wtorek, 18 lutego 2014

- Cześć. – Szepnął cicho, uważnie obserwując zmiany na twarzy Harry’ego. Najpierw jakby nie dowierzał, iż Louis jest przy nim (co było bolesne jak cholera), a później był zaskoczony. Jego zielone oczy wciąż były czerwone, policzki trupioblade, a usta sine. – Jak się czujesz? – Spytał, przysuwając swoje krzesło do niego. Harry odwrócił wzrok, spojrzał na sufit i wziął drżący oddech. Urządzenie monitorujące jego puls zaczęło wydawać głośne, częste piknięcia.

Louis zignorował gulę w gardle i nieprzyjemny dreszcz. Sięgnął niepewnie do dłoni Harry’ego i ścisnął jego blade palce.

- Przepraszam, że jestem takim idiotą. – Powiedział, przez co zielonooki ponownie na niego spojrzał, jego palce zadrżały w uścisku Louisa, który wymusił lekki uśmiech. – Naprawdę przepraszam. – Harry drgnął, a w następnej chwili desperacko ścisnął dłoń Louisa, trochę zbyt mocno, jednak Tomlinson nie czuł niczego innego poza dziwnym uczuciem satysfakcji i w pewnym stopniu szczęścia.

- Za co dokładnie? – Spytał, a jego głos był słaby i ochrypnięty.

- Za bycie kretynem. – Louis zauważył ten mały trik, który robił Harry za każdym razem, gdy miał w głowie jakąś ciętą ripostę: jego lewy kącik ust lekko zadrgał ku górze.

- W którym momencie konkretnie? Bo byłeś kretynem przez cały czas prawie.

- Harry. – Ostrzegł go, jednak nie potrafił powstrzymać chichotu. Po chwili spoważniał. – Za ranienie cię. Za bycie dupkiem, za uciekanie, kłamanie..

- Dość dużo tego, nie sądzisz? – W jego głosie był wyrzut, który Louis starał się ignorować. Harry specjalnie to robił, by wyrzuty sumienia Tomlinsona były jeszcze większe.

- Ty też bywasz dupkiem. – Wytknął. - W tym momencie nim jesteś.

- Moje bycie dupkiem jest uzasadnione. – Mruknął w odpowiedzi, ponownie odwracając wzrok. Louis widział, że Harry często lubi grać, jednak to co powiedział zdenerwowało go lekko. Harry poruszył się na łóżku szpitalnym i skrzywił się z bólu, próbując usiąść. Louis od razu poczuł współczucie i kolejny raz uderzyły w niego jak cegłą wyrzuty sumienia. To była jego wina.

- W jaki sposób niby?

- Bo kurwa potrzebuję morfiny.

- Zawołam pie-

- Nie. – Przerwał mu, szybko zaciskając dłoń ma małym nadgarstku. - Nie, zostań tutaj. Wydaje mi się, że chcesz mi powiedzieć coś jeszcze, więc pośpiesz się, zanim zasnę. – Louis westchnął zrezygnowany.

- Próbuję powiedzieć, że mi na tobie cholernie zależy, ale twoje bycie wrednym dupkiem mi to utrudnia.

- Mówiłem, życie ze mną bywa trudne. Chociaż z tobą jeszcze bardziej.

- Chodzi mi o to, Harry, że jestem gotów zaryzykować. – Oczy Harry’ego rozszerzyły się, ironiczny uśmieszek został zastąpiony przez poważny wyraz twarzy. Louis wziął głęboki oddech. Nigdy nie sądził, że słowa mogą być takie trudne. – Nigdy nie czułem nic podobnego. Seks nigdy nie wiązał się z emocjami, Harry, a z tobą zdawał się bardziej intymny niż cokolwiek innego. Tracę głowę i nie wiem co myśleć.

- Poddaj się. – Powiedział szybko. - Nie myśl. Rób to, co chcesz zrobić.

- Zamierzam zrobić wszystko właściwie. – Zapewnił go, co spowodowało drobny uśmiech na twarzy młodszego. — Powoli.

- Jak bardzo powoli? – Spytał, ponownie ukazując swój irytujący uśmieszek, za którym Louis raczej by nie tęsknił. - Bo wiesz, facet facetem i ma swoje potrze-

- Prześpij się, Harry. – Przerwał mu, śmiejąc się lekko. - Zawołam pielęgniarkę i jutro przyjdę.

- Obiecujesz?

- Obiecuję.

- Jak bardzo obiecujesz?

- Bardzo, Harry. Nic mnie nie zatrzyma przed odwiedzeniem cię jutro. Obiecuję.

~.~

Louis pierwszy raz spał tak spokojnie. Nie obawiał się niczego i lekki uśmiech drgał na jego ustach. To ‘’coś’’ co było pomiędzy nim a Harrym przestało być tylko ‘’cosiem’’ i stało się czymś ważnym. Louis postanowił o to walczyć.

Jego sen był spokojny, szczegóły zamazane, ale był zadowolony.. do czasu, gdy usłyszał dzwonek telefonu. Jęknął płaczliwie i sprawdził godzinę. Nie do, kurwa, wiary.

- Jest kurwa mać piąta rano, ty skurwysynie. – Warknął. Zayn jedynie parsknął cicho.

- Mamy trupa. – Powiedział swoim profesjonalnym tonem. Louis prychnął.

- To niech sobie kurwa poczeka. – Mruknął, uderzając głową w poduszkę. Nie ma kurwa mowy, że wstanie. - Zwłoki ci nie uciekną, z pewnością biegasz szybciej.

- Ale morderca ucieknie.

- I tak już uciekł, a ja kurwa śpię.

- A myślisz że czemu pracujemy w Wydziale Zabójstw? Żeby łapać morderców. A teraz zabierz swoją wyruchaną dupę z łóżka i przyjedź na dwudziestą trzecią przy rogu Mark and Sweets. Natychmiast.

Louis czasem nienawidził swojej pracy.

Choć Zayna bardziej.

I co on kurwa miał na myśli z wyruchaną dupą?

~.~

O dziwo taksówki jeździły o tak nieludzkiej porze, niektóre kawiarnie były także otwarte. Śnieg zdążył stopnieć i pozostawił po sobie kilometrowe kałuże i obrzydliwą, brudną chlapę. Louis miał w sobie aż za dużo entuzjazmu, aby wychodzić z domu w tak nieludzkich warunkach.

Jego czarna kawa paliła gardło i dłonie, ale reakcja jego mózgu była zbyt powolna, żeby zarejestrować to w odpowiednim czasie. Louis nienawidził poranków.

Pamiętał jak zaczynał pracę w policji, czy była to piąta, czy pierwsza, to nie miało znaczenia, Louis wtedy uwielbiał swoją pracę i miał dużo wigoru, żeby nie odczuwać różnicy tak bardzo. Teraz? Był gorszy, niż jego dziadek.

Pokręcił głową z niedowierzeniem i wziął kolejny palący łyk. Zaczynał się bardzo długi dzień.

Taksówka zatrzymała się przy ekskluzywnym klubie, przez co Louis musiał dwukrotnie sprawdzić, czy dobrze zapisał adres. Niepewnie wysiadł i rozejrzał się. Dookoła stały radiowozy i samochód Zayna. Eleanor tam nie było, przyjechałaby swoim samochodem.

Wszedł do klubu powitany przez zaciekawione spojrzenia gapiów i kilku policjantów. Zignorował to.

Na miejscu zbrodni roiło się od lekarzy sądowych i techników, którzy robili to, za co im płacono. Louis wciąż nie widział ciała, za to czarny worek był wynoszony przez asystentów Perrie, więc zakładał gdzie było.

- Co mamy? – Spytał sennym głosem, gdy znalazł się przy Zaynie. Louis szczerze musiał przyznać, że Malik wyglądał jeszcze gorzej, miał roztrzepane i potargane włosy, jakby co najmniej przeżyły tornado. Jego twarz przywodziła na myśl filmy o zombie, a wory pod oczami wyglądały jak charakteryzacja do filmu.

- Ofiara to francuska modelka, Blair De Jour. – Wskazał dłonią na worek. - Została powieszona.

- Uroczo. – Mruknął, rozglądając się. – Czy możesz mi odpowiedzieć na pytanie, czemu nie ma tutaj Eleanor? – Louis zaczął być poirytowany, a zmęczony i poirytowany Louis to nic dobrego dla świata. - Równie dobrze mógłbyś i ją wypierdolić z łózka. – Burknął z wyrzutem. Zayn uśmiechnął się lekko i po chwili ziewnął.

- Eleanor tu nie ma, bo ja tak mówię. – Wzruszył ramionami. - Przywileje szefa. – Zgiń za bycie chujowym szefem.

- Och, już ją widzę jak się dowie. – Zaśpiewał, śmiejąc się lekko. Eleanor ze swoim temperamentem.. Będzie zabawa. - Malik, twoje dni są policzone, a ja jej pomogę.

- Louis, to ty jesteś w ciąży, czy ona?

- Przestańcie walczyć o to, kto jest tutaj samcem alfa, wszyscy wiemy, że Louis dobrze bawiłby się będąc pod tobą, Zayn. – Powiedziała Perrie, która szybko znalazła się przy nich, a na jej twarzy był wielki uśmiech. Louis musiał przetworzyć w głowie to, co powiedziała, ponieważ nie był całkiem pewny, czy dobrze usłyszał. Zmarszczył brwi.

- Czy ty właśnie-

- Szybki jesteś. – Przerwała mu, uśmiechając się szerzej. Louis pracuje z szatanami. Zayn parsknął śmiechem i poklepał blondynkę po ramieniu.

- Za to właśnie cię kocham, Pezza!

- Jeżeli kiedykolwiek miałbyś wątpliwości, że to siostra Nialla. – Warknął oburzony Louis, ponieważ właściwie jak ona mogła? – Trochę profesjonalizmu, błagam was. Zachowujecie się jak dzieci. – Mruknął. – Ofiara miała jakiś bliskich? – Spytał, ukrywając rumieńce w szaliku. Zayn jedynie uśmiechnął się pod nosem, ale na nowo przybrał maskę profesjonalisty.

- Oboje rodzice martwi. – Mruknął. - Jest tylko brat.

- I narzeczony. – Wtrąciła szybko blondynka. Wszystkie spojrzenia padły na nią. Wzruszyła ramionami. - Miała na palcu ślad po pierścionku, więc możemy założyć, że została okradziona. – Jade razem z Liamem stanęli obok. Louis przetarł zmęczone oczy i zdławił ziewnięcie.

- W portfelu były pieniądze. – Powiedziała dziewczyna, po chwili dodała rozmarzona. - - Zresztą jej sukienka była warta tyle, ile nasze roczne pensje.

- Ale pierścionek zniknął. – Mruknął cicho. Wszyscy zastanowili się przez krótką chwilę.

- Może morderca uważał, że nie zasłużyła na pierścionek, dlatego go zabrał? – Zasugerował sprytnie Payne. Było to całkiem prawdopodobne i każdy musiał przyznać mu rację.

- Liam, dowiedz się kim był jej narzeczony i sprowadź brata do nas.

- Robi się.

Zayn skinął na Louisa i poszedł w stronę swojego samochodu, upewniając się, że Tomlinson idzie za nim. Niechętnie poczłapał, a gdy znalazł się na wygodnym siedzeniu westchnął z zachwytem. Mógł spędzić tak resztę dnia. Chociaż nie narzekałby, gdyby siedzenie zmieniło się w wielkie łóżko. Najlepiej z tysiącami poduszek i puchowym kocem.

- Jezu, człowieku, nie zasypiał mi tutaj. – Coś klasnęło brutalnie przed jego twarzą. Louis szybko otworzył oczy i wyprostował się. Przed oczami miał ciemne mroczki, a powieki były tak ciężkie, że same opadały. Zayn westchnął głośno. – Kupię ci kawę. Nie zaśnij.

I tak zasnął.

~.~

Gdy Louis dotarł do szpitala Harry spał spokojnie. Jego włosy były potargane, a na twarzy pojawiło się więcej kolorów. Louis westchnął cicho i pogłaskał go po czole, przez co zielone oczy otworzyły się.

- Myślałem, że już nie przyjedziesz. – Szepnął. Louis posłał mu lekki, niepewny uśmiech i westchnął zmęczony. Było późno i nawet odznaka nie zmusiła pielęgniarki do wpuszczenia go, okazało się szczęśliwie, że mimo jej zimnego spojrzenia posiadała serce, gdy Tomlinson powiedział, że Harry to jego chłopak, a dziwne ciepło rozlało się w jego ciele.

- Obiecałem. – Przypomniał mu, a Harry od razu nabrał różu na policzkach. - Musisz się nauczyć, że nie rzucam słów na wiatr. – Harry skinął i wziął małą dłoń Louisa w swoją własną. Była szorstka i chłodna, lecz Tomlinson wciąż odczuł miłe ciarki. Usiadł bliżej i ścisnął palce zielonookiego między swoje. Siedzieli w ciszy, lecz cisza ta wcale nie była krępująca. Była natomiast pełna niedopowiedzeń i niepewności.

Louis nawet nie wiedział jak długo tak leżeli obok siebie. Pielęgniarki przychodziły co jakiś czas zajrzeć przez szklane drzwi sali, światła gasły i zapalały się co jakiś czas, i było coraz mniej ludzi w pobliżu. Louis czuł się śpiący, a zegarek wskazywał północ. Westchnął cicho i spojrzał na Harry’ego. Miał otwarte oczy.

- Wiem, że wolałbyś tego nie robić, ale muszę się dowiedzieć, co stało się w tym magazynie, Harry. – Harry drgnął. Wziął drżący oddech i zagryzł wargę.

- Przechwyciliście bomby?

- Federalni postanowili zrobić to za nas.

- Był tam Max. Pamiętam jego twarz z tych zdjęć. Um.. Chcieli, żebym powiedział ile wiemy, czy mamy jakiś agentów.. Odmówiłem.. Wtedy postanowili mnie przekonać. Najpierw kopali, bili i wykręcali mi ręce. Później stali się bardziej.. kreatywni. – Ostrożnie dobierał swoje słowa nie spoglądając na Louisa. Z czasem jego głos zmienił się w szept. - Nie pamiętam nic poza bólem, ale przysięgam Louis, nic im nie powiedziałem. – Louis czuł się potwornie. To przez niego skrzywdzili Harry’ego.

- Jest w porządku, Harry. – Odszepnął. - Sprawa zamknięta.

- Złapaliście go?

- Nie. Jeszcze nie.

- Wiesz co pomagało mi gdy myślałem, że już nie wytrzymam? Myślenie o tobie. Nie nadaję się do tej roboty, promyczku.

- Co?

- To co się stało zdecydowanie zniechęciło mnie do takiego stylu życia. Jutro wychodzę.

~.~

Perrie potwierdziła, że dziewczyna została zamordowana, jednak nie walczyła, jakby została odurzona. W jej krwi nie było nic niezwykłego poza alkoholem. Louis podziękował jej i obiecał drinka jak tylko zakończą sprawę. Był pełen nieznanego entuzjazmu, który zniknął równie szybko jak się pojawił, gdy musiał siedzieć w pokoju przesłuchań z pieprzonym socjopatą.

- Twoja siostra została zamordowana, zdajesz sobie z tego sprawę? – Barczysty mężczyzna wzruszył ramionami. – I jesteś głównym podejrzanym. – Ponownie obojętnie wzruszył ramionami. Niemożliwy facet. – Więc zapytam wprost. Zabiłeś ją?

- Mój adwokat jest w drodze, bez niego nic nie powiem. – Mruknął. Louis westchnął i spojrzał na zegarek. Złamie go w kilka minut.

- Jeżeli potrzebujesz adwokata, oznacza to jednocześnie, że się przyznałeś. – Wzruszył obojętnie, pakując zdjęcia, które uprzednio mu pokazał do teczki.

- Nie powiem nic bez mojego adwokata.

- Na jej ciele są twoje odciski palców. Jeżeli przyznasz się teraz twój wyrok nie będzie taki srogi. – Louis oczywiście blefował, ale gdy tęczówki brzydala (bo tak go nazwał) rozszerzyły się z przerażenia wiedział, iż wygrał. Będzie mógł świętować tego wieczoru.

- Ona na niego nie zasługiwała. Skakała z łóżka do łóżka, żeby dostać się na ten pokaz.

- Świat mody jest okrutny.

- Wy nic nie rozumiecie. – Prychnął gniewnie. – On ją kochał. Taki kretyn. Ją! A ona wykorzystywała jego pieniądze. Nie zasłużyła na choćby jedno spojrzenie.

- Więc ją zabiłeś?

- Zasłużyła na to.

Czas złamania brzydala? 4 minuty i 26 sekund.

~.~

Louis zamówił taksówkę pod szpital i pojechał po Harry’ego. Zielonooki przez cały czas był zaskoczony jego zachowaniem, jednak nie narzekał. Tomlinson mówił mu o sprawie, którą niezwykle szybko udało im się zamknąć i opowiadał mu o właściwie każdym szczególe.

- Dlaczego to robisz? – Spytał, gdy Louis odprowadził go do drzwi. Z początku nie zrozumiał, marszcząc brwi. – Naprawdę chcesz nas? Poprzednio miałem wrażenie że-

- Wbrew pozorom mam uczucia, Harry.

- A co czujesz do mnie? – Louis stanął na palcach, podciągając się do góry dzięki płaszczowi Harry’ego i przycisnął swoje usta do jego. Tęsknił za smakiem kędzierzawego, za uczuciem ciepła, które opanowywało jego ciało za każdym razem gdy byli blisko. Lecz ich poprzednie pocałunki nie znaczyły tyle, ile ten. Gdy Louis odsunął się, stając na całych stopach, Harry zniżył głowę i owinął silne ramię wokół bioder niebieskookiego, podnosząc go lekko.

Louis pisnął cicho i szybko owinął ramiona wokół szyi młodszego, ponownie łącząc ich usta w bardziej namiętnym pocałunku, pełnym cichych westchnień i języków.

- Zapowiada się długa noc. – Wyszeptał cicho, czując jak Harry twardnieje.

- Myślę o tobie w moim łóżku, promyczku. – Odpowiedział, wciągając go do swojego mieszkania i ponownie całując. Zsunął z Louisa jego płaszcz, który niemo upadł na podłogę i wsunął palce pod koszulę, jaką miał na sobie.

- Pytałeś.. co do ciebie czuję.. – Wydyszał między pocałunkami. – Kocham cię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz