poniedziałek, 17 lutego 2014

Harry jeszcze nigdy nie bał się tak bardzo, jak tego wtorkowego do południa, gdy przemierzał na chwiejnych nogach jeden z najdłuższych korytarzy na swoim uniwersytecie, ściskając w dłoniach pliczek kartek z treścią z konwersatoriów z socjologii, której szczerze nienawidził. Przełykał głośno ślinę, gdy powoli dochodził do wyznaczonego celu, a przed jego oczyma widniał już numer sali. Czterdzieści siedem. Nie miał pojęcia, czy ta końcowa siódemka miała mu przynieść tego dnia szczęście, czy też pecha. Wiedział jedno, to była jego jedyna szansa, by pozostać na studiach. Musiał zdać egzamin poprawkowy, w innym wypadku mógł już żegnać się z ukochaną resocjalizacją. Przysiadł na krześle obok swojej koleżanki z roku, która zawzięcie zaczytywała się w definicję struktury społecznej. Układ powiązanych ze sobą elementów składowych społeczeństwa, między którymi zachodzą procesy i występuje hierarchia społeczna, powtarzał w swojej głowie jak mantrę, nie mogąc zapamiętać tych kilku znaczących słów, od których być może zależało jego być albo nie być. Potarł dłonią nieco spocone czoło, wertując sporządzone przez siebie notatki. Chwilę później podskoczył z wrażenia, upuszczając wszystkie kartki, gdy drzwi sali otworzyły się i wybiegła z nich dziewczyna, którą Harry kojarzył z warsztatów komunikacji interpersonalnej, których nienawidził jeszcze bardziej, niż socjologii. Kobieta, która to wykładała była wręcz nie do zniesienia, a uśmiech nigdy nie pojawił się na jej twarzy, nawet wówczas, gdy studenci opowiadali sobie wzajemnie kawały, zwijając się ze śmiechu. Mawiali o niej kamienna twarz.
- Przeklęty Tomlinson. – rzuciła Cher, wymachując rękoma na prawo i lewo. Zielonooki podszedł do niej i ułożył trzęsącą się dłoń na jej ramieniu, chcąc ją nieznacznie pocieszyć. Wiedział już, że była pierwszą osobą, która u niego oblała. Cóż, jakby na to nie patrzeć, profesor był jednym z najbardziej wymagających na całej uczelni i nigdy, ale to przenigdy nie ułatwiał życia studentom. Obowiązywała u niego żelazna zasada – zdasz, jeśli potrafił, jeśli masz odpowiednią wiedzę. Nie wchodziło w rachubę to, jak człowiek prezentował się na egzaminie, jeśli nie miał odpowiednich umiejętności, oblewał. Sprawa była wyjątkowo prosta. – Pytania z kosmosu wzięte. Skąd ja, do jasnej cholery, mam wiedzieć, czym różnią się postawy esencjonalistyczne od konstruktywistycznych. Było to na ćwiczeniach? – zwróciła się do kolegi z roku, patrząc mu prosto w oczy, jakby oczekiwała przeczącej odpowiedzi. Harry, czy tego chciał, czy też nie, musiał wyznać jej prawdę, powtarzając przy okazji w głowie definicję konstruktywizmu: przekonanie, że ludzie postrzegają świat przez pryzmat swojej kultury i doświadczeń, przypisując temu, co odnotowują, określone znaczenie i w związku z tym nie można zaobserwować obiektywnej rzeczywistości, oderwanej od nadawanych znaczeń i kontekstów. Miał wrażenie, że umie wszystko, z czego była pytana jego dobra koleżanka. Pożegnał się z nią, siadając ponownie na niezbyt wygodnym krześle, czekając na swoją kolej jak na skazanie.
- Zapraszam następną osobę. – profesor Louis wychylił się z sali, gestem zachęcając jakąś brunetkę do wejścia do środka. Uśmiechnął się do zgromadzonych studentów, po czym zamknął z trzaskiem drzwi. Harry wiedział już w tym momencie, że przepadł. Jego przenikliwe, błękitne tęczówki, przypominające bezchmurne niebo lub najczystszą na świecie wodę, jego wąskie wargi, unoszące się ku górze i te jasne włosy, ułożone w nieładzie, kosmyki, swobodnie opadające na czoło. To właśnie on był powodem, przez który zielonooki zawalił pierwsze podejście. Tak dokładnie pamiętał, jak usiadł w drugiej ławce od końca, zanotował niezbyt łatwe pytania, na które, pomimo tego, że znał odpowiedź, nie potrafił jej składnie udzielić. Przez cały czas, przez całe trzydzieści minut, które mieli na napisanie kolokwium, wpatrywał się w niego. Siedział za swoim biurkiem, opierając się jednym łokciem o drewniany blat. Od czasu do czasu przemknął wzrokiem po sali, sprawdzając, czy nikt nie odważył się ściągać, po czym zatapiał swoje spojrzenie w ekranie telefonu, skrzętnie coś w nim sprawdzając. Był taki piękny, że Harry’emu zapierało dech w piersi. Wiedział, że kocha się w nim większa część dziewcząt z uczelni i on należał do tej grupy, która zachwycała się każdym jego wykładem, które, powiedzmy szczerze, nie były nawet porywające. Zielonooki specjalnie zapisał się do niego na zajęcia, gdy pewnego razu minął go na korytarzu, gdy szukał po raz pierwszy ksero. Opierał się o ścianę, śmiejąc się z żartów, opowiadanych przez panią Adams, która wykładała psychologię i wtedy właśnie poczuł to charakterystyczne ukłucie, tą potrzebę, by być z nim jak najbliżej się dało. Czy żałował tego, że teraz musiał siedzieć na korytarzu, w duchu modląc się o zaliczenie poprawki? Nie, absolutnie nie. Nic nie cieszyło go tak bardzo, jak możliwość rozmowy z tym niebieskookim profesorem, który sprawiał, że jego serce biło w zawrotnym tempie, a dłonie pociły się tak bardzo, jakby dopiero co wyjął je spod bieżącej wody. Drzwi po raz kolejny trzasnęły, ukazując zapłakaną dziewczynę. Harry znacząco przełknął ślinę, zastanawiając się, czy nie lepiej byłoby po prostu uciec, zapaść się pod ziemię, niż wejść tam, skompromitować się brakiem wiedzy i stracić możliwość dalszego studiowania. Tomlinson chyba nie był dzisiaj w zbyt dobrym nastroju.
- System społeczny, serio? – rzuciła niewysoka brunetka, siadając na krześle tuż obok zielonookiego. Całokształt wzorców, funkcji i społecznie akceptowanych zachowań, obowiązujących w danym społeczeństwie czy grupie ludzkiej. Uf, umiał to, mógł odetchnąć z ulgą. – Dzisiaj ma te swoje charakterystyczne humorki. – szepnęła, wycierając policzki chusteczką. Pozostali zaśmiali się, rozumiejąc jej aluzję i faktycznie, dziewczyna miała rację. Ich wykładowca od czasu do czasu robił się po prostu nieznośny, arogancki i nikt nie rozumiał, co było tego powodem. Potrafił zezłościć się drobnostką, krzywo napisaną literką, błędną odpowiedzią na zadane przez niego pytanie. Jeśli dzisiaj było podobnie, Harry zaczął bać się jeszcze bardziej. Miał wrażenie, że z momentu na moment jego wiedza odpływa w nieznanym mu kierunku, a on sam zaczął czuć się pusty, błądząc w swojej własnej głowie, poszukując odpowiedzi na niemo stawiane sobie pytania. Wplótł palce w swoje gęste loki, czując, jak całe jego ciało zaczyna niebezpiecznie się trząść.
- Zaszczyci mnie wreszcie ktoś, kto ma chociażby jakąś podstawową wiedzę? – pan Tomlinson ponownie pojawił się na korytarzu, przechadzając się po nim z założonymi za plecami rękoma. Obserwował studentów, wpatrujących się z zacięciem w swoje notatki, po czym, śmiejąc się cicho pod nosem, szturchnął blondwłosego Nialla i zaprosił go do sali z niezbyt szczęśliwym numerem. Harry odprowadził go wzrokiem, posyłając mu delikatny uśmiech. Lubił go i bardzo chciał, by młodemu Irlandczykowi udało się zaliczyć ten przeklęty przedmiot. Chodzili razem na większość wykładów i od października zdążyli bardzo się polubić. Horan był dla niego ciągłym oparciem, wspierał go, gdy zielonooki załamywał się każdym, nawet najmniejszym niepowodzeniem i był przy nim zawsze wtedy, gdy go potrzebował. Teraz nie wyobrażał sobie, by socjologia miała pokrzyżować ich przyjaźń, eliminując blondyna z zaszczytnego grona studentów. Westchnął znacząco, wertując zadania socjologów. Wykrywanie, na ile powszechne opinie mają pokrycie w rzeczywistości, koordynowanie błędnych przekonań na temat zjawisk społecznych, badanie różnic kulturowych, dzięki którym rozumiemy ich intencje, analizowanie niezamierzonych konsekwencji zamierzonych działań. Przecież to umiał. Kilkakrotnie uderzył się dłonią w czoło, chcąc tym samym uświadomić sam sobie, że nie ma pytania, na które nie znałby odpowiedzi. Potrafił wybrnąć z każdego, które dotychczas padło. Profesor jeszcze niczym go nie zaskoczył i błagał w duchu, by to się nie stało. Po prostu chciał tam wejść, chciał otrzymać kartkę z pytaniami i chciał udzielić ustnej odpowiedzi. Oczywiście, nie utrzymując kontaktu wzrokowego z wykładowcą, który momentalnie by go rozproszył. To stanowiło jego największy problem. Nie brak wiedzy, ale brak opanowania przy szatynie, który w jego oczach wyglądał jak młody bóg. Uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie, jak za każdym razem wyczytywał jego imię i nazwisko, gdy sprawdzał obecność na konwersatoriach. Zawsze posyłał mu przy tym nieznaczny uśmiech, stawiając przy jego danych malutki, zgrabny znaczek plusa. Harry chciał wierzyć, że był jego ulubionym studentem. Przetarł zmęczone powieki, licząc po cichu ilość osób, która jeszcze czekała na swoją kolej. Przed sobą miał jeszcze kilka nerwowych dziewcząt i dwójkę równie nerwowych chłopaków, przeklinających pod nosem, że kobiety mają w tej kwestii łatwiej, wystarczy, że założą bluzkę z odpowiednim dekoltem, a cały świat leży im u stóp. Mylili się, pan Tomlinson taki nie był. Wiedza, wiedza i jeszcze raz wiedza.
- Styles! – podskoczył, po raz kolejny upuszczając swoje notatki, gdy ujrzał nad sobą Nialla, który podniósł go na nogi i mocno przytulił, ciesząc się z pięknej trójeczki, która widniała w jego indeksie. Skakali po korytarzu jak opętani, ściągając na siebie wzrok pozostałych studentów, którzy próbowali nauczyć się jeszcze kilku definicji, zanim zmierzyli się oko w oko z niebieskim spojrzeniem. – Nie wiedziałem tylko, co to klasa społeczna. – pochwalił się, pokazując przy tym szereg białych, równych zębów. Zbiorowość społeczna o trwałym charakterze, charakteryzująca się równym dostępem do dóbr materialnych, władzy, wiedzy itp. Jeden z elementów struktury społecznej. To także wiedział, czy mogło go coś zaskoczyć? Był prawie pewny, że nie, więc dlaczego teraz bał się podwójnie? Wzruszył ramionami.
- W takim razie uciekaj, Niall. – popchnął go w kierunku wyjścia, uśmiechając się do niego. – Mam nadzieję, że dane nam będzie zobaczyć się na zajęciach. – nieco posmutniał, zdając sobie sprawę, że to wszystko jeszcze przed nim, że jeszcze nie jego kolej. Tak bardzo chciał mieć to już za sobą i zazdrościł przyjacielowi, obserwując, jak zadowolony wybiega z uczelni. Czas ciągnął się w nieskończoność, przynajmniej takie miał wrażenie, siedząc na podłodze z głową opartą o zimną ścianę, która nieco koiła jego zszargane nerwy. Z minuty na minutę czuł, jak opuszczają go siły i chęci, a wraz z nimi cała wiedza, którą przyswajał przez ostatnich kilka dni. To był jego kolejny problem. Zawsze, gdy intensywnie przykładał się do nauki, miał wszystko w małym paluszku, gdy przychodziło co do czego, okazywało się, że ma pustkę w głowie. Przeuczenie w jego przypadku nie przynosiło dobrych konsekwencji. Pan Tomlinson co jakiś czas przechadzał się po korytarzu, wychwytując losowo studentów, którym tym samym skracał czas nauki, po czym zamykał za sobą drzwi. Powtarzał tę czynność kilkakrotnie, a Harry dosłownie czuł jego wzrok na sobie, jednak bał się na niego spojrzeć, wiedząc, że to zdecydowanie zburzyłoby jego wewnętrzny spokój i opanowanie.
- Masz gdzieś może zanotowane pojęcie więzienia panoptycznego? – szepnęła jakaś blondynka, nachylając się nad nim i najdelikatniej jak tylko mogła, szturchnęła go w ramię. – Zamyślony? – zaśmiała się krótko, mrugając do niego jednym okiem, jakby próbowała go poderwać. Na miłość boską, jestem gejem, pomyślał od razu, zmuszony do odwzajemnienia uśmiechu. Poszperał w swoich notatkach, odnajdując właściwą definicję.
- Uporządkowany projekt, w którym więzień nie widzi strażnika, ale strażnik widzi więźnia. Władza reprezentowana przez strażników jest niejasna, więźniowie sami są swoimi strażnikami. – czytał wolno, obserwując jak dziewczyna skrzętnie notowała jego słowa, chłonąc je tak, jak gąbka chłonie wodę. Rzuciła krótkie dziękuje, prostując się na swoim krześle, nie spuszczając z niego swojego ciemnego spojrzenia. Jej oczy szkliły jak maleńkie diamenciki, gdy przesuwała wzrok po całym jego ciele, jakby analizowała każdy, nawet najdrobniejszy mięsień, jakby prześwietlała na wylot jego porcelanową skórę. Harry czuł się wyjątkowo niekomfortowo, toteż wstał, udając się do automatu z kawą, stojącego na końcu korytarza. Przystanął tam na chwilę, obserwując z daleka, jak wykładowca po raz kolejny przechadza się w tą i z powrotem, szukając swojej kolejnej ofiary. Zielonooki zarumienił się, gdy przyłapał samego siebie na patrzeniu na jego krągłe pośladki, które w ciemnych, ciasnych spodniach były idealnie widoczne. Uniósł plastikowy kubek do swoich ust, nadal przesuwając swoje spojrzenie po jego zgrabnym, wysportowanym ciele. Guziki jego czarnej koszuli były odpięte pod szyją, a szara marynarka idealnie leżała na jego szerokich ramionach. Nawet nie wiedział kiedy wylał na siebie gorący napój, podskakując nerwowo.
- Kurwa mać! – krzyknął tak głośno, że skupił na sobie spojrzenia wszystkich, którzy siedzieli pod salą z numerem czterdzieści siedem, łącznie z profesorem Tomlinsonem, który zaśmiał się tak głośno, że dźwięk ten odbił się echem na korytarzu, pieszcząc uszy Harry’ego idealną barwą. Jego policzki natychmiast pokryły się szkarłatem, a on sam skręcił w bok, chcąc uniknąć ciekawskich spojrzeń. Wierzchem dłoni przejechał po swojej czarnej marynarce, którą teraz wdzięcznie zdobiła ogromna plama po jego ulubionym cappuccino. – Szlag by cię trafił, Styles. – powiedział sam do siebie, opadając na niskie schodki, prowadzące na pierwsze piętro. Chwycił się za swoje gęste loki, spuszczając głowę w dół. Czuł się w tym momencie wyjątkowo sfrustrowany i zniechęcony wszystkim. Nie miał ochoty wracać pod salę, nie miał ochoty zdawać socjologii i nie miał ochoty nawet po raz kolejny zajrzeć do notatek, chociaż właśnie zapomniał definicji antropologii kulturowej, wspomagającej w pracy socjologów. Oddychał nieco szybciej, próbując opanować swoje bijące serce. Nie wiedział, ile czasu spędził siedząc na schodach, jednak miał wrażenie, że w tym czasie zdążyło minąć go kilkoro osób z grupy, który wraz z nim zdawali egzamin poprawkowy. Chcąc nie chcąc, wstał na chwiejnych nogach, prawie wybiegając na korytarz, wpadając na kogoś, kogo kompletnie się nie spodziewał. Oboje upadli na zimną podłogę, a Harry dodatkowo uderzył głową w ścianę, przez co zakręciło mu się w niej do tego stopnia, że na chwilę stracił zdolność orientacji.
- Mam szczerą nadzieję, panie Styles, że tak ochoczo biegł pan właśnie do mnie. – zaśmiał się profesor, wstając i otrzepując swoje ciemne spodnie wraz z marynarką, na której widniały smugi kurzu. Nastolatek kątem oka widział, jak wyciąga w jego kierunku dłoń, którą pewnie pochwycił, podtrzymując się go, by mógł swobodnie wstać. Podziękował mu wyjątkowo szybko i nieskładnie, podnosząc z podłogi rozsypane notatki. Wykładowca objął go ramieniem, przez co zielonooki zapomniał, jak się myśli, po czym skierował się wraz z nim do wyznaczonej sali, w której miał odpowiedzieć na kilka jego pytań, zdając lub nie. Był ostatnim studentem tego dnia i żałował, że nie zapytał swoich poprzedników o pytania, orientując się, czy ewentualnie jest coś, czego by nie wiedział. Usiadł na miękkim, obitym czarną skórą fotelu, splatając ciasno swoje długie palce. Nie mógł patrzeć na pana Tomlinsona, zgrabnie poruszającego się po pomieszczeniu w poszukiwaniu odpowiedniej kartki z pytaniami. – Cóż, za moment wymyślę coś dla Ciebie. – zwrócił się do niego, podchodząc do niewielkiego urządzenia, stojącego w przeciwległym kącie. – Będzie Cię rozpraszało, jeśli wypije sobie kawę? Ten przemarsz studentów wyjątkowo mnie zmęczył. – powiedział pewnie, a widząc, jak Harry kiwa przecząco głową, nacisnął odpowiedni guzik, czekając, aż aromatyczny, gorący napój napełni niewielką filiżankę. Wziął ją w swoje dłonie, siadając naprzeciwko zdenerwowanego chłopaka, który wiedział, że nie będzie w stanie udzielić składnej odpowiedzi na żadne zadane przez niego pytanie. Jego serce obijało mu żebra, a dłonie pociły się w zastraszającym tempie. Jakby tego wszystkiego było mało, czuł na sobie jego niebieskie, paraliżujące spojrzenie i bał się unieść swoją twarz ku górze, wiedząc, jaki widok przez sobą zastanie. Westchnął głośno, czekając, aż z ust Tomlinsona padną kluczowe słowa, przeklinając siebie w duchu za to, jaki był beznadziejny, gdy on był w pobliżu. – Opowiesz mi o socjalizacji? – spytał, a Harry zaczął zachodzić w głowę, zagryzając dolną wargę. Usiłował przypomnieć sobie choć kilka pierwszych zdań, jednak czuł nieprzeniknioną pustkę, która, jak na złość, nie chciała się niczym wypełnić.
- Jest to… - zawahał się, biorąc głęboki oddech. – Proces nabywania przez jednostkę… - Louis wstał, okrążając biurko, by za moment znaleźć się tuż przy ramieniu chłopaka, lustrując go z góry. Uśmiechał się pod nosem, widząc zmieszanie dziewiętnastolatka, który nie był w stanie wydukać ani słowa więcej. Położył dłoń na jego ramieniu, ostrożnie je pocierając.
- Nabywania przez jednostkę? – zapytał, nachylając się, by spojrzeć w jego zielone tęczówki, które lśniły jasnym blaskiem, gdy tylko napotkały ukochany niebieski. Miał wrażenie, że za moment eksploduje z nadmiaru emocji. – Systemu… - szepnął, przybliżając się do niego jeszcze bardziej, tak, że nastolatek dosłownie czuł ciepło jego oddechu. – Wartości, norm oraz… - uniósł znacząco prawą brew, jeszcze mocniej zaciskając dłoń na materiale jego czarnej marynarki. – Oh, panie Styles, ależ pan się denerwuje. – zaśmiał się, odgarniając mu z czoła niesforny kosmyk, który utrudniał mu widoczność. Wyjątkowo pewnie ujął jego twarz w dłonie, łącząc ich wargi w krótkim, delikatnym pocałunku, który spowodował, że ciało Harry’ego napięło się znacząco, a cała wiedza odeszła w niepamięć. Czuł się tak, jakby ktoś wyssał z niego dosłownie wszystko, łącznie z tym, co składało się na niego samego. Odchrząknął, oblizując swoje usta, jakby chciał zapamiętać ten smak do końca życia. Jego wykładowca smakował bowiem jak najlepsza i zarazem najmocniejsza czarna kawa, posłodzona dwiema łyżeczkami cukru. Ponownie usiadł na biurko naprzeciwko niego, wygładzając swoją, nieco pogniecioną, marynarkę. – To jak dalej? – dorzucił, patrząc na niego znaczącym wzrokiem. Harry nie miał pojęcia, gdzie się obecnie znajdował, bo wszystko, dosłownie wszystko, wirowało przed jego oczyma, myśli plątały się ze sobą i nie wiedział nawet, jak się nazywa. Szatyn upijał napój ze swojej filiżanki, okalając delikatną porcelanę swoimi wąskimi wargami w tak kuszący sposób, że zielonooki nie marzył o niczym innym, jak o ponownym ich posmakowaniu. Pan Tomlinson zaśmiał się, kolejny raz wstając i, szarpiąc chłopaka za marynarkę, oparł go o drewniany blat, po czym przylgnął do jego pełnych warg, wdzierając się między nie swoim sprawnym językiem. Całował go pewnie i z zaangażowaniem, a Stylesowi nie pozostało nic innego, jak odwzajemnić pieszczotę, która sprawiała mu niebywałą przyjemność. Sam nie wiedział, jakim cudem zebrał się na odwagę, ale po krótkiej chwili jego dłonie spoczęły na klatce piersiowej mężczyzny, który odsunął się od niego nieznacznie, by spojrzeć w jego oczy, płonące niesłychanym pożądaniem. – Niegrzeczny student. – zadrwił z niego, jednak pozwalał mu kontynuować czynność. Harry, drżącą dłonią, odpinał maleńki guziczek, jeden po drugim, by po kilkunastu sekundach męczenia się z tym, zdjąć czarny materiał z jego ramion wraz z szarą marynarką. Ubrania upadły na podłogę, a on mógł rozkoszować się ciepłem na wpół nagiego ciała swojego profesora. Louis zszedł wargami na wrażliwą szyję dziewiętnastolatka, delikatnie i z wyczuciem zasysając porcelanową skórę, pozostawiając na niej mały, czerwony ślad swojej obecności. Wsunął dłonie pod jego koszulę, drażniąc palcami jego sutki, przez co Harry jęknął znacząco, wodząc rękoma po jego torsie. Oboje nie mieli pojęcia, dlaczego to robią, jednak to się działo i zarówno profesor, jak i zielonooki student zapomnieli, czym w ogóle jest socjologia i z jakiego powodu znaleźli się w sali czterdziestej siódmej. Jakby nagle wszystko straciło znaczenie, a świat rozpływał się pod wpływem ciepła, bijącego od ich spragnionych siebie ciał. Zszarpnął z nastolatka koszulę, ściągając ją pewnym ruchem i tym samym przysuwając się do niego tak blisko, że ich klatki piersiowe zderzyły się ze sobą, a serca zabiły jednakowym rytmem. – Panie Styles, nie wiem, czy pan zaliczy. – szepnął wprost do jego ucha, przygryzając znacząco płatek. Harry bez wahania przeniósł dłonie na jego rozporek, uprzednio odpinając jego skórzany pasek, który wyciągnął ze szlufek i odrzucił na bok, by więcej im nie przeszkadzał. Jego długie palce spoczęły na męskości wykładowcy, który oparł głowę na ramieniu lokowanego chłopaka, by móc rozkoszować się tym uczuciem. Zielonooki wodził po jego członku, skrywanym pod materiałem czarnych spodni, w górę i w dół, czując, jak z chwili na chwilę robi się coraz twardszy. Louis znacząco wzdychał tuż przy jego uchu, z trudnością łapiąc oddech. – Tak dobrze… - mówił powoli, składając krótkie pocałunki na jego obojczykach, które znacząco odznaczały się na jego ciele. Styles odsunął go od siebie i, wstając na chwiejnych nogach, popchnął go lekko na skórzany fotel. Gestem nakazał mu unieść biodra do góry, zdejmując z niego spodnie wraz z bielizną, które swobodnie upadły tuż za jego plecami. Widząc nagiego profesora sam poczuł dyskomfort w swoich jeansach, jednak nie zamierzał niczego z tym robić. Obserwował, jak piękny jest pan Tomlinson, a widząc jego nabrzmiałego i spragnionego pieszczot penisa, nie zastanawiał się długo, okalając jego główkę swoimi rozpalonymi wargami. – Oh, kurwa… - wyrwało się z ust szatyna, gdy dziewiętnastolatek wodził językiem po całej jego długości, która ginęła w jego sprawnych ustach, gdy wykonywał charakterystyczne i pewne ruchy w górę i w dół. Wplótł palce w jego ciemne loki, odrobinę kontrolując jego ruchy, jednak czując, jak jego męskość obija się od czasu do czasu o tylną ściankę gardła chłopaka, zaprzestał, wiedząc, że ten student z całą pewnością zaprowadzi go wprost do nieba. Harry nie miał pojęcia, co go do tego skłoniło, jednak czuł się wyjątkowo, widząc wijącego się pod nim profesora, który nie wiedział, co ze sobą począć, gdy on wciągał policzki, by czuć go jeszcze bardziej. Oderwał się od niego, gdy Louis już prawie finiszował i spojrzał na niego z dołu oczyma pełnymi pożądania. Wstał, ściągając z siebie zbędne ubrania, które także zaszczyciły podłogę swoją obecnością, po czym bez zastanowienia wdrapał się na kolana wykładowcy, siadając na nim okrakiem. Jego penis spoczął na podbrzuszu Tomlinsona, który patrzył na niego zdziwiony i zdezorientowany. Harry zaśmiał się, unosząc ku górze swoje biodra, by ostrożnie nasunąć się na główkę, która po chwili zniknęła w jego ciele. Syknął z bólu, jednak nie przejmował się tym, rozkoszując się możliwością bycia tak blisko kogoś, kogo kochał od października, od dnia, w którym po raz pierwszy pojawił się na tej uczelni.
- Niegrzeczny student zasługuje na jakąś stosowną karę, panie profesorze. – udało mu się powiedzieć swoim niskim, zachrypniętym głosem, zanim przylgnął swoimi ustami do ust szatyna, który nadal nie mógł otrząsnąć się, widząc to, co właśnie się działo. Jakby na to nie patrzeć, kochał się właśnie z jednym ze swoich uczniów. Objął go w pasie, przyciągając jeszcze bliżej siebie, po czym wypchnął biodra do góry, wchodząc w nastolatka jeszcze głębiej. Harry czuł, jak twardy jest jego penis i, choć ból rozrywał go od środka, nie zamierzał rezygnować, wiedząc, jak będzie mu dobrze, gdy przyzwyczai się do niezbyt komfortowego uczucia wypełnienia. Louis był wobec niego bardzo delikatny, ostrożnie wsuwając się i wysuwając z jego ciała. Całował go po policzkach, szczęce i po nad wyraz wrażliwej szyi, by tylko wynagrodzić mu dyskomfort, który powodował. – Szybciej. – nakazał pewnie zielonooki, gdy nieco się rozluźnił, umożliwiając tym samym wejść w siebie jeszcze głębiej. Louis nie mógł go nie posłuchać. Narzucił im obu wyjątkowo szybkie tempo, jednak żaden z nich zdawał się tym nie przejmować. Jęki wypełniały salę z numerem czterdziestym siódmym, a powietrze wokół nich zrobiło się gorące i ciężkie od ich spazmatycznych oddechów. Tomlinson pewnie objął dłonią męskość chłopaka, który kołysał się na nim w przód i w tył, wykonując na niej charakterystyczne ruchy, które w przeciągu kilku sekund doprowadziły do tego, że zielonooki doszedł w jego dłoni z głośnym jękiem, który opuścił jego roztrzęsione wargi. Szatyn wykonał jeszcze kilka znaczących pchnięć, wchodząc w jego ciało całą długością, po czym tak samo, jak on, skończył w jego wnętrzu, wypowiadając na głos jego imię, które zabrzmiało tak pięknie, jak najcudowniejsze słowa miłosnej piosenki. Harry oparł spocone czoło na jego ramieniu, czując, jak mężczyzna gładzi jego plecy. Ich klatki piersiowe unosiły się wyjątkowo szybko, a im obu ciężko było ustabilizować oddechy. Louis dosłownie krztusił się powietrzem, przyciągając nastolatka jeszcze bliżej siebie.
- Masz u mnie piątkę z pulsem. – szepnął wprost do jego ucha, składając czuły pocałunek na jego skroni. Gęste loki łaskotały jego twarz, a silny zapach Stylesa drażnił jego nozdrza do tego stopnia, że nie był w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że nadal trzymał go w swoich objęciach i był już tylko jego.
- Pieprzyć… - powiedział, spoglądając kątem oka na twarz wykładowcy. – I tak zapomniałem indeksu. – zaśmiał się, całując jego szyję.
- Ci studenci mnie kiedyś wykończą. – odpowiedział mu, znacząco kręcąc głową. Jakkolwiek by to nie wyglądało, Harry cieszył się, że zaliczył. Hm, może nie tyle, co socjologię, ale swojego własnego profesora, o którym marzył od dnia rozpoczęcia studiów. Nauka jednak poszła na marne, ale kto by się tym przejmował, trwając w objęciach człowieka, który był dla niego wszystkim. Który był jego skrytym marzeniem. Przymknął zmęczone powieki, palcami kreśląc wzorki na jego nagiej klatce piersiowej. Mój, pomyślał, obejmując jego szyję jeszcze ciaśniej, niż robił to dotychczas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz