niedziela, 16 lutego 2014

Tytuł: Fallen (Upadły)

Paring: Larry Stylinson

Ilość słów: 2.707

Gatunek: Dramat/Horror [?]

Data publikacji: 27.10.2013

Od autora: Drugi shot o Larrym i no cóż, pisało mi się go o wiele łatwiej niż pierwszy. Poza tym ten pomysł był w stu procentach mój i jestem w pewnym sensie dumna. Mógł być lepszy, ale… tak to jest jak ktoś nie umie pisać. Zapraszam do wyrażania swoich opinii xx

Inspiracje: Mnóstwo przeróbek Stylesa i Lou jako aniołów. Supernatural. Mój dziwaczny sen.

Opis: Harry Styles był aniołem, który popełnij jeden niewybaczalny błąd. Przeszedł proces i skazano go na życie pomiędzy ludźmi. Miał nigdy nie zaznać miłości ani szczęścia. Louis Tomlinson był wysłannikiem tego „złego”. Jego zadanie polegało na tym, by dowiedział się co tak naprawdę dzieje się teraz w niebie. Co się stanie jeżeli dobro i zło w jakiś niewytłumaczalny sposób się połączą?

Ostrzeżenie: Wszystko zawarte w tym jedno-parcie jest fikcją literacką, nic takiego się nie zdarzyło i na 100% się nie zdarzy. One Direction nie istnieje.


~*~

„Ku chwale aniołów, na przekór losowi
Hen w błąd i w upadek, daleko w noc!
Czernią skrzydeł, na przysięgi ogniowe
Runy nadzieją pisane przez Moc…”

Mosiężne krzesło na którym siedziałem, wykonane było z białego dębu, tak samo jak ława przede mną i wszystko co znajdowało się w sali, w której obecnie przebywałem. Zabrali mi moje skrzydła oraz moce, więc nie miałem szans by uciec i ukryć się w najgłębszej czeluści jaka tylko przyszłaby mi na myśl. Za wielkim biurkiem, ciągnącym się poprzez całą szerokość pomieszczenia, siedział Najwyższy. Jego biała broda, wcale nie oznaczała, że jest Świętym Mikołajem, nie, wręcz przeciwnie. Był srogi ale także sprawiedliwy.

- Harry Styles zostałeś oskarżony o to, że dnia piętnastego grudnia, czyli dokładnie dwa tygodnie temu ujawniłeś się młodemu osobnikowi rasy ludzkiej. Mogło to spowodować, że cały świat dowiedziałby się o naszym istnieniu i ludzie posiadaliby niezaprzeczalne dowody by poprzeć to o czym rozpowiadają, czy tak?

- Tak – odpowiedziałem zlęknionym głosem, rozglądając się w poszukiwaniu kogokolwiek z moich przyjaciół, jednak nikogo nie było na sali rozpraw.

- Czy masz na to jakieś usprawiedliwienie? – zapytał się Najwyższy, jednak cóż mogłem powiedzieć, miałem związane ręce.

- Niestety nie mam na tyle ważnego usprawiedliwienia by wytłumaczyć się. Starałem się tylko pomóc chłopcu, który przez przypadek wleciałby pod samochód. Jego matka nie zainteresowała się w porę, co robi jej dziecko. Był zbyt młody na taki los – powiedziałem z pewnością w głosie. Jednak widziałem w oczach wszystkich zebranych, którzy przyszli by zagłosować czy będę mógł być dalej aniołem, że nie uwierzyli mi.

- No dobrze – rzekł Najwyższy – teraz pozwolisz, że udamy się na naradę, a Rada Najwyższych później zagłosuje. Zarządzam chwilę przerwy.

Wszyscy archaniołowie oraz Najwyższy udali się do osobnego pomieszczenia, by rozprawiać nad tym jaki to nieodpowiedzialny ze mnie anioł, a ja spojrzałem się na swoje dłonie, które bądź co bądź były przykute do dębowego krzesła grubymi, niezrywalnymi łańcuchami. Po dwudziestu minutach wszystko miało być jasne.

- Proszę wstać, Sąd idzie – powiedział niebiański głos, a wszyscy podnieśli się z miejsc.

- Z racji tego iż podjąłem swoją decyzję, chcę by teraz zagłosowała Rada Najwyższych. Ten kto jest przeciw oczyszczeniu z zarzutów Harry’ego Stylesa, poproszę rękę w górę.

Spojrzałem się na archaniołów, którzy mieli zacięte miny, nikt nawet nie odwrócił wzroku, patrzyli się prosto na mnie.

- No dobrze, reszta będzie formalnością. Kto jest za? – jeden z archaniołów podniósł rękę – Kto wstrzymał się od głosu? Dobrze, w takim razie nie zostaje mi nic innego jak ogłoszenie wyroku. Aniele Harry Edwardzie Stylesie, zostałeś skazany na wygnanie z niebios. Będąc jednak miłosierny, pozwolę zatrzymać ci częściowo twoją moc i skrzydła. Gdy znajdziesz się na ziemi, pośród ludzi, znajdziesz sobie naczynie i posiądziesz je. Będziesz pomagał ludziom, jednak będziesz jednym z Upadłych. Spraw by nazwa jaką teraz ci nadaję, tudzież Upadły Anioł Harry Edward Styles pozostała nazwą. Niech twoje życie na ziemi, będzie pełne pomocy dla bliskich.

~*~

„Chcieli być, ale nie są
Jutro też nie będą, nigdy, już na pewno
Przeminęli, zagubili się
Czasem tęsknią, skazani na przeszłość.”

Znajdź sobie naczynie, znajdź sobie naczynie, łatwo powiedzieć! Cholera, znaczy kurczątko, jak ja mam znaleźć sobie naczynie, skąd mam wiedzieć, które będzie odpowiednie!? Tak to jest jak chcesz pomagać ludziom, a potem kopną cię w cztery litery i bam lądujesz na ziemi, szukając cholernego naczynia. Ugghh. Rozejrzałem się po opustoszałej ulicy, byłem w Londynie, w samym środku stolicy Wielkiej Brytanii. Spostrzegłem w oddali miejski szpital i postanowiłem się tam udać.

- Raz kozie śmierć – mruknąłem cicho do siebie, a moje nogi poniosły mnie w stronę budynku. Z daleka potrafiłem wyczuć odór jaki tam panował od bólu i strachu. Wszędzie unosiły się czarne cienie czyhające na swoją kolejną ofiarę. Wszedłem przez drzwi, kierując się do jednej z sal, nie wiedziałem dlaczego, ale coś mnie tam przyciągało. Gdy otworzyłem drzwi, zobaczyłem starszą kobietę, trzymającą za rękę chłopaka o brązowych lokach i zielonych oczach. Prawdopodobnie jej syn patrzył się z przerażeniem na swoją matkę, drżącą ręką ścierając jej łzy, kapiące na białą pościel. I wtedy zrozumiałem, że to jest moje naczynie. Idealnie dopasowane dla mnie, mój wygląd odpowiadał jego wyglądowi.

- Harry, skarbie, nie martw się, wyzdrowiejesz. Będę się modlić o twoje zdrowie – powiedziała kobieta, a mnie coś skręciło w środku. Rzeczywiście chłopak wyzdrowieje, ale za jaką cenę? Jego imię i nazwisko było dokładnie takie jak moje. I wtedy po raz kolejny zapaliła się nad moją głową lampka. Każdy człowiek ma swoją wierną kopię w niebie. I gdy anioł przychodzi do niego, dopełniają się. Gdy jednak człowiek przychodzi do anioła, żyją razem jak brat z bratem.

Poczekałem aż kobieta wyjdzie z sali szpitalnej i ujawniłem się. Spojrzałem się w zaskoczone i przerażone, zielone tęczówki mojego naczynia.

- Jestem tutaj po to by cię uzdrowić, czy zgadzasz się na to?

- Kim ty jesteś? Dlaczego? Jak, jak tu wszedłeś?

- Jestem twoim aniołem, dokładnie upadłym aniołem a ty będziesz moim naczyniem, czy zgadzasz się? – zapytałem się, używając trochę swojej siły, by przekonać chłopaka.

- Będę zdrowy?

- Będziesz w lepszej formie niż przed tym gdy zachorowałeś. Twoja matka będzie szczęśliwa, nawet bardziej niż była przedtem. Będziesz miał pracę, wszystko o czymkolwiek zamarzyłeś. Zdobędziesz miłość i będziesz zadowolony z życia. Czy zgadasz się być moim naczyniem?

- Zgadzam się – powiedział pewnie, a ja nachyliłem się nad chłopakiem. Położyłem swoją dłoń na jego czole, skupiając się. W jednej chwili nie było Harry’ego Styles i Upadłego Anioła. Był jeden Upadły Anioł Harry Edward Styles.

~*~

„Mam już tego dość,
muszę w końcu wrócić tam,
gdzie wszyscy byli,
zawsze kochali, czasem grzeszyli.
Po prostu żyli tak z dnia na dzień.
Tylko czy oni tam jeszcze wszyscy są,
Czy jeszcze jest aleja pełna róż?
Tylko czy oni tam jeszcze wszyscy są,
Czy jeszcze jest aleja róż?”

- Ale jak to możliwe? – zapytała się kobieta, wpatrując się w syna. W jej oczach można było zobaczyć zadowolenie, niedowierzanie, jak i przerażenie. Jej jedyny synek, którego kochała nad życie znów jest zdrowy.

- Nie mam pojęcia, po prostu czuję się wyśmienicie – dołeczki w policzkach pojawiły na rumianej twarzy. Kręcone włosy lśniły w blasku słońca wpadającego przez szybę.

- Doktor mówił, że musiał to być cud, nikomu jeszcze nie udało się pokonać raka w tak zaawansowanej formie jaką ty miałeś, Harry – powiedziała matka, głaszcząc chłopca po dłoni, którą przez cały czas trzymała. Gdy tylko przyszła do szpitala wszyscy szeptali imię i nazwisko jej synka. Była przerażona, myślała, że nie zdążyła się z nim pożegnać, tylko dlatego, że poszła do domu przynieś kilka ważnych rzeczy, o które prosił ją lekarz.

- Czy to ważne? – odparł chłopak, uśmiechając się od ucha do ucha – Jestem zdrowy mamo! Czuję się lepiej niż przed chorobą! – wykrzyknął szczęśliwy. – Też powinnaś być radosna!

- Ależ jestem kochanie – uśmiechnęła się jego mama – Jestem tak bardzo wdzięczna niebiosom, za to co zrobiły.

~*~

„Szukałem kiedyś minionych dni
Wspomnienie drogę wskazało mi
Stoję jeszcze w progu zatrzaśniętych drzwi
Słyszę jeszcze słowa
Nie istotne już
Bo na scenie życia
Kiepski aktor grał
Choć to mogła wielka sztuka być
To mogła być sztuka…”

- Dzień dobry, czym mogę państwu służyć? – zapytałem się miło, uśmiechnąłem się firmowym uśmiechem i czekałem na kolejne zamówienie. Pracowałem w „swojej” starej restauracji, dorabiając do pensji Ann, mojej matki.

- Poproszę szarlotkę i gorącą czekoladę – odpowiedziała mi jakaś miła starsza pani – a co dla ciebie Gary?

- Ja wezmę to samo – mężczyzna w podeszłym wieku, złapał kobietę za rękę i popatrzyli sobie w oczy.

- Wyglądają państwo niesamowicie uroczo, zamówienie powinno niedługo być dostarczone – powiedziałem miło, po raz kolejny uprzejmie się uśmiechając i zaniosłem zamówienie do kuchni, w której Niall Horan miał swoje królestwo. Podobnież był moim najlepszym przyjacielem, w sumie przyda mi się taka osoba. Na Liama i Zayna nie mam co liczyć tutaj na ziemi. Pewnie za każdy kontakt jaki próbowaliby nawiązać ze mną, skończył by się tym, że wylądowaliby koło mnie, szukając swoich naczyń.

- Styles, rusz tyłek, stolik numer sześć, facet pytał o ciebie – Danielle, która była kelnerką i tak jak ja obsługiwała klientów, klepnęła mnie w cztery litery i pokazała na nieznajomego mi mężczyznę.

- Czym mogę panu służyć? – zapytałem grzecznie, spoglądając na strasznie przystojnego faceta, który miał co najwięcej dwadzieścia pięć lat.

- Możesz w wielu rzeczach mi służyć – odpowiedział pewnie, a moja szczęka prawie wylądowała na ziemi. Czy ten koleś ze mną flirtował? Gdyby Najwyższy wiedział, co dzieje się na ziemi…

- Niestety pracuję, czy mogę coś podać? Chce pan złożyć zamówienie? – spróbowałem jeszcze raz, starając się inaczej ująć pytanie by nie mógł odpowiedzieć mi żadnych dziwnych rzeczy.

- Oczywiście, poproszę kawałek ciasta czekoladowego, może lampkę wina i twoje serce? – dziwny błysk w oku mężczyzny sprawił, że w moim brzuchu coś się ścisnęło, a serce podeszło do gardła. Tak jakby chciało wyrwać się do owego osobnika i skoczyć prosto w jego ręce.

-Zaraz przyniosę zamówienie – wyszeptałem przerażony.

- Mam nadzieję, że jesteś słowny Harry. Byłoby mi bardzo smutno gdybym nie dostał wszystkiego co zamówiłem. Poza tym, mów mi Louis, aniele.

- Tak jest, proszę… Louis – odwróciłem się szybko od stolika i pognałem do kuchni. W przerażeniu wytrajkotałem całe zamówienie i udałem się na zaplecze, ciężko oddychając.



~*~

„Upadłe anioły

często potykały się o własne skrzydła.”

- Harry Styles, uciekłeś ode mnie ostatnim razem – powiedział mężczyzna podchodząc do mnie. Złapał moje ręce w ciasny uścisk. Próbowałem choć trochę oswobodzić się z jego chwytu, jednak jedyne co osiągnąłem się wierceniem, był coraz bardziej zacieśniający się uścisk.

- Zostaw mnie! – wykrzyknąłem przerażony, starając się nie używać żadnej z mojej mocy. Zauważyłem, że po ostatnim razie jestem bardzo osłabiony, a moje skrzydła straciły kilka piór.

- Harry, Harry, Harry. Nie mogę, jak to ująłeś, zostawić cię. Jesteśmy sobie pisani – Louis zrobił kilka kroków przybliżając się jeszcze bardziej. Czułem jego oddech na skórze mojej twarzy.

- Zostaw mnie! – powiedziałem tym razem pewnie, wykorzystując swoją siłę, aby zmusić mężczyznę, jednak ten tylko się zaśmiał ani trochę nie ustępując.

- Pragniesz wymusić posłuszeństwo, na mnie Styles? Upadły Anioł, próbuje wymusić posłuszeństwo na Królu Upadłych? Jesteś obłąkany?

- Jesteś królem? – zająknąłem się – to nie możliwe.

- Chcesz się założyć, Harry? Wygnali cię z nieba, za dobry uczynek, czyż nie? Oszukałeś swoje naczynie, po to by nie zniknąć. Jesteś taki jak my Styles, jesteś jednym z upadłych z krwi i piór. Jesteś taki słaby, taki naiwny. Myślałeś, że nikt się tobą nie zainteresuje, że będziesz sobie żył? Myliłeś się i wciąż będziesz się mylił, jeżeli nie uznasz mojego zwierzchnictwa nad tobą…

~*~

„Upadły anioł, który cicho łka, prosi
o pomoc.
Upadły anioł, który ginie w oceanie łez
tonąc.
Upadły anioł, żyć nie potrafi żyć chcąc.”

- Więc co mam w takim razie robić, Louis? – zapytałem się mężczyznę, splatając jego palce razem z moimi. Szliśmy ramię w ramię, jak równy z równym. Jego morskie oczy, skanowały ludzi, którzy przemierzali ten świat. Widział ich wszystkie pragnienia, wszystkie niespełnione obietnice i marzenia. Odczuwał porażki i przygnębienia, które ich męczyły.

- Po pierwsze musisz mi powiedzieć, jak naprawdę teraz funkcjonuje niebo, co i jak, najnowsze plotki, z czasów gdy tam byłeś, a potem… potem będzie wieczór i możemy trochę się pobawić, co ty na to?

- Nie wiem za dużo, większość czasu przebywałem na ziemi, odcinając się od nich – westchnąłem – nie jestem pewien czy mógłbym ci w tym zakresie pomóc, Lou.

- Jednak gdybyś przypomniał sobie jakąś ważną informację pamiętaj, że nalegam byś mi o niej powiedział, Harry – powiedział, zabawnie marszcząc brwi, a ja zaśmiałem się – ale co o naszej zabawie?

- Jestem jak najbardziej za, Louis, przyda mi się odpoczynek, jestem tak strasznie zmęczony.

- Coś jest nie tak, Styles? – zapytał się, przyglądając mi się badawczo.

- Nic takiego, po prostu moje skrzydła, strasznie mnie bolą, odkąd próbowałem wywrzeć na tobie posłuszeństwo, ale to nic takiego – powiedziałem szybko, ciągnąc demona do pobliskiego stoiska, w którym sprzedawali watę cukrową.

- Poproszę jedną – westchnął szatyn, kręcąc z politowaniem głową w moim kierunku – Pokażesz mi je, gdy zajdziemy do mieszkania.

- Ale…

- Żadnych ale, nie kłóć się ze mną.

~*~

„Zerwałem z tym, co przeszkadza mi wierzyć
w prawdę i fałsz, kłamstwo i grzech
zerwałem z tym niepotrzebnym snem
z tym, co wiązało mnie
z niepotrzebnym snem.”

Gdy zaszliśmy do mieszkania, chcąc nie chcąc, nie miałem zbytniego wyboru. Nie mogłem się kłócić z Louisem. Po pierwsze byłem zbyt słaby, by sprzeciwić się jego sile, a po drugie widziałem jak bardzo się martwi. Nie chciałem przysparzać mu więcej kłopotów więc poddałem się a po chwili, w pokoju pojawiły się moje rozłożyste skrzydła, które biały kolor porzuciły już dawno. Teraz były siwe, w niektórych miejscach czarne.

- Od jak dawna wypadają ci pióra, Harry? – zapytał się cicho Louis. Poczułem jak swoimi dłońmi dotyka skrzydeł, najdelikatniej jak umie.

- Od kiedy zmusiłem ciało chłopaka by mi się poddało – odpowiedziałem niepewnie, próbując się obrócić, jednak Tomlinson mnie powstrzymał.

- Dlaczego nie powiedziałeś mi tego wcześniej? – zapytał się, jednak nic nie rozumiałem – Pytam się dlaczego Harry!

- Nie widziałem potrzebny, nawet nie wiem po co robisz taką wielką dramaturgię z tego, ot kilka piór mi wypadło.

- Harry, gdybym miał powiedzieć ile piór ci zostało, byłaby to mniejsza liczba od tej ile ci wypadło – powiedział cicho.

- Co?! – wykrzyknąłem, momentalnie chowając skrzydła – co masz na myśli?

- Za każdym razem kiedy używasz mocy, stajesz się coraz słabszy prawda? Czujesz to?

- Tak, ale myślałem, że to nic ważnego.

- Wiesz co się staje z aniołem, kiedy wszystkie pióra znikną z jego skrzydeł, Harry? – zapytał się powoli, przytulając się do mnie – Wtedy anioł znika. Nie ma go tam na dole, tu pośrodku, ani tam wyżej. Tak bardzo cię kocham, Harry. Nie możesz więcej używać mocy, obiecaj mi to. Nie mogę cię stracić.

- Obiecuję Lou – pochyliłem się nad drobnym ciałem mojego towarzysza i pocałowałem go namiętnie w usta.



~*~

„Wybacz Boże,
dotknij mnie dłonią swą
tuż za mną cień, jak odnaleźć się
chcę pogadać znów
cholernie zimno tym, którzy wędrują sami
w sercach mróz, słychać ludzi wokół
gdzieś w ciemności światło
Boże spraw, bym zobaczyć mógł jakiś znak.”

- Harry, jak dobrze cię znów widzieć! – wykrzyknął Zayn, zbliżając się do mnie. Obok niego, w oślepiającym blasku szedł dumnie Liam Payne.

- Co wy tu robicie? – zapytałem się, podskakując jak aniołek, który otrzymał swoją pierwszą aureolę.

- Kto to jest? – zapytał się podejrzanie Liam, spoglądając na Louisa, który stał trochę z tyłu.

- Mój przyjaciel – odpowiedziałem urażony, ściągając na siebie wzrok Zayna.

- Brednie, to Król Upadłych! – wykrzyknął przerażony Liam, a jego skrzydła, tak jak skrzydła Zayna rozłożyły się. Był to przerażający, ale jakże zapierający dech w piersiach widok. Spojrzałem się na rozłożone skrzydła Louisa, który były czarne, jak najdalsze odmęty piekielne. Były o niebo piękniejsze niż białe, jednak coś mi w nich nie pasowało. Stał tam, jakby nie miał zamiaru się bronić, jakby nie mógł nic zrobić. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że mój ukochany stoi teraz naprzeciw dwóm potężnym aniołom, którzy w dodatku są moimi przyjaciółmi. Nie wiedziałem co się później wydarzyło, ponieważ wszystko działo się tak szybko. Nagle stałem przed Louisem, ochraniając go swoją posturą.

- Zostawcie go – syknąłem.

- Nie ma mowy, opętał cię Harry! – odkrzyknął Zayn, gromadząc wszystkie siły jakie posiadał.

Próbowałem się skupić i odeprzeć atak ze strony przyjaciół, jednak przeliczyłem swoje możliwości. Ostatnie pióra wzbiły się w powietrze i poszybowały w stronę nieba, a ja upadłem na zimną drogę. Gdy moje oczy powoli się zamykały, moje uszy zarejestrowały, jeden potężny wrzask Louisa, a potem nie pamiętam co się stało.

~*~

„Serce na którym przeklęty grzech
Umysł na wieki pokryty złem
Choć kiedyś anioł, potępił się
Bóg więc go zrzucił na ludzką ziemię
Upadły powstał i odzyskał moc
Czekał i czeka aż przyjdzie noc
Pragnienie władzy szepczące w snach…”

Cisza,

Pustka,

Rozdarcie,

Ból.

Życie.









Otworzyłem swoje zielone oczy i pierwsze co zobaczyłem był to Louis. Nic nie rozumiejąc chciałem się podnieś, jednak uniemożliwił mi to.

- Wszystko dobrze? – zapytał się cicho, udręczonym głosem.

- Tak, myślę, że tak, co się stało? – odparłem, wciąż wpatrując się w te morskie tęczówki i ukochaną twarz, na której wymalowane było przerażenie jak i troska o mnie.

- Nie mam pojęcia, Harry. Twoje skrzydła Harry, one się spaliły.

- Co? – zapytałem się nic nie rozumiejąc, sięgnąłem do swoich pleców, jednak jedyne co wyczułem to coś mokrego. Spojrzałem na dłoń, na której była czerwona ciecz.

- Anioły nie krwawią, Louis – wyszeptałem.

- Wiem, Harry. Myślę… – westchnął – myślę, że stałeś się człowiekiem.

- Co to jest? – zapytałem się, wskazując na niebo.

- „Anioły, one spadają”.


* Zapraszam do komentowania TUUUTAJ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz