Louis wolnym krokiem przemierzał doskonale już znaną mu ścieżkę między drzewami. W nocy nie potrafił zasnąć, rano nie umiał się na niczym skupić, a przez cały dzień niemiłosiernie dygotały mu dłonie. Obawiał się tej chwili. Pragnął wierzyć, że będzie to początek czegoś nowego, zdecydowanielepszego pod każdym możliwym względem. Naprawdę usilnie chciał się o tym zapewnić. Ale mimo wszystko nie był w stanie wyrzucić z umysłu myśli, że coś pójdzie nie tak. Że to wszystko wydaje się zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.
I przeklinał się w środku za to, że nie potrafi się cieszyć prawdopodobnie jednym z najpiękniejszych dni, które miał do tej pory okazję przeżyć.
Widząc, że jest już prawie na miejscu, kilkukrotnie głęboko odetchnął i wytarł spocone dłonie o spodnie, pamiętając o wystającym korzeniu, o który miał zwyczaj się potykać. Poczuł zalewającą go falę uczucia ulgi, kiedy dostrzegł znajomą postać skuloną pod drzewem. To już początek drogi do sukcesu. Długiej i krętej drogi.
Zdziwił się, kiedy twarz Harry’ego nie uniosła się na dźwięk jego kroków. Zmarszczył brwi. – Harry?
Młodszy chłopak pociągnął nosem. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało, żeby płakał, ale Louis nie potrafił jednoznacznie tego stwierdzić, nie będąc w stanie dostrzec jego twarzy.
- Hej – wychrypiał ledwo słyszalnie Harry. Louis ostrożnie usadowił się przy jego boku, nie rozumiejąc całej tej dziwnej sytuacji. Coś zdecydowanie było nie tak. Wiedział. Cholera, wiedział, że tak będzie.
- Harry, coś się stało? – spytał cicho, nie mając odwagi zakłócić zalegającej wkoło ciszy.
Harry ponownie pociągnął nosem i powoli uniósł głowę, zaciskając usta w wąską linię. Louis zachłysnął się powietrzem. Widział już posiniaczoną twarz Harry’ego. Wiedział, przez co Harry przechodzi każdego dnia. Mimo to, nie takiego widoku oczekiwał. Nie, kiedy wszystko miało być już dobrze.
Harry zaśmiał się, co kompletnie zbiło Louisa z pantałyku. Młodszy chłopak otarł łzy i pokręcił głową jakby z niedowierzaniem. – Nie pytaj, co sobie myślałem na początku. Chyba wydawało mi się, że jeśli nie pokażę ci twarzy, nie zauważysz, że coś jest nie tak.
Louis nie był w stanie wykrztusić z siebie nawet najmniejszego słowa. Lekko otworzył usta, ale szybko je zamknął. Nie rozumiał całej tej sytuacji.
Harry, widząc, że plan z obróceniem wszystkiego w żart nie zadziała, spuścił głowę i nerwowo zaczął bawić się swoimi palcami splecionymi na podołku. – Przepraszam, Lou. Wiem, że to nie tak miało być – powiedział powoli przepełnionym poczuciem winy głosem.
A w Louisie coś pękło. Dlaczego Harry go przepraszał? Przecież jest ostatnią osobą, z której ust powinno wypłynąć to słowo. Dlaczego Robin musiał stale sprawiać, że Harry czuł się winny całemu złu tego świata? Louis był zły. Wręcz wściekły. Sam nie był pewien na kogo lub na co. Czuł ogromną potrzebę uświadomienia przyjacielowi, że nie jest winien niczemu, co mu się przytrafiło. A co ważniejsze, że na to nie zasłużył.
Może był wściekły na siebie za to, że dopiero teraz będzie w stanie w jakikolwiek sposób mu pomóc. Może na wszystko, co mogło sprawić, by chłopak, którego kochał, obwiniał się za coś, na co nie miał żadnego wpływu. I na wszystko, co prawdopodobnie mogło sprawić, by Harry był zmuszony przez to przechodzić.
Powoli podniósł wzrok i lekko odwróciwszy się do chłopaka, delikatnie ułożył rękę na jego policzku i powoli przesunął kciukiem po jego obolałej skórze. – Słuchaj, Harry. Nie chcę, żebyś kiedykolwiek jeszcze ważył się przepraszać mnie lub kogokolwiek innego, rozumiemy się? – Spojrzał stanowczo na jego twarz, domagając się potwierdzenia. Harry znikomym ruchem kiwnął głową, przełykając ciężko ślinę. – Dobrze. Porozmawiamy o tym później. Teraz już chodź.
Louis czule uśmiechnął się do Harry’ego, zsuwając dłoń z jego policzka. Harry odwzajemnił gest, rozciągając kąciki ust w szerokim uśmiechu.
Louis powoli podniósł się z suchej ziemi i otrzepał spodnie. Po tym wyciągnął rękę do Harry’ego, by pomóc mu wstać. Harry silnie chwycił dłoń i wstał z pomocą starszego chłopaka. Spojrzał w dół i mimowolnie zachichotał, zakrywając szybko usta dłonią. Tuż przy jego klatce piersiowej stał Louis, zadzierając głowę do góry i wpatrując się w niego z komicznie szeroko otwartymi oczami.
Tak, racja, Louis zawsze dostrzegał długie nogi i tors Harry’ego, ale jako że zawsze przychodził pod drzewo drugi, nigdy nie był w stanie zauważyć, jak wysoki był chłopak. A tak się składało, że był owiele wyższy od Louisa.
- Cholera – przeklął pod nosem Louis. – Jak… - urwał i pokręcił głową. Harry tylko zachichotał ponownie i powoli zdjąwszy ręce z ust, oplótł ramionami małe ciało Louisa i przycisnął go mocno do swojej klatki piersiowej. Louis silnie oplótł jego pas i powoli zaciągnął się jego zapachem, co szybko przyprawiło go o zawroty głowy. Był pewien, że gdyby nie trzymały go silne ramiona Harry’ego (tak, spodziewał się wcześniej, że Harry posiada jakąś masę mięśniową, ale teraz, kiedy stali, wszystko było zupełnie odmienne), już dawno osunąłby się na ziemię. W tej chwili czuł się tak mały i bezbronny. A przecież to on miał chronić Harry’ego prawda?
- Hej, mówiłeś, że musimy już iść – powiedział Harry, powstrzymując śmiech. Louis niechętnie wyplątał się z jego objęć. – Chodź, maluszku – dodał z zadziornym uśmieszkiem na ustach.
Louis fuknął i odwrócił się na pięcie, stając do niego tyłem. Uniósł wysoko brodę i odwrócił głowę. Wcale nie był mały, to Harry wydawał się taki gigantyczny.
Harry sięgnął po swoją torbę i przewiesił ją przez ramię. – Oj no już, nie gniewaj się, Lou. – Przewrócił oczami i kiedy sięgnął po rękę starszego chłopaka i splótł ze sobą ich palce, Louis zdążył już zapomnieć, że w ogóle był o coś zły.
*
- Jeśli oni znów coś wymyślili, przysięgam, że ich zabiję – wymamrotał pod nosem Louis, przeszukując kieszenie spodni. Po chwili znalazł to, czego szukał i wręczył nowy klucz Harry’emu. – Jest twój.
Harry musiał przygryźć wargę, by nie uśmiechnąć się jak ostatni kretyn. To tylko klucz, Harry, wyluzuj.
Po chwili Louis przybrał dziwny wyraz twarzy i Harry lekko się zaniepokoił. – Mam nadzieję, że przyzwyczaisz się do Liama i Zayna. Jak się ich bliżej pozna, nie są tacy źli – powiedział, nie do końca wierząc we własne słowa.
Harry powoli kiwnął głową. Zaczynał się stresować.
Widząc, jak Louis wskazuje ruchem głowy na drzwi, powoli wsunął klucz do zamka i przekręcił go. Otworzył je i przepuścił Louisa w progu. Kiedy wszedł do środka, został przywitany widokiem dwóch ubranych w garnitury, białe koszule i muszki chłopaków, trzymających się za ręce. Wyglądali tak poważnie, że musiał powstrzymywać się od śmiechu.
Louis odchrząknął i ścisnął mocniej jego rękę. – Cofam to, co właśnie powiedziałem – wymamrotał.
- Tak szybko dorastają – załkał dramatycznie chłopak z jaśniejszymi włosami i pociągnął nosem. Obrzucił ich jeszcze raz spojrzeniem ze łzami w oczach, po czym mocno wtulił się w swojego chłopaka.
- Jestem taki dumny – zaszlochał chłopak z ciemnymi włosami.
Harry spojrzał na Louisa, zaciskając usta, by nie wybuchnąć śmiechem.
Louis schował twarz w dłoniach. Jeśli dałoby się umrzeć z zażenowania, już byłby martwy.
Może jednak nie będzie tak źle, pomyślał Harry.
*
Harry odłożył torbę i powoli usiadł na swoim nowym łóżku. Zerknął na Louisa leżącego na drugim.
- Dlaczego oni muszą być tacy okropni – jęknął w poduszkę. Wymamrotał jeszcze coś niezrozumiałego, po czym obrócił się na bok i zerknął na Harry’ego. – Co tak siedzisz? Chodź do mnie.
Harry wstał, pokonał odległość między ich posłaniami i usiadł na łóżku Louisa. Louis lekko pociągnął ze rękaw jego koszulki i Harry, rozumiejąc polecenie, zsunął trampki ze stóp i położył się na boku, twarzą do przyjaciela. Ułożył dłoń na szyi Louisa, kciukiem miarowo przesuwając po linii jego szczęki. – Dziękuję.
Louis, mając na myśli nie masz za co dziękować, sięgnął do wolnej ręki Harry’ego i splótł ich palce, przysuwając się bliżej. Podparł się na łokciu i delikatnie przycisnął usta do rozciętego łuku brwiowego Harry’ego. Przesunął się niżej i lekko pocałował zasinienie pod jego lewym okiem. Spuścił wzrok na jego rozciętą, opuchniętą wargę i na chwilę się zawahał. Mocniej ściskając rękę Harry’ego, opadł z powrotem na poduszkę.
Harry usilnie się w niego wpatrywał. – Louis – powiedział stanowczo, nie spuszczając z niego wzroku. Louis zmarszczył brwi, czekając, aż Harry powie, o co mu chodzi. Kiedy po kilku chwilach Harry nie otwarł ust, a jedynie nadal na niego patrzył, Louis już miał spytać, co miał na myśli, kiedy nagle- och.
- Och – powiedział, uświadamiając sobie przyczynę dziwnego zachowania Harry’ego. Wolnym ruchem pochylił się nad jego twarzą i przełknął ślinę. Serce tłukło mu w piersi jak oszalałe, kiedy przesunął twarz kilka centymetrów wprzód, a jego wargi spotkały się z ciepłymi ustami Harry’ego. Louis w obawie, czy nie postąpił zbyt pochopnie, zaczął odsuwać się po kilku sekundach, ale twarz Harry’ego podążyła za nim i już po chwili ich usta spotkały się ponownie. Harry powoli rozwarł wargi i, och, tym razem przerodziło się to we właściwy pocałunek.
Chwila ta niestety nie trwała zbyt długo. Za drzwiami rozległ się głośny huk i krzyk nic ci nie jest, Zaynie? i chłopcy szybko się od siebie odsunęli. Drzwi się otworzyły i do pokoju wpadł Liam z białym nosem ciągnący za sobą Zayna z cukrem pudrem we włosach.
- Upiekliśmy ciasto! – krzyknął zadowolony Liam, unosząc talerz, który trzymał w lewej ręce.
Zayn zerknął na niego i wymamrotał – Kochanie – po czym zlizał cukier puder z jego nosa, robiąc z tego wielki pokaz.
Harry i Louis spojrzeli na siebie i opadli na plecy, zanosząc się głośnym śmiechem.
I Harry pomyślał, że może wszystko to, przez co przeszedł, było tego warte.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz