Po raz kolejny zapukałem w ciemne, drewniane drzwi. Zero odzewu. Z westchnieniem spojrzałem na zeszyt w mojej dłoni. Gruba oprawka ciemnej barwy była już nieco zniszczona, tak samo jak kartki wewnątrz. Nie odważyłem się zajrzeć do środka, wiedziałem, że jest to jego świat i pewnie nie życzy sobie by ktoś naruszył jego prywatność. To dziwnie, jak bardzo był przywiązany do tych kilku pozlepianych kartek w oprawie, a jednak ich zapomniał.
Jeszcze wczoraj wieczorem leżeliśmy wtuleni na starej kanapie w moim mieszkaniu. Zaplątani w bliskość naszych ciał, trwaliśmy w idealnym świecie w idealnej chwili. Jednak idealne momenty szybko się kończą. Gdy zatracam się każdą cząstką w szczęście, które mnie otacza, ono znika. Co wieczór po prostu znika. Za każdym razem wstaje i wychodzi, składając uprzednio czuły pocałunek na mych ustach. Zostaje sam. Tym razem został ze mną jeszcze ten czarny notatnik, który teraz trzymam w ręku.
Zapukałem po raz ostatni. Nie ma go. Poczułem jak się rozpadam, by za chwilę znowu pozbierać cząstki mej duszy w całość. Uzależniłem się od tego chłopaka. Nie potrzebowałem oddawać mu jego własności w pośpiechu, potrzebowałem jego, koło mnie. Przyciągał mnie, hipnotyzował, sprawiał, że liczy się tylko on. Jednak czy go kochałem?
Z bezsilności ułożyłm dłoń na posrebrzanej klamce, która ugięła się pod moim ciężarem, otwierając tym samym drzwi. Na moje twarzy ukazało się szczere zdziwienie, nie spodziewałem się, że taki tajemniczy chłopak jak Zayn zostawia mieszkanie otwarte dla wszystkich przechodniów.
Zawahałem się przez moment. Wejść czy nie? Kurde, Styles! Jesteś w końcu z nim w „bliższych relacjach”, więc właź i nie marudź. Przestąpiłem próg mieszkania, zamykając za sobą ostrożnie drzwi.
- Zayn? – zawołałem niepewnie po mieszkaniu. Zero odpowiedzi.
Stary, odwagi. Malik nie wyskoczy zza rogu z karabinem maszynowym, atakując potencjalnego złodzieja. Przeszedłem kilka kroków, rozglądając się po mieszkaniu. Było schludnie urządzane, czyste bez przepychu. Górowała w nim raczej nowoczesność i praktyczność niż zbędne ozdoby, zbierające kurz.
Usłyszałem dźwięk prysznica z łazienki. Czyli jest w domu. Uśmiechnąłem się na myśl, że Mulat znajduję się kilka metrów ode mnie. Jednak czas naglił, za 10 minut powinienem stawić się na uczelni z gotowym projektem. Szybko znalazłem się w sypialni, która nie odbiegała od reszty mieszkania. Pokój oświetlało wielkie okno po lewej stronie, a przy ścianach stała ciemna szafa i węższy regal na książki. Na środku pomieszczenia znajdowało się duże łóżko z ciemnofioletową pościelą, staranie wygładzoną na materacu. Przygryzłem odruchowo dolna wargę na myśl, co na tym łóżku mogłoby się dziać, miało idealne wymiary na różne…zabawy.
Porzuciłem jednak fantazje i podszedłem do biurka w samym rogu pokoju. Wypadałoby zostawić jakąś wiadomość, że to właśnie ja „włamałem” się do jego mieszkania i zostawiłem zeszyt. W poszukiwaniu czystej kartki i czegoś do pisania otworzyłem jedną z szuflad biurka. Zdziwił mnie chaos panujący tam panujący niepodobny do reszty całego domu. Przerzuciłem kilka drobnych przedmiotów, aż w końcu znalazłem to, czego szukałem. Jednak moją uwagę przykuło coś zupełnie innego. Był to pliczek powycinanych kartek z gazet. Z zainteresowaniem wyjąłem zdobycz i zacząłem przeglądać tytułu artykułów.
Młody mężczyzna zaginął wczorajszej nocy, ciała ciągle nie odnaleziono.
Morderstwo zeszłej nocy.
Kolejne niewyjaśnione zabójstwo.
Następna ofiara seryjnego mordercy.
Kolejne słowa przewijały się przed moimi oczami, w każdej z gazet była mowa o jednym. Nieuchwytnym mordercy, którego ofiary ginęły w nieznanych okolicznościach poprzez ranę prosto w serce.
Na jednym z wycinków był podany rysopis. Ta twarz, oczy, usta.
Zamarłem. Moje serce przestało bić, krew zatrzymała krążyć po organizmie, a powietrze jakby nawet nie chciało dostać się do moich płuc. Czas stanął w miejscu, a ja razem z nim.
- Nie pamiętam abym cię zapraszał. – głos bruneta, który teraz prawdopodobnie opierał się beztrosko o framugę obudził otoczenie do życia, lecz ja nadal pozostawałem bezruchu.
Stałem tam, nadal z tymi cholernymi gazetami w ręku i nie mogłem wykonać żadnego ruchu. Mimo że, usłyszałem dźwięk słów to ich znaczenie odbiło się ode mnie, nie pozwalając na zrozumienie.
- Nie pamiętam abym cię zapraszał. – głos bruneta, który teraz prawdopodobnie opierał się beztrosko o framugę obudził otoczenie do życia, lecz ja nadal pozostawałem w bezruchu.
Stałem tam, nadal z tymi cholernymi gazetami w ręku i nie mogłem wykonać żadnego ruchu. Mimo że, usłyszałem dźwięk słów to ich znaczenie odbiło się ode mnie, nie pozwalając na zrozumienie.
- Wpraszasz się do mojego mieszkania, a do tego grzebiesz w moich rzeczach. No, no…nieładnie, Styles. – zadrwił i byłem pewien, że w tej chwili na jego twarzy maluje się chytry uśmiech.
Wypuściłem wycinki na blat biurka, a ręce opuściłem wzdłuż tułowia, zaciskając dłonie w pięści. Usłyszałem szelest i ciche kroki w moją stronę. Zatrzymał się tuż przy mnie, czułem jego wzrok na sobie, jednak sam nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy.
- O, przyniosłem mój notes, wiesz jak bardzo mi na nim zależy. – powiedział lekko jakby nic się nie stało, a fakt, że zabił kilka osób był drobnym przewinieniem.
Nie zareagowałem, wlepiałem swoje zielone tęczówki w przestrzeń przed sobą, najwyraźniej mu to nie pasowało, bo zbliżył się do mnie i położył dłoń na moim ramieniu. Machinalnie ją zrzuciłem gwałtownym ruchem, biorąc dwa kroki do tyłu.
- Nie dotykaj mnie! - wrzasnąłem z całych sił. Moje nerwy nareszcie się obudziły, płuca przyjmowały odpowiednią dawkę tlenu, a serce za to biło jak szalone.
Malik przez ułamek sekundy wyglądał na zaskoczonego moją reakcję, jednak po chwili na jego twarz wróciła pewność siebie i ten zadziorny uśmiech.
- Agresywni jesteśmy, co? – kolejna drwina wypłynęła z jego ust. Nie przejmował się zaistniałą sytuacją, była to dla niego kolejna farsa, rozrywka, która wzbogaci jego monotonny dzień.
- Agresywni?! – krzyk zamieniał się w pisk. – To nie ja jestem psychopatą, co zabija ludzi!
- Oh, nie dramatyzuj już tak, Hazz. Jakby było tak źle, to już dawno byś stąd uciekał.
Zamarłem. Miał rację. Co ja tu jeszcze w ogóle robiłem? Normalny człowiek już dawno by uciekał gdzie pieprz rośnie, by tylko być jak najdalej od zagrożenia, a ja tu zostałem. Rzucił mi triumfalne spojrzenie, doskonale wiedział, że nie potrafię się stąd ruszyć.
- Teraz daj mi to wszystko wytłumaczyć. – przerwał ciszę.
- Nie chcę cię słuchać. – zareagowałem natychmiastowo.
- Dobrze, w takim razie sobie tu postoimy i popatrzymy na siebie. – powiedział z lekkim śmiechem.
Bawiła go ta sytuacja. Był jak małe dziecko, które właśnie znalazło się w lunaparku. Przez parę tygodni, które spędziliśmy razem ani razu nie miałem okazji poznać tej strony Zayna. Zawsze był opanowany, tajemniczy i taki…przyciągający. Jednak coś nie zmieniło, miał nade mną całkowitą kontrolę. Powie, abym skoczył w ogień, to ja już będę rozpalał ognisko gotów do niego wskoczyć.
Staliśmy naprzeciwko siebie w zupełnym milczeniu i dopiero teraz miałem okazję zlustrować wygląd chłopaka. Miałem rację, wcześniej brał prysznic. Świadczyły o tym szare, luźne dresy, jako jedyna część garderoby. Były nisko osadzone na biodrach bruneta, podkreślając sylwetkę, na której połyskiwały jeszcze kropelki wody. Mokre kosmyki włosów opadały w nieładzie na czoło, a na policzkach widniały rumieńce po gorącej kąpieli.
Wyraźnie poczułem jak w mych spodniach coś drgnęło. Szlak. Tylko nie to. Mimo wstrętu do chłopaka, moje ciało nadal reagowało tak samo, co w danym momencie nie było mi na rękę.
- Mów. – westchnąłem ciężko, pozwalając partnerowi na wytłumaczenie tego zamieszania.
Od razu po wypowiedzeniu tych słów na jego twarz wpełzł szeroki uśmiech. Odwrócił się na pięcie i zajął miejsce na skraju łóżka, poklepując miejsce obok. Nie przyjąłem zaproszenia, na co przewrócił jedynie oczami.
- Szukam miłości. – zaczął krótko, na co zareagowałem ironicznym prychnięciem. Skarcił mnie wzrokiem w odpowiedzi. – Jestem jak każdy człowiek, Harry. Szukam po prostu miłości.
- Każdy człowiek nie zabija. – wtrąciłem.
- Tu się z tobą zgodzę. Jednak, jak wspomniałem, poszukuję miłości. I spotykam różnych ludzi, a oni są na tyle głupi, że się we mnie zakochują, głupie prawda? – zaśmiał się jakby do siebie. – Ale wiesz, Harreh, ludzie nie tylko są głupi, ale też słabi, bo nie potrafią sprawić, abym ja się w nich zakochał. Ludzie są głupi i słabi, toteż zasługują na śmierć. – dodał już zupełnie poważnym tonem.
W kącikach oczy zbierały mi się łzy, a jakiś ciężar zaczął przygniatać mnie z każdej strony. Był potworem. Idealnym potworem.
- Ty nie jesteś człowiekiem! Jesteś chorym psychicznie potworem, zabijającym ludzi. – krzyczałem z gulą w gardle.
Przez chwilę siedział w bezruchu, wpatrując się w moje cierpienie. Po chwili wstał i podszedł na tyle blisko, by wypowiedzieć słowa wprost do mojego ucha.
- Oj, Harry, a czy ty nie jesteś chory, zakochując się w mordercy?
Chciałem wykrzyczeć, że go nienawidzę, brzydzę się nim i nigdy go nie kochałem i nie pokocham, że ktoś taki jak on nie zasługuje na miłość, lecz nie mogłem. Coraz mocniej zacisnąłem pięści, wbijając paznokcie w skórę, po policzkach spłynęły pierwsze słone łzy.Moje usta uformowały się w cienką linię cierpienia.
- No widzisz. – dodał triumfalnie, owiewając mój kark ciepłym powietrzem, a na mojej skórze momentalnie pojawiło się pasmo dreszczy.
- A do tego, nie sądzisz, że jakby uśmierzam ból moim kochankom? Myślisz, że któryś z nich chciałby żyć ze świadomością, że nigdy nie odwzajemnię ich uczucia? Miłość to destruktywne uczucie, prędzej czy później sami by popełnili samobójstwo. – prowadził swój wywód, spacerując po pokoju. Jego ton był gładki i spokojny, jakby tłumaczył, czemu liście spadają na jesień, a nie czemu zabija bezbronnych ludzi. – A ponadto, czyż śmierć z miłości nie jest romantyczna? – zakończył zadowolony ze swojej wypowiedzi.
- Traktujesz ludzi jak zabawki, jakby to była tylko zabawa. – powiedziałem przez łzy. Wpatrywałem się w niego wzrokiem pełnym bólu i obrzydzenia. Ten człowiek, nie zasługiwał sobie na nic innego. Nie był zdolny do żadnych pozytywnych uczuć, umiał jedynie niszczyć.
- Ależ nie! Zabawa lalkami byłaby chorobliwie nudna! – zaprzeczył od razu. – Ludzie to nie lalki. Oni mają uczucia, a bez nich nie byłoby zabawy.
Nie wierzyłem w słowa bruneta, mówił je z taką łatwością. Nie widział w tym nic złego. A ja…ja mu ufałem, ja go ko..nie! To niemożliwe. Nigdy nie byłbym w stanie pokochać człowiek wyzbytego wszelkich uczuć, który traktuje ludzi jak swoją prywatną rozrywkę.
- Ludzie są ciekawsi, każdy z nich jest inny. Na początku musiałem się wiele nauczyć, ale teraz już doskonale wiem, który guzik przycisnął, aby jedli mi z ręki lub przeżywali katusze, jakich jeszcze nigdy nie doświadczyli. – zamyślił się na chwilę. – Więc jednak dochodzę do wniosku, że ludzie są tacy sami. Błądzą po tym świecie, nie wiedząc, czego chcą a potem się dziwią, że to tracą. Wystarczy jedno słowo a już będą na skinienie palca. Jak mówiłem na początki, ludzie są głupi i słabi, zasługują na śmierć.
- Jedyną osobą, która zasługuje na śmierć jesteś ty. – wysyczałem z odrazą.
- Oj, Harry…po co te nerwy? - odpowiedział z politowaniem.
Moja nienawiść do tego człowieka rosła z każdą sekundą. Odpychało mnie każde jego słowo, ruch, mrugnięcie, wdech, wydech.
- Ale muszę ci powiedzieć, Hazz, że ty jesteś inny. Ciekawszy. Choć nie zaprzeczę, przylgnąłeś do mnie jak małe dziecko do matki. Sępiłeś o każdy dotyk, spojrzenie. – zaśmiał się krótko. - Ale jest jednak w tobie coś uroczego. Nie wiem co, ale jest. Fascynujesz mnie, Harry. – mówił, a czekolada jego oczu tańczyła radośnie z iskierką ekscytacji.
- A ty mnie obrzydzasz!
Zaśmiał się krótko pod nosem na moje słowa. Potrząsnął głową i przeczesał mokre włosy, aby nie opadały mu na czoło.
- A co jeśli już ją znajdziesz? Jeśli znajdziesz miłość? – zapytałem. Poczułem jak skóra wnętrza moich dłoni pęka pod mocnym naciskiem paznokci, lecz ten ból był jedynie delikatnym łaskotaniem w porównaniu z tym, co działo się w moim sercu. Baaa…w każdej cząstce mnie.
- Prawdopodobnie zdam sobie z tego sprawę już po czynię, gdy zobaczę nieruchome ciało mojej miłości i krew wokół jej serca. – odpowiedział spokojnie.
- I co wtedy? Co zrobisz, gdy stracisz tą jedyną osobę? – mojemu głosowi towarzyszyła chrypka i zdenerwowanie.
- Dołączę do niej.
Dołączy do niej. Zabije się, dla niej. I po to ta cała farsa? Po to te idiotyczne teorie o miłości i śmierci? Nie rozumiem, już nie rozumiem.
Stał przede mną z bladym uśmiechem na twarzy, czekając na moją reakcję. Jego wzrok skupił się na moich dłoniach. Dopiero teraz zauważył ich siną barwę i pierwsze kropelki krwi. Zacisnąłem mocno powieki, by już żadna łza nie opuściła moich oczu. Na marne poszły moje starania, łzy ciekły strużkami, zostawiając mokre ślady na rumianych policzkach. Usłyszałem jak wykonuje nieśmiałe kroki. Poczułem jak unosi moje dłonie, by później złożyć na nich delikatny pocałunek.
- Harry, kochanie, nie męcz się już. – wyszeptał mi do ucha, wprawiając mój organizm w niechciany stan przyjemności.
Wierzchem swoich warg przesunął tuż za moich uchem, by dotrzeć do mojej szyi. Łzy już nie czekały ani chwili, od razu spływały po policzkach. Nienawidziłem go, czułem odrazę, a teraz pozwalałem aby robił ze mną co zechce.
Przejechał po żuchwie, lekko wystawiając język ku mojej skórze. Dotknął nim mojej brody, później policzki, na którym zasmakował moich łez.
- Nie martw się skarbie, wszystko będzie dobrze. – wyszeptał prawie bezgłośnie w moje usta
Swoje dłonie ułożył na moich biodrach, jeżdżąc nim raz w górę, raz w dół. Zmniejszył dzielącą nas przestrzeń do minimum. Delikatnie zahaczył ustami o moją dolną wargę, po czym ją lekko przygryzł. Ostatecznie połączył nasze usta, moje ciągle zaciśnięte i jego ze smakiem moich łez. Koniuszkiem języka przejechał po mych wargach i wprowadził go do środka, nie czekał na zaproszenie. Jeśli on czegoś chciał, od razu mu to dawałem. Było tak i tym razem, nie musiał długo namawiać mnie do pocałunku, od razu go posłusznie odwzajemniłem. Nasze języki ze sobą chętnie współgrały, jednak to ona nadal dyktował warunki.
Był wszędzie. Otaczał mnie swoją bliskością, zapachem, oddechem. Żyliśmy tym samym powietrzem. Był tak blisko. Delikatnie przesuwał mnie do tyłu, aż natrafiliśmy na przeszkodę w postaci szafki. Oparłem o nią ręce, odrywając się na moment od chłopaka. Jednak nie zgodził się ma przerwanie pocałunku, ponownie złączył nasze usta, a dłonie wsunął pod moją koszulkę, wprowadzając ciarki na moją skórę. Powoli uniósł kolona, przyciskając go na końcu do mojego krocza. Odruchowo zajęczał do ust chłopaka na skutek tej pieszczoty. Wyczułem jak jeden z kącików ust chłopaka wykrzywia się ku górze.
Zaczął sunąć koniuszkiem języka po mojej szyi, a kolanem przyczyniał się do moich niepohamowanych jęków. Odsunąłem głowę, by ułatwić chłopaki dostęp do mojej szyi. Zaczął kąsać i ssać kawałek mojej skóry.
Nie przestawałem płakać, mój umysł ciągle kazał mi go odepchnąć i uciekać. Nienawidziłem go, ten człowiek budził we mnie wstręt i odrazę, jednak od tak dawna marzyłem o tym dotyku. Pragnąłem go każdą komórką mojego ciała, nie mogłem temu zaprzeczyć. Byłem głupcem.
Głośno wypuściłem wstrzymywane powietrze, gdy Malik oderwał się od mojej skóry, zostawiając różowawy ślad. Nie panowałem nad łzami. Znowu zaczął całować moje policzki, wycierając ustami słony płyn.
- Ciii…nie ma powodu do płaczu. – wymruczał.
Przejechał zimnymi dłońmi po moim torsie, docierając do sutków, przy których na moment się zatrzymał. Z jego kolejnych gestów wyczytałem, abym podniósł ręce, co umożliwi mu pozbawienie mnie koszulki. Posłusznie wykonałem polecenie, a cienki materiał wylądował na podłodze tuż obok nas. Jeździł dłońmi po mojej klatce piersiowe, umyślnie zahaczając o sutki, uśmiechał się na każdy jęk, wydobywający się z moich ust. Wiedział do jakiego stanu mnie doprowadza i to mu się podobało.
Nie wiem kiedy, moje dłonie poszły w jego ślady, najpierw zatrzymując się na pośladkach chłopaka, a potem błądząc po jego plecach. Ustał pracę kolana przy moim kroczu, niwelując tym samym jakąkolwiek przestrzeń między nami. Zaczął pocierać swoim kroczem o moje, co wywołało jeszcze głośniejszy jęk rozkoszy z mojej strony. Zayn również nie pozostawał obojętny na to co działo między nami, jego oddech przyspieszył, a z jego gardła co chwilę wydobywał się jęk podobny do mojego.
Mój członek wyraźnie wskazywał podekscytowanie, napierając na coraz ciaśniejsze bokserki i spodnie. Malik chyba spostrzegł moją udrękę, gdyż jego dłonie powędrowały w stronę paska moich spodni. Chwilę pomęczył się z zamkiem, lecz po chwili udało mu się sprostać zadaniu.
Jednak nie uwolnił mnie od przylegających spodni. Miał inny zamiar. Oderwał się ode mnie, a ja od razu wydobyłem z siebie odruchowy dźwięk niezadowolenia. Moje ciało pragnęło jego bliskości i jakakolwiek rozłąka w tym momencie nie wchodziła w grę.
Zaśmiał się cicho, przypatrując się moim desperackim ruchom. Moje policzki natychmiast przybrały barwę dojrzałego pomidora, choć może to już wcześniej w wyniku podekscytowania zamieniły się w dorodne warzywa.
Zayn nie kazał mi długo czekać. Jego celem było przeniesienie się w wygodniejsze miejsce. Takim sposobem, znalazłem się na fioletowej pościeli jego łóżka przykryty ciałem Mulata, który właśnie oznaczał mnie kolejną malinką. Nasze nogi były splątane, tak że jego kolano znów wylądowało przy moim penisie, jego ręce badały każdy skrawek mojej skóry, a ja za to pozwoliłem sobie na zabawę gumką przy jego dresie.
Mój umysł chyba już całkowicie zapomniał o ucieczce, teraz liczył się tylko on. Nawet nie umiałbym sobie teraz wyobrazić odepchnięcia chłopaka i opuszczeniu tego pomieszczenia. To było fizycznie niemożliwe. A zwłaszcza kiedy chłopak znalazł sobie nową rozrywkę. Otóż Jeździł językiem po całej mojej klatce piersiowej i co jakiś czas zatrzymywał się, by zostawić różowy ślad. Oznaczał mnie. Byłem jego i tylko jego. Każda moja cząstka należała właśnie do niego. Nikt inny nie mógł mnie mieć. Jednak on nie był mój.
Jęknąłem głośno, gdy usta chłopaka niebezpiecznie zbliżyły się do zagłębia przy mojej kości biodrowej. Spojrzał na mnie znad mojego brzucha i puścił mi oczko. Czy on do jasnej cholery żartuje?! Jestem na skraju wytrzymałości, a on puszcza mi oczko!
Wynagrodził mi to, zdejmując ze mnie obcisłe rurki. Zaczął bawić się gumką od moich czarnych bokserek, jego usta wróciły na moją szyję.
- Zayn, proszę…. – wyszeptałem na wydechu.
Zaśmiał się uroczo w odpowiedzi i szybkim ruchem pozbył się zbędnego materiału z moich bioder. Malik nie czekał, od razu zaczął bawić się główką mojego penisa. Najpierw delikatnie, potem trochę mocniej. Po chwili zaczął jeździć opuszkami palców po całej długości członka. Wygiąłem się w łuk na skutek tej pieszczoty, moje całe ciało przechodziły przyjemne dreszcze, a Zayn dodatkowo namiętnie całował zagłębie mojej szyi. Wziął go całego ręki i rozpoczął powolne, regularne ruchy w górę i w dół. Ogarnęła mnie ekstaza, moje oczy przeszła mgła, a pomidory na policzkach już dawno przekwitły. Jednak ku mojej udręce brunet zaprzestał czynności i oderwał rękę od mojego członka.
Natychmiast posłałem mu mordercze spojrzenie. Zachichotał cicho i nachylił się do mojego ucha.
- Nie w ten sposób, skarbie. – wymruczał przeciągle.
Patrzyłem się na niego zdezorientowany, gdy przysunął swoją rękę w stronę mojej twarzy. Wskazał dwa palce. Teraz zrozumiałem. Włożył je do moich ust, gdzie je chwilę possałem. Szybko ściągnął swoje dresy, dopiero teraz zauważyłem, że przez ten czas tylko ja byłem całkowicie roznegliżowany.
- Obiecuję, że nie będzie bardzo bolało. – zapewnił.
Przygotowałem się w wygodnej pozycji, gdy palce Zayna dotknęły mojego wejścia. Delikatnie wsunął jednego z nich, na co zareagowałem donośnym piskiem. Zaczął masować wnętrze mych ud, aby mnie choć trochę rozluźnić. Poskutkowało, po chwili moje mięśnie stały się mnie mniej napięte, a chłopak mógł wsunąć kolejnego palca wewnątrz mnie. Moje ciało już łagodniej przyjęło obce ciało. Chłopak zaczął ruchy wewnątrz mnie, zaczynała ogarniać mnie rozkosz.
- Zayn…ja dłużej nie wytrzymam, potrzebuję cię we mnie! – zdołałem wypowiedzieć te słowa w przerwach jękach ekstazy.
Wyjął posłusznie palce, zajął miejsce między moimi nogami, kładąc je na swoich ramionach, by mieć lepszy dostęp do mnie. Najpierw delikatnie przyłożył główkę penisa, od razu nastąpił skurcz, który jednak ustąpił. Powoli wsunął resztę członka we mnie. Aghhh…Ciasno! Kilka nieśmiałych ruchów aż w końcu odnalazł rytm. Przed moimi oczami widziałem jedynie mgłę, a wszystkie komórki mojego ciała przeżywały w tym momencie orgazm. Oddałem się mu, oddałem się mu całkowicie i nie było odwrotu. Byłem definitywnie jego.
Nasze jęki i nieregularne oddechy przerywały ciszę w pokoju. Było idealnie. Jeszcze kilka pchnięć i poczułem jak fala ciepła rozlewa się w moim wnętrzu, a po chwili kolejna fala białego płynu napotkałam nasze klatki piersiowe.
Twarz Zayna była w tym momencie idealna, perfekcyjna, niebiańska. Zaróżowione policzki i zamglone oczy ukazywały błogość chłopaka, który teraz wyszedł ze mnie i zaczął zlizywać z mojego torsu moją własną spermę. Jego język ponownie wprawiał mnie w stan euforii. Gdy skończył uniósł głowę w kierunku mojej, na jego brodzie spoczywała jeszcze reszta płynu. Zanim złączyłem nasze usta zebrałem językiem białe krople i przywarłem do ust Malika. Ten pocałunek był przypieczętowaniem czegoś pięknego. Czegoś idealnego. Czegoś niszczycielskiego.
- Kocham cię. – wyszeptałem nieśmiało, wpatrując się w czekoladę oczu chłopaka.
- Wiem, Harry. Wiem. – odpowiedział z uśmiechem.
Zatopiłem się w jego ramionach, otulony bliskością i niepewny jutra. Jednak byłem pewien jednego, kochałem tego chłopaka każdą cząstką mnie wbrew wszystkim zasadom i przekonaniom. Po prostu, jestem głupcem.
I jako głupiec zasnąłem w ramionach mego ukochanego.
***
Obudził mnie czuły i namiętny pocałunek. Po moim ciele rozlała się fala przyjemnego gorąca, a zmysły otaczał przyjemny zapach. Wykrzywiłem usta w uśmiechu, przyjmując cudowną pobudkę, lecz błogi stan znikł. Zastąpił go rozrywający ból w sercu i ciemność przed oczami. Zamiast ciepła poczułem wszechogarniający chłód i miliony igiełek wbijający się w moje ciało. Umierałem. Wszystko co dobre i miłe odlatywało, a przybywało coraz więcej ciemności i pustki.
- Przykro mi Harry. Byłeś za słaby. – ostatnie słowa, które uderzyły o moją świadomość sprawiły, że straciłem wszystko. Umarłem.
Harry Styles był głupi i słaby, toteż zasłużył na śmierć.
Zayn przypatrywał się bezwładnie leżącemu kochankowi. Ostry nóż był wbity w samo serce chłopaka, z którego sączyła się krew. Na pościeli pojawiały się pierwsze plamy.
Nigdy już nie ujrzy szmaragdu tęczówek chłopaka, ani nie usłyszy radosnego śmiechu. Westchnął głęboko, kucając przy zwłokach. Ruchem dłoni poprawił figlarne loczki, które znalazły się na czole Harry’ego. Gładził jego czoło, wpatrując się w martwe oblicze. Jego wargi uformowały delikatny uśmiech, a sam chłopak zaśmiał się cicho sam do siebie. W końcu przybliżył twarz i złożył na ustach Stylesa ostatni pocałunek. Przymknął powieki, delektując się malinowymi wargami kędzierzawego. Po czym leniwie wstał i wyciągnął nóż z piersi chłopaka. Przyjrzał się kroplom krwi na metalu i wykonał ostateczny ruch. Ostrze wtargnęło w serce Zayna, odrywając go od rzeczywistości. Upadł tuż koło Harry’ego. Umarł.
Zayn Malik był głupi i słaby.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz