*Dwie, bardzo różne od siebie fotografie, leżały na jednym z wąskich stolików kawiarni. Mimo iż każdy stolik był zajęty, Louis nie zważał na panujący tam gwar. Było popołudnie, więc nie dziwiła go ilość gości. Zawsze dziwiła go różnorodność osób, jakie odwiedzały ‘Caché à l’intérieur’. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jego dziadek ma idealną głowę do interesów, a usytuowanie kawiarni w dzielnicy Le Marais, było jego najlepszą życiową decyzją. Oczywiście nigdy nie śmiał zapytać, dlaczego Jerry nie chciał mieszkać nad kawiarnią w mieszkaniu, które zajmował on, ale to pytanie naprawdę go nurtowało. Chociaż to wszystko było dla niego dobre. Miał blisko do pracy oraz do Akademii, do której nadal się nie zgłosił. To właśnie był jego problem. Louis wiedział o swoim talencie, nie szczycił się nim jakoś szczególnie i czasami był wręcz krytyczny wobec siebie. Pracował ciężko nad renomą swoich zdjęć, czy rysunków, które także tworzył. Nie oszukiwał się jednak, że fotografowanie wychodziło mu o niebo lepiej.
- Na twoim miejscu nigdy nie wybrałbym lepszego zdjęcia – Louis odwrócił się do tyłu i napotkał szare oczy swojego dziadka. Starszy mężczyzna wydawał się być zachwycony fotografiami swojego wnuka – Przykro mi, że nie wysłałeś zgłoszenia na semestr zimowy, Lou. Oczywiście mam nadzieje, że zrobisz to teraz. Twoja babcia byłaby zachwycona – Szatyn kiwnął głową i odwrócił wzrok ponownie na dwie fotografie, leżące na przeciwko niego. To nie był łatwy wybór, ponieważ nie chciał zgłaszać się do najlepszej Paryskiej uczelni artystycznej z byle czym. Nie chciał zostać odrzuconym. Wolał nie zgłosić się wcale, aiż zostać odrzuconym.
- Każdy wie, że obojętnie co by wysłał to i tak się dostanie – Nowy głos dobiegł go z za pleców, ale nie odwrócił się tym razem. Doskonale zdawał sobie sprawę do kogo należał – Stary… Obiecywałem ci, że jeśli sam się nie zgłosisz, zrobię to za ciebie.
- Oboje dobrze wiemy, że nie mógłbyś tego zrobić – Louis odwrócił się i napotkał na swojej drodze ciemne tęczówki najlepszego przyjaciela. Zayn nie był artystą w żaden możliwy sposób. Przynajmniej tak uważał i chociaż Louis zawsze mu powtarzał, że nieźle rysuje, on nie dopuszczał tej myśli do siebie. Wolał być cichym studentem filologi angielskiej niż szalonym uczniem Akademii Sztuk Pięknych w Paryżu, do której Louis miał zamiar startować – Tak wiemy. Ale lubię cię szantażować – Mulat był wspaniałym przyjacielem, biorąc pod uwagę to, jak zaopiekował się Louisem w minionych miesiącach. Był przy nim kiedy ten najbardziej tego potrzebował. Słuchał go, pocieszał i naprawdę nie przeszkadzało mu, kiedy szatyn moczył jego ubrania swoimi łzami. Był idealny i czasami Tomlinson żałował, że to nie w nim się zakochał. Oczywiście byłoby to trochę dziwne, zważywszy na to, że Zayn był w stu procentach heteroseksualny. I nawet jeśli czasami zasypiał razem z Louisem w łóżku przytulony do niego, to nic nie znaczyło. Byli najlepszymi przyjaciółmi od dawna, żeby nawet nie powiedzieć, że od urodzenia. Znali się piętnaście lat. Znali się od momentu, w którym Zayn przeprowadził się do Paryża do swojej babci. Na początku naprawdę nie potrafili się zrozumieć i ich drogi były naprawdę odmienne, ale potem się wszystko zmieniło. Bo co może wiedzieć pięcio- i siedmiolatek? Louis był starszy, silniejszy i to właśnie on zawsze dbał o przyjaciela, który na początku nie potrafił poradzić sobie w francuskiej szkole. Bronił go przed kolegami w podstawówce, a potem wprowadzał w licealne życie. I chociaż potem role się odwróciły, bo Zayn przerósł Louisa, to nadal czuł się jakby był młodszym bratem Tomlinsona. Czuł się w jego rodzinie jak u siebie. Kochał jego dziadków i równie mocno co Louis, przeżył śmierć jego babci. To był cios dla nich obojga, ale poradzili sobie z tym. Stali się sobie jeszcze bliżsi. Traktowali się jak prawdziwa rodzina i czasami spotykali się na niedzielnych obiadach. Astrid – bo tak miała na imię babcia Zayna, była wspaniałą kobietą. Najlepszą z przyjaciółek zmarłej babci Louisa. Dlatego właśnie to ona pomagała Jerry’emu w wychowaniu szatyna, kiedy jego żona odeszła. Oczywiście Louis miał także rodziców i rodzeństwo. Miał ich wszystkich i chociaż nie widział ich od swoich dwudziestych urodzin, kochał ich bardzo mocno. Jay Tomlinson, zawsze chciała dla swoich dzieci jak najlepiej. Szczególnie dla Louisa, po tym jak rozwiodła się ze swoim pierwszym mężem. Louis miał wtedy jedenaście lat. Wszystko było dla niego nowe. Ale nie tylko dla niego. Jego dwie młodsze siostry także nie mogły sobie z tym poradzić. Ich ojciec odszedł, a żadne z nich nie miało na to wpływu. Więc kiedy Jay postanowiła przeprowadzić się do Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkała podczas studiów, Jerry zatrzymał go przy sobie. Nie chciał, aby jego wnuk ponownie musiał przechodzić przez wiele dziwnych sytuacji, tym samym nie chciał rozdzielać go z Zaynem. Louis na początku nie cierpiał z braku matki i sióstr. Jego mama ponownie zaczęła się z kimś spotykać i to było dobre, dopóki jej nowy partner dobrze traktował dziewczynki. Potem na świat przyszły bliźniaczki. Żałował, że nie mógł ich zobaczyć przez pierwsze parę lat, ale potem on i Zayn zostali wysłani do Londynu na święta i wszystko nadrobił. Był najstarszym i jedynym chłopakiem z rodzeństwa. Było mu z tym dobrze, chociaż nie mógł w pełni wykorzystywać swojej pozycji najstarszego. To bolało go najbardziej. I właśnie to wpłynęło na jego kontakt z Zaynem – Niezależnie, które zdjęcie wyślesz i tak się dostaniesz. Lou! Od zawsze ci powtarzam, że masz niebywały talent.
- Zayn ma rację, kochanie – powiedział starszy mężczyzna. Louis przewrócił oczami, ponieważ takie komplementy słyszał codziennie. Nie było dla niego nowością, że Zayn i jego dziadek obsypywali go tymi wszystkimi słowami. Jednak on nadal się bał.
- Zawsze wiecie jak sprawić, abym jeszcze bardziej się denerwował – jęknął niebieskooki. Jerry poklepał go po ramieniu kręcąc głową, po czym odszedł w stronę baru. Zayn uczynił po chwili to samo, wracając do swojej pracy jaką było kelnerowanie. Louis nie pracował tego popołudnia. Zazwyczaj pracował do południa, wtedy kiedy Zayn był na uczelni.
Wskazówki zegara wskazywały piętnastą, więc Louis ostatni raz zerknął na fotografię, a potem wbił wzrok za szybę tuż przed nim. Robił tak codziennie od tygodnia, więc nie zdziwił się widząc to co zobaczył. Szedł powoli, z jedną ręką ukrytą w przedniej kieszonce swoich ciemnych jeansów, które idealnie opinały jego długie i chude nogi. Tego dnia jego biała koszulka odkrywała nieco więcej torsu, ale Louis i tak nie mógł zobaczyć go w całej okazałości, ponieważ chłopak miał na sobie ciemną marynarkę. Jego brązowe loki, ukryte były pod niebieską czapką, ale niektóre niesforne kosmyki wystawały spod niej, co dodawało mu jeszcze większego uroku. Wyglądał tak beztrosko, jakby nie spędził kilku godzin na wybieraniu tego, co na siebie założy. Szatyn przyglądał mu się, studiując każdy ruch jego ciała. Wyglądał niczym Apollo. Był po prostu piękny. Louis nie lubił tego rodzaju piękna, ponieważ uważał, że prawdziwe piękno jest wewnątrz człowieka. Jednak coś w tym młodym mężczyźnie nie pozwalało odwrócić mu oczu. Coś, czego nie mógł pojąć. Ale również coś, co nie pozwalało mu sięgnąć po aparat, aby ukradkiem zrobić mu zdjęcie. Nie musiałby wtedy codziennie o tej samej godzinie spoglądać w to okno. I chociaż trwało to zaledwie chwilkę, bo brunet tylko przechodził obok, to on cieszył się, że mógł go ponownie zobaczyć. Nawet nie zwrócił większej uwagi na to, że chłopak nie szedł sam. Kroczył obok niego wysoki mężczyzna.
- Pożerasz go wzrokiem, Lou – Chłopak złapał się za klatkę piersiową w okolicy serca i odkręcił w stronę stojącego za nim Malika – Serio. Nie wiem kim on jest, ale ty chyba wiesz, prawda? Obserwujesz go codziennie. - Zayn usiadł obok niego na stołku. Oboje uwielbiali to miejsce przy oknach, gdzie mogli siedzieć przodem do nich i spoglądać na uliczkę.
- Nie, nie wiem. Po prostu tędy chodzi, a ja lubię na niego spoglądać – powiedział niebieskooki, nie patrząc przyjacielowi w oczy – Dobrze wiesz, że mam słabość do pięknych rzeczy.
- Aż za bardzo.
2.
Tego dnia kawiarnia była prawie pusta. Prawdopodobnie przez chłodny wiatr jaki wiał na zewnątrz. Louis siedział przy barze i obracał w dłoniach swoją kochaną lustrzankę. Nigdy się bez niej nie ruszał. Od pewnego czasu to ona była jego całym życiem. Drzwi wejściowe zaskrzypiały, ale on nawet na to nie zareagował. Chłodny wiatr zawiał, przyprawiając go o dreszcze. Ktoś przeszedł obok niego, a potem poklepał go po ramieniu.
- Hej Lou. Gdzie twój dziadek? - Szatyn spojrzał na swojego przyjaciela, po czym uśmiechnął się przyjacielsko.
- Jest na zapleczu razem z Karen. Dlaczego musiałeś zostać dłużej na uczelni? - zapytał. Zayn przeszedł na drugą stronę baru ściągając swoją kurtkę.
- Nie musiałem. Jerry zadzwonił do mnie i powiedział, abym przyszedł później, bo nie ma ruchu. Myślałem, że ci powiedział – wytłumaczył, po czym zniknął na zapleczu. Tomlinson, zdjął z siebie fartuch, po czym rzucił go na blat. Obejrzał się za siebie, ale nie dostrzegł nikogo. Ciemnowłosy wrócił po chwili, już przebrany i gotowy do pracy – Wczoraj dzwoniła do mnie Lottie, była taka podekscytowana. Chciała mi powiedzieć jakąś ważną nowinę.
- Czekaj, co? - zapytał zaskoczony Louis – Dlaczego moja siostra dzwoniła do ciebie, aby powiedzieć ważną nowinę, a nie do mnie?
- Bo jesteś nerwowy i za bardzo się o nią troszczysz? Albo może dlatego, że jesteś zaborczy…
- A ty pyskaty! Jaka to wiadomość? - Zayn zaśmiał się, widząc wyraz twarzy przyjaciela, ale nie chciał trzymać go dłużej w niepewności.
- Lottie ma chłopaka! Nazywa się Martin. Nie znam szczegółów – mruknął na koniec. Louis zmarszczył czoło. Zastanawiał się, dlaczego jego siostra nie powiedziała mu pierwszemu. Wydawało mu się, że mieli ze sobą dobry kontakt mimo, iż mieszkali w innych państwach – Nie martw się. Pewnie boi się, że będziesz się złościć. No wiesz, zawsze tak bardzo się nią opiekowałeś. Jest twoją młodszą siostrą.
Niebieskooki westchnął lekko, stwierdzając, że przyjaciel ma rację. Zawsze traktował swoje siostry jak najważniejsze osoby w swoim życiu i bał się, że nie może dostatecznie dobrze uchronić je przed złem. W końcu nie było go przy nich. Podniósłszy swój aparat, spojrzał na Zayna, a potem za siebie.
- Zamierzasz zrobić mu dziś zdjęcie? - Szatyn prawie zachłysnął się śliną, kiedy usłyszał pytanie Zayna. Spojrzał na niego zaszokowany, jakby powiedział coś strasznego – Myślę, że poczułbyś się lepiej.
- Nawet go nie znam! Nie mogę robić zdjęć nieznajomym! To wbrew moim zasadom, Zayn. Dobrze o tym wiesz! - Brunet przewrócił oczami, po czym spojrzał na zegarek. Louis powłóczył swoim wzrokiem tuż za nim i zdał sobie sprawę, że za chwilkę wybije piętnasta. Zerwał się ze swojego krzesła, idąc w stronę swojego stałego miejsca. W połowie drogi jednak zawrócił i odłożył aparat na ladę. Zayn westchnął i wyszedł zza niej, podczas kiedy starszy chłopak siadał na swoim miejscu. Nie mógł patrzeć jak jego przyjaciel ponownie zatraca się w czyimś pięknie i nawet nie może zamienić z tą osobą słowa. Dlatego też, kiedy wybiła odpowiednia godzina. Zayn pochwycił ręką Louisa i pociągnął go w stronę wyjścia. Jakie było zdziwienie szatyna, kiedy to się działo. Oczywiście próbował się wyrwać, ale Zayn był od niego silniejszy. Żaden z nich nie wiedział co się wydarzy i Louis naprawdę nie wiedział, kiedy Zayn otworzył drzwi i wypchnął go przez nie, wprost na idącego, pięknego nieznajomego.
Louis prawie się przewrócił nie mogąc utrzymać równowagi. Nie mógł uwierzyć, że Malik tak po prostu wypchnął go z kawiarni. Ocknął się dopiero, kiedy poczuł na sobie coś ciepłego i mokrego, ale poczuł także dłoń na swoim ramieniu. Dłoń, która nie pozwalała mu upaść. Jego spojrzenie powędrowało do góry. Uwiadomił sobie wtedy, że stoi przed pięknym chłopakiem, którego obserwował od tygodnia. Wtedy właśnie zobaczył te szmaragdowe tęczówki i zdał sobie sprawę, że był od niego niższy (co raczej wprowadziło go w zakłopotanie). Wpatrywali się w siebie dłuższą chwilkę. Louis studiował z bliska twarz chłopaka i próbował odczytać ile mógł mieć lat. Dopiero po chwili zorientował się jak bardzo przenikliwym wzrokiem obdarowuje nieznajomego.
- Oh Boże! Przepraszam! Naprawdę przepraszam! Nie chciałem na ciebie wpaść. Tak mi przykro! - zaczął Louis, wymachując lekko swoim dłońmi. Jedną z jego dziwnych cech było to, że kiedy się denerwował nie potrafił mówić po francusku. Zawsze był to czysty angielski. Posługiwał się nim tak perfekcyjnie, że czasami trudno było się zorientować jakiej narodowości był.
- Ooo. Znasz angielski – Szatyn przymknął oczy, delektując się zachrypniętym głosem chłopaka – To ja powinienem cię przeprosić. Wylałem kawę na twój sweter. Przepraszam, powinienem bardziej uważać.
- Co? Nie! To… To ja! Nie twoja wina! Wypchnął mnie – To było niespójne i Louis wstydził się jeszcze bardziej, więc odwrócił wzrok i po prostu skierował się w stronę wejścia do kawiarni, odwrócił się jednak przy samych drzwiach – Naprawdę przepraszam – A potem zniknął w środku. Nie odwrócił się już więcej, wszedł w głąb pomieszczenia, piorunując Zayna wrogim spojrzeniem – Jak mogłeś mi to zrobić!?
- Oh, wiedziałem, że nie odważyłbyś się zrobić mu zdjęcia, a teraz masz przynajmniej do tego podstawę. Nie jest już tak całkiem obcy – mruknął Zayn, nalewając do szklanki soku. Ktoś wszedł do kawiarni i Louis modlił się, aby nie był to młody mężczyzna. Na szczęście była to para dziewczyn. Zayn machnął w ich stronę przyjacielsko – Po prostu nie chcę, abyś znowu cierpiał kochanie.
- Zostawmy ten temat, okej?
- Louis. Tak samo było z Liamem. Obserwowałeś go, a potem…
- Liam to przeszłość. Rozkochał mnie w sobie, a potem złamał mi serce. Naprawdę Zayn, nie wracajmy do tego. Nie do tych wspomnień – Louis spuścił wzrok i nie mówiąc nic więcej skierował się na zaplecze, gdzie wdrapał się po schodach na górę, do swojego mieszkania.
Zatrzasnął drzwi i przeszedł przez korytarz do swojego pokoju. Lubił go, ponieważ dziwnym trafem właśnie tam spędził najmniej czasu z Liamem. To było raczej niedorzeczne, biorąc pod uwagę, że ich związek trwał rok i był to naprawdę wspaniały rok. Jednak Louis nie chciał o nim pamiętać, ponieważ to bolało. Chociaż czasami wydawało mu się, że wspomnienia nie będą aż tak bardzo bolały, to jednak nie było to prawdą. Wszystko rozpoczęło się od patrzenia. Liam był studentem architektury i swój wolny czas pomiędzy zajęciami spędzał w ‘Caché à l’intérieur’. Właśnie tam, pierwszy raz zobaczył go szatyn. Siedział przy jednym z stolików w kącie sali, z rysunkami rozłożonymi na całym stoliku i kawą w dłoni. Wyglądał tak uroczo marszcząc nos i rysując coś na białych arkuszach. Obserwowanie go było rutyną. Do czasu. To Liam pierwszy się do niego uśmiechnął. Liam pierwszy się do niego odezwał. Liam zawsze wszystko zaczynał. To on zaprosił Louisa na randkę i to on pocałował go pierwszy. I właśnie to Tomlinson kochał w nim najbardziej. Liam był piękny na zewnątrz, ale Louis myślał również, że jego wnętrze jest również piękne. Ponieważ Liam był kochany. Zawsze uśmiechnięty, pomocny i zawsze mający czas dla niebieskookiego. To wszystko było jak bajka. Uwielbiał wszystko co było związane z jego byłym chłopakiem. Uwielbiał kiedy się całowali, jedli, uwielbiał się z nim kochać, ale najbardziej uwielbiał na niego patrzeć. I właśnie to go zgubiło. Liam nigdy nie opowiadał o sobie za wiele, a on nie naciskał. Wiedział jedynie, że pochodził z Anglii i przyjechał do Paryża na studia. Mimo, iż był od niego młodszy to był już na drugim roku i znał bardzo dużo studentów. Należał raczej do elity i chodził na bardzo dużo imprez. Był po prostu popularny. Jak mógł nie być? Z jego uśmiechem i wyglądem? Czasami wyglądał jak anioł i Louis dziwił się, dlaczego zabierał go na te wszystkie imprezy. Przedstawiał go swoim znajomym i pokazywał wszystkim jakby był bóstwem. Nigdy nie rozumiał, dlaczego Liam tak bardzo denerwował się, kiedy nie mógł gdzieś z nim wyjść. A potem wszystko wyszło na jaw. To nie była zdrada, ani zakład. Chociaż Zayn tak myślał, Louis bardzo chciał się dowiedzieć, dlaczego ot tak go zostawił. Oczywiście po wieczorze, w którym wszystko się skończyło, widywali go, ale nigdy nie zamienili z nim słowa. Przynajmniej Tomlinson nie zamienił. Liam zerwał z nim krótkimi słowami, których nawet nie mógł sobie przypomnieć. A może nie chciał? Bo przecież to były bardzo bolesne wspomnienia. Chociaż samo zerwanie nie było tak bardzo bolesne jak ten głupi powód. Louis ostatecznie naprawdę się dowiedział. To była zemsta. Liam chciał zemścić się na swojej byłej dziewczynie. Malik był w stanie pobić go, bo zranił niebieskookiego, ale nie zrobił tego. Louis go o to poprosił. Mimo, iż szatyn znał już ten główny powód to nadal nie rozumiał, dlaczego chłopak nie pobawił się nim przez jakiś czas, tylko był z nim cały rok. To nie dawało mu spokoju, przez długi czas, ale potem dał sobie spokój i skoncentrował się na fotografii. To ona nigdy go nie zraniła.
3.
Francuskie kamienice zawsze były jego ulubionymi. Były stare, ale zadbane i przemyślane co do ostatniego cala. Taka właśnie była jego. Kawiarnia na dole dodawała jej charakteru, ale Louis i tak najbardziej lubił swoje mieszkanie na poddaszu. Było małe, nie takie jak Zayna i Astrid czy też Jerry’ego. Miało tylko jeden pokój, salon połączony z kuchnią, korytarz i łazienkę. Jednak on naprawdę je uwielbiał. Był jeszcze wielki taras, który dzięki niemu właściwie nim się stał. Wcześnie był to tylko płaski dach, od strony innych kamienic. Tomlinson lubił eksperymentować, więc przerobił go na wielki taras z zadaszeniem, gdzie lubił spędzać wolny czas i robić zdjęcia. Niestety nie miał on żadnego widoku na uliczkę, ale czasami za to dziękował. Ustawienie tych wszystkich tablic nie było łatwe, ale opłacało się, ponieważ mógł na nich wieszać swoje fotografię. Było też trochę miejsca na sztalugę, kącik z farbami i można było powiedzieć, że była to jego ostoja spokoju. Jego prywatna pracownia pod daszkiem. Tuż przy wejściu stał stolik i kilka drewnianych krzeseł, które kupił dawno temu. Było tam też sporo kwiatów i krzewów, które podarowała mu babcia Zayna i to ona wytłumaczyła mu jak się nimi zajmować.
Więc, kiedy Louis siedział na jednym z krzeseł, które postawił niedaleko barierki i w dłoni trzymał kilka zdjęć, nic nie było w stanie zabrać mu tego miejsca. Zamykanie oczu i marzenie było jego ulubiony zajęciem. Rzadko miał czas na chwilę spokoju, ponieważ Zayn zapełniał jego większość wolnego czasu. Nie to, żeby się o to uskarżał! Naprawdę kochał swojego przyjaciela i chciał spędzać go z nim jak najwięcej, ale czasem chciał po prostu odetchnąć. Ciepły wietrzyk tańczył w jego włosach, a na ustach rozkwitł lekki uśmiech.
- Dlaczego coś tak pięknego, jest tak bardzo ukryte? - To był ten sam zachrypnięty głos, przez który nie potrafił zmrużyć oka. Ten sam, który sprawił, że przez jego ciało przeszły dreszcze. To mógł być sen i właśnie tak myślał, kiedy otwierał oczy. Ale kiedy przekręcił głowę w stronę wejścia, zobaczył tą piękną postać. Tak bardzo żywą jak jeszcze nigdy i tak bardzo wyrazistą. Ich oczy się spotkały i Louis wiedział, że jego policzki przybrały różowego koloru. Chociaż może nie było tego tak bardzo widać?
- Co tu robisz? - zapytał wreszcie, nie ukrywając zdziwienia. Nieznajomy chłopak podszedł kilka kroków bliżej niego i rozejrzał się dookoła.
- Kelner powiedział, że cię tu znajdę. Odkupiłem ci twój sweter – wytłumaczył, unosząc rękę do góry. Trzymał w niej jakiś pakunek. Louis zmarszczył brwi nie do końca wiedząc, dlaczego brunet odkupił mu sweter. Przecież to on na niego wpadł.
- Zayn zawsze lubi wpędzać mnie w zakłopotanie – westchnął – Nie musiałeś mi go odkupywać. Sam na ciebie wpadłem. Pamiętasz? - Zielonooki wzruszył ramionami, po czym położył pakunek na podłodze. Sięgnął po jedno z krzeseł i przybliżył je nieco w stronę Louisa. Usiadł na nim i dopiero wtedy szatyn mógł go podziwiać. To było tak bardzo niesamowite, jak w przeciągu jednego dnia mógł zmienić się jego styl ubierania. Jak jego włosy mogły mieć nowy kształt. Nieważne co mógłby mieć na sobie, zawsze wyglądałby niesamowicie. I kiedy zdał sobie sprawę, że brunet miał na sobie zwykły granatowy sweter, nie mógł wyjść z podziwu. To było czyste piękno.
- Troszczy się o ciebie – rzekł chłopak, wpatrując się w panoramę miasta. Louis nie odpowiedział, nie wiedział co mógłby powiedzieć. Nie wiedział dlaczego nieznajomy siedział tuż obok niego. Nie wiedział nic – Jesteś artystą.
- To za duże słowo – mruknął Louis. Zielonooki wbił w niego wzrok i nie dawał za wygraną, zanim szatyn nie spojrzał na niego – Naprawdę nie jestem nikim takim.
- Dokładnie wiem, kiedy ktoś nim jest. To wszystko wyraża się w sposobie patrzenia na mnie, wiesz? To jak na mnie spojrzałeś, kiedy na siebie wpadliśmy. To jak mnie obserwowałeś wcześniej.
- Obserwowałem? - zapytał z przerażeniem Tomlinson.
- Uświadom mnie, jeśli się mylę. Wiesz, przechodziłem obok tej kawiarni od tygodnia i zawsze siedziałeś w oknie. Spoglądałeś na mnie i ja o tym wiedziałem. Przepraszam, to trochę niegrzeczne, że ci o tym mówię. Nie czuj się zakłopotany. Wiem kiedy ludzie na mnie spoglądają. To część mojej pracy – Oczywiście Louis czuł się nieco zakłopotany, ale zapomniał o tym, zaciekawiony słowami bruneta.
- Pracy?
- Nie sądzę, abyś kojarzył moje nazwisko. Jestem modelem. Pracowałem dla Armaniego i Dolce&Gabbana, obecne pracuje z Dior. Chociaż oczywiście to moje prace dorywcze, mam stały kontrakt z Burberry – Louis był w szoku, po usłyszeniu tych słów. Właśnie siedział obok niego prawdopodobnie jeden z najbardziej rozchwytywanych modeli na całym świecie, a on nawet nie potrafił zrobić mu zdjęcia. To było raczej przytłaczające.
- Wow, to naprawdę bardzo budujące, że mimo iż pracowałeś u takich osobistości to jednak jesteś tu. U zwykłego amatora, który nawet nie studiuje – Brunet wyczuł ten sarkazm i nie mógł winić Louisa, za te słowa. Rozumiał je. Nie celowo pochwalił się swoimi osiągnięciami. Po prostu chciał to wyjaśnić.
- Przykro jest być tak daleko od domu i nie znać tu nikogo. Rozmawiać jedynie ze swoim managerem i nawet nie móc odezwać się do fotografa. Jedyne co robić to samotnie spacerować. Ale rozumiem twoją gorycz. Przepraszam, że naruszyłem twój spokój – Louis przymknął oczy w tym samym czasie, kiedy zielonooki wstał ze swojego miejsca.
- Zostań – wyszeptał Tomlinson – Ja po prostu nie lubię tego rodzaju piękna jakie masz – Louis otworzył oczy i napotkał zaciekawione spojrzenie chłopaka.
- Yyy, czekaj. Dobra może i jestem modelem, ale nie całkiem łapię niektóre aluzje. Nie lubisz mnie, ale chcesz abym został? Jaki w tym sens?
- Sens czasami jest dość prosty, ale trzeba umieć go odczytać – westchnął Louis – W każdym bądź razie… Nie powiedziałem, że cię nie lubię. Nie mogę cię oceniać, bo cię nie znam.
- Ja też cię nie znam – wychrypiał zielonooki.
- Mam na imię Louis – Cichy dźwięk rozbrzmiał dookoła nich. Wyższy chłopak sięgnął do swojej kieszonki, z której wyciągnął telefon i spojrzał na jego wyświetlacz.
- Ugh, dlaczego teraz… – mruknął pod nosem nieznajomy – Muszę iść. Przepraszam – Niebieskooki przytaknął uśmiechając się niemrawo – Wiem gdzie cię szukać, Louis.
4.
Louis oparł się o krzesło i odchylił głowę do tyłu. Zamknął oczy i wsłuchał się w bębniący o szyby deszcz. Nigdy nie był zwolennikiem ulewnej pogody i kiedy padało starał się nie wychodzić z domu. Cieszył się więc, że jego mieszkanie było nad kawiarnią.
- Astrid zaprosiła mnie dziś na karty, zamkniesz? - Głos Jerry’ego rozbrzmiał gdzieś w tyle, więc Louis otworzył oczy i odwrócił się. Starszy mężczyzna, stał oparty o framugę wejścia na zaplecze, w ręku trzymał płaszcz przeciwdeszczowy. Niebieskooki kiwnął głową – Otwórz jutro nieco później. Pewnie znowu będzie padać, więc nie ma sensu otwierać jeśli nikt nie przyjdzie.
- Jutro masz wizytę u lekarza? - zapytał Louis, spoglądając na ubierającego się dziadka – Chcesz abym z tobą pojechał? Zayn może zostać sam w kawiarni.
- Nie kochanie. Dam sobie sam radę. To tylko jedno badanie. Nie jestem przecież chory – Jerry założył płaszcz, a potem, naciągnął na głowę kaptur. Sięgnął po teczkę, leżącą na ladzie, a potem posłała wnukowi szczery uśmiech – Dobranoc kochanie.
Louis został sam. Lubił te wieczory, kiedy mógł samotnie zamykać kawiarnię i nikt nie krzątał mu się pod nogami. Oczywiście nie przeszkadzała mu obecność dziadka, ale lubił tę ciszę. Czasami mógł dzięki niej zrobić naprawdę świetne zdjęcia. Albo po prostu napić się swojej ulubionej herbaty Yorkshire Tea, którą Jay przysyłała mu z Londynu. Minęła chwila, zanim wstał i skierował się do stolików, aby założyć krzesła na ich blaty. Dochodziła już dwudziesta i mógł śmiało stwierdzić, że nikt już nie wpadnie do środka. Jak zawsze miał w zwyczaju, ścieranie podłogi odłożył na ranek następnego dnia, chociaż Jerry nie popierał takiej organizacji pracy, on jakoś nie szczególnie się tym przejął. Mimo, iż kawiarnia była duża, uporał się z wszystkim bardzo szybko. Nastawił więc czajnik na wodę i naszykował swój ulubiony kubek, do którego włożył torebkę z ulubioną herbatą. Czekając na wrzącą wodę zastanawiał się, gdzie podziewał się całe popołudnie Zayn. Nie było go tego dnia w pracy i Louis mógł śmiało stwierdzić, że jego przyjaciel i Jerry mają jakieś tajemnicę.
Drzwi cicho zaskrzypiały, a mały dzwoneczek zadzwonił. Przez chwilę można było usłyszeć szum deszczu i poczuć wilgoć wpływającą do środka lokalu. Louis niepewnie wychylił się zza lady, nie wiedząc kogo może się spodziewać. Oczywiste było, że powinien zamknąć już drzwi, jednak znowu o tym zapomniał. Miał jednak nadzieję, że nie będzie miał przez to żadnych kłopotów. Mógł być to każdy i to właśnie było najgorsze. Louis nie lubił określenia ‘każdy’. Lubił szufladkować ludzi na dwie kategorie. Oczywiście wiedział, że było to niegrzeczne i nie powinien tego robić, ale on po prostu dzielił ich wszystkich na znajomych i nieznajomych. Jego niebieskie oczy spoczęły na wysokiej postaci, która zamykała cicho drzwi. To nie był Zayn. Nie był to nikt znajomy. To był nieznajomy. Chłopak czekał na rozwój wydarzeń i nie odzywał się ani słowem, a kiedy postać odwróciła się do niego twarzą, jego strach zniknął.
- Zdążyłem przed zamknięciem, prawda? - zapytał nieznajomy brunet, podchodząc do lady. Jego kręcone włosy były mokre tak samo jak ciemna kurtka. Louis wpatrywał się w niego w osłupieniu, ponieważ nie mógł uwierzyć w to, że go widzi. Oczywiście obserwował ulicę od dwóch dni i był rozczarowany, że nie dostrzegł tam tej znajomej postaci – Wszystko okej? - zapytał wysoki mężczyzna.
- Nie szedłeś dwa dni – wychrypiał Tomlinson, nie mogąc dobrać odpowiednich słów. Czajnik dał o sobie znać, więc odwrócił wzrok i wyłączył go.
- Tak, wiem. Przepraszam. Mieliśmy zdjęcia w Rouen, wróciłem niedawno – przyznał zielonooki – Mój manager uparł się, że nie powinienem wychodzić już z hotelu, ale…
- Ale jesteś tu – mruknął szatyn. Nieznajomy uśmiechnął się pod nosem, spuszczając wzrok. Wtedy Louis pierwszy raz zobaczył jego niepewność – I jesteś całkiem przemoczony. To raczej niedobrze.
- Nie mam co liczyć na filiżankę herbaty? - zapytał chłopak, podnosząc wzrok na starszego. Ten wyszedł zza lady i stanął naprzeciwko niego.
- Tutaj już raczej nie – powiedział po chwili namysłu, po czym przeczesał dłonią swoje włosy jakby się wahając – Ale moje mieszkanie bardzo chętnie cię przyjmie – Nieznajomy uśmiechnął się na słowa Tomlinsona, ukazując przy tym rząd białych zębów – Ale mam kilka warunków. Po pierwsze: musisz chwilkę poczekać, aż zamknę kawiarnię. Po drugie… - Zielonooki spojrzał na niego wyczekująco – Możesz mi w końcu zdradzić jak się nazywasz. Ja już ci powiedziałem moje imię. Jestem Louis Tomlinson.
- Ah, przepraszam! Sądziłem, że w jakiś sposób już to sprawdziłeś. Harry Styles – rzekł, po czym wyciągnął swoją dłoń w stronę Louisa. Po tym jak uściskali swoje dłonie, szatyn zamknął główne wejście do kawiarni. Potem pokazał Harry’emu, aby poszedł za nim na zaplecze. Kiedy wszystkie drzwi były pozamykane, oboje skierowali się schodami na górę. Harry rozglądał się na wszystkie strony, pamiętając te schody. Ostatnim razem szedł nimi na taras.
- Więc mieszkasz nad kawiarnią. To interesujące. Jesteś jej właścicielem, tak? - zapytał, kiedy stanęli przed wielkimi czerwonymi drzwiami, prowadzącymi do mieszkania Tomlinsona.
- Nie za bardzo. Pracuję tam. Mój dziadek jest właścicielem ‘Caché à l’intérieur’. Nie lubię mówić, że jest jakby moje, bo to nie prawda. Nie to, żebym nie lubił tej kawiarni! - bronił się starszy, wchodząc do mieszkania. Zamknął drzwi, kiedy Harry wszedł do środka, a potem zdjął buty i spojrzał na niego. Brunet był lekko zmieszany, jakby nie wiedział jak ma się zachować – Myślę, że powinieneś zdjąć te mokre ubrania. Powieś kurtkę żeby wyschła, a ja przyniosę ci coś suchego – Styles kiwnął głową, więc Louis wszedł do swojego pokoju z zamiarem znalezienia mu czegoś odpowiedniego. Wrócił do przedpokoju z dresami i swetrem. Podał je chłopakowi i wskazał na drzwi do łazienki. Kiedy chłopak zniknął za ciemnymi drzwiami, on sam poszedł do kuchni z zamiarem zrobienia herbaty.
Po chwili siedzieli na kanapie, po przeciwległych końcach, ciesząc się ciepłym napojem. Harry rozglądał się na boki, dokładnie studiując wnętrze mieszkania szatyna. A on? Spoglądał na niego z podziwem i lekkim uwielbieniem.
- Jesteś Anglikiem, prawda? - zapytał Harry, przerywając ciszę. Louis uśmiechnął się pod nosem, po czym spojrzał na niego ponownie. Jego oczy ponownie przybrały ten piękny szmaragdowy odcień, więc nie mógł oderwać od nich wzroku.
- Nie całkiem – wyznał szatyn. Brwi Harry’ego podniosły się nieco do góry, chciał zapytać o co, ale nie pozwolił mu na to – Jestem w połowie Anglikiem, w połowie Francuzem. Mój ojciec jest Anglikiem, a mama Francuzką.
- To dlatego masz taki akcent. Miałem wrażenie, że jesteś z Wielkiej Brytanii – powiedział Harry, upijając swoją herbatę. Jego włosy powoli zaczynały już schnąć, a ubrania Louisa nie były tak bardzo za małe.
- Moi rodzice bardzo dbali, abym umiał na tym samym poziome oba języki. Wiesz… W razie gdybym kiedyś chciał zamieszkać w Anglii. Chociaż to raczej mało prawdopodobne.
- Rozumiem. Czasami trudno jest nam zostawić coś z czym mamy styczność od urodzenia. Ile masz lat? - Louis przekrzywił głowę i zdał sobie sprawę z pytania Stylesa. Czuł się lekko zakłopotany. To nie tak, że wstydził się swojego wieku, ale ludzie czasami dziwnie reagowali na to, że ma już dwadzieścia jeden lata, nie studiuje i nie ma dziewczyny. Jakby kiedykolwiek miał ją mieć.
- Dwadzieścia jeden, a ty? Jesteś młodszy, prawda? - Zielonooki kiwnął głową, po czym uśmiechnął się pod nosem, spoglądając na swoje palce, które swobodnie oplatały kubek – Dziewiętnaście? - Harry pokiwał głową, zdziwiony tym, że Louis zgadł – Pewnie wcześnie zaczęła się twoja kariera.
- A czy to ma jakieś znaczenie? Wiesz… To nie tak, że chciałem tego. To było trochę jak grom z jasnego nieba, bo naprawdę nie spodziewałem się, że kiedyś będę twarzą Burberry, ale los mnie do tego zmusił. No wiesz, trudna sytuacja w domu, brak pieniędzy.
- A teraz pewnie masz ich pod dostatkiem.
- Nie dbam o to. Chociaż może tego nie widać. Bardziej wolałbym częściej widywać moją rodzinę, niż mieć te zera na koncie. To nie daje mi żadnej satysfakcji. Nie mówię, że nie lubię pozować. Lubię. Naprawdę to lubię. Mogę w tym wyrazić siebie, grać kogoś innego, przez chwilkę nie być Harrym Stylesem. Chociaż czasami chciałbym po prostu być sobą.
- Głębokie słowa – mruknął Louis. Odłożył kubek na stolik, po czym spojrzał na bruneta. Ich spojrzenia się spotkały – Dobrze, że zdajesz sobie sprawę, że pieniądze to nie wszystko.
- A co z tobą? Skoro już próbujemy się zaprzyjaźnić… - Louis uśmiechnął się szczerze, kiwając lekko głową – To może opowiesz mi coś o sobie.
- Mieszkam sam. Obecnie nie spotykam się z nikim. I.. to chyba tyle – Harry poprawił się na swoim miejscu, przewracając oczami.
- Serio? Okej! Dobra, będę pytać. Nie jesteś typem gaduły.
- Jak chcesz – zaśmiał się Tomlinson.
- Dlaczego nie mieszkasz ze swoimi rodzicami? Wiem, że jesteś już dorosły, ale…
- Moja mama rozwiodła się z moim biologicznym ojcem, kiedy miałem jedenaście lat. Mam dwie młodsze siostry, Charlotte, ale mówimy na nią po prostu Lottie. W tym roku skończy piętnaście lat i dowiedziałem się od mojego najlepszego przyjaciela, że ma już chłopaka – Harry zaśmiał się pod nosem, ale nic nie powiedział, nie chcąc mu przerywać – Felicite jest młodsza od Lottie o dwa lata. Broń Boże nigdy nie wolno mówić do niej pełnym imieniem. Woli Fizzy, to taki nasz mały potworek. Moja mama wyprowadziła się do Londynu kiedy miałem trzynaście lat. Zostałem tu z dziadkami. Rok później urodziły się bliźniaczki Daisy i Phoebe. Cieszę się, że mama sobie kogoś znalazła. Szkoda mi jedynie, że są tak bardzo daleko ode mnie.
- Ja mam jedną siostrę Gemme. Jest ode mnie starsza. Moi rodzice także się rozwiedli, ale potem mama wyszła ponownie za mąż. Nie myślałeś czasami, aby się do nich przeprowadzić? Musisz za nimi tęsknić – Louis kiwnął głową. Tęsknił i to bardzo. Ale obiecał sobie kiedyś, że będzie dążył do spełniania swoich marzeń. Paryż dawał mu taką możliwość.
- Właściwie zostałem tu dla studiów. Oczywiście na razie nic z tego nie wyszło… Tęsknie za mamą i dziewczynkami, ale Paryż daje mi ten spokój. Tu na Le Marais mogę być sobą. To naprawdę wiele dla mnie znaczy. Wiesz, mogę iść ulicą ze swoim chłopakiem i pocałować go na jej środku i to będzie normalne. Nie szczególnie wstydzę się swojej orientacji, jeśli ci to przeszkadza…
- Nie, nie! Spokojnie! Ja… Ja działam na dwa fronty, Louis – Harry uśmiechnął się w sposób bardzo uroczy, co było lekkim flirtem z jego strony – Miłość to miłość. Niezależnie czy kochasz kobietę czy mężczyznę. Dla mnie to nie ma różnicy. Ważne, żeby ten ktoś odwzajemniał twoje uczucia i kochał mnie nie za wygląd, tylko za to co mam w środku. I właśnie dlatego mam z tym problem.
- Ja chyba też – westchnął Louis – To nie tak, że nie potrafię znaleźć sobie kogoś. Po prostu mojego serca obecnie nie ma. Leży gdzieś połamane. A ja nie chcę go teraz naprawiać. Chyba w ogóle nie chcę tego robić – jęknął Louis, ściskając nasadę swojego nosa. Harry przyglądał mu się uważnie. Był lekko zaskoczony jego wyznaniem. Nikt nigdy wcześniej nie zwierzył mu się ze swoich problemów sercowych, ponieważ większość ludzi uważała, że go to nie obchodzi. Mieli go za zadufanego bogacza, którym w rzeczywistości nie był. Nienawidził oceniania po wyglądzie i tym ile pieniędzy udało mu się zarobić. To była najgorsza rzecz.
Louis był trochę sprzeczną postacią, jak się wydawało Harry’emu. A może mu się nie wydawało? Bo przecież Louis oceniał ludzi po wyglądzie, przecież kochał piękno i je podziwiał. Przecież był fotografem i musiał umieć dostrzec ludzkie piękno, jeśli chciał zrobić dobre zdjęcia. Ale był w nim też ten drugi wzrok, ten który widział duszą, nie ciałem. To wszystko, co podziwiał Louis było tylko pozorne, bo uroda przemija, można ją stracić. Wszystko kiedyś zamiera. Jednak Louis kochał tylko sercem. Kochał tylko to, co było w środku. Ludzką duszę i osobowość. To były dwa wymiary piękna. Wewnętrzne i zewnętrzne. Chciał mieć pewność, że wszyscy, którzy go otaczają, mają swoje wewnętrzne piękno. Naprawdę nienawidził tego zewnętrznego, chociaż lubił je podziwiać.
Więc kiedy Harry przysnął na jego kanapie, z lekkim uśmiechem na ustach, nie mógł się powstrzymać i spoglądał na niego. Był taki piękny. Jego kręcone włosy okalały jego twarz, a różowe usta, były wprost stworzone do całowania. Długi tors opadał i wznosił się wraz z rytmem jego oddechu, a szczupłe palce kurczowo zaciśnięte były na koszulce. Był wprost idealny. Louis wstał ze swojego miejsca i sięgnął po koc. Nakrył nim chłopaka, po czym zniknął w swoim pokoju.
5.
Młody chłopak wszedł do kawiarni i rozejrzał się dookoła, szukając znajomych niebieskich tęczówek. W przeciągu kilku dni, jakie spędził na odwiedzaniu Louisa w kawiarni, przyzwyczaił się, że chłopak zazwyczaj siedział przy barze i pił coś z zielonego kubka. Jednak tym razem nigdzie go nie było. W całym lokalu panował lekki gwar, ludzie rozmawiali wesoło i śmiali się z czegoś, czego nie rozumiał. Francuski nie był jego ulubionym językiem. Znał kilka słów, nic więcej. Harry zauważył przy jednym ze stolików wysoką postać bruneta. Pamiętał jak Louis przedstawił mu swojego najlepszego przyjaciela Zayna. Wydawał się być przyjaznym typem, ale w jego oczach był jakiś niepokój. Model niestety go nie rozumiał. Zayn przekręcił głowę w jego stronę, po czym kiwnął na niego głową. Odmachał mu, uśmiechając się wesoło, zanim Mulat powrócił do zbierania zamówień. Styles poczuł na sobie czyjś wzrok, więc skierował się w stronę lady barowej, tam dostrzegł starszego mężczyznę. Widział go już wcześniej i domyślił się, że był on dziadkiem Louisa.
- Bonjour – powiedział powoli brunet, starając się poprawnie wymówić przywitanie. Wiedział, że nie łatwo będzie mu porozumieć się ze starym Francuzem – Louis ici? - Jerry uśmiechnął się pod nosem.
- Tak, Louis jest tutaj. Na zapleczu – wytłumaczył, pokazując na drzwi prowadzące na zaplecze.
- Oh, zna pan angielski. Jak to dobrze. Mój Francuski sprowadza się do Bonjour, Au revoir, S’il vous plaît, Merci! I Je suis désolé! - powiedział Harry, po czym westchnął – Marny ze mnie poliglota.
- Tak. Masz szczęście, że rozumiem o co mnie zapytałeś – zaśmiał się staruszek – Zaczekaj tu, zawołam Louisa – Harry kiwnął głową, po czym usiadł na krześle. Jerry w tym czasie zajrzał na zaplecze, aby zawołać swojego wnuka. Kiedy Louis pojawił się w drzwiach twarz Harry’ego rozjaśniała. Uśmiech nie schodził z jego twarzy.
- Harry? Co tutaj robisz? Nie było cię dwa dni!- powiedział szatyn, doskakując do swojej strony lady. Model spuścił wzrok i podrapał się po włosach.
- Tak wiem. Przepraszam. Ciągle pracuje. Mam dziś wolne i pomyślałem, że mógłbyś pokazać mi trochę Paryża – wytłumaczył, unosząc wzrok. Spoglądali sobie w oczy, przez chwilkę, po czym starszy z nich spojrzał na swojego dziadka.
- To świetny pomysł, Lou. Pokażesz mu miasto i może przy okazji zrobisz jakieś nowe zdjęcia? - Chłopak zastanowił się przez chwilkę. To był idealny dzień do robienia zdjęć. Na dworze było słonecznie, ale nie za ciepło. Nic nie stało na przeszkodzie, aby wyjść z domu.
- Okej! Ale muszę pójść się przebrać. Poczekasz tu? - Louis wybiegł na zaplecze, kiedy uzyskał zgodę. Harry uśmiechnął się pod nosem. Naprawdę cieszył się, że spędzi to popołudnie z kimś takim jak Louis.
- Mogę zająć ci chwilkę chłopcze? - zapytał Jerry, stając na przeciwko bruneta. Harry kiwnął ponownie głowa, po czym wlepił swoje spojrzenie w mężczyznę – Louis ostatnio wiele przeszedł. Ma złamane serce, ledwo udało nam się sprawić, że się uśmiecha, więc jeżeli masz zamiar się nim zabawić i go zostawić, to po prostu odpuść sobie – Harry uśmiechnął się lekko. Nie miał za złe, mężczyźnie, że mu to powiedział. Cieszył się, że Louis ma kogoś kto się o niego troszczy i dba o niego.
- Niech się pan nie martwi. Nie mam zamiaru go w sobie rozkochiwać, ani nic podobnego. Wiem, że jego serce jest złamane, powiedział mi o tym. Wracam niebawem do Londynu i chcę ten czas jakoś spożytkować, a Louis wydaje się być dobrym przyjacielem.
Żaden z nich nic więcej nie powiedział. Louis wrócił na salę i ciągnąc Harry’ego za ramię wyszli z kawiarni. Paryż w maju był przepiękny. Szatyn naprawdę uwielbiał ten miesiąc, bo wszystko było już zielone i mógł patrzeć jak małe dzieci bawią się na chodnikach. Na balkonach zaczynały się pojawiać kwiaty i staruszkowie chętniej wychodzili na ulicę.
- Więc, co chciałbyś abym ci pokazał Harry? - zapytał Louis, spoglądając na profil wyższego chłopaka. Harry odwrócił twarz w jego stronę i uśmiechnął się ukazując dołeczki na swoich policzkach.
- Wszystko co tu kochasz, Lou.
Tak też zrobił. Pokazał mu wszystko to, co kochał w Paryżu. Place des Vosges przy którym mieszkał najwspanialszy pisarz Francuski Victor Hugo, Center Georges Pompidou z słynna biblioteką główną Paryża. Katedrę Notre-Dame, Łuk Triumfalny, miejsce pochówku Napoleona, Sorbonę, Operę Granier, Luwr, Pałac Elizejski, Moulin Rougue i wiele innych pięknych miejsc, których Harry nigdy wcześniej nie widział. Ale na koniec zostawił sobie to, co kochał z tym mieście najbardziej. Pola Marsowe, były jego ulubionym miejscem. Był centrum jego małego świata, do którego wstęp miał tylko on. To tu udało mu się zrobić najlepsze zdjęcia. To tu była Wieża Eiffla, pod którą miał swoją pierwszą randkę z Liamem.
- Świetne miejsce, prawda? - zapytał Harry, unosząc głowę go góry. Zaczynało się ściemniać, ale dzięki oświetlaniu jakie znajdowało się na wieży, była ona widoczna – Świetne miejsce na randkę. Nie bez powodu mówią, że Paryż to miasto zakochanych. Łatwo się zakochać w tym mieście.
- Ja i Liam mieliśmy tu swoją pierwszą randkę – Louis uśmiechnął się krzywo, nie szczególnie chcąc wracać do tych wspomnień.
- Ugh, jeśli chcesz możemy pójść w inne miejsce – mruknął model, z lekkim zażenowaniem.
- Nie. Wszystko jest okej. Wspomnienia bolą, ale tak zawsze było – Zielonooki spojrzał na niego zmartwiony, po czym ułożył swoją dłoń na ramieniu niższego chłopaka. Chciał mu tym dodać otuchy. Louis nie strzepnął jej. Lubił czasami czuć, że może na kimś polegać.
- Chcesz o tym porozmawiać? - Louis wzruszył ramionami, po czym przysunął się lekko w stronę chłopaka. Harry odczytał to jako małe zaproszenie do przytulenia go, albo objęcia ramieniem. To było raczej niecodziennie jak dwoje z pozoru nieznanych sobie ludzi, może tak szybko stać się sobie przyjaciółmi
- Liam po prostu mnie okłamał. To była zwykła zemsta na byłej dziewczynie, ale mnie kosztowała złamaniem serca, nic więcej – Harry ucałował czubek jego głowy i objął swoimi ramionami. Louis oparł głowę o tors bruneta i zamknął oczy. Czasami dobrze było się komuś wyżalić i on wiedział o tym doskonale. Do jego oczu napłynęły łzy, ale stłumił je i jedynie pociągnął nosem.
- Hej. Hej, Lou – powiedział Styles, odsuwając chłopak od siebie. Louis uśmiechnął się lekko, ocierając swoje policzki, w razie gdyby jakaś łza umknęła na jeden z nich.
- Nie. Nie zamierzam płakać. Już nie – Harry objął go ramieniem, po czym poprowadził ich jedną z alejek.
- Czas wracać do domu, hmm? - Niebieskooki kiwnął głową, po czym poprawił swój aparat, który miał przewieszony przez ramię – Zastanawiałem się, dlaczego nie zrobiłeś mi żadnego zdjęcia.
- Czasami potrzebuję czasu. To nie takie łatwe jak się wydaje.
- Dlatego też nie studiujesz? - Louis spojrzał na niego zaskoczony, ponieważ nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek wspominał mu o swoich studiach – Przepraszam, jeśli nie chcesz o tym rozmawiać.
- W porządku Harry. Fakt, nie złożyłem papierów do Akademii, chociaż miałem szansę już trzy razy, ja po prostu się boję. Wolę ich nie złożyć niż być odrzuconym – Model pokręcił przecząco głową jakby się z nim nie zgadzał. Potarł jego ramię swoją dłonią i szedł tuż obok niego, zastanawiając się jak mu to wytłumaczyć.
- Myślę, że niezależnie co byś im pokazał, na pewno będą zachwyceni. Widziałem twoje prace na tarasie, ale i te, które wiszą w kawiarni. Naprawdę są świetne. Zrobisz to, kiedy będziesz gotowy – Louis nie odpowiedział. To był pierwszy raz, kiedy ktoś nie namawiał go do złożenia podania. Harry po prostu go pochwalił, jakby wierzył, że szatyn sam podejmie właściwą decyzję. Nie naciskał.
W ‘Caché à l’intérieur’ świeciła się jednak lampka, więc Louis wiedział, że dziadek jest w środku. Czekał na niego z zamknięciem lokalu, albo zwyczajnie w świecie zasiedział się nad filiżanką herbaty. Louis oparł się o drzwi i spojrzał na twarz Harry’ego, która oświetlona była jedynie przez uliczną lampę.
- To było naprawdę wspaniałe popołudnie. Nikt nigdy z taką pasją nie opowiadał mi o swoim mieście. Naprawdę je kochasz i widać, że trudno byłoby ci je opuścić. Zazwyczaj nie rozmawiam z miejscowymi. Przyjeżdżam, robię swoje, siedzę w hotelu. Fajnie czasami jest robić coś innego. Praca to nie wszystko – Szatyn przekrzywił głowę i uśmiechnął się lekko do chłopaka. Styles stanął obok niego tak, że prawie dotykali się swoimi ciałami – Bardzo, bardzo ci dziękuję, Louis.
- Czy…,czy ty…. Możesz mnie pocałować? - wychrypiał Louis. Wyższy chłopak spojrzał mu w oczy. Był w nich smutek, ale i nadzieja. Prawy kącik jego ust uniósł się lekko do góry, a on sam pokiwał lekko głową, po czym pochylił się i złączył ich usta razem. Louis jakby na to czekając, powoli złapał za jego kurtkę i przysunął się do niego, tym samym pogłębiając pieszczotę. Nie było w tym pocałunku ani trochę pożądania. Było w nim dużo tęsknoty i smutku. Styles oparł jedną z dłoni na drzwiach, a drugą ułożył na policzku niebieskookiego. Całowali się dłuższą chwilkę, podczas której ich języki tańczyły ze sobą, a kiedy zabrakło im powietrza oderwali się od siebie, ale pozostawili swoje twarze bardzo blisko. Louis nadal miał zamknięte oczy i oddychał bardzo spokojnie. A kiedy odsłonił swoje niebieskie tęczówki, spojrzał w te zielone i musnął ponownie wargi Harry’ego, tak lekko jakby wcale tego nie zrobił.
- Wrócę za trzy dni. Jedziemy na zdjęcia do Le Mans. Potem zostaję tu do piątku – Louis ponownie spojrzał w jego oczy – A potem wracam do Londynu – Louis pogłębił swój uśmiech, mimo iż zrobiło mu się przykro, że więcej nie zobaczy Harry’ego – Mogę cię odwiedzić po powrocie z Le Mans? - Tomlinson pokiwał głową, a potem pocałował go w policzek tuż obok ust. Harry uśmiechnął się i przymknął oczy, kiedy Louis wchodził do kawiarni. Zanim odszedł w stronę hotelu, obiecał sobie, że nigdy go nie skrzywdzi.
6.
Zayn zdjął z siebie fartuch, po czym rzucił go na wieszak. Louis obserwował jego lot i zastanowił się, dlaczego za każdym razem, kiedy brunet tak robił, fartuch po prostu się zawieszał. On nigdy nie miał takiego szczęścia. Młodszy chłopak nalał sobie do kubka herbat, po czym oparł się o ladę. Louis spojrzał na niego zaciekawiony jego zachowaniem.
- Coś nie tak? - zapytał niebieskooki. Był już wieczór, a on nadal siedział w kawiarni nie mając nic lepszego do roboty. Oczywiście mógł pójść do swojego mieszkania i siedzieć tam bezczynnie, albo na taras, ale o wiele bardziej wolał spędzić ten czas w kawiarni. Od czasu, do czasu rozmawiając z Zaynem.
- Znowu widzisz się dziś z tym modelem? - zapytał Zayn, unosząc jedną z brwi. Louis westchnął. Nie miał bladego pojęcia, czy Harry pojawi się w kawiarni, ale szczerze naprawdę chciał go zobaczyć, choćby dlatego, że powinien się z nim pożegnać. Zayn czekał na odpowiedź, ale się jej nie doczekał. Ktoś wszedł do kawiarni i oboje dobrze wiedzieli do kogo należał ten głos. Raczej przyjemny i stonowany. Żaden z nich nie chciał słyszeć tego głosu. Louis przymknął swoje oczy i modlił się, aby Liam go nie zauważył. Jednak czy było to możliwe? Siedział przy ladzie, obok Zayna, który był jedynym kelnerem. Nie było o tym mowy. Mulat warknął pod nosem, łapiąc z dłonie swój notes, w tym samym czasie Payne podszedł do nich i stanął tuż obok Tomlinsona. Mogło by się wydawać, że go nie zauważył, ale tak nie było. Spostrzegł go od razu, tuż po wejściu do kawiarni.
- Hej chłopaki! - zawołał Liam. To było raczej bezczelne z jaką pobłażliwością zachowywał się były Louisa, ale nikt się chyba tym nie zdziwił.
- Czego chcesz, Liam? - zapytał niegrzecznie brunet. Louis zakrył oczy dłonią, nie chcąc uczestniczyć z tej rozmowie. Wiedział jednak, że Liam nie przyszedł tam bez powodu – Jeśli przyszedłeś sobie pożartować, to możesz już wychodzić.
- Spokojnie! - Szatyn uniósł ręce w geście obronnym, a potem przeniósł swój wzrok na Louisa – Przyszedłem porozmawiać z Louisem. Nie mogę już nawet porozmawiać ze swoim przyjacielem?
- Kogo nazywasz swoim przyjacielem?!? - warknął Zayn. Louis podniósł głowę, aby go uciszyć, ponieważ nie chciał żadnych kłótni na terenie kawiarni. Dziadek nie byłby zadowolony – Nie masz prawa tak o nim mówić. Rozkochałeś go w sobie, a potem rzuciłeś jak szmatę!
- Daj spokój Zayn! - powiedział z uśmiechem Payne – Louis doskonale wiedział, że nic z tego nie będzie. Jesteśmy tak różni… To była świetna zabawa.. - Louis nie słuchał. Gdyby jego serce mogło się rozsypać ponownie, na pewno tak właśnie by się stało. Jednak jego serca nie było. Nie patrząc na nic wstał z stołka i ruszył w stronę zaplecza. Nie chciał już nigdy więcej widzieć Liama, ani słyszeć nic, co było związane z jego osobą.
7.
Harry nie wiedział co ma myśleć, widząc całą scenę jaka rozgrywała się między trojgiem mężczyzn. Po wyrazie twarzy Zayna, domyślił się, że obcym chłopakiem był Liam. A kiedy Louis wybiegł na zaplecze, nie miał co do tego wątpliwości. Nie zważając na żadne zasady, podszedł do lady i spojrzawszy na rozwścieczonego Zayna, miał ochotę przyłożyć Liamowi. Nie znał go, jasne. Ale to niczego nie zmieniało. Harry spojrzał pytająco na Malika, ale ten przeklnął jedynie.
- Wynoś się stąd Liam i radzę ci, nigdy nie wracać!
Zanim Harry wkroczył na zaplecze, zauważył jak Liam wychodził z budynku. Wbiegł szybko
na górę i stanął przed drzwiami prowadzącymi do mieszkania starszego chłopaka. Nie wiedział czy powinien zapukać, bo przecież Louis mógł nie chcieć otworzyć. Zaryzykował, popychając drzwi i wchodząc do środka. Wszystko było takie same jak ostatnio, nic się nie zmieniło. Jakby Louis w ogóle nie przebywał w swoim mieszkaniu. Wszędzie pachniało herbatą i czekoladą. Zamknąwszy drzwi usłyszał cichy szloch dochodzący z sypialni szatyna. Podążył tam, wcześniej zdejmując swoje buty. Louis siedział na parapecie zwinięty w kłębek. Jego kruche ciało trzęsło się pod wpływem płaczu. Harry nie chciał go takiego widzieć. Chciał widzieć go uśmiechniętego i takiego, jak kilka dni wcześniej, kiedy oprowadzał go po mieście.
- Lou? - ciało szatyna zesztywniało, a potem ponownie zaniósł się płaczem. Harry podszedł do parapetu i usiadł blisko niego. Objął go ramieniem, pozwalając mu wtulić się w siebie – Spokojnie, skarbie. On już poszedł. Nie ma go tu, nie wróci – wyszeptał Harry we włosy starszego chłopaka.
- Słyszałeś? - jęknął Tomlinson. Model pokręcił przecząco głową, po czym przytulił chłopaka bliżej siebie.
- Po prostu to widziałem. A teraz odpręż się i uspokój, dobrze? - Louis jak na zawołanie oparł się o ciało Stylesa i ułożył swoją głowę pod jego brodą. Już nie płakał. Nie chciał. Harry był obok niego, więc chciał cieszyć się jego obecnością.
Mijały chwile, podczas których Louis uspokoił się. Harry gładził jego plecy, głowę i szeptał mu miłe słowa, jakich nigdy nie słyszał. Opowiadał mu o tym co robił w minionych dniach i o tym jak o nim myślał. Louis także o nim myślał. Myślał o nim cały czas, ponieważ ten piękny chłopak zaprzątał jego głowę nie swoim wyglądem. Swoją osobowością. Tym, jak idealnie potrafił słuchać, pocieszać i rozumiał go praktycznie bez słów, jakby znali się już bardzo długo.
- Nick powiedział, że sesje wyszły niesamowicie i są ze mnie zadowoleni – Louis odsunął się lekko od Harry’ego i spojrzał na jego twarz, na której malowała się troska i coś w rodzaju uwielbienia. Wpatrywał się w niego długą chwilę, aż sam brunet to dostrzegł – Dlaczego mi się tak przyglądasz?
- Kochaj się ze mną, Harry – wyszeptał Louis, sunąc palcami po policzku Stylesa. Harry spojrzał w jego oczy z lekkim niedowierzaniem. Czy on naprawdę to powiedział? Czy naprawdę o to prosił? Harry wiedział, co sobie obiecał.
- Nie mogę, Lou – mruknął, oblizując swoje spierzchnięte usta. Nie mógł mu tego zrobić. Nie jemu.
- Nie możesz, czy nie chcesz?
- Obiecałem sobie, że cię nie skrzywdzę, skarbie. Nie mogę złamać obietnicy – Jego dłoń znalazła się na szyi szatyna i potarła tam jego skórę. Louis jęknął pod tym dotykiem i nie mógł się już opanować.
- To nie ma znaczenia, Harry. Moje serce jest złamane, nie zranisz mnie ponownie – To było głębokie wahanie i walczenie z samym sobą i Harry naprawdę nie wiedział co ma zrobić – Proszę.
Pocałunek był namiętny, ale nadal było w nim mnóstwo cierpienia i tęsknoty. Louis oplótł jego szyję swoimi ramionami i pozwolił pogłębić pocałunek. To Louis pierwszy zaczął rozpinać guziki jego koszuli. To on pierwszy dotknął tej aksamitnej skóry na jego torsie. To on pierwszy pocałował jego obojczyki. Zanim Harry przeniósł go na łóżko, pozbył się swojej i jego koszuli. Był naprawdę delikatny, jakby nie chciał w żaden sposób zranić szatyna. Pocałunki jakie składał na torsie Louisa były pełne pasji. Każdy z nich był słodki i naprawdę zachciało mu się płakać, z jakim zaangażowaniem Harry robi to wszystko. Louis błądził swoimi dłońmi po nagich plecach młodszego chłopaka i badał jego miękką skórę. Miał wielką ochotę zerwać z zielonookiego pozostałości ubrań, aby tylko móc poczuć go bardziej. Sięgnął do jego pośladków i ścisnął je lekko, przez co Styles jęknął w jego usta. Zaczęli ponownie się całować. Harry przygryzał jego dolną wargę i drażnił się z nim lekko, masując jego brzuch. Louis poruszył swoimi biodrami chcąc jak najszybciej poczuć Harry’ego w sobie. On jakby to zauważył, ponieważ dorwał się do klamry od jego paska. Rozpinał ją powoli, całując go przy tym tuż nad linią bokserek. Louis był już całkiem nagi, przed tym pięknym chłopakiem i nie mógł zrobić niczego innego, jak rozebranie go i całowanie wszędzie tam, gdzie chciał.
A kiedy poczuł Harry’ego w sobie, nie mógł nie uronić łzy ze szczęścia. I chociaż starł ją szybko, aby brunet jej nie zauważył, to jednak on ją zauważył. Ich ciała powoli odnalazły wspólny rytm. Harry cały czas obejmował go i trzymał przy sobie, całując całą jego twarz, szyję i obojczyki. Chciał dać mu to poczucie bezpieczeństwa na jakie sobie zasłużył. Louis jęczał mu do ucha i był bliski dojścia, więc Harry przyssał się do jego szyi i zaczął robić mu malinkę. Nie spowolnili swoich ruchów i nadal będąc blisko doszli w tym samym tempie. Louis trząsł się z podniecenia i odpływającego orgazmu, a Harry trzymał go w swoich objęciach, jakby miał w nich cały świat. A kiedy położyli się na łóżku, zielonooki przykrył ich kołdrą i ułożył go na sobie, tak aby był cały czas przy nim. Byli zmęczeni, ale błogo zaspokojeni i Louis dziękował Bogu, że nadal miał siłę oddychać i mówić.
- Dziękuję ci, Harry – wyszeptał Louis, zanim nie zasnął.
8.
Gdy Louis ostatni raz widział Harry’ego, nie płakał. Nie pocałował go już więcej. Uśmiechał się tylko do niego szczerze i naprawdę podziwiał jego piękno. Wreszcie je ujrzał. To było to wewnętrzne piękno, jakiego w nim szukał. Jego uśmiech, to zrozumienie i troska jaką go obdarzył. To wszystko sprawiło, że Louis chciał mu dziękować za odnalezienie jego połamanego serca. Bo wreszcie mógł spróbować sam je naprawić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz