poniedziałek, 17 lutego 2014

SZKOŁA, JAK TO ŁATWO POWIEDZIEĆ…

Pierwsze tygodnie września były dla mnie naprawdę ciężkie. Rodzice posłali mnie do nowej szkoły ze względu na naszą przeprowadzkę, ten fakt w ogóle mnie nie cieszył. Lubiłem poznawać nowych ludzi i nigdy nie miałem z tym problemu, ale w tym budynku po prostu było to niemożliwe. Szczerze nienawidzę tej elitarnej szkoły, do której chodzą same bogate i nieprzeciętnie zdolne dzieciaki. Dobrze, zaliczam się do nich, ale jestem diametralnie inny. Nie chodzę i nie popisuje się tym, ile dostaje kieszonkowego albo na co wydaje najwięcej pieniędzy. Nie jestem też zarozumiały i próżny. Nie uważam, że wszystko należy mi się od życia od tak. Rodzicom dobrze się powodzi i oczywiście, cieszy mnie to, że mogą zapewnić mi wszystko, czego bym tylko nie zapragnął, ale nie korzystam z tego często. Weekendami pracuje w małym sklepiku, żeby zarobić na swoje drobne wydatki. Nie chcę od nikogo brać pieniędzy, chcę na własnej skórze doświadczyć, jak ciężko je zdobyć. Uczę się bardzo dobrze. Dotychczas kończyłem każdą klasę z paskiem na świadectwie, ale jeśli mam być szczery, stać mnie było na o wiele więcej. Często bywałem leniwy, ale miałem to szczęście, że wszystko wynosiłem z lekcji, więc kartkówki czy sprawdziany nie stanowiły dla mnie najmniejszego problemu. Od początku września wziąłem sobie za punkt honoru, żeby więcej się do wszystkiego przykładać. Zapisałem się także na wolontariat. W poprzednich szkołach również brałem w tym udział, bo pomaganie innym sprawiało mi niebywałą radość. Liczyłem, że przez to przedsięwzięcie poznam jakiś nowych znajomych. Niestety, nikt mnie tutaj nie lubił z wyjątkiem nauczycieli. Oni poznali się na mnie już na pierwszych godzinach lekcyjnych, gdy po raz pierwszy mnie odpytali. Musieli sprawdzić moją wiedzę, gdyż doszedłem do tej szkoły w drugim jej roku. Pierwszą klasę szkoły średniej ukończyłem w Homles Chapel. Była to zwykła, przeciętna szkoła, więc logiczne było, że tutejsi nauczyciele chcieli wyrobić sobie pogląd na system nauczania poza budynkiem w Doncaster. Nigdy nie zapomnę drugiego września. Wszedłem do klasy i momentalnie oczy około dwudziestu pięciu osób spoczęły na mnie. Każdy mierzył mnie badawczo, a mi z tego wszystkiego zaschło w ustach do tego stopnia, że nie byłem w stanie się wypowiedzieć. Nie miałem problemów w kontaktach z innymi, ale ci uczniowie byli jacyś dziwni, zapatrzeni w siebie. Dało się zauważyć, że są pogrupowani, każdy miał już swoich przyjaciół i nikt nie chciał w swoich szeregach kogoś nowego. Dosłownie przeszywali mnie wzrokiem. Czułem się jak obcy. Kobieta o długich, blond włosach przedstawiła mnie wszystkim i wskazała mi miejsce, które miałem zająć. Było puste. Zadała mi też kilka pytań, na które bez problemu odpowiedziałem. Pani Adams, mojej wychowawczyni, wyglądała na bardzo sympatyczną osobę. Nie chciałem wyrabiać sobie o nikim niepochlebnej opinii, ale od razu byłem niemalże pewny, że z nikim się nie zakumpluje. Każdy rzucał do siebie jakieś stwierdzenia odnośnie mnie, choć nikt nie zamienił ze mną nawet jednego słowa. Nigdy nie oceniałem ludzi na dzień dobry, oni tak robili. Byliśmy przeciwieństwami. Po piętnastu minutach lekcji do sali wpadł jeszcze jeden chłopak.
- Przepraszam za spóźnienie. – rzucił i spojrzał przepraszającym wzrokiem na panią Adams.
- Czemu mnie to nie dziwi… - pokiwała głową z dezaprobatą i spojrzała na duży, wiszący zegar tuż nad swoją głową. – Piętnaście minut, czyli pierwsze spóźnienie i to pierwszego dnia w szkole. Tylko pogratulować. Siadaj, masz nowego kolegę. – uczeń spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. Rzuciłem tylko przelotne spojrzenie w jego kierunku i skupiłem się na przepisywaniu tematu z tablicy. Odłożył na bok torbę i usiadł koło mnie. Doszedł mnie cichy śmiech kilka ławek przede mną, ale nie wiedziałem, czym był spowodowany. Trójka chłopaków mierzyła nas z rozbawieniem i z pogardą zarazem. Odetchnąłem głęboko i powróciłem do czynności, którą przez nich porzuciłem. Zerkałem kątem oka na mojego sąsiada, który, podobnie jak ja, był pochłonięty przepisywaniem tablicy. Był niezbyt wysokim, ciemnym blondynem z niebieskimi oczami, czyli praktycznie wpisywał się w standardową definicję osoby jednej z wielu. Określiłbym go mianem szarej myszki. Siedział tuż obok mnie w swojej czarnej bluzie z kapturem i ciemnych rurkach, choć na dworze było raczej ciepło i wszyscy preferowali lżejsze, bardziej kolorowe ubrania. Chyba był typem samotnika, dosłownie biło od niego chłodem i oczyma wyobraźni można było dostrzec tabliczkę nad jego głową z napisem: „Trzymaj się ode mnie z daleka”. Intrygował mnie, bo kompletnie różnił się od pozostałych uczniów. Z zamyślenia wyrwał mnie głos pani Adams.
- Czy nasz nowy uczeń zanotował treść zadania domowego? – zapytała i posłała mi uśmiech.
- E… - odparłem niezbyt inteligentnie. – Przepraszam, zamyśliłem się. Czy mogłaby pani podyktować raz jeszcze? – zapytałem i odwzajemniłem uśmiech.
- Zamyślił się, patrzcie no. Też bym myślał o niebieskich migdałach mając takie ciacho koło siebie. – zaśmiał się blondwłosy chłopak, ten sam, który podczas lekcji mierzył nas wzrokiem. On i jego dwójka kolegów wybuchnęła nagle gromkim śmiechem. – Może coś z tego będzie! Z nim wszystko jest możliwe. – dorzucił i posłał szyderczy uśmiech mojemu koledze z ławki.
- Cisza! – rzuciła pani Adams. – Na jutro trzeba napisać wypracowanie na temat odwagi. Na jakieś dwie, trzy kartki papieru kancelaryjnego. Przykłady z życia wzięte są mile widziane. A teraz macie pięć minut do dzwonka, zajmijcie się sobą. – powiedziała i zasiadła za swoim biurkiem. Od razu wziąłem się do pakowania książek i zeszytów. Przerzuciłem wszystko w torbie w poszukiwaniu planu lekcji, którego, jak na złość, nie mogłem znaleźć. Przekląłem po cichu, gdy zawartość plecaka wylądowała na mojej ławce. Wszyscy patrzyli na mnie, jak na jakiegoś debila, który nie jest w stanie ogarnąć własnego mienia. Uderzyłem czołem o blat stołu i jednym ruchem dłoni wrzuciłem wszystko do środka torby. Poczułem, jak ktoś szturcha mnie ręką i podsuwa to, czego właśnie szukałem.
- Spadł na ziemię. – dodał mój kolega z ławki. Już miałem odpowiedzieć: „dziękuję”, gdy podeszła do nas trójka chłopaków. Ta trójka. Momentalnie wyprostowałem się i siedziałem sparaliżowany. Nie wyglądali mi na sympatycznych, wręcz przeciwnie, byłem pewny, że nie są milusińskimi typami. Jeden z nich usiadł na ławce, po stronie mojego nowego znajomego i położył mu dłoń na ramieniu. Odsunął się nieznacznie w tył.
- Słyszałem, że chcesz pożyczyć mi zeszyt. Wiesz, nie mogłem skupić się na robieniu notatek z lekcji. – rzucił krótko ścięty uczeń i powolnym ruchem wyjął zeszyt z rąk niebieskookiego. Ten nawet na niego nie spojrzał. – Dziękuję, jakiś ty miły.
- A ja słyszałem, że idziesz ze mną na lunch! – blondyn niemalże krzyknął z podekscytowania i chwycił mojego kolegę za policzki. Uśmiechał się do niego szeroko i patrzył mu prosto w oczy. – Zamówię nam to, co zawsze, co nie? – odszedł, nie czekając nawet na odpowiedź. Na końcu naprzeciwko nas stanął ten trzeci. Chłopak miał ciemną cerę, czarne, wygolone po bokach włosy, a jego oczy łączyły w sobie brąz i ciemną zieleń.
- Z kolei ze mną jesteś umówiony po lekcjach, mam nadzieję, że pamiętasz. – zmierzył nas obu wzrokiem. – Twój nowy przyjaciel też może iść, nie ma najmniejszego problemu.
- Nie. On nie może iść. – odezwał się nagle. Jego głos był stonowany i spokojny. Byłem pewny, że tym głosem byłby w stanie uśpić każdego. Posłał mi groźne spojrzenie, jakby chciał mnie przed czymś ostrzec, jednak ja odebrałem to inaczej. Po prostu mnie nie chcieli. Proste. Ja byłem nowy, a oni pewnie przyjaźnili się latami. Nawet się nie odezwałem, nie widziałem sensu, choć chciałem iść razem z nimi, żeby trochę lepiej ich poznać. Co prawda ta trójka nie wydawała mi się sympatyczna, ale intuicyjnie czułem, że człowiek, z którym przyszło mi dzielić ławkę, jest inny, miły i być może chciałem, żebyśmy się zaprzyjaźnili. Nie mogłem jednak psuć im wcześniej ustalonych planów, więc tuż po ostatnim dzwonku udałem się do domu. Miałem to szczęście, że mieszkałem niecałe dziesięć minut od szkoły, więc mogłem wracać piechotą. Czasami lubiłem po prostu się przejść. Miałem wtedy czas na przemyślenia i pobycie samemu ze sobą. Wracając, rozmyślałem nad zadaniem domowy. Odwaga. Jedno słowo, ale nigdy dotychczas nie miałem z nim wiele wspólnego. Sam byłem raczej typem tchórza i gdy tylko pojawiały się jakieś problemy, chętnie od nich uciekałem. Miałem też jedną wadę, nadmiernie martwiłem się wszystkim. Nie potrafiłem przejść obojętnie, gdy komuś działa się krzywda. Przejmowałem się życiem innych bardziej, niż swoim. Moja mama od zawsze powtarzała mi, że mam liczyć tylko na siebie, bo świat jest taki, że niewielu ludzi wyciągnie do mnie dłoń, gdy będę tego potrzebował. Byłem jednak takim człowiekiem, że często chciałem wziąć cierpienie innych na swoje barki, choć to i tak niczego nie zmieniało. Im nie było lżej, za to mi było ciężej. W gimnazjum przeszedłem najcięższą próbę, gdy przydzielono mnie jako wolontariusza w hospicjum. Patrzenie na cierpiących ludzi, chylących się ku niechybnej śmieci było najgorszym doświadczeniem w moim krótkim życiu. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jaki człowiek jest kruchy i jak łatwo można go unicestwić. Odrzuciłem rozmyślania dopiero wtedy, gdy stanąłem pod drzwiami domu. Przekroczyłem próg i rzuciłem torbę w kąt pokoju. Mama zawołała mnie na obiad, podczas którego rozmawialiśmy na wiele tematów. Miałem świetny kontakt z rodzicami i wiedziałem, że mogę powiedzieć im o wszystkim. Zawsze popierali moje decyzje, choć niejednokrotnie nie były one słuszne. Nie chronili mnie kuloodporną tarczą. Chcieli uodpornić mnie na to, co przyniesie życie. Moja siostra też taka była. Nigdy mi nie ustępowała, uczyła mnie, że mam radzić sobie sam, pomagała mi dopiero w ostateczności. Była trzy lata starsza ode mnie, choć zachowywała się jak dorosła osoba. Nigdy nie było w niej nic z postrzelonej nastolatki, dlatego rówieśnicy nie traktowali jej zbyt poważnie. Oni woleli imprezować, ona przychodziła do domu i czytała książki. Wolała teatr od kina, książkę od filmu, spokój od rozrywek. Miała jedną przyjaciółkę i to jej w zupełności wystarczało. Dzięki niej zyskałem pierwszego przyjaciela, który był bratem jej koleżanki, więc zawsze spędzaliśmy czas w czwórkę. Lubiłem Stana, ale czasami miałem wrażenie, że mimo wszystko nie mogę zaufać mu w stu procentach. Był równym chłopakiem, dałoby się z nim konie kraść, ale miał dla mnie czas tylko wtedy, gdy on sam tego chciał. Po posiłku usiadłem do komputera, żeby czymś wesprzeć się podczas pisania pracy domowej. Zalogowałem się na forum naszej klasy, gdzie już widniało wiele postów z prośbą o gotowe zadanie domowe. Zaśmiałem się krótko, bo nie sądziłem, że ludzie z tak prestiżowej szkoły nie umieją sobie poradzić z głupim wypracowaniem. Spoglądając na błędy ortograficznie niektórych z nich, doszedłem do wniosku, że chodzę do klasy z kompletnymi pustakami, którzy nawet nie potrafią ułożyć prostego zdania. Pokręciłem głową z dezaprobatą i otworzyłem przeglądarkę google. Wystukałem hasło „odwaga” i przeglądałem pojawiające się strony. Początkowo nie natrafiłem na nic konkretnego, aż w pewnym momencie przeniosło mnie na czyjegoś bloga. Dokładnie zbadałem jego szatę graficzną, w której dominowała czerń. Koślawa czcionka była koloru szarego. Chciałem go zamknąć klikając na czerwony krzyżyk w prawym, górnym rogiem, ale momentalnie wyskoczył mi komunikat: „Czy na pewno chcesz opuścić stronę?”. Zrezygnowałem z opuszczenia tego miejsca. Przesunąłem stronę nieco pod nagłówek i zacząłem czytać zamieszczony tam tekst.

Nie wiem, jakim cudem tutaj trafiłeś, Drogi Czytelniku. Nie podałem Ci adresu, nie jestem idiotą. Jest kilka opcji:
a) trafiłeś tutaj kompletnie przypadkiem, szukając odpowiedzi na jakieś pytanie
b) śledziłeś mnie, chciałeś dowiedzieć się czegoś na mój temat
c) jesteś moim przyjacielem i znasz mnie na wylot
Propozycja c) odpada na dzień dobry. Ja nie mam przyjaciół. Nie mam nikogo, na kim mógłbym polegać… Pamiętaj, tutaj wszystko jest fikcją. W tym świecie możesz być tym, kim chcesz być. Możesz być super bohaterem, czyimś autorytetem, nieprzeciętnie inteligentnym człowiekiem lub totalnym kretynem. Możesz być też po prostu sobą. Ty tu rządzisz, nie zapominaj o tym. Od Ciebie zależy, co uznasz za prawdziwe. Miej oczy szeroko otwarte, szukaj wskazówek, wypatruj znaków. Chcesz wiedzieć, czym jest odwaga? Nie dowiesz się tego, dopóki nie poznasz mojego życia. Masz wybór – brnąć w to lub nie. Decydujesz. Strzałka na końcu tekstu przeniesie Cię do pierwszego wpisu. Nie możesz zacząć od najnowszego, nie znając początku. Nie odpowiadam za to, co wniesiesz z tego do swojego życia. Żegnaj, Czytelniku.


Nie wiedziałem, dlaczego mój oddech nagle przyspieszył, a serce zaczęło bić szybciej. Kilkakrotnie wahałem się, czy nie opuścić tego bloga. Nie napawał mnie optymizmem, ale było w nim coś, co przyciągało. Odszedłem na moment od komputera i położyłem się na łóżku. Zrobiłem kilka głębokich wdechów, żeby uspokoić nerwy i wyszedłem do kuchni po butelkę wody. Zabrałem ze sobą szklankę i porwałem z szafki swoją ulubioną czekoladę. Zasłoniłem żaluzje, żeby słonce nie świeciło mi prosto w twarz, gdy będę zgłębiał czyjąś historię. Usiadłem ponownie przed komputerem i z sercem na ramieniu kliknąłem na strzałkę.



PIERWSZE WPISY…

Czekałem, aż załaduje mi się cały post. Blog pracował na najwyższych obrotach, więc intuicyjnie czułem, że ta opowieść będzie długa i nie zakończy się na kilku wpisach. Odrzuciłem na bok wyrzuty sumienia, że po raz pierwszy nie odrabiam pracy domowej, ale wiedziałem, że jak nie teraz, to później. Wypracowanie nie zając, nie ucieknie. Nalałem sobie szklankę wody i upiłem kilka łyków. Na stronie nadal nic się nie pojawiało. Zniecierpliwiony zrobiłem kilka kółek po pokoju i powróciłem z powrotem na krzesło. Nie mogłem znaleźć sobie odpowiedniego miejsca. Wierciłem się i co chwilę siadałem inaczej. W końcu zrezygnowałem i przeniosłem się na laptopa. Rzuciłem się na łóżko, wystukałem ten sam adres i kliknąłem na strzałkę pod tekstem. Miałem to szczęście, że mój laptop działała o wiele sprawniej niż stacjonarny komputer. Tekst zawirował mi przed oczyma, ale minęło kilka minut, nim zacząłem czytać…


20.09.2010r.
Byłem nowym uczniem w klasie, być może, że podobnie, jak ty, mój Drogi Czytelniku. Szczerze nienawidziłem moich rodziców za to, że musieliśmy się przeprowadzić. Wcześniej mieszkałem w centrum miasta, teraz na jakiś nędznych przedmieściach. Nie chciałem poznawać nikogo nowego. Moi dawni znajomi znali mnie na wylot i wiedzieli o mnie wszystko, a ja nie chciałem zaczynać tego wszystkiego od początku. Już wystarczająco dużo przeszedłem w poprzednich szkołach. Dzisiaj do południa po raz pierwszy przekroczyłem szkolne mury i na dzień dobry wszyscy zmierzyli mnie jak przybysza z innej planety, choć ja starałem się być dla wszystkich bardzo miły. Zresztą, jestem miłym człowiekiem na co dzień. Nikomu nie szkodzę, nie wtrącam się do niczyjego życia. Trzymam się na uboczu, chyba, że ktoś poprosi mnie o pomoc czy poradę. Wracając do szkoły… Drogi Czytelniku, uwierz. Podpaść można na różne sposoby. Czasami dlatego, że jest się zbyt dobrym, czasami dlatego, że jest się zbyt złym. Są różne powody, które i tak nie mają większego znaczenia. Zapomniałem na samym początku pokazać, że się nie boje, choć bałem się. Ponoć jeśli człowiek pokaże, że się nie da – inni odpuszczają. Ja nie miałem szczęścia…


„Jesteś jak ja”, pomyślałem. Też nigdy nie wtrącałem się do niczyjego życia i starałem się być nadto uprzejmy. Czasami mam wrażenie, że za bardzo chciałem, by wszyscy mnie lubili. Nigdy nie rozumiałem szkolnej hierarchii: sławni, którym nikt nie podskoczy i wszędzie ich lubią; przeciętniaki, które po prostu są, by służyć tym popularnym; słabi, na których wszyscy mszczą się i wyładowują frustracje. I ja, który nie należałem nigdy do żadnej z tych grup. Gdzie powinienem dołączyć, skoro nigdzie nie było dla mnie odpowiedniego miejsca?


11.10.2010r.
Dawno nie pisałem, Drogi Czytelniku, ale nie miałem na to siły. Wybacz. Nie zdajesz sobie sprawy, ale może to właśnie Ty mijasz mnie codziennie na korytarzu. Może to właśnie Ty widzisz, co robią ze mną ludzie. Może to właśnie Ty to obserwujesz i nic z tym nie robisz. Być może jesteś uczniem tej samej szkoły, być może chodzisz ze mną do klasy, być może nawet siedzisz ze mną w ławce. Wróć, przecież ja siedzę sam. Z tego wszystkiego zaczęło wydawać mi się, że mam kogoś, kto chociaż cieleśnie byłby przy mnie… Dobre żarty. Czasami udaję, że jestem szczęśliwy. Nie, w zasadzie codziennie udaję, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nieważne, że od kiedy tylko przyszedłem do klasy mam dzień w dzień spóźnienia na pierwszą lekcję, bo ktoś uwziął się na mnie i zawsze zamyka mi szkolne drzwi na klucz, a ja muszę biegać na około budynku i wchodzić tylnym wejściem. Nauczyciele przestają mnie za to lubić, bo uważają, że robię to specjalnie, żeby tylko zepsuć im lekcję i rozproszyć innych uczniów. Milczę. Nie jestem typem, który donosi na kogokolwiek. Staram się walczyć z tym sam. Choć raczej walczę sam ze sobą. Nikt nie wie o tym, co spotyka mnie codziennie. Nikt nie wie i nikt się nie dowie…


Potrząsnąłem z przerażeniem głową. Czy nikt nie widzi tego, co dzieje się z tym chłopakiem? Do szkoły uczęszcza spora liczba uczniów, są jeszcze nauczyciele, dyrekcja, ale nikt, kompletnie nikt nie chce dostrzec problemu. Ułożyłem się wygodniej na łóżku i zrobiłem kilka nerwowych wdechów i wydechów. Było mi ciężko. Upiłem łyk wody, ale nie podziałało to dobrze, wręcz przeciwnie, poczułem w ustach obrzydzenie. Bałem się jak nigdy dotąd, choć byłem bezpieczny w domu i siedziałem tylko i wyłącznie przed monitorem laptopa. Jeden ruch i mogłem go zamknąć, pytanie tylko, czy właśnie tego chciałem. W głowie kotłowało mi się od natłoku myśli. Może to ktoś z mojej szkoły, z mojego otocznia. Może komuś na moich oczach dzieje się krzywda. Może ktoś cierpi, a ja siedzę bezczynnie i czytam, zamiast działać…


13.10.2010r.
Nienawidzę wychowania fizycznego. N-i-e-n-a-w-i-d-z-ę. Początek dnia – spóźnienie. Na dzień dobry kara w postaci przebiegnięcia dwukrotnego obwodu sali gimnastycznej, która jest po prostu wielka. Nie mam kondycji, nigdy jej nie miałem. We wcześniejszych szkołach miałem ten przywilej, że zaakceptowano moje lewe zwolnienie z tego przedmiotu, choć wypisałem je sobie sam. Dobrze mieć lekarza w rodzinie, któremu można ukraść to czy tamto. Tym razem się nie udało. Wszyscy marzyli tylko o tym, żeby mi dokopać. Kilkakrotnie leżałem jak długi, gdy ktoś podkładał mi nogę. Później nie było lepiej. Koszykówki też nienawidzę, zwłaszcza wtedy, gdy wszyscy chłopacy wpadają na mnie z impetem i robią to specjalnie, tylko po to, by sprawić mi ból. Na matematyce siedziałem już z posiniaczonymi nogami i rękoma, a inni mieli z tego ubaw po pachy. Bo na kim można się mścić? Na słabszym, oczywiście. Nie wiedziałem, czym zawiniłem. Nie chciałem już tego wiedzieć. Niczego by to nie zmieniło…


Nie wiedziałem, jak duża jest nasza sala gimnastyczna, bo sam miałem zwolnienie z wychowania fizycznego. Dwa lata temu złamałem nogę w dwóch miejscach, spadając z drzewa. Do dziś czuję, że nie wszystko jest z nią w całkowitym porządku. Czasami nawet zdarza mi się, że kuleje. Poza tym, pierwsza lekcja tego przedmiotu miała odbyć się dopiero w czwartek, więc nie miałem okazji zobaczyć, jak wygląda to miejsce. Nie zwiedzałem szkoły, chodziłem tylko według ściśle określonego planu lekcyjnego, żeby się nie pogubić. Nie sądziłem jednak, że mając zwolnienie kiedykolwiek przyjdzie mi siedzieć na ławce podczas WF. Kolejna strzałka w przód, kolejna historia.


15.10.2010r.
Piątek. Marzyłem od nim od poniedziałku… Gdyby nie mama, w ogóle nie wstałbym z łóżka. Nie czułem się na siłach, nie chciałem przekraczać szkolnego progu. Doskonale wiedziałem, że czeka mnie tam to, co zawsze. Wiedziałem, że inni będą obojętni, wiedziałem, że nikt nie zauważy, że dzieje się coś złego. Ludzie są ślepi. Kolejne spóźnienie, kolejny przeklęty WF. Praca domowa z angielskiego, którą oddałem wcześniej zaginęła i znów ja byłem winny, bo ponoć jej nie oddałem. Dostałem pierwszą w tym roku jedynkę za coś, co i tak zrobiłem. Dobrze wiedziałem, kto ukradł moje zadanie, ale przecież nie mogłem powiedzieć, prawda, Drogi Czytelniku? Jak kończą kapusie… Nie chciałem pogarszać swojej sytuacji, więc zgodziłem się napisać ją raz jeszcze. Znów strata czasu, ale cieszyło mnie to, że będę mógł czymś zająć myśli po powrocie do domu. Byłem wyczerpany. Nie fizycznie, ale psychicznie. Nic tak nie boli jak zraniony umysł, rozumiesz mnie? Pewnie nie. Pewnie masz szczęśliwe życie i zero problemów. Zwróć czasami uwagę na innych. Ci najbardziej weseli, zazwyczaj są najbardziej smutni. Chyba, że trafisz na dobrego aktora, który będzie udawał: „Jest dobrze!”.
B→

„Co z Tobą?”, pomyślałem. Kimkolwiek był ten chłopak, byłem niemalże pewny, że jest w tragicznym stanie. Przeczytałem dopiero kilka jego wpisów, a już sam czułem się kompletnie wyprany z emocji. Co mu robili, kto i dlaczego? Te kilka pytań biło się w mojej głowie. Nie znałem go, nie wiedziałem, kim jest. Mogłem tylko wczuć się w jego sytuację i wyobrazić sobie, jak musi się czuć. Sam jak palec, bez niczyjej pomocy, bez niczyjego wsparcia. Było mi go szkoda, gdybym tylko mógł – pomógłbym mu. Położyłem głowę wygodnie na poduszkę i rozmyślałem, jak mógłbym do niego dotrzeć. Nawet nie wiedziałem, kiedy zasnąłem.


DZIEŃ JAK CO DZIEŃ….

- Wstawaj, bo się spóźnisz! – usłyszałem krzyk mamy i niemalże od razu wstałem na równe nogi. Zakręciło mi się w głowie i musiałem oprzeć się o biurko, żeby nie stracić równowagi. Zegarek nad moimi drzwiami wskazywał dokładnie 7:20. Przetarłem zaspane oczy i wbiegłem jak najszybciej do łazienki. Wziąłem zimny prysznic, który nieco mnie rozbudził. Porwałem z półki wszystkie książki, bo nawet nie zdążyłem sprawdzić, jakie miałem mieć tego dnia lekcje. Upiłem kilka łyków kawy, którą zaparzyła mi mama i ruszyłem w stronę szkoły. Nie obudziłem się jeszcze do końca, więc kilkakrotnie musiałem przepraszać przechodniów, że niechcący na nich wpadałem. Trafiałem jednak na takich ludzi, którzy nie mieli mi tego absolutnie za złe. Posyłali do mnie szczere uśmiechy, jakby rozumieli, że jest jeszcze wcześnie, a ja jestem tylko siedemnastolatkiem, któremu przyszło chodzić do szkoły. Droga zajęła mi dokładnie dwanaście minut, od dwie minuty dłużej, niż zazwyczaj, ale było to zrozumiałe, bo dreptałem z nogi na nogę. Rzuciłem plecak pod szafką z moim numerem i zacząłem szperać w papierach w poszukiwaniu planu lekcji. Odłożyłem niepotrzebne podręczniki, a pozostałe ułożyłem w torbie. Miałem jeszcze kilka minut do dzwonka, więc oparłem się o drzwiczki i obserwowałem ruchliwy korytarz. Ludzie gawędzili ze sobą, śmiali się, wygłupiali. Nie zauważyłem nikogo, kto mógłby mieć jakieś większe problemy. Nie minął mnie nikt smutny, zatroskany. Odetchnąłem z ulgą. Kilka szafek dalej stanął mój kolega z ławki i momentalnie wyjął chusteczki higieniczne. Zaczął z uporem ścierać coś z drzwi. Nie byłem w stanie zobaczyć, co to było, a nie chciałem podchodzić i mu przeszkadzać. Wczoraj dał mi wyraźnie znać, że nie życzy sobie mojego towarzystwa. Posłałem mu szczery uśmiech, gdy się na mnie spojrzał, ale nawet go nie odwzajemnił. Zarzucił torbę na ramie i minął mnie w połowie drogi do sali. Ruszyłem dopiero wtedy, gdy zadzwonił dzwonek. Przepuściłem panią Adams w drzwiach i wszedłem tuż za nią. Każdy już zajął swoje miejsce, a mi pozostało usiąść koło nieznajomego, który chyba także nie darzył mnie sympatią. Wyjąłem podręcznik i zeszyt od podstaw psychologii i nagle uświadomiłem sobie, że nie odrobiłem zadania domowego. Przełknąłem głośno ślinę w głębi duszy modląc się, żeby tym razem nauczycielka odpuściła sobie jej sprawdzanie. Chyba byłem trochę naiwny, sądząc, że ujdzie mi to płazem.
- Proszę, przygotujcie zadania domowe, zaraz przejdę po klasie i je zbiorę. – uderzyłem się otwartą dłonią w czoło. Mój kolega z ławki rzucił mi pytające spojrzenie. Fakt, to było dziwne zachowanie z mojej strony, ale zawsze tak robiłem, dając tym samym znak, że o czymś zapomniałem. Wczoraj zaczytałem się na tyle, że kompletnie nie przeszło mi przez myśl pisanie jakiegokolwiek wypracowania. Potem zasnąłem, sam nawet dobrze nie wiedziałem, jak i kiedy. Rano na pewno nie zdążyłbym tego zrobić. „No to po mnie”, pomyślałem. Głupio podpadać tak od samego początku, ale trudno, stało się. Nie cofnę czasu, a nawet jeśli miałbym taką zdolność i tak dosiadłbym się ponownie do tego bloga, a nie referatu. Słyszałem kroki pani Adams coraz bliżej. Miałem to szczęście, że siedziałem w ostatniej ławce i po cichu liczyłem, że nie będę jedyną osobą, która nie odrobiła pracy domowej. Myliłem się, wszyscy pozostali oddali swoje prace. Nauczycielka stanęła koło naszej ławki i posłała do nas uśmiech. Oboje spojrzeliśmy na nią w tym samym momencie.
- Zapomniałem. – rzucił nieznajomy obok mnie. Odetchnąłem z ulgą, nie byłem samotny. – Nie miałem do tego głowy, proszę pani.
- Ponownie mnie to nie dziwi. Spóźniasz się, nie odrabiasz lekcji, chodzisz ciągle z głową w chmurach. Zakochałeś się, czy co z tobą? – zwróciła się do niego, ale już nie odpowiedział. Kompletnie ją zignorował. – Uhm. A ty kochanieńki, gdzie masz zadanie? – tym razem zwróciła się do mnie. Musiałem zrobić minę kota ze Shreka, bo momentalnie się uśmiechnęła.
- Bo widzi pani… Tak się stało, że… - zacząłem się jąkać, nie wiedząc, co mam powiedzieć. Szukałem jakiegoś drobnego kłamstewka w głowie, ale nic nie przychodziło mi na myśl. Nie umiałem zmyślać od tak, od razu. – Po prostu zapomniałem. Przepraszam najmocniej.
- Haha! – blondwłosy chłopak nagle wybuchnął śmiechem, powodując dobry nastrój w całej klasie. Rozejrzałem się po uczniach i zdziwiłem się, jak bardzo byli wpływowi. Momentalnie rozbawił ich wyskok tego chłopaka, choć nie byłem pewny, czy w ogóle wiedzą, z czego się zaśmiał. – Rozumiem, że byliście oboje bardzo zajęci? Szybki jesteś, człowieku! On dopiero wczoraj przyszedł do nas do klasy, a ty już zdążyłeś się nim odpowiednio zaopiekować. Wygląda mi na to, że mamy już dwóch klasowych pedałów! – zaśmiał się jeszcze głośniej.
- Zamkniesz ryj? – odezwał się mój kolega z ławki. Chyba od razu pożałował tego, co powiedział, bo momentalnie spuścił głowę. Blondwłosy chłopak już wstawał, ale pani Adams w porę zareagowała, kładąc mu dłoń na ramieniu. Dała mu tym samym znak, że ma usiąść spokojnie. Nie do końca dotarła do mnie ta cała afera. Potrząsnąłem głową ze zdziwienia i musiałem sobie to wszystko dokładnie przeanalizować. Nie znałem tego chłopaka obok, ale on właśnie stanął w mojej obronie. Nie wiedziałem nawet, jak się nazywa, jak ma na imię. Niczego o nim nie wiedziałem. Byłem mu jednak wdzięczy, że wstawił się za mną. Czułem, że moglibyśmy zostać dobrymi kolegami, ale z drugiej strony… Przypomniało mi się, jak mnie wczoraj potraktował. Byłem dla niego jak powietrze. Uświadomiłem sobie, że ta dzisiejsza sytuacja to pewnie tylko przyjacielska sprzeczka. Wczoraj przecież ci chłopacy mieli wspólne plany, dlaczego dziś mieliby się nie lubić. Ja czasami też kłóciłem się ze Stanem i rzucaliśmy do siebie takimi słowami, a za chwilkę wszystko było w porządku. Wbiłem wzrok w blat stołu, ale kątem oka zauważyłem, jak wychowawczyni posyła groźne spojrzenia tej dwójce. Zdziwiło mnie też, że w żaden sposób ich nie ukarała. W mojej poprzedniej szkole dostaliby uwagę, o ile nauczyciel nie zadzwoniłby do rodziców i nie poinformowałby o całym zajściu. W tej szkole było dziwnie. Każdy miał prawo robić co mu się żywnie podobało, nikt nie zwracał uwagi na zachowanie uczniów, nikt ich nie karał. Być może dlatego, że nauczyciele się bali. Rodzice w końcu płacili sporą sumę pieniędzy, żeby ich pociechy mogły się tutaj uczyć. W tamtym momencie zatęskniłem za Holmes Chapel, za dyscypliną i normalnymi dzieciakami, które nie widzą tylko i wyłącznie czubka własnego nosa. Poza tym, denerwowała mnie ta cała anonimowość. Tutaj nawet sprawdzanie obecności wyglądało inaczej, niż w normalnej placówce. Nauczyciel tylko odhaczał w notesie, czy jesteś, czy nie. Oni nas znali, wiedzieli, jak się nazywamy i na tej podstawie wpisywali nam O, jako obecność i N, jako nieobecność. Nigdy nie wyczytywano nikogo na głos, dlatego nie było niczym dziwnym to, że ja, jako nowy uczeń, nie znałem tutaj prawie nikogo. Wiedziałem, że jedna ruda dziewczyna ma na imię Lisa, chłopak z pierwszej ławki Kevin, a jego sąsiad Brian. Na tego blondyna, który zawsze wywoływał tyle śmiechu wołali Leprechaun[i], na jego krótko ściętego kolegę zwykli mówić po prostu Li, a na tego z ciemniejszą karnacją Bad Boy. Jeśli chodzi o znajomość mojej klasy, to by było na tyle. Wstyd się przyznać, ale nie miałem odwagi do nikogo z nich zagadać. Każdy krążył wśród swoich i nie sądziłem, że ktokolwiek chciałby przyjąć mnie pod swoje skrzydła. W sumie, chyba nawet mi na tym nie zależało. Chciałem skupić się na nauce, ale z drugiej strony w takiej atmosferze, jaka tutaj panowała było to naprawdę ciężkie zadanie. Upragniony dzwonek. Wyszedłem na przerwę i usiadłem na ławeczce pod kolejną salą. Czekała mnie matematyka, której szczerze nienawidziłem, bo po prostu jej nie umiałem. Nigdy nie wiedziałem jak to się działo, że kończyłem z czwórką na świadectwie z tego właśnie przedmiotu. Miałem miłą panią, która rozumiała, że jestem beznadziejny jeśli chodzi o liczenie. Wiedziała, że jestem umysłem humanistycznym i wybaczyła mi za każdym razem, gdy na boku sprawdzianu rysowałem słodkiego kotka z dymkiem nad głową o treści: „Jeśli się pani nie pogniewa, kotek chciałby chociaż te dwa na szynach”. Zawsze dostawałem minimum trzy. Raz nawet zostałem wysłany na konkurs matematyczny z geometrii, która była jedynym działem, który rozumiałem. Zająłem trzecie miejsce. Na trzy możliwe miejsca, rzecz jasna, ale i tak otrzymałem dyplom i kilka dodatkowych punktów, które będę liczył się przy wyborze studiów. Z zamyślenia wyrwał mnie dziewczęcy głos i poczułem, jak ławka ugina się pode mną.
- Cześć. To ty jesteś tym nowym, prawda? – zapytała dość pulchna dziewczyna, która przed sekundą usiadła koło mnie. – Jestem Elleni Mary-Anne Del-Rosa. – wyciągnęła do mnie dłoń. Chwyciłem ją i spojrzałem na nią zdziwiony. Zabrzmiała zupełnie jak Rose Dewitt Bukater z filmu pod tytułem „Titanic”, gdy przedstawiała się Jack’owi. – Ojej, mów mi po prostu El.
- Harry. Harry Styles. – przedstawiłem się grzecznie i posłałem dziewczynie uśmiech. Swoją drogą, ucieszyłem się, że ktoś w końcu zrobił pierwszy krok, którego ja nie potrafiłem wykonać. Elleni wyglądała na miłą osóbkę.
- Jestem w przeciwległej klasie, ale jestem szefową wolontariatu. Miałam znaleźć cię wczoraj, ale jakoś nie było okazji. Proszę. – powiedziała i podała mi kartkę z informacjami. – Tutaj masz terminy, numery sal oraz godziny naszych spotkań. Każde spotkanie to inna inicjatywa. Jeśli masz jakieś pomysły to chętnie ich wysłuchamy. W wolontariacie na chwilę obecną mamy dwudziestu dwóch uczniów. Na dole jest mój numer, jeśli miałbyś jakieś pytania to śmiało. Naszym nadzorcą jest pani Helga Tomson, dyrektorka.
- Strasznie szybko mówisz. – powiedziałem, a ona zaśmiała się dźwięcznie. – Dziękuję za obszerną informację, ale muszę to wszystko przetworzyć sobie na spokojnie. W razie co, znajdę cię lub po prostu zadzwonię. – uśmiechnąłem się do nowo poznanej koleżanki.
- Dobrze. Znajdziesz mnie bez problemu, mówią o mnie uszy, oczy i usta szkoły, więc… Uciekam, bo spóźnię się na biologię. Cześć, Harry! – rzuciła i pobiegła korytarzem przed siebie. Nie zdążyłem jej nawet odpowiedzieć. Pomachałem jej na pożegnanie, ale nie wiem, czy to zauważyła. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Drugi dzień szkoły wcale nie należał do najgorszych. Poznałem jedną osobę, która okazała się dla mnie miła i nie mierzyła mnie od góry do dołu, choć mogłaby to zrobić. Dzwonek dał o sobie znać tuż nad moją głową, więc mimochodem zasłoniłem uszy. Zawsze przerażał mnie ten dźwięk, zwłaszcza, gdy obwieszczał dopiero drugą lekcję. Stałem pół godziny przy tablicy, bo nauczyciel od matematyki chciał sprawdzić mój poziom, który akurat z tego przedmiotu był poniżej jakiejkolwiek krytyki. Na zmianę odsuwałem się i przysuwałem do tablicy, żeby dostrzec cokolwiek na jakimś kosmicznym rysunku przedstawiającym funkcję trójmianu kwadratowego. Nie, żeby mi to cokolwiek mówiło. Kilkakrotnie odwróciłem się z błagalnym wzrokiem w kierunku klasy, ale oni mieli mnie gdzieś. Dopiero wtedy zauważyłem, że nie było mojego kolegi z ławki. Nie zdążyłem w niej nawet usiąść, bo od razu zostałem poproszony na przód sali. Rozejrzałem się po wszystkich ławkach, ale rzeczywiście, nie było go. Nie było także tego blondwłosego chłopaka, który zazwyczaj był prowodyrem zamieszania w klasie. Zacząłem obliczać deltę, bo było to jedyną rzeczą, którą potrafiłem wykonać jeśli chodziło o to konkretne zadanie. Pech chciał, że wynik wyszedł mi ujemny, więc zmuszony byłem do poszukania innego sposobu, aby obliczyć zaznaczone na osi punkty. Wzdychałem z nadzieję, że nauczyciel w końcu mi odpuści, ale on był nieugięty. Dawał mi drobne podpowiedzi, co powinienem wykonać, ale niestety, nic mi to nie mówiło. Dla mnie to był stos jakiś śmiesznych kresek i fali, a on podawał mi konkretne, matematyczne terminy, o których nie miałem pojęcia. Nigdy nie uczyłem się definicji, bo nikt tego ode mnie nie wymagał i nikt tego nie egzekwował. Teraz miałem poważny problem, bo byłem o krok od otrzymania pierwszej jedynki w tym roku szkolnym. Na szczęście uratowało mnie wtargnięcie zaginionej dwójki, którą zainteresował się pan McGregor. Wyjąłem telefon i sprawdziłem kilka rzuconych przez niego haseł. Dziękowałem sobie, że wykupiłem pakiet internetowy. Byłem po części uratowany. Liczyłem zadanie, a nauczyciel dyskutował z chłopakami. Nie był zadowolony z tego, że przerwali mu lekcję.
- Panie McGregor, najmocniej przepraszamy za spóźnienie, ale jak pan widzi, byłem z kolegą u pielęgniarki. – nie odwróciłem się, wiedziałem, że te słowa wypowiedział blondyn. Doskonale wyczuwałem tę nutkę sarkazmu w jego głosie.
- Proszę zająć miejsca. – nakazał stanowczo. – Masz mi coś do powiedzenia? – dorzucił. Byłem pewny, że skierował te słowa do nieznajomego.
- Tak. Jestem sierotą i potykam się o własne nogi. I nie, nie zrobiłem tego specjalnie, jeśli o to panu chodzi. – odparł nieco smutnym tonem.
- Mam nadzieję. Ostatnio opuszczasz się w nauce. Jest dopiero połowa września, a ty sobie znikasz, masz kiepskie stopnie. Weź się w garść. – powiedział oschle i wrócił za swoje nauczycielskie biurko. Spojrzał na tablicę i na moje wypociny. Na szczęście pokiwał twierdząco głową. Uf, kamień spadł mi z serca. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że wyszedł mi poprawny wynik. Byłbym z siebie dumny, gdyby nie było mi szkoda mojego kolegi z ławki. Zabrzmiał tak przejmująco, nie pasowało to do jego tonu głosu. Zająłem miejsce obok niego, ale nie miałem odwagi na niego spojrzeć. Zacząłem przepisywać zadanie, ale pan McGregor jednym, zamaszystym ruchem zmazał mi całą tablicę. Ciekawe, jak miałem zdążyć nadrobić to, co sam musiałem przez tyle czasu obliczać. Westchnąłem głęboko i wyprostowałem się na krześle. W takiej pozycji miałem idealny widok na całą klasę i wszystkich uczniów. Czasami zastanawiałem się, za jakie grzechu tu trafiłem. Przód zajęty był przez kujonów, którzy nie spuszczali wzroku z nauczyciela i tablicy, cały rząd od strony okna zajmował się wszystkim, tylko nie lekcją, a rząd od ściany zawsze świetnie się bawił. I byliśmy jeszcze my, rząd środkowy, trzy ostatnie ławki. Leprechaun z Li, za nim Bad Boy z jakimś chłopakiem, ja i ten nieznajomy, który mimo wszystko był mi najbliższą osobą w tej klasie. Pokiwałem z dezaprobatą głową. W głębi duszy nie chciałem chodzić do tej szkoły. Moi rodzice wybrali ją ze względu na swoich znajomych, których dzieci ukończyły właśnie to liceum i dostały się na prestiżowe studia. Nie chciałem takiej przyszłości. Chciałem iść na najzwyklejszy w świecie uniwersytet, gdzie studiowaliby normalni ludzie, nie tacy, jak ci z liceum. Zawsze myślałem nad prawem lub filologią i na chwilę obecną chyba bardziej skłoniłbym się ku filologii. Podskoczyłem w miejscu, gdy usłyszałem dzwonek. Spakowałem swoje rzeczy i wyszedłem na ruchliwy już korytarz. Po drodze minęła mnie nasza klasowa banda. Li szedł z ręką zawieszoną na szyi niebieskookiego, za nimi z nogi na nogę szedł Bad Boy i na samym końcu, w podskokach blondyn, nucąc pod nosem: „W końcu jedzenie, jedzenie, jedzenie!”. Zacząłem im zazdrościć tego, że mają siebie. Wyglądali na zgranych kolegów. Cóż, znali się o rok dłużej. Zatęskniłem za Stanem i za naszymi wędrówkami szkolnymi korytarzami. Usiadłem pod kolejną salą i wystukałem do niego wiadomość tekstową: „Cześć Stan! Jak u Ciebie? Masz czas spotkać się jakoś niebawem?”. Nie czekałem długo na odpowiedź, Stan potrafił pisać bardzo szybko. Mi napisanie wiadomości zajmowało trochę czasu. Nie byłem przyzwyczajony do tych nowoczesnych, dotykowych telefonów. Wolałem swoją starą Nokie, ale niestety pech chciał, że nie wytrzymała z racji wieku. Otworzyłem sms’a; „Hej Harry! Wybacz, jestem uziemiony. Ta szkoła mnie chyba wykończy – tyle nauki! Odezwę się do Ciebie, gdy będę miał chwilkę. Mam nadzieję, że u Ciebie okej i jakoś radzisz sobie w nowym otoczeniu. Pozdrawiam!”. Cały Stan, czego mogłem się po nim spodziewać… Wszedłem do sali chemicznej i zająłem puste miejsce w ostatniej ławce. Kilka osób pchało się przy wejściu i dwójka uczniów z impetem wylądowała wprost na ustawionych na stole probówkach z różnymi płynami. Nie zdziwiłem się, gdy zobaczyłem, że wpadł w nie właśnie mój kolega z ławki. Naprawdę był niezdarny albo po prostu miał pecha, że znalazł się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Cała trójka, znanych mi już chłopaków, wybuchnęła gromkim śmiechem jednak tym razem nikt im nie zawtórował.
- Co się tu dzieje, do jasnej Anielki! – krzyknęła nauczycielka od chemii, a wszyscy, którzy zajęli już miejsca, momentalnie wstali z krzeseł i stanęli dosłownie na baczność. – Znów ty. Kogo mogłam się spodziewać.
- Ale przecież… No to nie jest… - nie zdążył dokończyć. Pani Fields, z tego co zdążyłem przeczytać na planie, wzięła go pod ramie i wyprowadziła z sali, gdzie odbyli poważną rozmowę. Udało mi się wychwycić tylko, że jeśli nie przestanie rozrabiać i nie weźmie się w garść, najzwyczajniej w świecie zostanie wydalony ze szkoły. Nie brzmiało to bynajmniej jak pouczenie, raczej jak groźba. Bad Boy zwijał się ze śmiechu ławkę przede mną, a dwójka jego znajomych ławkę wcześniej. Zacząłem zastanawiać się, jak można nabijać się z nieszczęścia przyjaciela, ale jak widać, można. Chemii praktycznie nie było, bo pani cały czas rozmawiała z nieznajomym, a gdy zadzwonił dzwonek każdy rozszedł się w swoim kierunku. Dla mnie na dzisiaj był to koniec zajęć z racji tego, że nie chodziłem na wychowanie fizyczne, więc minęły mnie trzy kolejne godziny lekcyjne. Przy wyjściu spotkałem Elleni, której rzuciłem krótkie: „cześć” i wyszedłem na zewnątrz. Odetchnąłem głęboko świeżym powietrzem. Ten wrzesień był wyjątkowo słoneczny i przyjemny. Droga do domu zajęła mi sporo czasu, bo często przystawałem i obserwowałem różne rzeczy. Zaczepiłem nawet naszą sąsiadkę i pomogłem jej odnieść do domu zakupy. Była starszą, miłą kobietą i zawsze lubiłem z nią pogawędzić. Miała mi tyle do opowiedzenia. Często poruszała dawne kwestie, które w dzisiejszym świecie nie miały już racji bytu, ale przyjemnie się tego słuchało. Kiedyś, pomimo kompletnie odmiennego życia, ludzie mieli ciekawiej, aczkolwiek o wiele ciężej. Teraz, w dobie internetu, wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Prosto, łatwo i przyjemnie. Nie trzeba o nic starać. Wszedłem do domu i od razu usłyszałem: „Obiad na stole!”. Mama była niezastąpiona, zawsze wiedziała, czego mi trzeba. Potruchtałem grzecznie do kuchni i zjadłem to, co przygotowała. Pomogłem jej pozmywać i zamierzałem zabrać się za nadrabianie pracy domowej, ale przypomniałem sobie o blogu. Wziąłem laptopa z biurka i położyłem się na łóżko. Chwilę zajęło, zanim się włączył. Kliknąłem dwukrotnie na ikonkę Firefoxa[ii] i wystukałem właściwy adres. I oto on. Zacząłem czytać kolejne posty.


POZOSTAĆ SILNYM…

8.11.2010r.
Znów musiałem pokusić się o krótką przerwę. Nie mam już na nic siły, nie mam już na nic ochoty, Drogi Czytelniku. Odwaga polega na tym, aby trwać, nawet wtedy, gdy ludzie rzucają ci kłody pod nogi. Jest poniedziałek. Kolejny, przeklęty poniedziałek. Kolejny dzień, którego nienawidzę. Nienawidzę siebie za to, kim się stałem. Niegdyś byłem pogodnym chłopakiem, żartownisiem, który rozbawiał całe towarzystwo. Staje się wrakiem samego siebie, ale co Cię to obchodzi, prawda? Ty tylko czytasz te koślawe litery i myślisz sobie: „Debil. Niech weźmie się w garść”. Uwierz, staram się. Przymykam oczy na to, co mnie spotyka. Chcę wierzyć, że tak po prostu musi być. Każdy niesie swój krzyż, każdy ma jakąś misję. Być może właśnie spełniam swoją, cierpiąc za wielu.
Nic. Istniałem.


11.11.2010r.
Urodziny miesiąca, yeah! Wybacz, Czytelniku. Staram się odnaleźć radość w małych rzeczach, ale wychodzi mi to strasznie nieudolnie. Wczorajszy dzień był przyjemny. Przyjechał do mnie „kolega” z dawnej szkoły. Pokręciliśmy się po mieście, poszliśmy na wspólny obiad, a wieczorem wyszliśmy na spacer z moim psem. Ludzie mierzyli nas wzrokiem, dogłębnie analizowali. „Idioci”, rzucali, gdy tylko ich mijaliśmy. Niecodziennie mieli okazję obserwować parę. Tęskniłem za nim. On tęsknił za mną. Dzieliły na spore kilometry, więc nie miało to racji bytu, ale miło było przypomnieć sobie o tym, co było kiedyś. Do czasu. Plac, ludzie ze szkoły, uczniowie z mojej klasy… Dzisiaj nie było już tak miło, wręcz przeciwnie, było fatalnie. M., H., i P. przypięli do mnie wiele łatek, między innymi: gej, pedał, pederasta, ciota, cwel i wiele, wiele innych. I od tego się zaczęło. Nic tak nie wyprowadziło ich z równowagi, jak fakt, że byłem w ich oczach kimś, kto nie zasługiwał na życie… skutecznie mi to uświadomili. Czytelniku, nie mam siły o tym pisać. Nie dziś. To boli…
R→

„Dlaczego?”, zadałem pytanie sam sobie. Dlaczego ludzie w XXI wieku nie są tolerancyjni, dlaczego nie rozumieją albo inaczej, dlaczego nie chcą nawet zrozumieć? Inność od zawsze rodziła tylko i wyłącznie złość. Wiedziałem o tym, ale nie mogłem tego zaakceptować. To dziwne, ale tak, chciałem zbawić świat, choć wiedziałem, że to niewykonalne. Przejmowałem się losem tego chłopaka coraz bardziej. Zależało mi, choć go nie znałem. Choć byłem tylko i wyłącznie anonimowym Czytelnikiem.


12.11.2010r.
Tego dnia nastąpił przełom. Przełom we mnie. Od samego rana nie dawali mi spokoju, a inni udawali, że nic się nie dzieje i choć korytarz był pełen ludzi, nikt nie wyciągnął do mnie pomocnej dłoni. M. przyparł mnie do szkolnej szafki i niemalże trzymał mnie w powietrzu, świdrując mnie swoimi oczyma. Jeden z jego przyjaciół, H., stał tuż koło niego i wertował kartki wypożyczonej z biblioteki Biblii.
- Księga Kapłańska 18,22: „Nie będziesz obcował z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą. To jest obrzydliwość!”- rzucił w moim kierunku H.
-Księga Kapłańska 20,13: “Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, sami tę śmierć na siebie ściągnęli”. - tym razem odezwał się M. Cytowali na zmianę fragmenty Biblii.
- List do Rzymian 1,7: “Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie”.
- Ewangelia według św. Łukasza 17,1-2: “Rzekł znowu do swoich uczniów: Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. (2) Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał być powodem grzechu jednego z tych małych”.
- Słyszałeś dokładnie drugi cytat? – dorzucił trzeci z nich. Nawet nie zauważyłem, kiedy się pojawił. – Umrzesz. I co więcej. Sam tego chcesz, prawda? – powiedział i pomachał mi scyzorykiem koło policzka. Delikatnie wbił mi ostrze w ramie. Bolało jak cholera. Starałem się im wyrwać, ale byłem jeden, a ich trzech. Sprawiedliwa walka, Drogi Czytelniku. W końcu cisnęli mną o szafkę. Uderzyłem w nią z całych sił głową. Zakręciło mi się. Mogłem policzyć gwiazdki przed oczyma. Odeszli, śmiejąc się i rzucając obelgi pod moim adresem. Byłem inny, byłem zły, byłem niegodny tego, by żyć… I rzeczywiście. Teraz chciałem umrzeć.
A→

13.11.2010r.
Umierałem powoli. Zamknąłem się rano w swoim pokoju i do teraz w nim siedzę. Nie widzę w niczym sensu. Wszyscy mnie nienawidzą. Ja siebie też nienawidzę. Wiesz, jak bolą podcięte żyły, Drogi Czytelniku? Nie wiesz, bo nigdy tego nie próbowałeś. Czujesz niesłychany ból i niesłychaną ulgę zarazem. Spróbuj, chce wiedzieć, że ktoś cierpi tak samo, jak ja. Siedzisz przed ekranem komputera i chcesz to zrobić, wiem o tym. Żyletka. Na pewno masz ją gdzieś w zasięgu ręki. Jeden ruch. Głęboki lub płytki. Wzdłuż lub w poprzek. Poczujesz ulgę, zaufaj mi.


Gwałtownie wstałem i potrząsnąłem z niedowierzaniem głową. Co on ze sobą robił? Krzywdził się, bo ktoś zarzucił mu, że jest inny. Zdałem sobie w stu procentach sprawę z tego, jak okropni są ludzie i do czego są w stanie popchnąć człowieka. Z pogodnego chłopaka stał się wrakiem. Myślał, że nic nie znaczy, a w rezultacie znaczył tak wiele. Stał się dla mnie swojego rodzaju autorytetem. Jego odwaga, żeby codziennie rano wstawiać się w szkole. Jego determinacja, żeby to przetrwać. Był cholernie silny, choć kompletnie tego nieświadomy. Chciałem powiedzieć mu, że jest wyjątkowy. Nie mogłem. Ten świat to przecież fikcja. Mogłem tylko łączyć się z nim w bólu i sam nie wiem, dlaczego wyjąłem z szuflady swój mały scyzoryk i przeciąłem skórę na swoim ramieniu. Rzeczywiście bolało, ale było w tym coś uwalniającego. Tak, poczułem się wolny. Tego właśnie chciałem, by nic mnie nie ograniczało, by nikt nie dyktował mi swoich zasad, by nikt nie wmawiał mi, że nie zasługuje na to, kim jestem. Rozumiałem go. Przed chwile nawet nim byłem…


14.11.2010r.
Choć boli Cię rozcięta skóra, uwierz, przejdzie. Poczułeś się jak ja i dziękuję Ci za to. Mam w Tobie swojego rodzaju wsparcie. Być może minę Cię jutro na ulicy, przejdę koło Ciebie, stanę na tym samym korytarzu, co Ty. Może będę przez chwilę w Twoim pobliżu. Dziś się nie boję, wiem, że mam Ciebie. Jutro wejdę w szkolne mury z podniesioną głową. Wygrałem walkę z samym sobą. Jest jeden do zera. Hip, hip, hura!



WOLONTARIAT – CZAS, START…

Nienawidziłem swojego budzika. Ten przeklęty dźwięk, ta przeklęta melodyjka. Gdyby nie fakt, że dochodziła z mojego telefonu komórkowego, którego, mimo wszystko, było mi szkoda, już dawno rozwaliłbym go o ścianę. Obudziłem się zły. Cała ta sytuacja, o której wczoraj czytałem kompletnie wyprowadziła mnie z równowagi. Naprawdę byłem naiwniakiem, który wierzył, że zbawi świat. Chciałem być drugim Jezusem i to był mój największy błąd. Nadmierna uczuciowość i przewrażliwienie. Mnie mogła dziać się krzywda, ale nie komuś innemu. Dlatego szlag mnie trafiał, bo chciałem pomóc temu chłopakowi, ale nie wiedziałem, jak mógłbym to zrobić. Chciałem do niego dotrzeć, ale miałem tylko adres jego bloga. Z bólem serca musiałem przyznać przed samym sobą, że byłem kolejnym, anonimowym czytelnikiem, który mógł tylko obserwować litery przesuwające się po ekranie monitora. Zawsze mogłem uciec, ale nie chciałem go zostawić. Nie tak, a już na pewno nie teraz. Wrzuciłem do torby dwa zeszyty, gdyż byłem zwolniony z reszty zajęć ze względu na udział w szkolnym wolontariacie. Ubrałem pierwsze lepsze ciuchy, które wpadły mi w rękę i poszedłem pożegnać się z rodzicami. Tata zaoferował mi podwózkę, ale grzecznie odmówiłem. Chciałem przemyśleć kilka kwestii. Wyszedłem z domu i pech chciał, że znów przypomniało mi się, że nie odrobiłem zadania. Miałem to szczęście, że mogłem unikać dzisiaj pani Adams, a zadanie oddać przy najbliższej okazji, choć i tak wiedziałem, że nie zrobię go wcześniej, niż przeczytam całego bloga. To był dla mnie główny priorytet. Mijałem masę ludzi na ulicy i dziwnym trafem obserwowałem każdego, kto przeszedł koło mnie. Wiele pytań cisnęło mi się do głowy: czy ten ktoś jest szczęśliwy? Czy nikt go nie krzywdzi? Czy ma problemy? Stanąłem niemalże na środku chodnika, potrząsnąłem głową i odetchnąłem głęboko. „Wyluzuj”, nakazałem sam sobie. Nie mogłem przejmować się aż do tego stopnia, bo to stawało się bolesne. Świat liczy wiele milionów ludzi, sam dokładnie nie wiedziałem ile, bo nigdy nie byłem dobry z geografii i nie interesowała mnie liczba populacji, więc musiałem odpuścić, czy tego chciałem, czy nie. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że idę teraz do szkoły, a ktoś w innym miejscu, w innym mieście, kraju, na innym kontynencie właśnie umiera. Nie miałem na to wpływu, choć podświadomie chciałem. Ktoś powinien solidnie walnąć mnie w głowę i ustawić na właściwych torach, bo przez takie myślenie gubiłem sam siebie. W końcu doszedłem do szkoły i tym razem to ja wbiegłem do sali jako ostatni. Uf, ważne, że w ogóle zdążyłem na pierwszą lekcję. Wszyscy spojrzeli na mnie podejrzliwym wzrokiem, jakby pytali samych siebie, co się stało, że dopiero teraz dotarłem we właściwe miejsce. Zająłem pustą ławkę. Mój kolega najwyraźniej już w pierwszych dniach szkoły lubił wziąć sobie wolne. Trochę żałowałem, bo mimo wszystko chyba go lubiłem. To śmieszne, bo nie wiedziałem nawet, jak ma na imię. Biologia minęła niesłychanie szybko, co bardzo mnie cieszyło, bo kompletnie nie interesowało mnie życie pantofelka i nie chciałem zagłębiać się w coś tak bezsensownego. Kolejna była matematyka, więc przyszło mi tylko przełknąć głośno ślinę i modlić się, żebym po raz kolejny nie wylądował pod ciemnozieloną tablicą. Miałem szczęście, dzisiaj męczono Lisę. O mały włos, a pisalibyśmy kartkówkę, bo nie wychodził jej poprawny wynik. W końcu jeden z kujonów uratował życie ogółu i podszedł za nią do tablicy. Uzyskał poprawną odpowiedź po niespełna kilku minutach, ja nadal męczyłem się nad pierwszym równaniem. Właśnie w takich momentach uświadamiałem sobie, jak bardzo jestem beznadziejny, jeśli chodzi o przedmioty ścisłe.
- Panie McGregor. – usłyszałem i spojrzałem w stronę drzwi. To była Elleni. – Muszę porwać panu Harrego. Tak, wiem, wiem. Pewnie jest pochłonięty liczeniem zadania, ale zaczynamy dziś nieco wcześniej.
- Dobrze, El. Harry, uciekaj, póki się nie rozmyślę. – nie wahałem się ani minuty. Zabrałem wszystko ze stołu i niemalże wybiegłem z klasy.
- Uratowałaś mi życie! – z radości objąłem ją ramieniem. Nie spodziewałem się po sobie takiej reakcji, przecież prawie jej nie znałem. – Nienawidzę matematyki… - w odpowiedzi uśmiechnęła się do mnie pogodnie. Niemalże wepchnęła mnie do auli 106 i moim oczom ukazały się sterty pluszaków. Kilku chłopaków siedziało i dmuchało kolorowe balony. Reszta pochłonięta była pakowaniem wszystkiego do różnobarwnych toreb.
- Ekhem! – odchrząknęła do mikrofonu. – To jest Harry. Jest nowy, ale liczę na to, że przyjmiecie go wszyscy z otwartymi ramionami. Jeśli nie, będziecie mieli ze mną do czynienia! – podeszła do mnie. – Idź do ostatniego stolika do Lou i Cherry. Będziesz pomagał im z pakowaniem. – ruszyłem pewnym krokiem przed siebie i nawet nie wiecie, jaką miałem beznadziejnie głupią minę, gdy zobaczyłem mojego kolegę z ławki. To tu podziewał się od rana, a ja już wysunąłem pochopne wnioski, że nie zależy mu na szkole i nauce. Usiadłem koło nich i bez słowa ich obserwowałem. Nie chciałem przerywać im rozmowy, nie lubiłem nikomu wchodzić w słowo, zresztą, to było bardzo niegrzeczne, a mnie rodzice wychowali dobrze. Patrzyłem kolejno na to, co robią, żeby bez wahania móc wziąć się do pracy.
- Idziemy dzisiaj do szpitala, to zaledwie ulicę dalej. – odezwała się do mnie Cherry. – Pójdziesz z Lou na oddział onkologiczny, więc radzę, żebyś już oswajał się z tą myślą.
- Oj… - nie odpowiedziałem zbyt inteligentnie. – To nie będzie takie proste.
- Kwestia przyzwyczajenia. – odparł mój kolega z ławki. – To ciężkie, ale da się przeżyć. Przynajmniej uświadomisz sobie, jakim jesteś cholernym szczęściarzem. – uśmiechnął się do mnie po raz pierwszy, od kiedy się poznaliśmy.
- Musisz mieć na niego oko, Harry. – odezwała się Cherry i poklepała Lou po ramieniu. – On jak tam wejdzie, to nie da się go stamtąd wyciągnąć.
Przez godzinę zajmowaliśmy się pakowaniem zabawek do kolorowych toreb. Sporo przy tym rozmawialiśmy, choć mój nowo poznany kolega nie był zbyt wylewny. Często się uśmiechał, przytakiwał i solidnie przykładał się do tego, co robił. Wydawał się wręcz perfekcjonistą, więc zdziwił mnie fakt, że opuszczał lekcje, spóźniał się na nie i rzadko był przygotowany. Nie chciałem jednak wnikać w szczegóły. Znałem go niespełna kilkadziesiąt minut, więc nie chciałem wyciągać pochopnych wniosków. W każdym razie był sympatyczny. Może nie bezpośrednio w kontaktach ze mną, ale był na swój sposób czarujący. Cherry wydawała się być nim wręcz zachwycona, a on non stop posyłał jej uśmiechy i zabawiał coraz to nowszymi żartami. Elleni przygotowała wszystkich do wyjścia i dała konkretne wskazówki, jak mamy postępować. Ja wraz z Lou i jeszcze dwójką innych, starszych od nas, uczniów udaliśmy się do szpitala, który rzeczywiście ulokowany był blisko szkoły. Wstyd się przyznać, ale nie miałem o nim pojęcia. Ostatni raz byłem w takim miejscu wtedy, gdy złamałem nogę, a pójście na oddział i to na dodatek onkologiczny, paraliżowało mnie. Wiedziałem, z czym to się wiąże. Zdawałem sobie sprawę, kogo tam spotkam i byłem pewny, że psychicznie temu nie podołam. Momentalnie uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem słaby i jak bardzo nie radzę sobie z własnym emocjami. Nawet nie zdążyliśmy dotrzeć na miejsce, a ja już zaczynałem się rozklejać. Przystanąłem przed wejściem i wziąłem kilka głębokich oddechów. Mój towarzysz zauważył mój fatalny nastrój, więc w ramach wsparcia poklepał mnie po ramieniu i delikatnie pchnął do przodu. Zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo jest spostrzegawczy i dziękowałem mu za to, że to zrobił. W innym wypadku na pewno nie przekroczyłbym progu szpitala. Szedłem korytarzem jak na skazanie, a przed moimi oczyma od razu stanęła scena z „Zielonej mili”, podczas której prowadzili więźnia na śmierć. Nie chciałem iść dalej, ale wiedziałem, że jeśli już powiedziałem „hip”, muszę powiedzieć też „hop”, choć nie przyjdzie mi to z pewnością łatwo. Lou stanął pod drzwiami oznaczonymi numerem 13. „Lepiej się nie dało”, pomyślałem w duchu, ale nie podzieliłem się swoimi spostrzeżeniami z niebieskookim chłopakiem. Bałem się, jak odbierze to, że się waham.
- Chcesz zostać na zewnątrz? – zapytał po chwili milczenia. – Nikt nie może zmusić cię do tego, żebyś zrobił coś przeciwko sobie, Harry. Jeśli wiesz, że nie dasz rady, nic na siłę. – uśmiechnął się. Pokiwałem twierdząco głową i usiadłem na krześle naprzeciwko drzwi. Przejrzał mnie na wylot, wiedział, że nie dam rady. To miejsce nie wpływało na mnie dobrze, źle się tutaj czułem i chciałem jak najszybciej stamtąd wyjść. Tak po prostu, wstać i pójść do domu. Wiedziałem, że to może czekać każdego z nas. Mnie lub kogoś z mojej rodziny, ale niestety, nie byłem w stanie uodpornić się na cierpienie i gdy tylko mogłem, unikałem go, bo wiedziałem, że sobie z nim nie poradzę. W szczególności, gdy bezpośrednio nie dotyczyło to mojej osoby. Byłem przewrażliwiony i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Wdech, wydech. Nie byłem w stanie uspokoić swoich rozbieganych myśli i szybko bijącego serca. Niecierpliwie spoglądałem na wskazówki zegara, które przesuwały się niemiłosiernie wolno. W zasadzie miałem wrażenie, że czas stanął w miejscu. Zacząłem chodzić korytarzem w tą i z powrotem, żeby się czymś zająć, ale niestety, nie pomogło mi to w niczym. Im dłużej przebywałem w tym miejscu, tym ciężej robiło mi się na duszy. Na dodatek uświadomiłem sobie, że jestem tchórze, który ucieka, bo się boi, bo nie chce poczuć się gorzej, niż już się czuje. Przez myśl przemknął mi blog tego chłopaka. On też cierpiał, jemu też było źle, jemu też nie byłem w stanie pomóc, tak samo, jak teraz nie mogłem pomóc mojemu klasowemu koledze, którzy za drzwiami trzynastki sam walczył z tym, co zastał. Bezwładnie osunąłem się po ścianie i usiadłem na zimnej podłodze. Oparłem głowę zimne, szpitalne mury, a łzy same zaczęły cieknąć mi po policzkach. Tak, byłem niesłychanie wrażliwym człowiekiem i wszystko, dosłownie wszystko potrafiło doprowadzić mnie do płaczu. Najczęściej jednak płakałem z bezsilności. Modliłem się, żeby ten dzień dobiegł już końca. Drzwi sali uchyliły się i zobaczyłem mojego znajomego.
- Pokaż misia wujkowi Harremu. – powiedział i popchnął kilkuletnią dziewczynkę w moim kierunku. Wesoło podbiegła do mnie i od razu usadowiła się wygodnie na moich kolanach. Spoglądałem to na nią, to na niego i kompletnie nie wiedziałem, jak mam się zachować. Chciałem ją przytulić, ale wiedziałem, że jeśli to zrobię, momentalnie się do niej przyzwyczaję, co w moim przypadku nie było dobrym rozwiązaniem. Nie mogłem jej też od tak po prostu odrzucić. Miała śliczne, zielone oczy, niemalże identyczne, jak moje z tym małym wyjątkiem, że moje nie były tak przemęczone i zamglone, jak jej. Krótko ścięte włosy delikatnie zawijały się na końcach i okalały jej wychudzoną twarz. Gdyby zobaczyła nas moja mama od razu powiedziałaby, że ta dziewczynka bez wahania mogłaby być moją córką. Wizualnie była podobna do mnie i być może dlatego Lou wybrał właśnie ją. Nie do końca rozumiałem, co miało to na celu, bo nie poczułem się bynajmniej lepiej. Trzymałem ją na kolanach i nie miałem pojęcia, co powinienem zrobić. Chciałem się do niej odezwać, ale miałem ściśnięte gardło. Poza tym, nie wiedziałem, co mógłbym powiedzieć małej, chorej na raka dziewczynce. „Będzie dobrze”, byłoby zdecydowanie zbyt pretensjonalne. Mój kolega z ławki usiadł tuż koło mnie i zaczął bawić się z lokowaną szatynką. Obserwowałem go ze zdziwieniem. Wszystko przychodziło mu z niebywałą łatwością.
- One nie są z porcelany, nie jesteś w stanie skrzywdzić ich tak łatwo. – odezwał się i spojrzał na mnie. – Mam na myśli dzieci, rzecz jasna. Nie odezwałeś się, bo nie wiedziałeś, czy nie powiesz czegoś niestosownego. Laura ma trzy latka i choruje na białaczkę. – przybił z małą piątkę. – Mógłbyś powiedzieć jej coś gorszego, niż to, co już usłyszała? – nie wiedziałem, co odpowiedzieć, ale w myślach przypisałem mu kolejny punkt w kategorii „spostrzegawczość”.
- Ona wie? – zadałem to pytanie i momentalnie ugryzłem się w język.
- Oczywiście, Harry. Tutaj każdy to wie, tutaj nie da się ukrywać prawdy. Ty nie chciałbyś wiedzieć? Ja bym wolał. Przynajmniej wiedziałbym, żeby korzystać z życia, bo jutra mogłoby nie być. – rozgryzł mnie. Miałem wrażenie, że zna mnie lepiej, niż ja sam. – Chodź, Laura. Idziemy do pokoju. Musimy z Harry wracać do siebie. – mała dziewczynka pomachała mi nad odchodne, a ja wysiliłem się na uśmiech w jej kierunku, choć z pewnością wyszło mi to strasznie nieudolnie. Nie minęło kilka chwil, a Lou z powrotem pojawił się na korytarzu. Podał mi rękę i pomógł mi wstać. Otrzepał mi brudną koszulkę i podał kubek zimnej wody. Dziękowałem mu za to, że rozumie mnie bez słów. Od dawna brakowało mi kogoś takiego, do kogo nie musiałbym się odzywać, a ten ktoś doskonale wiedziałby, co ma robić. Gdybym nie znał go zaledwie kilka dni, z pewnością nazwałbym go moim najlepszym przyjacielem, chociaż żaden z nas nie zrobił kroku w kierunku bliższego poznania. Nauczyłem się nie ufać ludziom, on najwyraźniej wychodził z tego samego założenia. Mimo wszystko, nie chciałem tak łatwo odpuszczać, bo w przeciągu tej chwili w szpitalu stał się dla mnie kimś ważnym. Kimś, kto naprawdę mnie rozumiał. Miałem Stana, owszem, ale on nie miał dla mnie wystarczająco dużo czasu. Brzmi to egoistycznie, ale potrzebowałem kogoś na tu i na teraz.
A on był idealnym kandydatem. Nie, żebym przeprowadzał jakiekolwiek castingi na przyjaciela. On po prostu z marszu mnie wyczuł i byłem niemalże pewny, że wielu rzeczy nawet nie musiałbym mu tłumaczyć.


BÓL…

19.11.2010r.
Wiesz, jak to jest, gdy żyjesz za karę, Drogi Czytelniku? Domyślam się, że mimo wszystko nie wiesz… Wstajesz rano, wychodzisz z domu, przechodzisz piekło, wracasz, siadasz w pustym pokoju, nie masz nawet do kogo się odezwać. Nikt Cię nie rozumie. Masz wrażenie, że jesteś powietrzem. Uświadamiasz sobie, że powinno Cię tutaj nie być i zaczynasz do tego dążyć. Unicestwienie samego siebie jest trudne i bolesne. Zwłaszcza, gdy w głębi duszy jednak chcesz żyć…


30.11.2010r.
Była sobie kiedyś szczęśliwa osoba. Miała idealne dzieciństwo i kochających rodziców. Codziennie spędzała beztrosko czas, bawiąc się z innymi dziećmi na podwórku. Miała wielu przyjaciół i każdy ją lubił. W końcu ta szczęśliwa osoba dorosła i przestała być szczęśliwa. Zaczęła wkraczać w nastoletnie życie, pełne komplikacji. I przestała być lubiana. Wszyscy się od niej odwrócili, bo odkryli, że jest inna. I pomyśleć, że byłem to ja… Nikt nie wie, jak boli wytykanie palcami. Nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bolą cielesne katusze. Nikt nie jest świadomy tego, jak bardzo boli psychiczne znęcanie się nad kimś. Nikt nie wie, jak to jest być w mojej skórze. Obrywałem każdego dnia, za to, że śmiałem egzystować. To wszystko początkowo było niewinne. Lekkie zaczepki, takie, jakie mają miejsce nawet wśród przyjaciół, ale później przestało być kolorowo. Ciężko mi o tym opowiadać. Nawet tutaj, gdzie nikt mnie nie zna. Nawet tutaj, gdzie sam jestem anonimowy. To boli, tak cholernie boli!
„I died in my dreams , what’s that supposed to mean?”[iii].
V→

13.12.2010r.
Potrzebuję odpoczynku. Nie wiem, czy jeszcze tutaj wrócę. To boli…


Kimkolwiek był – cierpiał, a ja byłem tego świadkiem. Ciężko czytało mi się jego wpisy, które, pomimo tego, że nie były uściślone, dawały wiele do myślenia. Zabrzmi to śmiesznie, ale czułem ciężar tego, co przeżywa na własnej skórze i chciałem się z tego wyrwać, bo zaczynałem mieć przez to spore problemy z samym sobą. Widziałem, jak zamykam się na innych. Rodzicom coraz trudniej było do mnie dotrzeć, nawet moja siostra zauważyła, że coś jest ze mną nie w porządku. Musiałem zrobić sobie dzień wolny od szkoły. Każdy pewnie pomyślał, że musiałem odreagować pierwszy dzień wolontariatu, ale prawda była taka, że przechodziłem właśnie etap walki z samym sobą. Mieszało mi się w głowie i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Moje dni stawały się monotonne, a ja zaczynałem uzależniać się od bloga. Nigdy wcześniej nie spędzałem czasu przed komputerem, wchodziłem sporadycznie, żeby sprawdzić pocztę lub ewentualnie zamówić coś z internetu. Nie spodziewałem się po sobie, że będę w stanie wciągnąć się w coś takiego.


24.12.2010r.
Przeklęte święta, Drogi Czytelniku. Tego dnia przypadają moje urodziny, choć chciałbym o nich zapomnieć. Nienawidzę ludzi, którzy silą się na uprzejmości pod moim adresem, żeby sprawić mi przyjemność, choć na co dzień i tak mają mnie głęboko w dupie. Obłuda. Nie cierpię świąt, nie cierpię grudnia. Nigdy nie przyniósł mi niczego dobrego. Dziękowałem jednak za kilka dni wolnego od szkoły. Cieszyłem się, że nie będę musiał przez najbliższy czas oglądać tych, którzy najchętniej wbiliby mi nóż w plecy. Niejednokrotnie było blisko i nawet żałowałem, że tak się nie stało. Wolałem to jedno pchnięcie, gdziekolwiek miałoby paść, niż to, co przeżywałem każdego dnia. Zaczynało się zazwyczaj od głupiego zamknięcia szkolnych drzwi. Później niewinne przepychanki na korytarzu, które jeszcze byłbym w stanie znieść. Kończyło się na popisanej szafce, na której lądowały wszystkie możliwe synonimy słowa „homoseksualista”. Przeżyłbym to, gdyby na tym sprawa się kończyła. H. był najgorszy i on, jako jedyny z całej bandy, nie bał się posunąć się do przemocy. Miał pod sobą dwójkę znajomych, którzy skakali wokół niego jak wytresowane pieski i wykonywali każde jego rozkazy. Pewnie myślisz, Drogi Czytelniku, że wszystko ucichło po incydencie z Biblią. Jesteś w wielkim błędzie. To zajście ściągnęło na mnie lawinę nieszczęść. M. i P. biegali za mną, wytykając mnie palcami, obrażając mnie i wyzywając od najgorszych. Co więcej, mieli poparcie niemalże całej klasy. Nauczyciele nie zwracali na to uwagi, mieli to w głębokim poważaniu. Poza tym, byłem jedynym uczniem, jakiego to spotykało, więc pewnie uznali, że sam jestem sobie winny i nie warto nawet interweniować. Z dnia na dzień bywało gorzej.
- Bitwy na jedzenie w stołówce, które zazwyczaj kończyły się na mnie.
- Lekcje wychowania fizycznego, które kończyłem, siedząc poobijany na ławce rezerwowych.
- Każde inne lekcje, na których musiałem wysłuchiwać ciągłych obelg pod swoim adresem.
- Liściki z pogróżkami, które non stop otrzymywałem i które doprowadziły mnie do tego, że bałem się wracać spokojnie do domu.
- Wymachiwanie Biblią przed samym nosem i nakłanianie mnie w nieludzkie sposoby do tego, abym zawrócił na właściwą drogę.
- Popychanie, szarpanie, opluwanie, moczenie głowy w szkolnych toaletach, bicie.
- Psychiczne znęcanie się nade mną i zmuszanie mnie do rzeczy, na które najzwyczajniej w świecie nie miałem ochoty.
Tak z grubsza prezentowała się lista tego, z czym miałem na co dzień do czynienia. Nie wspominając już o tym, co robiłem sobie sam, w zaciszu własnego pokoju. Okaleczanie własnego ciała stało się już dla mnie swoistego rodzaju rytuałem, po którym czułem się, przez ułamek sekundy, nieco lepiej. Później wszystko do mnie wracało i zaczynało boleć podwójnie. Przyzwyczaiłem się do widoku krwi na moim ciele do tego stopnia, że gdy jej nie widziałem, pragnąłem jej. Szczerze mówiąc, chciałem umrzeć. Chciałem w końcu nabrać odwagi, by się zabić. Chciałem skończyć to, co zaczęli inni. To śmieszne, w jak łatwy sposób obcy ludzie mogą doprowadzić człowieka do takiego stanu. Drogi Czytelniku, jeśli jeszcze tam jesteś… Nie pozwól, by ktoś, w jakikolwiek sposób zmienił Twoje patrzenie na samego siebie. Nie ma nic gorszego, niż stracić to, co najcenniejsze. Stracić samego siebie…


3.01.2011r.
Alanis Morissette – Ironic ♫
To przykre, ale prawda jest taka, że wiele rzeczy ma wpływ na to, kim się stajesz. Wielu ludzi, czasami nieświadomie, kształtuje Ciebie i wypływa na to, jak sam siebie osądzasz. Gdy ktoś na okrągło powtarza Ci, jaki jesteś beznadziejny i nic nie warty – zaczynasz w to wierzyć. Chciałbym mieć siłę, ale jej nie mam. Chciałbym czuć, że jestem komuś potrzebny. Komukolwiek. Chciałbym poczuć się lepiej.
P.S. Strasznie jest witać nowy rok z tymi samymi problemami…


- Mamo… - poszedłem do kuchni, w której siedziała moja rodzicielka. Stanąłem przed nią ze łzami w oczach. Było mi niewyobrażalnie przykro i miałem ochotę rozpłakać się jak maleńkie dziecko, które nie dostało upragnionej zabawki. Pierwszy raz czułem coś takiego. Ból dosłownie rozpierał mi klatkę piersiową, oddychało mi się o wiele ciężej, niż zazwyczaj. Czułem ucisk w głowie spowodowany kotłującymi się myślami. Chciałem otworzyć się przed kimś i uwolnić to wszystko, co się we mnie skumulowało. Moja mama była idealną kandydatką, choć wiedziałem, że jeśli cokolwiek jej powiem, czeka mnie bardzo długa rozmowa, przez którą już kilkakrotnie przechodziłem. Rodzice różnymi sposobi próbowali mnie uodpornić na to, co czeka mnie w dorosłym życiu, ale widzieli na własne oczy, że ich starania idą na marne. Byłem zbyt dobrym człowiekiem, zbyt pomocnym i zanadto wrażliwym, dlatego wszystko odbijało się na mnie. Każdy przychodził zwierzać się do mnie, bo wiedział, że go wysłucham, po czym opuszczał progi mojego domu, a ja zostawałem sam z milionem myśli na głowie. I nie umiałem się z tym uporać. Tak samo było tym razem, gdy dosiadłem się do komputera i wszedłem na tego przeklętego bloga, który stopniowo zaczął zmieniać moje życie w piekło. Nigdy nie borykałem się z podobnymi problemami, co człowiek, który siedział po drugiej stronie monitora i nie dość, że bardzo mu współczułem, to czułem się tak samo fatalnie, jak on. Może to śmieszne, ale zacząłem się z nim utożsamiać. Kilka postów na jakiejś internetowej stronie sprawiło, że powoli stawałem się nim. Tak samo udręczonym, zmęczonym psychicznie chłopakiem.
- Matko boska, synku… - podeszła do mnie i wzięła mnie w ramiona. – Co się dzieje? Powiesz mi? – poprosiła, chociaż nagle naszły mnie wątpliwości. Nie chciałem wyznać jej całej prawdy. Chciałem po raz pierwszy uporać się z tym wszystkim samemu.
- Nic, po prostu boli mnie serce. – odparłem bez większych wyjaśnień. Anne była taka, że nigdy nie ciągnęła mnie za język i cierpliwie czekała, aż sam powiem jej otwarcie, co mnie trapi. Tym razem jednak nie odezwałem się ani słowem na temat tego, co leży mi na sercu. Chyba podświadomie nie chciałem jej w to wszystko wciągać. Byłem ja i on. Ja i ten chłopak, o którym praktycznie nic nie wiedziałem.


KIM JEST CZŁOWIEK, JEŚLI NIE CZŁOWIEKIEM…

- Harry, podwiozę cię do szkoły. – rzucił Robin, wchodząc bez pukania do mojego pokoju. Zdążyłem się do tego przyzwyczaić, bo narzeczony mojej mamy robił to notorycznie, niezależnie od tego, czy byłem sam, czy ze znajomymi. W tamtym momencie miałem ochotę dosłownie go zastrzelić. Byłem niemalże pewny, że wyciąga mnie z łóżka o wiele za wcześnie, ale niestety. Miałem chwilę ponad kwadrans na przygotowanie się do wyjścia. Wziąłem szybki prysznic i spakowałem torbę. Ubrałem czarną koszulkę, która idealnie odzwierciedlała mój obecny nastrój. Wciągnąłem spodnie, które leżały na krześle obok mnie i przeczesałem palcami włosy. Byłem gotowy w niespełna dziesięć minut i sam dziwiłem się sobie, że tak szybko ze wszystkim się uporałem. Jak zwykle nie dokończyłem zaległej pracy domowej, ale postanowiłem, że porozmawiam z panią Adams i oddam jej zadanie wtedy, gdy będę naprawdę gotowy. Chciałem dokończyć czytanie bloga i nic nie było dla mnie tak ważne, jak to. Wsiadłem do samochodu Robina i nie zamieniłem z nim ani jednego słowa. Miałem to szczęście, że jechaliśmy jakieś góra trzy minuty i mój ojczym nie męczył mnie zbędnymi pytaniami. Nie był przewrażliwiony na moim punkcie tak samo, jak moja mama. Może dlatego, że nie byłem jego biologicznym dzieckiem. Wiedziałem jednak, że mogę mu ufać i że darzy mnie niesłychaną sympatią. Być może nawet kochał mnie jak rodzonego syna, choć nigdy wprost mi tego nie powiedział. Był facetem skałą, który rzadko kiedy okazywał emocje. Czasami zazdrościłem mu takiego podejścia do życia. Niewątpliwie był silny i nic nie było w stanie go załamać. Ja byłem w stanie rozpaść się na drobne kawałeczki nawet przy najmniejszym niepowodzeniu. Trzasnąłem za sobą drzwiami i udałem się do sali 112, gdzie miała odbyć się lekcja religii. Zasadniczo nigdy nie lubiłem tego przedmiotu i gdy tylko mogłem, unikałem go. Nigdy nie trafił mi się nauczyciel, który podszedł by to tego wszystkiego na trzeźwo. Każdy wbijał uczniom do głowy, że duch święty to gołąb, że Noe wybudował wielką arkę, w której pomieściły się wszystkie gatunku zwierząt, że Ewa została stworzona z żebra Adama. Na samą myśl o podobnych głupotach potrząsnąłem głową z niezadowoleniem. Wierzyłem w Boga, owszem, nie wstydziłem się tego, ale podchodziłem do wiary z wielkim dystansem i przyswajałem tylko to, co byłem w stanie w jakikolwiek sposób zrozumieć. Wierzyłem, że być może kiedyś po tym świecie chodził niezwykły człowiek o imieniu Jezus, ale łatwiej było mi stworzyć w swojej głowie obraz kogoś nadzwyczajnego, niż kogoś, kto po prostu był synem bożym i to czyniło go takim wyjątkowym. Kiedyś dogłębnie analizowałem Biblię, ale zaprzestałem, gdy uświadomiłem sobie, że jedna strona przeczy drugiej. Nie rozumiałem też rozbieżności między innymi religiami. Jedne coś dopuszczały, drugie wręcz przeciwnie, a przecież Bóg był jeden i wszędzie taki sam. Często się w tym gubiłem i denerwowałem się, gdy nie potrafiłem czegoś racjonalnie wyjaśnić, a takich sytuacji było wiele. Wszedłem do sali jako ostatni i zająłem swoje stałe miejsce. Lou już tam był, otoczony trójką swoich przyjaciół.
- Pożyczysz mi zeszyt od biologii po lekcjach. Naprawdę nie mam czasu na robienie tych głupich notatek. – rzucił do niego Li. – Prawda?
- Po co głupio pytasz, jak i tak wiesz, że dostaniesz to, czego chcesz? – odpowiedział drwiąco mój kolega z ławki.
- Oj. – odezwał się Bad Boy. – Nasza księżniczka nie ma humoru. Coś ci nie wyszło, Lou?
- Po prostu idę za twoją radą i staram się przewartościować swoje życie. – uśmiechnął się do niego, pokazując prawie wszystkie zęby. Chłopak o ciemniejszej karnacji odwzajemnił ten gest i poklepał swojego kolegę po ramieniu, jakby chciał dodać mu jeszcze więcej otuchy. Zazdrościłem im, że mają siebie nawzajem. Ja czułem się tutaj bardzo samotnie. Mój przyjaciel był daleko stąd, w innej szkole. Miał swoje życie, swoje własne obowiązki i nie miał dla mnie wystarczająco dużo czasu. Przed przeprowadzką spędzaliśmy ze sobą w zasadzie każdą wolną chwilę. Po szkole szedłem do niego lub on przychodził do mnie i rozstawaliśmy się dopiero wtedy, gdy robiło się bardzo ciemno i każdy z nas musiał przygotować się na kolejny dzień. Wakacje były dla nas najlepszym okresem. Nasze rodziny znały się bardzo długo, nasze mamy chodziły ze razem do klasy, więc także chciały spędzić ze sobą każdy wolny moment. Co roku wyjeżdżaliśmy wspólnie do Hiszpanii. Miałem z tamtego czasu najlepsze wspomnienia. Niewyobrażalnie tęskniłem za Stanem, choć był, jaki był i często mnie zawodził. Mimo wszystko nadal był kimś ważnym w moim życiu.
- Widzimy się na przerwie na lunch, ale przecież o tym wiesz. – dorzucił ten trzeci, kompletnie wypadło mi z głowy, jak na niego wołali. Jakoś na „L”. Wszyscy w końcu zajęli swoje miejsca, a nauczyciel rozpoczął lekcję modlitwą. Standardowo, jak w każdej szkole. Każdy uczeń odmówił wspólnie „Ojcze nasz” z wyjątkiem Lou, który stał i przyglądał się całemu temu zamieszaniu. Pan Henry włączył nam film, pod tytułem: „Kim jest człowiek, jeśli nie człowiekiem”, ale nie byłem nim zbytnio zainteresowany. Chciałem zagadać w jakiś sposób do mojego kolegi, ale nie wiedziałem, od czego mógłbym zacząć.
- Nie wierzysz w Boga? – rzuciłem w zasadzie bez zastanowienia.
- Nie. – usłyszałem w odpowiedzi. – Dlaczego miałbym wierzyć w kogoś takiego? Kogoś, kto niby ma piecze nad ludźmi, a pozwala na to, żeby cierpieli. Jestem ateistą i gdyby nie fakt, że potrzebuje tych paru godzin więcej we frekwencji, już by mnie tutaj nie było. – w sumie miał trochę racji. Też często myślałem nad tym, dlaczego Bóg nie interweniuje. Westchnąłem głęboko na myśl o tych wszystkich ludziach, którzy nie mają tak dobrze, jak ja. O tych, którzy nie mają dachu nad głową, rodziny, przyjaciół. O tych, którzy codziennie muszą walczyć o przetrwanie i o tych, którzy odbierają sobie życie z bezradności. Od razu przed oczyma stanął mi jeden wpis anonimowego chłopaka, którym mógł być w zasadzie każdy z nas. Ukradkiem wyjąłem komórkę i dziękowałem ponownie za pakiet internetowy, który na moim modelu telefonu działał bez jakichkolwiek zarzutów. Wpisałem adres www.fikcjaa.blog.onet.pl i doszedłem do postu, na którym skończyłem.

14.02.2011r.
Po raz kolejny potrzebowałem dłuższej przerwy. Naprawdę sobie nie radę, Drogi Czytelniku. Jesteś moim jedynym przyjacielem, któremu mogę się wyżalić. Dziś przypada święto zakochanych i ciężko patrzy mi się na tych wszystkich szczęśliwych ludzi. Kiedyś wierzyłem, że będę jednym z nich. W jakikolwiek sposób bym kochał. Miłość jest miłością, miłość jest równa i nie zna granic. Tak myślałem, dopóki ludzie nie uświadomili mi, że nie mogę kochać w taki sposób, w jaki chciałem. Dobitnie uzmysłowili mi, że robię fatalny błąd i uwierz, Czytelniku, wybili mi z głowy chęć bycia z kimkolwiek, w jakikolwiek sposób. Nie chciałem mieć kolegów, nie chciałem przyjaciół, nie chciałem partnera. Jedyne, czego chciałem, to umrzeć. Niczego nie pragnąłem bardziej, niż swojej własnej śmierci, do której wszyscy mnie popychali. Nikt jednak mi tego nie ułatwiał, byłoby lepiej, gdyby ktoś mnie po prostu zabił, bo ja sam musiałem nabrać jeszcze trochę odwagi. Byłem o krok od przepaści, dosłownie. Przedwczoraj stałem na peronie i czekałem na pociąg. Wierz mi, chciałem skoczyć, ale potrzebowałem kogoś, kto by mnie popchnął. Tak niewiele dzieliło mnie od wiecznego spokoju i ukojenia. Od miejsca, w którym nie byłoby bólu. Siedząc w domu non stop wyobrażam sobie, jakby to było, gdyby mnie zabrakło. Jak zachowałaby się moja mama? Jak zareagowałby mój ojczym? Czy moje siostry dałby sobie z tym radę? O dziwo, na każde pytanie miałem pozytywną odpowiedź. Wszyscy byli zajęci własnym życiem, a ja stałem na uboczu, bo nikomu nie ufałem i czułem, że nikt nie przejąłby się moją osobą, gdybym wyjawił prawdę o mnie. Moja mama była ciągle zapracowana. Wracała z jednej pracy i za moment szła do drugiej. W domu bywała wręcz okazjonalnie. Mój ojczym szczerze mnie nienawidził, choć nigdy nie zrobiłem niczego, co mogłoby aż tak zepsuć nasze relacje. Próbowałem go zaakceptować i w końcu to zrobiłem. Nigdy nie usłyszał ode mnie złego słowa, nigdy nie buntowałem się przeciwko niemu, a mimo to, on traktował mnie jak obcego. Może dlatego, że nie byłem jego dzieckiem. Moje cztery siostry były urocze, ale zbyt małe i nieświadome życia, bym o czymkolwiek mógł im powiedzieć. Poza tym, naprawdę je kochałem i nie chciałem obciążać ich swoimi problemami. Nikt inny mi nie pozostał, prócz Ciebie, Czytelniku. Choć i tak nie mam pewności, że tam jesteś… Czasami zastanawiam się, czy gdybym podał na siebie jakikolwiek namiar, ktoś by się odezwał, ktoś próbowałby mnie znaleźć, ktoś zechciałby mi pomóc. Pewnie nie. To tylko magia internetu. Tutaj każdy może napisać to, co mu się żywnie podoba.
Zero konsekwencji. Zero odpowiedzialności za czyny. Zero współczucia.


1.03.2011r.
Jako dziecko uwielbiałem marzec, bo zazwyczaj topniał śnieg i przebijały się pierwsze promyki słońca. Dziś spróbuję być szczęśliwy, ale zaznaczam, to tylko próba. Chciałbym przywołać najlepsze wspomnienie mojego życia, ale nie wiem, czy gdziekolwiek je jeszcze przetrzymuje. Mój mózg nie rejestruje już plusów, przestawił się na same minusy. Ból dosłownie rozpiera mi czaszkę. Psychiczny ból. Nie, jednak nie potrafię. Płaczę. Wiem, to takie niemęskie, ale czasami tego potrzebuję. Często tego potrzebuję, bo to także w pewnym stopniu mnie uwalnia. Uczucie wolności jest niesamowite. Człowiek czuje się jak ptak, który może wzlecieć gdziekolwiek chce i kiedykolwiek chce. Jak ptak, który nie pamięta o klatce, która, mimo wszystko, nadal istnieje. Wzleciałbym, gdybym nie miał podciętych skrzydeł. Wiem o tym doskonale. „And I know just what they’ll say if I can make all this pain go”[iv].



- Ziemia do pana Stylesa! – krzyknął nad moim uchem pan Henry. Oczy całej klasy skupione były na mojej skromnej osobie, a ja nie wiedziałem, czy spowodowane było to całe zamieszanie. Zaczytałem się na tyle, że kompletnie nie kontaktowałem. Czułem się tak, jakby ktoś odłączył mnie od zasilania. Potrząsnąłem głową i wywróciłem teatralnie oczyma.
- Przepraszam. – starałem się być nadwyraz miły. Zrobiłem nawet przepraszającą minę, na którą zawsze nabierała się moja mama. – Czasami skupiam uwagę nie na tym, na czym powinienem.
- Zauważyłem, drogi chłopcze, ale jest lekcja. Natychmiast chowaj ten telefon i oglądaj film, jutro będzie z niego kartkówka. – „super”, pomyślałem. Żebym miał chociaż od kogo wziąć notatki, ale przecież nikogo nie znałem, a nie sądziłem, że ktokolwiek mi je odstąpi od tak, po prostu na piękne oczy. Oparłem się wygodnie i na ostatnie dziesięć minut lekcji wbiłem oczy w wyświetlany film. Spisałem na kratkę tylko jego tytuł, bo moje myśli i tak krążyły wokół czegoś innego. Nie interesował mnie czarno-biały seans, interesował mnie nieznajomy chłopak, który chciał żyć normalnie. Naprawdę nie pragnął wiele, chciał po prostu być wolny, chciał mieć kogoś, na kim mógłby polegać i kogoś, komu mógłby się zwierzyć. I nie mogłem to być ja, bo byłem tylko pieprzonym anonimem, który bez zaproszenia wepchnął się w jego życie i śledził je w najdrobniejszym szczególe. Zaczęła boleć mnie sama myśl, że nie mogę w żaden sposób pomóc, że tak naprawdę jestem dla niego nikim, a on staje się dla mnie kimś ważnym. Wciągnął mnie w swoją historię, a ponoć, jeśli kiedykolwiek ktoś zaistnieje w twoim życiu, zostaje w nim już na zawsze. Poczułem się przez moment jak wrak człowieka, wyprany z emocji, pozbawiony jakiegokolwiek celu. Chyba po prostu istniałem.


ZAUFANIE…

23.03.2011r.
Jesteś w stanie mi zaufać? Nie sądzę, abyś w ogóle tego chciał. Marzę o przyjacielu od tak dawna, że czasami mam wrażenie, że on jest koło mnie, że mogę z nim porozmawiać, wyżalić się. Nie jest lepiej, jest gorzej. Coraz gorzej… Muszę przetrwać do wiosennej przerwy. Jeszcze kilka dni, kilkadziesiąt szkolnych godzin i na jakiś czas poczuję się wolny i niczym nieograniczony. Nikt nie będzie mną pomiatał, obrażał, krzywdził. Nikt nie będzie w stanie wpłynąć na moją psychikę, która w końcu odetchnie głęboko i zacznie się regenerować, żeby później znosić wszystko od nowa. Jestem taki słaby i taki żałosny, bo nie potrafię tego zakończyć. Mógłbym to zrobić już od dawna, bo pragnę tego dłuższego czasu. Jestem nikim.


12.05.2011r.
Cała szkolna sytuacja doprowadziła do tego, że w końcu chciałem się zabić. Łyknąłem garść tabletek nasennych i zapiłem je alkoholem. To uczucie było nie do opisania. Coś cudownego, gdy czujesz, że znikasz. Śmierć nie jest ostatecznością. Jest początkiem czegoś nowego i właśnie chciałem wkroczyć na tę drogę. W końcu sam zadecydowałem o swoim losie i wziąłem go w swoje ręce. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie znalazła mnie siostra. Dalszy ciąg znacie. Piszę, więc niestety nadal tutaj jestem. Bynajmniej nie jest to wiadomość zza grobu. Przesyca mnie złość na samego siebie, że nie powiodło się po mojej myśli. Cholera! Teraz dołączy do mnie jeszcze jedna łatka – „nieudacznik”, który nawet nie potrafi odebrać sobie swojego marnego życia. Zasłużyłeś na wskazówkę, Czytelniku, za to, że nadal przy mnie trwasz. Gratuluję, jesteś taki silny i nieugięty.
E→

24.06.2011r.
Odetchnąłem z ulgą wraz z ostatnim dzwonkiem tego roku szkolnego. Być może wrócę, być może już nie. Musisz mi zaufać, czy tego chcesz, czy nie… Dziękuję Ci za poświęcony czas, jesteś niezastąpiony.


„Obyś odpoczął”, pomyślałem i wziąłem się za odrabianie zaległej pracy domowej. Wiedziałem, że pani Adams nie odpuści mi tego zadania, więc wolałem je zrobić i mieć to z głowy. Przeprowadziłem rodzinny wywiad, pytają rodziców i starszą siostrę o to, co rozumieją pod słowem „odwaga”, ale żadna z ich odpowiedzi nie była dla mnie w pełni satysfakcjonująca. Miałem ochotę wydrukować kilka wpisów tego chłopaka i rzucić nimi wychowawczyni przed oczyma, podsumowując: „To właśnie według mnie jest odwaga”. Odwagą jest żyć, znosić cierpienie, upokorzenie, wszelakiego rodzaj ból. Śmierć nie jest dla odważnych, śmierć jest dla tchórzy. Jest tylko i wyłącznie ucieczką, alternatywą na to, gdy naprawdę jest już fatalnie. Ten człowiek stał się dla mnie autorytetem i drogowskazem. Pokazał mi, że nie mogę być taki, jak teraz. Nie mogę być słaby, naiwny i zbyt dobry, bo ludzie prędzej czy później wykorzystają to przeciwko mnie. I choć on był początkowo taki, jak ja – zmienił się, bo zmusiła go do tego sytuacja. Z miłego, troskliwego chłopaka stał się wrakiem pozbawionym czucia. Czekała mnie taka sama przyszłość, jeśli trafiłbym na nieodpowiednich ludzi. Skończyłbym tak, jak on. Samotny, zmęczony, zniechęcony i nienawidzący samego siebie. Szukałbym winy w sobie, choć akurat w takiej sytuacji zawiniłbym najmniej. Taka była bolesna prawda. Wczułem się w jego rolę i gdy tylko wyobraziłem sobie, że idę korytarzem, a wokół mnie krążą nieprzychylni ludzie, rzucający bluzgami na prawo i lewo, momentalnie poczułem się koszmarnie, jak w najgorszym możliwym horrorze. Odrzuciłem na bok te myśli, aby nie pogrążyć się jeszcze bardziej. Odłożyłem kartkę papieru i zaprzestałem roztrząsać się nad tym głupim zadaniem domowym. Wedle mnie mogłem dostać za nie kolejną jedynkę, przestałem już o to dbać. Chciałem jak najszybciej dokończyć historię tego chłopaka.

22.08.2011r.
Mój umysł zaczął się regenerować na wspólnych, rodzinnych wakacjach, które w tym roku były jakieś takie wyjątkowe. Mama po raz pierwszy od dawna naprawdę była szczęśliwa, moje siostry także wydawały się zadowolone z naszego wyjazdu. Nie ważne, gdzie byłem, to tylko szczegół. Miejsce było przecudowne i poczułem się wyjątkowo spokojnie. Pozwoliłem wszystkim złym emocjom stoczyć się na dalszy plan i po prostu odpoczywałem. I wtedy go ujrzałem. Był taki idealny. Przez chwilę miałem wrażenie, że zobaczyłem samego siebie. Identycznego, wycofanego i zagubionego we własnych myślach chłopaka, który pomimo tego, że był otoczony rodziną i przyjaciółmi, błądził w swoim własnym świecie, do którego nie miał dostępu nikt z zewnątrz. Zbierałem się w sobie, żeby do niego podejść, ale mój brak zaufania do kogokolwiek wziął górę. Siedziałem i obserwowałem, jak swobodnie czuje się w towarzystwie innych, a zarazem jak odnajduje siebie w swojej własnej głowie. Był dla mnie zagadką. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów poczułem, że na kimś mi zależy.



- Halo? – odebrałem swój telefon komórkowy, który kompletnie wyrwał mnie z zamyślenia. Byłem zły, że ktoś śmiał oderwać mnie od mojego zajęcia, ale pomyślałem, że być może to coś ważnego. Nie zdążyłem nawet spojrzeć na wyświetlacz, więc nie zarejestrowałem nawet, kto do mnie dzwonił. Siliłem się na miły ton głosu.
- Witaj, słodziaczku! – ktoś krzyknął do słuchawki tak głośno, że musiałem odsunąć telefon od ucha. – Tu Elleni. Idę właśnie z Cherry i Lou na kawę, stoimy pod twoim domem. Masz ochotę wybrać się z nami? Obiecujemy, że nie pożałujesz. – usłyszałem w tle męski śmiech i do moich uszu dotarło zdanie: „Z tobą nigdy nie można żałować”. Tak, to zdecydowanie był ten Lou, to zdecydowanie był mój kolega z ławki.
- Zaraz… - dorzuciłem szybko, gdy coś nasunęło mi się na myśl. – Skąd wiesz, gdzie mieszkam?
- Haha! – jej śmiech był powalający. Mimowolnie również się zaśmiałem. – Kochanie, mam wszystkie twoje dane. Potrzebowałam ich do akt wolontariatu, przecież chyba nie pomyślałeś sobie, że cię śledzę.
- Dajcie mi góra pięć minut! – krzyknąłem i rozłączyłem się. Momentalnie wyłączyłem laptopa i wyprysnąłem w kierunku salonu, żeby powiadomić rodziców, że wychodzę z nowymi znajomymi. Moja mama od razu podbiegła do okna i dyskretnie zobaczyła, z kim idę na spotkanie. Nigdy mnie nie kontrolowała, ale po prostu musiała wiedzieć, czy zadaje się z odpowiednimi ludźmi. Gdyby zobaczyła jakiś dresów, gwarantuję, że nie wypuściłaby mnie z domu i na dodatek dostałbym szlaban za to, że w ogóle raczyłem ich poznać. Jeśli chodzi o mnie, była zdecydowanie nadopiekuńcza, bo byłem jej ukochanym, jedynym syneczkiem i tak, byłem maminsynkiem. Gemma, moja siostra, z kolei była tatusiną lalą, więc wszystko się wyrównywało i było jeden do jednego. Nigdy nie kłóciliśmy się o to, że któryś z rodziców poświęca nam mniej uwagi. W korytarzu zarzuciłem na siebie czarną kurtkę i wsunąłem na nogi buty, których nawet nie zdążyłem dobrze zawiązać. Potargałem swoje loki i wybiegłem z domu. Pech chciał, że wyłożyłem się jak długi na ostatnim schodku, co wywołało tylko salę śmiechu. Elleni musiała aż kucnąć, żeby się opanować. Z tego wszystkiego rozmazał jej się cały makijaż, więc zaczęła winić mnie za to, że gdyby nie ja, nie doszłoby do takiej sytuacji. Musieliśmy przysiąść na najbliższej ławce, żeby mogła poprawić to, co rzekomo ja popsułem. Lubiłem towarzystwo dziewczyn, ale w życiu nigdy nie mógłbym być z żadną z nich. Czasami same stwarzały sobie banalne problemy i miały pretensje o byle szczegół. Jeśli chodzi o relacje przyjacielskie, jak najbardziej. Partnerskie – kompletnie odpadały. Moi rodzice chyba byli tego świadomi, bo mieli okazję obserwować, jak swobodnie zachowywałem się w męskim towarzystwie, a gdy przebywałem ze Stanem, czułem się totalnie wyzwolony. Moja mama kiedyś próbowała mnie podejść, pytając, czy łączy nas coś więcej, niż przyjaźń, ale nigdy nie odpowiedziałem jej na to pytanie. Bardzo lubiłem Stana, może nawet był dla mnie kimś ważniejszym, ale mimo wszystko nie umiałem wykonać pierwszego kroku, żeby przekonać się, czy między nami naprawdę coś było. Po pierwsze, bałem się, że zepsuje naszą przyjaźń. Po drugie, sam do końca nie wiedziałem, co czuje. Po trzecie, Stan traktował mnie tylko jako kumpla. Byłem tego niemalże pewny. Myślałem nad tym wszystko aż do momentu, gdy doszliśmy do kawiarni. Lou otworzył drzwi i przepuścił dziewczyny przodem, jak przystało na gentelmana. Cherry i El zniknęły w środku pomieszczenia, a my zaczęliśmy sprzeczać się o to, kto wejdzie kolejny. Nie chciałem, żeby chłopak przepuszczał mnie w drzwiach. Poza tym, wypadało, żeby to on wszedł jako pierwszy ze względu na to, jak się zachował. Cherry obserwowała nasze zmagania z rozbawieniem, a Elleni chyba była już zniecierpliwiona, bo chwyciła klamkę od drzwi i wepchnęła nas obu do środka.
- Zachowujecie się jak typowi geje. – rzuciła z grymasem na twarzy. Nikt z nas nie zaprzeczył, co spowodowało u niej wytrzeszcz oczu. – Harry? Ekhem, ty też? – pokiwałem twierdząco głową. Nikt nie chciałby wtedy widzieć jej zawiedzionej miny. – Cher, uszczypnij mnie. Cholera! Upatrzy sobie człowiek chłopaka i jak myśli: „El, uda ci się go wyrwać”, on obwieszcza, że woli obściskiwać się z drugim facetem. Na litość boską, co z wami? Z nim miałam tak samo. – dorzuciła i szturchnęła Lou za ramię.
- Może gdybyście były mniej problematyczne, byłoby inaczej. – rzucił mój kolega z ławki i oboje się zaśmialiśmy. – Rozumiem, że w tej sytuacji dla ciebie podwójna Latte, trzy łyżeczki cukru i sos karmelowy na wierzchu? – posłała mu groźne spojrzenie. Ją także bez problemu rozgryzał. Oboje udaliśmy się złożyć zamówienie, a dziewczyny zajęły wolny stolik. Oczywiście byliśmy na tyle uprzejmi, że stawialiśmy.
- Nie będzie jej niedobrze po tej kawie? – spojrzałem z obrzydzeniem na wielki kubek pełen słodkości. Nachyliłem się, żeby powąchać ten przysmak i momentalnie mnie odrzuciło.
- Będzie. Dlatego usiadły koło łazienki. – zaśmiał się po raz kolejny tego popołudnia. Dołączyliśmy do Cherry i Elleni, która miała zepsuty humor już do samego wieczora. Staraliśmy się wszelkimi sposobami ją rozweselić, ale nasze starania szły na marne. Podkreślała za każdym razem, że nie ma szczęścia do facetów, a jeśli jakiś jej się spodoba, okazuje się, że nie jest jej przeznaczony. Z braku lepszych argumentów, zarzucała Lou, że niby zawrócił mi w głowie, choć tak naprawdę nie czułem do niego niczego niespotykanego. Ledwo się znaliśmy, dzieliliśmy tylko wspólną ławkę i dziś po raz pierwszy gdzieś razem wyszliśmy. Był miłym chłopakiem i zarażał swoim pozytywnym nastawieniem do życia. Był typem żartownisia i śmiałem się przy nim nieskończoną ilość razy. Raz z wrażenia po opowiedzianym kawale wylałem całą swoją kawę, zalewając niechcący torebkę El, z czego zdecydowanie nie była zadowolona. Nie dał się nawet dobrze poznać, bo mało o sobie opowiadał. Po dwóch godzinach poinformował, że niestety musi nas opuścić.
- Wybaczcie, umówiłem się z Zaynem i innymi. – dorzucił już nieco smutniejszym tonem.
- Co ty robisz z tą bandą idiotów? – Cher spojrzała na niego spode łba.
- Uwierz, czasami sam się zastanawiam. Zresztą, to nie na waszą babską głowę. – uśmiechnął się i pocałował dziewczyny w policzek, a mi podał rękę. Resztę wieczora spędziłem w towarzystwie pań, z którymi świetnie się dogadywałem. Były naprawdę pozytywnymi dziewczynami. Nie były ani zbytnio marudne, ani zbytnio uprzedzone w pewnych kwestiach dotyczących relacji damsko-męskich. W zasadzie, rozmawiałem z nimi identycznie, jak niegdyś rozmawiałem ze Stanem i dziękowałem im za to, że nie muszę przy nich ważyć słów, żeby nie palnąć czegoś nieodpowiedniego. Elleni nadal roztrząsała się nad porażką dzisiejszego dnia i zaczynałem jej trochę współczuć, ale przecież nie mogłem zmienić dla niej swojej orientacji. Cherry notorycznie podpuszczała mnie co do Lou. Czułem się trochę jak na wywiadzie, pod ostrzałem najrozmaitszych pytań, ale czułem się wśród nich na tyle komfortowo, że odpowiadałem bez wahania. Zebraliśmy się do wyjścia koło dwudziestej. Najpierw odprowadziliśmy Cher, która mieszkała zaledwie ulicę od kawiarni, a później odprowadziłem Elleni. Mieszkała na osiedlu niedaleko mnie, ale byłem pewny, że po raz drugi nie trafiłbym do jej domu. Kręciliśmy się między poszczególnymi blokami, mijaliśmy non stop takie same budynki, że naprawdę chwilami się gubiłem. Podziękowałem jej za zaproszenie, a ona w zamian za to wręczyła mi kartkę.
- Notatki z religii. Pan Henry też katował nas tym filmem. Lou wspomniał, że macie problemy z koncentracją. – zaśmiała się i wyjaśniła mi, gdzie opisała początek, a gdzie koniec seansu. Na śmierć zapomniałem o jutrzejszej kartkówce, ale na szczęście miałem czas na zrobienie ściągi. Nie zamierzałem tracić czasu na naukę czegoś takiego. Dałem El buzi w policzek i w podskokach udałem się do domu. Od progu czekali na mnie rodzice, żeby podpytać mnie, jak minęło mi popołudnie. Musiałem opowiedzieć im o każdym szczególe i dopiero, gdy wyciągnęli ze mnie wszystkie możliwe informacje, mogłem udać się do swojego pokoju. Gemma śmiała się ze mnie, że powinienem czuć się jak przestępca, który musi spowiadać się ze swoich grzechów i miała w sumie trochę racji, chociaż to ja byłem dzisiaj wyjątkowo wylewny. Może dlatego, że w końcu z kimś się zakumulowałem. Chodziłem już jakiś czas do tej szkoły, a nie znałem nawet swojej klasy, więc byłem wdzięczny El, że zapoznała mnie z Lou i Cher. Dzięki niej zyskałem jakichkolwiek znajomych i to w zupełności mi wystarczało. Nie musiałem i nawet nie chciałem znać wszystkich uczniów. Nie potrzebowałem tego do szczęścia. Cieszyłem się, że mam tę trójkę. Wykończony po całym dniu padłem na łóżko. Nie miałem na nic siły i nawet nie chciało mi się brać prysznica. Ułożyłem się wygodnie i włączyłem laptopa. Zeskanowałem notatki El i pomniejszyłem je do rozmiaru ściągi. Opanowałem tę umiejętność jeszcze za czasów gimnazjum, teraz tylko przyszło mi ją udoskonalać. Byłem z siebie wyjątkowo dumny i cieszyłem się, że resztę wieczora będę mógł poświęcić na wertowanie bloga nieznajomego. Ten sam adres, jedno kliknięcie myszką i przygoda rozpoczynała się na nowo.


MIŁOŚĆ…

2.09.2011r.
Dzień zaczął się fatalnie, zresztą, nie spodziewałem się niczego pozytywnego w nowym roku szkolnym. Dziękowałem Bogu, że w zasadzie to już ostatni rok edukacji w tej przeklętej szkole, której szczerze nienawidziłem. Chciałem doczekać do czerwca i oderwać się od tego wszystkiego. Zapomnieć. Taki miałem plan. Spotkał mnie jednak jeden pozytyw. Nie spodziewasz się nawet, Drogi Czytelniku, jak bardzo byłem zaskoczony, widząc Go w mojej klasie. Miałem ochotę podskoczyć z radości, gdy ten sam człowiek, którego widziałem podczas wakacji, zasiadł w ławce tuż obok mnie. To wszystko było nie do opisania. Chciałem go jak najszybciej poznać, ale bałem się. Nie ufałem i nie wiedziałem, czy kiedykolwiek zaufam.


5.09.2011r.
Dziwnie siedzieć z Nim w jednej ławce. Jest taki wyjątkowy, choć nie zamieniliśmy nawet jednego słowa. Intuicyjnie czuje, że mógłby być kimś ważnym w moim życiu. Chciałbym tego. To jednak nie jest takie proste, gdy nadal borykam się z takimi samymi problemami, jak w ubiegłym roku. Na dodatek H., M., i P. wyczuwają, że ten nowy jest dla mnie kimś znaczącym. Teraz obrywam podwójnie. Postaram się to jakoś wytrzymać.
R→

7.09.2011r.
Nasza pierwsza, wspólna rozmowa była krótka, ale znacząca. Miałem pewność, że nie ma oporów, abym się do Niego zbliżył. Mimo wszystko, nie byłem w stanie Mu zaufać. Bałem się i nie byłem tym faktem zbytnio zdziwiony. Zachowywałem zimny dystans. Być może wychodziłem na zarozumialca, ale wolałem tak, niż otworzyć się od tak, momentalnie. Nie wiedziałem nawet dobrze, kim jest. Podstawowe informacje wyciągnąłem od koleżanki, z którą miałem znakomity kontakt i której też nie ufałem… Nikt nie wiedział o tym, przez co na co dzień przechodziłem. Nie chciałem zdradzić się przed nikim. Nie mogłem więc dziwić się, że nikt nie wyciąga do mnie pomocnej dłoni. Chciałem to zmienić, bo zaczęło mi na Nim zależeć. Tak bardzo, Drogi Czytelniku, że byłem w stanie znosić podwójne upokorzenia za to, że w ogóle śmie przebywać w Jego towarzystwie. Bolało mnie za dwóch, ale też za dwóch chciałem być odważny…



Nagle zgasły światła w całym domu. „Cudownie”, pomyślałem, gdy mój laptop automatycznie się wyłączył. Ułamek sekundy i było po prądzie. Przeklinałem się w duchu, choć nie byłem niczemu winny. Po prostu chciałem czytać dalej, ale pech chciał, że telefon nie zdążył się naładować. Miałem wrażenie, że dojdę do punktu kulminacyjnego tej historii, a tymczasem siedziałem w ciemnym pokoju i nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Położyłem się pod kołdrę i z frustracji momentalnie zasnąłem…
Pip, pip, pip, pip! Znów ten popieprzony budzik. Przetarłem zaspane oczy i uświadomiłem sobie, że oto tym sposobem spóźniłem się na pierwszą lekcję. Zegarek wybijał prawie dziewiątą, więc nawet jeśli wybiegłbym w piżamie, nie zdążyłbym załapać się nawet na końcówkę zajęć. Nikt mnie nie obudził, bo tego dnia wszyscy wyszli o wiele wcześniej, niż ja. Momentalnie wskoczyłem pod prysznic i założyłem pierwsze, lepsze ubrania. Zaparzyłem sobie kubek mocnej, czarnej kawy i wrzuciłem zeszyty do torby. Byłem prawie w połowie drogi do szkoły, gdy uświadomiłem sobie, że nie zakluczyłem domu. Chcąc nie chcąc, musiałem się cofnąć i tym samym stracić cenne minuty. Nic mi tego dnia nie wychodziło. Wstałem lewą nogą, a niestety byłem przesądny, więc uznałem, że to wszystko wina właśnie tego. Szarpałem się ze szkolnymi drzwiami, ciągnąć je zamiast pchać. Pan woźny był do tego stopnia rozbawiony moją walką z nimi, że nawet nie powiedział mi, że muszę je popchnąć. Byłem idiotą, bo napis „Pchać” był tak duży, że nie dało się go nie zauważyć. Poza tym, nie pierwszy raz tędy wchodziłem, powinienem już opanować tę umiejętność. Posłałem mu wrogie spojrzenie, gdy już udało mi się dostać do wnętrza budynku. Na domiar złego upuściłem torbę, z której wysypały się wszystkie książki i zeszyty. Usiadłem zrezygnowany na środku korytarza i dziękowałem skinieniem głowy każdemu, kto raczył podać mi jedną z moich rzeczy. Odetchnąłem z ulgą, gdy bezproblemowo dotarłem do szkolnej szafki. Włożyłem do niej zbędne rzeczy i już miałem udać się do odpowiedniej sali, gdy zauważyłem kulejącego Lou. Momentalnie do niego podbiegłem.
- Lou, co ci się stało? – zapytałem. Wyglądał na zmęczonego i przede wszystkim na zbolałego. Całe ramiona pokryte miał licznymi siniakami. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, choć to ja przed chwilą zadałem mu pytanie. Wziąłem od niego torbę i chwyciłem go pod ramie, żeby pomóc mu iść. Dało się zauważyć, że każdy krok sprawiał mu niesłychany ból. – Zadałem ci pytanie, mógłbyś mi odpowiedzieć? – dodałem po chwili.
- Grałem wczoraj w piłkę. Uroki bycia napastnikiem. – wysilił się na uśmiech, który nie wyglądał zbyt szczerze. Przystanąłem i spojrzałem mu w oczy. Tak, właśnie po raz kolejny dałem popis temu, jak bardzo jestem przewrażliwiony. - Harry, daj spokój. To tylko siniaki i lekko skręcona kostka. Przeżyje. Nie zachowuj się tak, jakbyś nigdy w życiu nie kopał piłki. – zaśmiał się tym swoim charakterystycznym tonem.
- To są według ciebie tylko siniaki? – chwyciłem jego rękę i posunąłem mu ją pod same oczy. Chciałem podwinąć rękaw jego koszulki, ale momentalnie wyrwał się z mojego uścisku.
- Nie dotykaj mnie. – syknął w moją stronę. Stanąłem jak wryty, nie wiedząc, o co mu się w zasadzie aż tak rozchodziło. – To znaczy… Miałem na myśli, że wiesz. Trochę mnie to boli. – patrzyłem jak oddala się w stronę klasy, utykając tak, jakby miał się zaraz przewrócić. Jego zachowanie kompletnie wyprowadziło mnie z równowagi. Był taki zimny i zdystansowany. Zupełnie inny, niż wczorajszego popołudnia. Być może po prostu po wczorajszym spotkaniu stwierdził, że jestem dla niego nieodpowiedni i dlatego robił wszystko, że mnie do siebie zniechęcić. I jeśli mam być szczery, był na dobrej drodze ku temu, żebym mógł powiedzieć: „Nie tak miało być, Lou”. Obserwowałem go ze zdziwieniem, bo gdy podeszła do niego trójka jego znajomych, od razu pozwolił sobie pomóc. Blondyn poniósł mu plecak, a pozostała dwójka wzięła go pod boki i pomogła mu dojść do wyznaczonego celu. Poczułem się dziwnie, mogę nawet powiedzieć, że zawiodłem się na nim. Nie spodziewałem się, że od tak, momentalnie skreśli mnie ze swojego życia, choć jeszcze nawet nie zdążyłem w nim zagościć. Wziąłem głęboki oddech i poszedłem na znienawidzoną matematykę. Usiadłem w ławce koło niego i posłałem mu zdziwione spojrzenie. Nie odezwał się do mnie ani słowem. Ani na matematyce, ani na żadnej innej lekcji. Wszystkie wolne chwile spędzał z Bad Boy’em, Li i Leprechaunem. Ten dzień ciągnął się niewyobrażalnie długo i dziękowałem w myślach, gdy usłyszałem ostatni dzwonek. Spakowałem wszystkie podręczniki i już wychodziłem, gdy nagle do mnie podszedł. Nie miałem ochoty z nim rozmawiać, na pewno nie dzisiaj. Od rana nie byłem w humorze, a on zepsuł mi go już do końca dnia. Odwróciłem się do niego plecami i już miałem iść, gdy przyparł mnie do szkolnej szafki. Usłyszałem, jak syknął z bólu. Był najlepszym dowodem na to, że sport to nie zdrowie. I wtedy to się stało. Pocałował mnie na oczach prawie całej szkoły. Ludzie stanęli na korytarzu kompletnie zszokowani. W sumie nie dziwiłem się im. Sam byłem w nie mniejszym szoku, ale musiałem to przyznać – chciałem tego. Serce zaczęło walić mi jak młotem, nie wiedziałem, co powinienem w tej chwili zrobić. Kilkoro chłopaków zdążyło już zrównać nas z ziemią, rzucając jakieś podłe teksty na temat odmiennej orientacji. Dziewczyny nie okazały się lepsze. Wokół nas tworzyła się fatalna otoczka tych, którzy chcieli tylko i wyłącznie wytknąć nas palcami. Zdałem sobie sprawę z tego, co czeka mnie jutro, gdy wejdę na ten sam korytarz. Moje życie w tej chwili ulegało poważnej zmianie. Cieszyłem się, że momentalnie wkroczyłem w inny rozdział, jeśli chodzi o moje stosunki z Lou, ale z drugiej strony strasznie bałem się tego, jak odbiorą to inni. Słyszałem ten drwiący, charakterystyczny śmiech blondyna z mojej klasy i byłem niemalże pewny, że pomimo tego, że cała ta trójka przyjaźni się z Lou, nie będą szczędzili nam niesympatycznych komentarzy. Do moich uszu dotarł też głos Cher, która rzuciła tylko: „Szybcy, a pomyśleć, że wczoraj pili razem pierwszą kawę”. Musiałem zamknąć oczy, żeby nie obserwować tych wszystkich ludzi, którzy mieli takie miny, jakbyśmy przed chwilą dosłownie kogoś zabili. Starałem się skupić na tym, co działo się tu i teraz między mną, a moim kolegą, ale w takich momentach najzwyczajniej w świecie wyłączało mi się myślenie.
- Kocham cię bardziej, niż ci się wydaje. – szepnął do mnie Lou, gdy tylko się ode mnie oderwał. Bałem się spojrzeć mu w oczy, bo sam nie byłem pewny tego, co właśnie zaszło między nami, a nie chciałem zobaczyć w jego niebieskich tęczówkach jakiegokolwiek cienia wątpliwości. – Teraz po prostu idź. – dodał, a ja posłusznie wykonałem jego polecenie. Jak tchórz zarzuciłem plecak na ramię i wyszedłem, nie obracając się na nikogo.


TO PO PROSTU SIĘ STAŁO…

Wbiegłem do domu i rzuciłem torbę w najdalszy kąt mojego pokoju. Miałem to szczęście, że nikogo nie było. Moja mama po pracy miała udać się na wywiadówkę, więc powinienem zacząć modlić się o to, żeby pani Adams nie wspomniała jej o tym nieszczęsnym zadaniu, którego do dnia dzisiejszego nie odrobiłem. Próbowałem kilkakrotnie dodzwonić się do Stana, żeby powiedzieć mu o tym, co wydarzyło się w szkole, ale niestety włączała się poczta głosowa. Chciałem z kimś porozmawiać, jak nigdy dotąd. Lou kompletnie mnie zaskoczył. Najpierw był zimny jak skała, a potem wyskoczył z takim numerem. To wszystko nie mieściło mi się w głowie. Po prostu chciałem go zrozumieć i wiem, że powinienem z nim porozmawiać, ale na chwilę obecną nie miałbym odwagi spojrzeć mu w oczy. Nie powinienem też tak po prostu wyjść, zostawiając go samego. Zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę uciekałem przed samym sobą. Nalałem sobie szklankę zimnej wody i usiadłem do komputera, żeby zająć czymś myśli. Wpisałem kolejny raz z rzędu www.fikcjaa.blog.onet.pl i wziąłem się za czytanie.

26.10.2011r.
Czasami czuję się szczęśliwy. Czasami jestem zadowolony z tego, że mimo wszystko odnalazłem osoby, które są mi przychylne i które tak po prostu mnie lubią. Jego uśmiech jest taki zniewalający, że idzie się w nim zakochać na dzień dobry. Chyba właśnie to zrobiłem. Przyłapałem się na tym, że powróciły do mnie pozytywne uczucia, którymi na nowo potrafię pałać w stosunku do innych. W stosunku do Niego. Tego dnia nawet kawa smakowała jakoś inaczej. Tego dnia po prostu nastąpił kolejny przełom. Tego dnia uświadomiłem sobie, że mam dla kogo żyć i chcę żyć. Przynajmniej na ten moment… Czeka mnie dziś jeszcze jedna, ważna misja do spełnienia, której pewnie nie podołam. Nie, tej raczej na pewno nie…


27.10.2011r.
To uczucie, gdy wiesz, że przegrałeś i nie masz już nic do stracenia. To fatalne uczucie pustki, pomimo tego, że kochasz. Rozpadam się na drobne kawałeczki, bo wiem, że to już koniec tej całej szopki z moim udziałem. Nie umiem kłamać, ale posuwam się do tego, by Go chronić. Nigdy nie byłem pieprzonym piłkarzem w żadnej popieprzonej drużynie. Te wszystkie siniaki na moim ciele nie były spowodowane żadnym sportem. Przecież go nienawidziłem. Zabolało mnie moje własne kłamstwo skierowane w Jego kierunku, ale nie chciałem, by wiedział. To złamałoby jego serce. Był taki zagubiony i przewrażliwiony na każdym punkcie. Przejrzałem Go bardzo szybko, bo dał się przejrzeć. Nigdy nie miał wobec mnie żadnych oporów. Pewnie nigdy tego nie przeczyta, ale chciałbym, żeby wiedział, ile dla mnie znaczył. Od samego początku był dla mnie bardzo ważny, choć nie zdążyłem go nawet dobrze poznać. Kochałem go bardziej, niż był w stanie sobie to wyobrazić. Chciałem, żeby był mój. Tak po prostu, nawet bez większych zobowiązań. Niestety, życie nie jest łatwe i nie daje nam tego, czego pragniemy najbardziej. Ten pocałunek niczego nie zmienił. Pogorszył tylko całą tą sytuację. Boje się, że teraz uwezmą się na Niego, że teraz to właśnie Jego zaczną krzywdzić. Mnie to już obojętne. Ja już straciłem to, co miałem najcenniejszego… Chce, żeby wiedział, jak bardzo się starałem. Jak bardzo chciałem być odważny – za siebie i za Niego. Chce, żeby zawsze pamiętał, że był dla mnie najważniejszym człowiekiem na świecie. Dziękuję Ci za wszystko, ale przede wszystkim za to, że byłeś…
Y→
Zdziwisz się, Drogi Czytelniku, ale gdy ponownie wpiszesz adres w wyszukiwarkę – wszystko zniknie, a Ty będziesz miał do wyboru tylko dwie możliwości. Jeśli czytałeś uważnie i byłeś wraz ze mną, gdy naprawdę Cię potrzebowałem – podołasz temu wyzwaniu. Dowiesz się, że ja tak naprawdę…


- Harry. – mama stanęła w drzwiach mojego pokoju. – Muszę powiedzieć ci o czymś ważnym. Właśnie wróciłam z zebrania. Pani dyrektor kazała przekazać, że…
- Wiem. – wszedłem jej w słowo. - Wiem o tym wszystkim, mamo. – spojrzałem na nią kompletnie zalany łzami.



„Prawdziwa miłość jest raną. I tylko tak ją można odnaleźć
w sobie, gdy czyjś ból boli człowieka, jak jego własny ból”
~ Wiesław Myśliwski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz