragnął, by ten uśmiech nigdy już nie opuszczał jego twarzy. Już prawie wydusił z siebie, jak piękny jest to widok, ale został rozproszony przez dreszcz, który przebiegł po ciele Harry’ego. Chłopak zadrżał i potarł ramiona. Louis mimowolnie zaniżył swoje spojrzenie i zawiesił je na nowo odkrytej skórze chłopaka. Wydawało mu się, że zauważył tam jakąś ranę, ale mógł to być cień. Postanowił to zignorować. Ale po chwili Harry ponownie potarł ramiona, by się rozgrzać i wtedy Louis już z pewnością spostrzegł na jego przegubie zasinienie dużych rozmiarów. Spojrzał na twarz chłopaka, wpatrującego się teraz w przestrzeń. Jego wargi drżały.
- Zimno ci? – spytał mimowolnie.
Harry pokręcił głową, ale jego ciało znów zadrżało, mówiąc coś zupełnie odmiennego. Louis bez namysłu zsunął z ramion swoją czarną kurtkę i przytrzymał ją nad ramionami chłopaka.
Harry przez chwilę zastanawiał się nad znaczeniem tego gestu. W pierwszej chwili nieco się przestraszył i zatrząsł, ale na szczęście mógł obwinić za to temperaturę.
- Nie musisz – powiedział szybko, przygryzając wnętrze policzka i uważnie studiując twarz starszego chłopaka.
- Chcę – odpowiedział krótko Louis, potrząsając wyczekująco materiałem. Harry ostrożnie ujął ubranie w dłonie i założył je.
- Nie mam pojęcia, dlaczego jesteś dla mnie taki miły – powiedział cicho, spuszczając głowę i bawiąc się zamkiem kurtki.
- To przez ten twój nieodparty urok osobisty – odpowiedział Tomlinson, układając rękę na plecach chłopaka. Harry natychmiastowo zesztywniał i zadrżał, mimo że nie było mu już zimno. Widząc, że coś jest ewidentnie nie tak, Louis przesunął rękę wyżej i poprawił kołnierz kurtki, następnie szybko cofając dłoń, aby nie kłopotać chłopaka. Atmosfera lekko się rozluźniła, a Louis przypomniał sobie sytuację sprzed tygodnia, kiedy Harry zignorował jego wyciągniętą dłoń.
*
Powoli, jak najciszej był w stanie, przekroczył próg domu, kurczowo zaciskając palce na kurtce Louisa.
- Styles! – usłyszał i szybko pożałował powrotu do domu o tak wczesnej porze. Jeżeli godzinę dwudziestą trzecią można było tak nazwać. W każdym bądź razie, miał nadzieję, że Robin będzie już spał i zdoła uniknąć kolejnej awantury. – Gdzieś ty, kurwa, był?! – krzyknął mężczyzna, wchodząc do holu i zmierzając gniewnym krokiem w kierunku Harry’ego.
- Ja…
- Co ty masz na sobie? – spytał wrogo, lekko się zataczając. – Puszczasz się za jakieś szmaty? – Stanął niebezpiecznie blisko i przyparł go jedną ręką do ściany, unosząc drugą zaciśniętą w pięść. – Zawsze powtarzałem, że jesteś dziwką – stwierdził gorzko i wymierzył mocne uderzenie, rozcinając wargę chłopakowi. Harry chciał unieść ręce, by uchronić twarz przed kolejnymi ciosami, ale szybko poczuł kolano spotykające się z jego kroczem i zwinął się w kłębek, a łzy wytoczyły drogę na jego policzkach. Ojczym chwycił go za ramiona i uniósł do góry, mocno uderzając jego plecami o ścianę. – Jeszcze nie skończyłem.
Tym razem pięść spoczęła przy jego oku. – Robisz to celowo, bo wiesz, co cię czeka, kiedy nie jesteś posłuszny. Niżej nie możesz już upaść. – Kolano Robina z ogromnym impetem uderzyło w jego brzuch i już po chwili silna dłoń złapała jego nadgarstki, a druga chwyciła za jego włosy, ciągnąc go w kierunku salonu. Harry wiedział, że nie da rady tego uniknąć, więc zaniechał prób wyrywania się, zamiast tego obserwując strużkę krwi, ciągnącą się z jego ust aż do podłogi. I w tej chwili ból fizyczny był niczym w porównaniu ze świadomością tego, co zaraz miało się wydarzyć.
*
- Och, no któż to wrócił? Romeo, gdzie się podziała twa Julia? – powitał Louisa głos Zayna. Powolnym krokiem i z głupawym uśmieszkiem wmaszerował do salonu, widząc skulonego Liama usadowionego na udach Zayna, mocno przytulającego się do jego klatki piersiowej.
- Jesteście tacy słodcy, że mam ochotę zwrócić obiad. – Louis udał odruch wymiotny i opadł ciężko na fotel, natychmiastowo wyciągając nogi na stolik do kawy. Zayn zgromił go wzrokiem, znacząco spoglądając na jego stopy. Louis machnął na niego ręką.
- Kochasz to – stwierdził Liam. – Więc jak tam randka? – spytał i oboje spojrzeli wyczekująco na Louisa.
- To nie była randka – uniósł się – ale dobrze. Bardzo dobrze. Wspaniale. – Znów głupawo się uśmiechnął na myśl o tym wieczorze. – Tylko… - zaczął.
- Tylko co? – spytał z zaciekawieniem Zayn.
- Czuję, że coś jest nie tak. Jakby się trochę… mnie bał – wymamrotał, marszcząc brwi i bawiąc się palcami swojej prawej dłoni. – Miał takiego dużego siniaka wokół nadgarstka, wątpię, żeby udało mu się go zrobić przypadkiem. – Wzruszył ramionami. – Nie mam pojęcia, co myśleć – dokończył i spuścił wzrok. Pragnął dowiedzieć się, dlaczego Harry zachowuje się tak, a nie inaczej, ale znali się krótko. A z tego, co zdążył zaobserwować, Harry był nadzwyczaj nieufny.
- Nie martw się, Loueh – powiedział szybko Zayn, widząc, że jego przyjaciel naprawdę się przejmuje.
- Powie ci, kiedy będzie gotowy – dodał Liam.
Louis kiwnął głową i przez chwilę zastanawiał się, jak to możliwe, że jego przyjaciele czasami jednak potrafią być użyteczni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz