PIERWSZY GWIZDEK
Siedziałem na historii, którą prowadziła pani Morgan i modliłem się o jak najszybszy dzwonek. Nienawidziłem tego przedmiotu z całego serca, a na dodatek nauczycielka prowadziła go w tak nieciekawy sposób, że bez problemu dałoby się zasnąć, gdyby nie jej czujne spojrzenie. Wpatrywałem się z uporem maniaka na zegarek i odliczałem każdą sekundę dzielącą mnie o tego przerażającego dźwięku dzwonka i chaosu panującego na korytarzach szkoły w Doncaster. Swoją drogą, tego budynku także nienawidziłem. Jestem nastolatkiem, który nastolatek lubi szkołę? Żaden i w tym zawsze tkwi problem. Mogę błagać rodziców, żeby choć jeden dzień pozwolili mi zostać w domu, ale oczywiście nie, bo nauka to podstawa, bez wykształcenia jest się nikim i tego typu rzeczy. Odetchnąłem głęboko, jeszcze tylko piętnaście minut. Obserwowałem zachowanie osób w mojej klasie. W większości to totalne kujony, które płaczą, gdy dostaną ze sprawdzianu czwórkę, zamiast piątki. Obłęd. Nie należę do tych, którzy przykładają się do nauki, bo mam ciekawsze rzeczy na głowie. Uczęszczam na zajęcia pozaszkolne i śpiewam. Wychodzi mi to całkiem dobrze i wiem, że jest to coś, z czym chciałbym związać swoją przyszłość. Na zajęciach muzycznych poznałem Nialla Horana. To bardzo pozytywnie nastawiony do życia chłopak. Irlandczyk z wielkim apetytem i burzą blond włosów na głowie. Doskonale grywa na gitarze. Jest jeszcze Zayn Malik – nieco ciemniejsza karnacja, uzależniony od papierosów i tatuaży. Artystyczna dusza, potrafi pięknie malować. I oczywiście Liam Payne – krótkie włosy, wyćwiczona sylwetka. Miłośnik sportu, w szczególności piłki nożnej. I ja – zwykły, szary Harry Styles. Kocham śpiewać i to tyle, jeśli chodzi o moją skromną osobę. Miałem to szczęście, że udało mi się nawiązać z nimi przyjaźń. Możecie wierzyć lub nie, ale skoczyłbym za nimi w ogień. Stanowimy zgraną czwórkę, choć jesteśmy kompletnymi przeciwieństwami, każdy z nas ma inne zamiłowania, każdy dąży do czegoś innego. Podczas, gdy ja odliczałem minuty do zakończenia lekcji, mój kolega z ławki, Liam, przeglądał z zaciekawieniem lokalną, sportową gazetę. Widziałem, jak z sekundy na sekundę jego uśmiech staje się coraz szerszy, a w oczach pojawiają się te charakterystyczne iskierki, które da się zauważyć, gdy chłopak jest naprawdę szczęśliwy. Intuicyjnie czułem, że szykuje się jakieś wielkie, sportowe wydarzenie, którego, rzecz jasna, nie popuści całej pozostałej trójce. Pamiętam, jak rok temu zmusił nas do pójścia wraz z nim na mecz siatkówki kobiet. Niall i Zayn byli zachwyceni, ale mnie kompletnie to nie porwało. Nienawidzę sportu, głupiego wychowania fizycznego unikam jak diabeł święconej wody. Uh, na samą myśl przeszły mnie ciarki. Jestem typem niezdary, który potyka się o własne nogi, nie wspominając już o tym, jakie zamieszanie wprowadzam do gier zespołowych. Pan Edelman, nasz wuefista, szczerze mnie nienawidzi, bo to właśnie przeze mnie jest zmuszony praktycznie co zajęcia wzywać pogotowie. Przepraszam, nie każdy nadaje się do tego, żeby stać się gwiazdą sportu. Poza tym, on na tym nie cierpi, tylko ja. W przeciągu jednego roku wylądowałem w szpitalu aż sześciokrotnie. Kilka razy ze zwichniętą kostką, raz z rozbitą głową, raz ze złamanym nosem. Tak właśnie kończy Styles w zetknięciu z jakimkolwiek ruchem. Mam wyćwiczone jedynie palce od stukania w klawiaturę komputera lub telefonu. W końcu usłyszałem ten wybawiający dźwięk. Odetchnąłem z ulgą i jako pierwszy opuściłem klasę. Rzuciłem torbę pod drzwiami kolejnej i usiadłem spokojnie na ławce. Zapomniałem dodać, że jestem leniwy i gdy tylko mogę, obijam się tak mocno, jak to tylko możliwe. Na korytarzu minął mnie Payne, który w podskokach biegł na szkolne boisko, gdzie pewnie umówił się z Danielle. Jest jego dziewczyną od jakiś kilku miesięcy, ale, według mnie, stanowią udaną parę. Zawsze świetnie się dogadują i pałają wspólną miłością do piłki nożnej. Pewnie wyda się to dziwne, ale Danielle jest totalnie zakręcona na tym punkcie i jako jedyna dziewczyna, nie chodzi na mecze tylko po to, żeby pooglądać sobie przystojnych piłkarzy. Lubię ją, bo jest taka szczera i otwarta na ludzi. Jest cheerleaderką w Doncaster Rovers i rozgrzewa tę jedenastkę kretynów przed wyjściem na murawę, jakby to cokolwiek im dawało. I tak zawsze przegrywają. Dobrze, może nie zawsze, ale zazwyczaj. Doncaster Rovers to w zasadzie jedyna kompetentna drużyna w całym Doncaster. Została założona w 1879 roku i nie rozpadła się aż do dnia dzisiejszego. Na moje nieszczęście. Mój ojczym zmusza nie do oglądania każdego ich meczu, bo uważa, że każdy prawdziwy mężczyzna powinien się tym interesować. Szczerze powiedziawszy, zawsze tępo patrzę w telewizor i nie znam żadnego z piłkarzy z imienia i nazwiska, nie wiem, czy różni się obrońca od napastnika. Wiem tylko, kim jest bramkarz, brawa i pokłony dla mnie. Nawet nie zorientowałem się, że Zayn i Niall siedzą koło mnie. Blondyn jak zwykle jadł, a mulat skrzętnie szkicował coś w zeszycie. Naprawdę byłem pełen podziwu dla jego prac.
- Mam to! – zauważyłem Liama, biegnącego w naszym kierunku. – Panowie, mam to! – krzyknął niemalże wprost do mojego ucha. Objął nas wszystkich ramieniem i pomachał czterema biletami tuż przed naszymi nosami. – Cztery, piękne, jeszcze ciepłe bileciki na sobotni mecz na Keepmoat Stadium. Nasze chłopaczki kontra Everton!
- Żartujesz. – chciałem ugasić nieco jego entuzjazm. – W życiu nigdy nie oddam ci pieniędzy za ten bilet, zrozumiano?
- Styles, puknij się w czoło. – zademonstrował mi, jak prawidłowo powinienem wykonać tę czynność. – Danielle dostała je za darmo. Widzisz, co tutaj jest napisane? – wskazał miejsce na świstku papieru. – Sektor VIP, czy ktoś jeszcze ma jakieś pytania? – rzucił, ale nikt nie oponował. Pozostała dwójka cieszyła się tak samo, jak on. Byłem jedyną osobą, która nie zamierzała tracić cennych dziewięćdziesięciu minut na oglądanie bandy podstarzałych facetów, uganiających się za jedną piłką. Absurd.
- Ponoć Doncaster ma nowego piłkarza. – wtrącił Zayn. – Nikt jednak nie wie, kim jest. Ma zagrać na najbliższym meczu. Słyszałem tylko, że jest młody i cholernie utalentowany. – wywróciłem teatralnie oczyma, ale nikt nie zwrócił na to najmniejszego uwagi. Chłopcy rozgadali się w najlepsze, wymieniając opinię na temat sportu, którego wręcz nie znosiłem i który strasznie mnie irytował. Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że ta gra nie ma najmniejszego sensu. Jedenastu mężczyzn, boisko, piłka, sędzia, trybuny zawalone kibicami, którzy najczęściej przychodzą tylko po to, żeby zrobić rozróbę. Mecze właśnie tak kreowały się w mojej głowie. Nigdy nie czułem tej specyficznej atmosfery, nigdy nie rozumiałem, czym ci ludzie się tak cieszą. A najzabawniejsze w tym wszystkim było to, że kibicom wszystko jest obojętne. Wygrana, przegrana – jest dobrze, jesteśmy z wami. Do boju, Doncaster Rovers. Uderzyłem się otwartą dłonią w czoło tak, jak polecał mi Payne…
STADION OSZALAŁ
Stałem przed domem i czekałem na Zayna, który jako jedyny z nas dysponował prawem jazdy i mógł bez problemu zawieźć nas na mecz. Całe pięć dni zajęło chłopakom namawianie mnie do tego durnowatego pomysłu, aż w końcu mnie namówili. „Raz się żyje”, pomyślałem, przecież ostatecznie mogłem iść na pierwszy i zarazem ostatni mecz w swoim życiu. Przeszły mnie ciarki na myśl o dziewięćdziesięciu minutach nudy, bo wiem, że w tym czasie mógłbym porobić o wiele więcej kreatywnych rzeczy, na przykład pospać. Sen jest przecież bardzo ważny w życiu człowieka, zwłaszcza młodego. Tymczasem opierałem się o furtkę z nadzieją, że Malik zapomniał zatankować samochód lub przebiła mu się po drodze opona. Pech chciał, że podjechał dosłownie kilka sekund po tym, jak ten myśli opuściły moją głowę. Wsiadłem grzecznie do Audi jego ojca i zapiąłem pasy. Miałem wrażenie, że wszedłem właśnie do gniazda żmij, które chcą zamordować mnie za mój kompletny brak entuzjazmu. Liam siedział na siedzeniu obok Zayna, przystrojony w barwy drużyny Doncaster. Niall dla pokazania dystansu do samego siebie, założył wielką, czerwono-białą czapkę i wziął ze sobą wielką trąbkę. Mogłem tylko modlić się o to, by jej nie użył. Czułem się wśród nich jak idiota, który został wzięty na mecz, jak na skazanie. Cóż, właśnie tak było. Nie marzyłem o niczym innym, jak o rychłym powrocie do ciepłego domu. Była końcówka października, wyjątkowo mroźna, a ta trójka nic sobie z tego nie robiła. Nie liczyli się z tym, że jedziemy właśnie na Keepmoat Stadium, na dodatek nie kryty, gdzie będzie wiało, będzie zimno i nieprzyjemnie. I gdzie stoczy się walka o jedną, durną piłkę.
- Styles. – rzucił Zayn, spoglądając w lusterko. – Przeżyjesz, najwyżej nie pójdziesz kolejny raz, ale błagam cię, uśmiechnij się, bo mam wrażenie, że wiozę cię na pogrzeb. Może będziesz się dobrze bawił!
- Patrz na drogę. – krótko mu uciąłem. Malik nie odezwał się już do mnie ani słowem. Jechaliśmy na stadion w milczeniu. W zasadzie nie jechaliśmy, posuwaliśmy się to lepsze określenie. Zayn nie nadążał zmieniać biegów z jedynki na dwójkę, z dwójki na jedynkę. Co rusz staliśmy na czerwonym świetle. Na dodatek był taki korek i zamieszanie, ponieważ policja kierowała ruchem drogowym, a wiadomo jak to policja, jak zawsze nie panowała nad sytuacją. Otwarta była tylko główna ulica, wszystkie poboczne zostały zamknięte ze względu na bezpieczeństwo. Wszędzie roiło się od samochodów przyozdobionych barwami ukochanej drużyny. Każdy miał zawieszoną na tylnej szybie flagę, chorągiewki doczepione do lusterek lub namalowane farbami symbole na masce. Potrząsnąłem głową z niedowierzania. Absolutnie nie rozumiałem, czemu to wszystko miało służyć.
- Zayn, duś na ten gaz, przecież się spóźnimy! – Liam zaczynał panikować. Fakt, mieliśmy jakąś niecałą godzinę do meczu, a tymczasem staliśmy dopiero w połowie ulicy Midelton. Po cichu zacząłem się modlić, żebyśmy nie dojechali.
- Payne, zaraz cię wysadzę. Widzisz, jaki jest korek? Czy to jest moja wina? – o, nasz miłośnik sztuki też robił się nerwowy. Kapitalnie, zaraz wszyscy się tutaj pozabijamy.
- Ej, chłopaki! Spokojnie, zdążymy. – uśmiechnął się Niall. On jako jedyny zawsze panował nad sytuacją i reagował, gdy między nami robiło się gorąco. Wyjął z torby paczkę ciastek i poczęstował każdego z nas. Oreo, moje ulubione. Od razu na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech i wszyscy niemal wybuchnęli śmiechem, gdy zobaczyli, jak delektuję się tym przysmakiem. Naprawdę, kochałem te ciasteczka i robiłem tak, jak w tej reklamie: najpierw przekręcałem, potem lizałem, mówiłem „mniam”, a na końcu moczyłem w mleku. No, nie tym razem. Tym razem zaprzestałem na mówieniu „mniam”, ale i tak było to najlepszą rzeczą, jaka spotkała mnie dzisiejszego dnia. Ku mojemu zdziwieniu, w przeciągu piętnastu minut dojechaliśmy na parking koło stadionu. Przeklinałem w duchu Danielle, która napisała Liamowi drogę na skróty. Dziewczyna już od jakiejś godziny siedziała na trybunach Keepmoat. W piętnastominutowej przerwie po pierwszej połowie miała dać występ wraz z resztą cheerleaderek i było to w zasadzie jedyne wydarzenie, na które czekałem z niecierpliwością. Wielokrotnie widziałem, jak tańczy i naprawdę, jest genialna w tym, co robi. Nie bez powodu zatańczyła w teledysku do piosenki Eminema i choć nigdy nie lubiłem tego gatunku muzyki, polubiłem ją ze względu na partnerkę Liama. Payne dosłowne wyskoczył z samochodu, gdy Zayn zajął odpowiednie miejsce. Niall wywlekł się ze spokojem i śmiał się w niebogłosy widząc, jak miłośnik piłki nożnej tupie z nogi na nogę. Malik sprawdził dwukrotnie, czy zamknął swoje cudo na wszelkie możliwe sposoby i gdy w końcu upewnił się, że nikt nie ukradnie jego srebrnego Audi, mogliśmy ruszyć na ten nieszczęsny stadion. Biegliśmy, dosłownie, bo Liam tak szybko przebierał nogami, że ciężko nam było za nim nadążyć. Wszystko rozumiałem – wzywała go pasja, ale do jasnej cholery, nikt z nas nie wygrał nóg na loterii, a już w szczególności ja. Potknąłem się kilkakrotnie na schodach, żeby w końcu zaliczyć piękną glebę.
- Zbieramy na oprawy meczowe. – odezwał się dziewczęcy głos tuż nade mną. Spojrzałem na nią spode łba, bo ta, zamiast pomóc mi wstać, stała nade mną z głupkowatym uśmiechem. Prychnąłem pod nosem i otrzepałem brudne spodnie. Niall chwycił mnie za ramię i pociągnął na przód, nim zdążyłem odpowiedzieć dziewczynie, że gdzieś mam ich oprawy i moja noga nigdy więcej tutaj nie postanie. Może i lepiej się stało, że przyjaciel zainterweniował. Gdy byłem zły, a w tamtym momencie byłem, stawałem się nieznośny i nieuprzejmy. Biegliśmy w stronę odpowiedniego wejścia, a gdy już tam dotarliśmy, mogliśmy obserwować z zainteresowaniem dziki taniec, jaki odtańczył Liam. Wyglądał zupełnie jak naćpany Indianin tańczący wokół ogniska. Matko, w jakim towarzystwie ja się obracałem… Każdy z nas musiał wsunąć bilet do odpowiedniego czytnika i przejść przez metalowe barierki. Rzecz jasna, tylko ja miałem problem z przedostaniem się do wnętrza stadionu. Bramka skutecznie uniemożliwiła mi wstęp, zamykając się tuż przed moim nosem. Westchnąłem głęboko i powtórzyłem tę czynność jeszcze kilkakrotnie, aż w końcu wygrałem walkę z tym martwym urządzeniem. Wspinaliśmy się po schodach, żeby w końcu zająć odpowiednie miejsce. Usiadłem koło Danielle, która od razu zauważyła, że jestem nie w humorze.
- Styles… - w sumie nie rozumiałem, czemu każdy zwraca się do mnie po nazwisku. – Mam dla ciebie popcorn. – podała mi całe opakowanie. Uwielbiałem ją i w tamtym momencie była jedyną osobą, która wywoływała na mojej twarzy uśmiech. Od razu zabrałem się za jedzenie, rzecz jasna, dzieląc się z Niallem, który nie odpuściłby sobie takiej okazji. Rozejrzałem się po całym Keepmoat Stadium, który był dosłownie zapełniony po brzegi. Telebimy wyświetlały łączną liczbę kibiców, która w danym momencie przekraczała piętnaście tysięcy osób. Tylko nasz sektor był dziwnie pusty. Byliśmy tam my, Danielle wraz z resztą cheerleaderek, rodziny piłkarzy i kilka dziewczyn trzy rządki za nami. Siedzieliśmy tuż nad ławką rezerwowych, więc mieliśmy idealny widok na całe boisko. Okej, to było nawet imponujące, bo w telewizji wszystko wydawało się takie maleńkie, a tutaj… To miejsce było wręcz ogromne. Po murawie biegała dwójka ludzi przebranych za wielkie, brązowe psy z koszulkami w barwach biało-czerwonych. Domyśliłem się, że były to maskotki drużyny. Współczułem tym, którzy znajdowali się pod tymi kostiumami. Miałem raz przyjemność nosić takie coś na sobie i wiedziałem doskonale, jak bardzo niekomfortowo człowiek się w tym czuje. Zayn zarzucił mi szalik na szyję, żebym nie odstawał od grupy, a Niall uczył mnie początku hymnu naszej drużyny, który wszyscy mieli odśpiewać tuż przed pierwszym gwizdkiem. Do meczu został piętnaście minut, więc patrzyłem na Danielle błagalnym wzrokiem, żeby wzięła ode mnie tę bandę kretynów, bo chciałem mieć najzwyczajniej w świecie święty spokój.
- Właśnie, panowie. – dodała po chwili. – Mam dla nas wejściówki za kulisy po meczu. Będziecie mogli poznać piłkarzy osobiście. Hazza, może w końcu się do nich przekonasz! – szturchnęła mnie pocieszająco w ramię. „Tylko nie to”, pomyślałem i schowałem twarz w dłoniach. Pięć, cztery, trzy… Zaczęło się odliczanie i na środek boiska wychodził prowadzący, którego zadaniem było przedstawienie składu drużyn. Dwa, jeden…
- Witam serdecznie wszystkich zgromadzonych na sobotnim meczu, który rozegra się między Doncaster Rovers, a Everton! Mam nadzieję, że wszyscy będziecie bawić się znakomicie, a doping będzie niezapomniany! – powiedział ochrypłym głosem. Jak przystało, przedstawił najpierw zawodników drużyny przeciwnej, później przeszedł do chłopaków z Donny, których popularnie tak właśnie zwano. Wszyscy podnieśli się na trybunach. – Bramkarz Ross Turnbull. – po każdym wyczytanym nazwisku tłum krzyczał: „Doncaster”. – Obrońcy: Paul Quinn, James Husband, Rob Jones, Dave Syers. Pomocnicy: Paul Keegan, Richie Wellens, James Harper, Marc de Val. Napastnicy: Billy Paynter… - zrobił krótką przerwę dla podbudowania bojowej atmosfery. – Proszę państwa, powitajmy gromkimi brawami naszego nowego zawodnika. Najmłodszy i najszybszy w drużynie! Przed wami nowy napastnik Doncaster Rovers, Louis William Tomlinson! – wszyscy kibice stanęli na baczność z podniesionymi w górę szalikami i zaczęli śpiewać hymn, podczas gdy zawodnicy wchodzili na murawę boiska. Każdy z nich prowadził za rękę dziecko. W sumie, uważałem, że to słodkie. Na telebimach wyświetlały się kolejno zdjęcia każdego z piłkarzy z dopiskiem pozycji, na której gra oraz wiekiem. Z zainteresowaniem patrzyłem po twarzach ludzi, których mogłem dotychczas obserwować wyłącznie na szklanym ekranie telewizora z nogami położonymi na ławie. Mój ojczym pewnie zazdrości mi, że jestem częścią tego całego wydarzenia. Czekaliśmy wraz z przyjaciółmi na pojawienie się nowego zawodnika. Wszedł jako ostatni z małą dziewczynką na rękach. Z daleka wyglądał zupełnie, jak jej ojciec, więc nie chciało mi się wierzyć, że jest aż tak młody, jak on nim mówiono. Na telebimie zostało wyświetlone zdjęcie.
Tłum rozentuzjazmowanych dziewcząt dosłownie zaczął piszczeć i krzyczeć w niebogłosy. Tak, wszystkie dały popis temu, po co przyszły na mecz. Popatrzeć na piłkarzy, to logiczne. Zapatrzyłem się w zdjęcie Louisa. Rzeczywiście był niesłychanie młody, zwłaszcza, że dotychczasowy najmłodszy piłkarz miał dwadzieścia siedem lat. Co więcej, wyglądał na naprawdę sympatycznego chłopaka, nie to, co pozostali zawodnicy, do których bez kija bym nie podszedł. Zdecydowanie miał to coś w sobie, co sprawiało, że porywał tłumy, choć jeszcze nie zdążył kopnąć piłki. Za swoimi plecami zobaczyłem wielki transparent: „Lou, jesteśmy z Tobą!”, więc domyśliłem się, że to jego rodzina. Kobieta w średnim wieku, nieco młodszy mężczyzna i cztery blondwłose dziewczynki, które pewnie były jego siostrami. I jedna brunetka w koszulce z napisem „Tomlinson”, która kogoś mi przypominała.
- Liam, on jest z naszej szkoły! – Danielle podskoczyła z zadowolenia. – Tak, to na pewno on! Chodzi do ostatniej klasy z Alanem Campbellem, kojarzysz?
- Tak, masz rację, Dan. – rzucił Liam. – To on. Minąłem go nawet kilkakrotnie na szkolnym korytarzu.
- Chwila, chwila… - Zayn usilnie nad czymś myślał. – Czy on nie chodzi z Eleanor Calder? Tą taką wiecie, niby modelką? – wszyscy zgodnie przytaknęli. Tak, to dlatego ta dziewczyna na trybunach wydała mi się taka jakaś znajoma.
- Boże… W takim razie musi być kompletnym kretynem, skoro zadaje się z tą idiotką. – wszyscy spojrzeli na mnie spode łba. Doskonale wiedziałem, o co im chodziło. El jest śliczną dziewczyną i nie mogę temu zaprzeczyć, ale jest najzwyczajniej w świecie pustą lalą, dla której liczą się tylko pieniądze i zakupu, o! – Wybaczcie, ja nie patrzę tylko na wygląd, jak co poniektórzy. Niall… - spojrzałem na przyjaciela. – Pociekło ci na samą myśl o niej.
Sędzia zagwizdał, oznajmiając tym samym początek pojedynku. Wyjąłem z kieszeni wibrujący telefon i odczytałem wiadomość od siostry.
Gemma:
Harry Edwardzie Stylesie! Oznajmiam wszem i wobec,
że masz mi po meczy załatwić JEGO autograf.
Tak, dobrze czytasz. Chcę mieć autograf
LOUISA TOMLINSONA.
P.S. Masz niezmierne szczęście, że tam jesteś…
„Kolejna idiotka”, przemknęło mi przez myśl, jednak skarciłem się za to stwierdzenie. Gemma była moją starszą i najukochańszą siostrą ze słabością do przystojnych facetów. Nic dziwnego, że chciała akurat jego autograf. Louis był… Hmm, musiałem to przyznać. Był atrakcyjny na swój sposób. Jego błękitne tęczówki bijące ze zdjęcia na telebimie przypominały nieskazitelne niebo w letnie wieczory. Do tego ten zadziorny uśmiech od ucha do ucha i rozczochrane, jasnobrązowe włosy. Wyglądał na tej fotografii trochę jaki taki złośliwy chochlik skłonny tylko i wyłącznie do płatania figli. Mimowolnie uśmiechnąłem się na tą myśl. Właśnie porównałem człowieka z krwi i kości do zabawnego, bajkowego stworzonka. Liam pociągnął mnie do góry za kurtkę, nie wiedziałem, co się stało, ale stadion dosłownie oszalał! Wszyscy momentalnie podskoczyli na trybunach. Dopiero chwilkę później uświadomiłem sobie, że Doncaster Rovers strzelili pierwszego gola, a w zasadzie strzelił go ich nowy zawodnik. Był niesamowity. Niecałe siedem minut meczu, a już padł pierwszy, celny strzał. Louis przebiegł przez całą długość boiska, przybijając piątki ze wszystkimi zawodnikami. Komentator zaczął krzyczeć tak głośno, że musiałem zasłonić sobie uszy. Wszyscy byli wyraźnie zaskoczeni nowym chłopakiem w Donny. Nie dało się opisać słowami tego, jak szybko potrafił się poruszać. Przemierzał długość od jednej do drugiej bramki w zaledwie kilka sekund, a najlepsze jest to, że wcale nie wyglądał przy tym na zmęczonego. Ja, na jego miejscu, leżałbym już martwy i musieliby dosłownie zdzierać mnie z tej murawy. Nie miałem kondycji, choć zawsze chciałem ją mieć. Nie mogłem jednak winić się za to, że urodziłem się bez predyspozycji sportowych.
- Yeah! Dwa do zera! – krzyknął Payne i rzucił się z zadowolenia na Danielle. Dziewczyna prawie się przewróciła. Zaśmiałem się mimowolnie, bo wyglądało to strasznie komicznie. Liam niemalże wskoczył jej w ramiona. Niall podskoczył w górę z takim rozmachem, że rozsypał sobie, w zasadzie mi, cały popcorn i momentalnie posmutniał. Ja tylko przybiłem piątkę z Zaynem, który zachowywał trzeźwość umysłu lub raczej był skupiony na jednej ze stewardek. Zauważyłem, że od dłuższego czasu siedzi z oczyma wlepionymi w jej drobną postać. Dziwiłem się, że tak krucha dziewczyna, jak ona, może pracować jako ochrona na meczach. Miała krótkie blond włosy z zabawnymi, różowymi końcówkami. Uśmiechała się tak słodko, że dało się ją obserwować godzinami. Krążyła przy ławce rezerwowych w tą i z powrotem. Miałem wrażenie, że Malik robi to wraz z nią. W końcu sędzia ogłosił koniec pierwszej połowy i nadchodziła chwila sławy Danielle. Dziewczyny poderwały się z miejsc siedzących, a ochrona wpuściła je na środek boiska. Ubrane były w kuse, białe spodenki i czerwono-białe koszulki w paski. W rękach trzymały pompony tego samego koloru. Gdybym nie znał Dan, powiedziałbym, że te dziewczyny absolutnie nie dbają o opinię na ich temat. Nie podobały mi się tego typu stroje, choć wiedziałem, że tak właśnie muszą wyglądać cheerleaderki. W głośnikach rozległa się piosenka Shakiry pod tytułem „Waka waka”. Danielle poruszała się jak zawodowa tancerka, zazdrościłem jej, że potrafi ruszać się tak zmysłowo i dziewczęco zarazem. W tańcu miała zdecydowanie dwa oblicza: małej, niezdecydowanej dziewczynki i pewnej siebie, przebojowej kobiety. Dwie skrajności, ale cóż, taka właśnie była na co dzień. Skrajnie inna niż wszystkie dziewczyny, jakie miałem przyjemność poznać. Gdyby nie była z Liamem, możliwe, że byłbym w stanie się w niej zakochać. Ich występ był naprawdę udany, dlatego prowadzący postanowił dać im szansę i mogły zatańczyć jeszcze jeden układy. Dla rozbawienia i zarazem rozbudzenia całej widowni postawiły na znany na całym świecie hit „Gangnam Style”. O dziwo, trybuny zaczęły tańczyć wraz z nimi i nasza czwórka również podniosła się z miejsc siedzących, żeby odtańczyć ten specyficzny taniec. Piłkarze Doncaster Rovers wyszli wcześniej na boisko, przyłączając się do Danielle i reszty cheerleaderek. Wszystko to wyglądało przezabawnie, zwłaszcza, że oni nie mieli takiej płynności ruchu i tak opanowanej choreografii. Po pokazie dziewczyny pobiegł do szatni przebrać się i ponownie do nas dołączyły. Pozostało kilka minut do rozpoczęcia drugiej połowy i nawet nie spostrzegliśmy się, że brakuje z nami Zayna. Od razu zapaliła mi się czerwona lampka pod tytułem: „Aha, ktoś wybył na podryw” i nie pomyliłem się. Za dobrze go znałem i nie łudziłem się, że podaruje sobie taką okazję. Malik jest w porządku, choć w szkole przyczepiła się do niego łatka „uwodziciela”, tylko dlatego, że nie ma problemów, aby nawiązać znajomość z jakąkolwiek dziewczyną. Zresztą, w naszej szkole każdy ma jakąś łatkę. Ja jestem tym niezdarnym, Niall to obżartuch, ewentualnie głodomór, Liam z kolei uchodzi za ważniaka, a Danielle za luzaczkę. No, jest jeszcze Eleanor, o której wszyscy jawnie mówią „pusta lala”. Jestem w stanie wyobrazić sobie, jaka wrzawa wybuchnie w poniedziałek, gdy na szkolny korytarzy stanie nie kto inny, jak Louis Tomlinson. Intuicyjnie wyczuwałem, że płeć piękna nie da mu chwili wytchnienia. Zawodnicy kręcili się koło ławki rezerwowych, a nowy napastnik Donny przysiadł na murawie i wpatrywał się z niedowierzaniem w ilość zgromadzonych na trybunach osób. Czasami odmachał, gdy ktoś mu pokiwał i ciągle się uśmiechał. Byłem pewny, że kocha to, co robi. Pewnie zawsze chciał być piłkarzem, tak, jak ja zawsze chciałem śpiewać. Oboje robimy to, co sprawia nam największą przyjemność. Louis posłał swojej dziewczynie buziaka w powietrze i wbiegł na boisko tuż po tym, jak sędzia zagwizdał, dając wszystkim do zrozumienia, że nadeszła pora walczyć dalej. Zayn wrócił do nas z głupkowatym uśmiechem na twarzy. Posłałem mu tylko pełne podziwu spojrzenie.
- Masz ten numer, co nie, Malik? – szturchnąłem go znacząco w ramię.
- Się wie, Styles. – w odpowiedzi szczerze się do mnie uśmiechnął.
Siedemdziesiąta trzecia minuta i trzecia bramka tego samego zawodnika. Tomlinson zdecydowanie nie dawał szans przeciwnikom, ale także zawodnikom swojej własnej drużyny. Praktycznie miał piłkę cały czas przy swojej nodze i nie chciał jej nikomu udostępnić. W osiemdziesiątej minucie dostał też swoją pierwszą w karierze żółtą kartkę za faul na piłkarzu Everton. Kibice oczywiście podnieśli głos i zaczęli gwizdać na sędziego, że niesłusznie przydzielił mu kartkę, ale stało się i się nie odstanie. Do dziewięćdziesiątej minuty padły jeszcze dwa gole. Jeden dla Doncaster Rovers, zdobyty przez Roba Jonesa, a drugi dla naszych przeciwników. Mecz zakończył się wynikiem cztery do zera, co było zaskakujące w wypadku tej drużyny. Nigdy dotąd nie skończyli rozgrywki z taką ilością strzelonych bramek. Jeśli już wygrywali, to zazwyczaj jeden do zera. Podczas, gdy trybuny zaczęły śpiewać „Rovers till I Die” , ja odpisywałem na wiadomość od ojczyma.
Robin Twist:
Idziesz za kulisy? Pogratuluj tym ludziom!
Ten nowy jest świetny!
Piłkarze zrobili jeszcze rundę honorową po boisku, a potem udali się za kulisy.
PIERWSZY SPALONY
Danielle dosłownie pchała nas za kulisy, prowadząc jakąś krętą drogą. Chcąc nie chcąc, musieliśmy jej ufać, jako cheerleaderka znała to miejsce jak własną kieszeń. Po niespełna kilku minutach znaleźliśmy się pod szatnią piłkarzy, gdzie stała już spora grupka osób. Nie każdy miał tutaj wgląd, więc mieliśmy niepowtarzalne szczęście, że Dan w pewnym sensie należała do drużyny. Liam szukał po kieszeniach długopisu, z kolei Niall krążył wokół niego z notesem w dłoni. Nadal nie byłem w stanie zrozumieć tego całego zamieszania. Przecież, mimo wszystko, oni też byli normalnymi ludźmi, a Louis był zwyczajnym nastolatkiem, który w poniedziałek pokaże się w szkole i będzie przygotowywał się do egzaminów końcowych. W zasadzie to nawet zaczynałem mu współczuć tej całej wrzawy, jaką zgotują mu ci wszyscy ludzie zarówno tutaj, jak i w szkolnych murach.
- Li, wybacz, że to powiem… - zaczęła nieśmiało Danielle. – Jestem szczera. Louis jest strasznie przystojny! – Payne spojrzał na nią niezadowolonym wzrokiem, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że dziewczyna nie miała niczego złego na myśli.
- Zgadzam się… Ach, ten Tomlinson. Szkoda, że jest zajęty, bo chyba ostro wzięłabym się za podryw. – dodała jedna z koleżanek Dan.
- Serio, Mary? Boże, to jest zwyczajny chłopak. Ma swoje życie, kocha piłkę nożną, ale nie różni się od nas. W poniedziałek wstanie rano, pewnie zje śniadanie, potem wrzuci kilka książek do torby i stanie na szkolnym korytarzu. I znając was wszystkich, zgotujecie mu piekło i będziecie robili z niego ósmy cud świata. Swoją drogą, może jest dobrym piłkarzem, ale umawia się z kompletną kretynką i ma wielki tyłek… - wyrzuciłem to z siebie, jakby to miało dla kogoś jakiekolwiek znaczenie. Moi przyjaciele spojrzeli na mnie wielkimi oczyma, mniej więcej tak, jakby tuż za mną stanął duch. Tylko Danielle zaśmiała się tak dźwięcznie, że jej głos odbił się echem w mojej głowie.
- Ekhem… - usłyszałem za swoimi plecami i poczułem czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Momentalnie rozejrzałem się po zgromadzonym tłumie, ale wszyscy ci, których znałem stali dokładnie naprzeciwko mnie. Przełknąłem nerwowo ślinę i odetchnąłem głęboko. – Naprawdę mam taki wielki tyłek? – zaśmiał się, a ja miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Spalony, Styles. Kompletnie spalony.
- Słyszałeś coś jeszcze z tego, co mówiłem? – spytałem, modląc się w duchu, żeby jednak nie słyszał mojej dotkliwej uwagi na temat jego ukochanej. To była tylko moja opinia. Nie, w zasadzie nie tylko moja. Cała szkoła się z niej śmiała, bo ona nawet nie wiedziała, ile jest dwa razy dwa.
- Nie, a powinienem? – odpowiedział pytaniem na pytanie i przeszedł koło mnie. Usiadł na ławce pod ścianą i przyjrzał się tym wszystkim ludziom. Mimowolnie uśmiechnął się, patrząc na mnie. Mogłem się tylko domyślać, jak bardzo byłem czerwony na twarzy. Czasami powinienem ugryźć się w język lub chociaż najpierw pomyśleć, a potem powiedzieć. Danielle od razu przysiadła się do niego i zaczęła rozmowę. Po chwili w dyskusję włączyli się też inni, najwyraźniej potrzebując kogoś, kto będzie przewodnikiem takiej konwersacji. Louis bez wahania opowiadał o sobie, o swoich zainteresowaniach, rodzinie. Poruszał nawet kwestie prywatne, choć, według mnie, nie powinien był tego robić. Nie znał tych ludzi, a oni mogli wykorzystać to przeciwko niemu. Hmm, czasami odzywał się we mnie głos rozsądku. Szkoda, że to miało miejsce tak rzadko. Głupio mi było teraz do niego podjeść i poprosić o autograf dla siostry. Jak mogłem wypalić z tym tyłkiem… Dobrze, no miał na czym siedzieć, przyznaję, ale co mi było do tego. On był piłkarzem, nie modelem, więc powinienem skupić się na jego grze, a nie wyglądzie. Nie mogłem jednak nic poradzić na to, że w tych krótkich, czarnych spodenkach było widać tylko i wyłącznie jego krągłe pośladki. „Styles, zamknij się”, poprosiłem sam siebie w myślach.
- Hej, ziemia do Hazzy! – Danielle pomachała mi dłonią przed oczyma. Szlag by to trafił, jeszcze tego mi brakowało, że przyłapała mnie, błądzącego kompletnie w innym świecie. – Gemma chciała autograf, prawda?
- Prawda. – odparłem bez przekonania. Co z tego, że chciała? Dlaczego to zawsze ja musiałem być jej wysłannikiem. Ona była starsza, powinna była o mnie dbać, a tymczasem ona z reguły miała mnie gdzieś, tłumacząc się, że jestem facetem i nie będzie mnie w niczym wyręczała, bo mam uczyć się życia. W moim przypadku akurat to skutkowało, ale czasami też potrzebowałem czegoś od niej.
- Prawda? To rusz swoje szanowne cztery litery, których ty w zasadzie nie masz, i pofatyguj się po ten autograf. – uśmiechnęła się do mnie i pociągnęła mnie za rękę. Ustawiła mnie w kolejce i poszła do reszty znajomych. Stałem tam jak jakiś debil, układając w głowie, co takiego mu powiem, jak stanę przed nim. Już wystarczająco się dzisiaj skompromitowałem. Wiedziałem, że ten mecz będzie kompletnym niewypałem i nie pomyliłem się. Prócz kapitalnego wyniku, niczego stąd nie wyniosłem. No, może jedynie uświadomiłem sobie, że mam niewyparzoną gębę. Chciałem obrócić się na pięcie i po prostu odejść, ale nie mogłem się teraz wycofać, nie w momencie, w którym właśnie stanąłem przez Louisem.
- Eee… Bo ja, ten… - brawa dla mnie, jeszcze na domiar złego zacząłem się jąkać. Tomlinson wybuchnął śmiechem, a ja patrzyłem na niego, jak na przybysza z kosmosu. Może i byłem nieporadny, ale to nie powód, żeby się ze mnie naśmiewać.
- Harry. – wypowiedział moje imię. Skąd on, do cholery, w ogóle je znał? Wziął ode mnie kartkę i długopis. – Dla Gemmy, tak? – zapytał, ale spojrzałem na niego z jeszcze dziwniejszą miną. – Oh, nie patrz tak na mnie. Masz rozgadaną przyjaciółkę i tyle. W przeciągu chwili dowiedziałem się o tobie dość sporo, pączusiu. – znów się zaśmiał. „Dzięki, Dan”, wiedziałem, że będę z nią musiał poważnie porozmawiać. Wiedziała, że nienawidzę, gdy ktoś nazywa mnie pączusiem. To wszystko przez moją mamę… Ona nie umie powstrzymać się przy moich znajomych i, na przykład, wołając mnie, wymyśla różne, obciachowe określenia na mój temat. Odebrałem od niego kartkę i ruszyłem w stronę Zayna, rzucając mu się na szyję. Wiedziałem, że tylko on będzie w stanie mnie zrozumieć. Doskonale wiedział, o co mi się rozchodzi i dziękowałem mu, że nie musiałem odzywać się ani jedynym słowem. Skarcił spojrzeniem Danielle i dał jej tym samym do zrozumienia, że ma za długi język. Odetchnąłem głęboko, starając się wyrzucić z pamięci cały ten dzień, począwszy od tego, że wstałem niewyspany i to lewą nogą, poprzez całe nudne popołudnie i ten przeklęty mecz. Chciałem wrócić do domu, zjeść jakąś kolację, wziąć długi prysznic i po prostu zasnąć. Nie marzyłem o niczym innym tak bardzo, jak o powrocie do szarego, monotonnego życia. Wychodziliśmy tym samym wejściem, których wchodziliśmy, ale nadal mocowałem się z tą przeklętą bramką. Byłem totalnym sierotą, bo wszyscy przeszli bez najmniejszego problemu, a do mnie musiała dwukrotnie podchodzić ochrona. Czułem, że ten dzień zapamiętam na długo. Niekoniecznie jako jeden z lepszych. Gdy w końcu, jakimś cudem bez większych problemów, doszliśmy do samochodu, odetchnąłem z ulgą i rozłożyłem się na tylnym siedzeniu. Już prawie zasypiałem, gdy z tego stanu wyrwał mnie dźwięk wiadomości. Podskoczyłem w samochodzie, uderzając głową w jego dach. Niall dosłownie zaczął mi klaskać. Nie dziwiłem się, też miałbym ubaw, gdybym obserwował siebie z boku. Zayn delikatnie przyhamował i spojrzał w lusterko, ale gdy zdał sobie sprawę, że to uderzenie to wynik tylko i wyłącznie mojej niezdarności, wrócił do dawnej prędkości. Problemem ponownie był korek, w którym staliśmy jakieś dobre piętnaście minut, poruszając się o jakieś dwieście metrów w przód. Wyjąłem telefon i spojrzałem na jego wyświetlacz, ale niestety, był już przygaszony i nie widziałem, od kogo dostałem wiadomość. Kliknąłem zieloną słuchawkę.
Numer nieznany:
Przepraszam za tamtego pączusia, pączku.
- Danielle! – krzyknąłem w stronę dziewczyny. – Czy ty aby na pewno jesteś w stu procentach normalna? Zayn, żądam, żebyś natychmiast ją wysadził! – przyjaciel spojrzał na mnie spode łba, kompletnie nie rozumiejąc, o co mi chodzi. Na czerwonym świetle podsunąłem mu wyświetlacz telefonu pod sam nos. Przeczytał sms’a i mimowolnie się zaśmiał.
- To się nazywa spalony, Styles!
POWTÓRKA Z ROZRYWKI
Wstałem w niedzielę z samego rana i to nie z własnej woli. Rodzice krzątali się po kuchni, stukając i pukając dosłownie wszystkim, czym się dało. Gemma non stop wchodziła i wychodziła ze swojego pokoju, a ja dostawałem szału od tych jej skrzypiących drzwi. Pamiętam, jak raz wstałem w niedzielę przed ósmą i robiłem podobne zamieszanie. Wszyscy byli na mnie źli do tego stopnia, że chcieli się mnie jak najszybciej pozbyć. Odchyliłem głowę do tyłu i westchnąłem głęboko. „Za jakie grzechy”, pomyślałem i przykryłem się kołdrą po same uszy. Chciałem mieć jeden, dosłownie jeden, dzień spokoju. Ostatnio miałem ciągle pod górkę. Cóż, niektórym po prostu wiatr non stop wieje w oczy. Zaczęło się od głupiego sprawdzianu z historii, do którego uczyłem się caluśki tydzień, a i tak dostałem ocenę niedostateczną. Co więcej, nauczycielka nie pozwoliła mi go poprawić, tłumacząc się, że miałem wystarczająco dużo czasu na naukę. Nie chciała uwierzyć mi na słowo, że kułem tych durnych Piastów przez bite siedem dni. Potem to przeklęte wychowanie fizyczne, na którym zaliczyłem kapitalną glebę, odbijając sobie biodro. Do dnia dzisiejszego mam wielkiego siniaka na kości, który boli nawet przy złym ułożeniu się w łóżku. Na domiar złego ten wczorajszy dzień, który okazał się typową puszką Pandory. Nie wiedziałem, co czeka mnie w najbliższych dniach, ale pewnie nie będzie kolorowo. Znając Danielle, już rozpowiedziała wszystkim, jaki to Tomlinson jest cudowny i że ma mój numer telefonu. Ba, pewnie powiedziała nawet, że nazwał mnie pączusiem. Uh, czuję się fatalnie! Dlaczego musiałem być takim pechowcem? Okej, Louis wydawał się fajnym chłopakiem, ale to nie upoważniało Dan do tego, żeby rzucać moim numerem na prawo i lewo. Nie miałem ochoty z nim rozmawiać ani tym bardziej zagłębiać się w jakieś głębsze relacje. Miałem swoich przyjaciół i to w zupełności mi wystarczało. Nie potrzebowałem do pełni szczęścia nikogo więcej.
- Hazz. – siostra stanęła w progu mojego pokoju. Nie zamierzałem nawet wychylić się spod kołdry. Było mi tutaj ciepło, miło i to był po prostu mój obszar, do którego nikt nie miał wstępu. – Dzisiaj śniadanie przed telewizorem! – tak, to nie zabrzmiało dobrze. Anne i Robin nigdy nie pozwalali nam jeść przed szklanym ekranem, a gdy tak się działo, nie wróżyło to niczego dobrego. Kilka lat temu, w podobnych okolicznościach, rodzice ogłosili nam, że się rozwodzą. Potem mama przedstawiła nam Robina, ale koleś miał szczęście, że od razu przypadł mi do gustu. Telewizor oznaczał dla mnie kłopoty. Niechętnie wstałem z łóżka, a jeszcze niechętniej spojrzałem lustro. Napuchnięta twarz, sińce pod oczami, rozczochrane loki. „Panie i panowie, Harry Styles w najlepszym wydaniu!”, w mojej głowie to zdanie zabrzmiało jak wyjęte z ust jakiegoś prezentera czy raczej komentatora. Naprawdę wyglądałem tak samo beznadziejnie, jak się czułem. Potrzebowałem snu, a tymczasem zostałem brutalnie wyrzucony z mojego królestwa tuż przed dziewiątą rano. Przeczesałem palcami swoje splątane włosy i wrzuciłem na siebie pierwsze, lepsze ubranie. Nie spostrzegłem nawet, że ubrałem się identycznie, jak wczoraj na ten cholerny mecz. Czarna koszulka i czarne rurki nie bez powodu spoczęły na moim ciele. Idealnie zobrazowałem swój dzisiejszy nastrój. Klepnąłem się w policzek, żeby nieco się rozbudzić, ale nic mi to nie dało. Po drodze do kuchni sprawdziłem komórkę. Miałem to szczęście, że nikt, niczego ode mnie nie chciał. Zasiadłem za stołem i oparłem czoło o blat. Mama od razu skarciła mnie za to zachowanie. Nie rozumiała, że najzwyczajniej w świecie jestem zmęczony.
- Uwaga, uwaga! – zaczął Robin. – A teraz… Obejrzymy powtórkę wczorajszego meczu!
- O nie! – zacząłem od razu, co to za polityka, żeby budzić mnie praktycznie w środku nocy, bo dla mnie dziewiąta rano to tak, jak północ dla kogoś, komu każą iść spać tuż po dobranocce, tylko po to, żebym musiał oglądać to sportowe wydarzenie, którego wczoraj byłem uczestnikiem. – Robin, zlituj się. Włącz mi ten muzyczny program, który oglądam w niedzielę, gdy uda mi się na niego wstać. Dzisiaj mi się udało, należy mi się coś od życia. – spojrzałem na niego spode łba, a mama tylko krótko się zaśmiała. Wiedziałem, że nie mogę wchodzić w paradę mojemu ojczymowi. On i tak zawsze dostawał to, czego chciał. Lubię go, naprawdę, ale chwilami jest nie do zniesienia. Wepchnąłem sobie kanapkę do ust, podczas gdy Anne ustawiła odpowiedni program w telewizorze. Mecz dopiero się rozpoczynał, a ja wiedziałem, że nie będę mógł odejść od stołu, nim nie minie to przeklęte dziewięćdziesiąt minut plus trzy doliczone ze względu na faul. Modliłem się tylko, żeby nie pokazali dodatku zza kulis. Nie chciałbym oglądać na wielkim ekranie mojej dziwnej miny i tych charakterystycznych, czerwonych policzków, które pokazywały się, gdy byłem naprawdę zażenowany. Żałowałem tego, co powiedziałem na temat Louisa. Trochę pochopnie go oceniłem, patrząc tylko przez pryzmat jego dziewczyny i tyłka. Wyszedłem na kogoś strasznie powierzchownego, kogoś, dla kogo liczy się tylko to, co jest w stanie wyłapać na pierwszy rzut oka. Skarciłem się w myślach za to, co zrobiłem i wymierzyłem sobie mentalny policzek. Spojrzałem ze zdziwieniem na siostrę, która dosłownie podskoczyła na krześle, gdy na telebimie zostało wyświetlone jego zdjęcie. Momentalnie zrobiła się czerwona, a uśmiech nie znikał z jej twarzy. Gemma to kobieta, jej nie zrozumiem, choć starałem się wyłapać, co takiego Tomlinson ma w sobie, że tłumy za nim szaleją. Gdyby tylko chciał, mógłby przebierać w dziewczynach, a tymczasem umawiał się z najbardziej beznadziejną partią w szkole. Byłem skłonny stwierdzić, że jest z nią tylko dlatego, że jest ładna. Nie sądzę, że mają o czym ze sobą rozmawiać. Padł pierwszy gol i cała moja rodzina, oczywiście beze mnie, podskoczyła w górę robiąc falę. Postukałem się po czole i niepostrzeżenie pomknąłem do swojego pokoju. Momentalnie rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Pech chciał, że pod koniec meczu mama wpadła do mojego pokoju z wielkim impetem i narobiła tyle hałasu, że chcąc nie chcąc, nie byłem w stanie się nie obudzić.
- Harry! On jest z twojej szkoły. – powiedziała i usiadła na łóżku koło mnie. Posłałem jej spojrzenie pod tytułem: „Serio? Brawo za spostrzegawczość”. – Choć, będzie z nim wywiad.
Musiałem wstać, bo wiedziałem, że rodzicielka nie da mi spokoju. Nalałem sobie szklankę soku pomarańczowego i przysiadłem na skraju kanapy, wlepiając wzrok w telewizor.
Wiadomości z Doncaster. Wita was Ann McKinney. Właśnie znajdujemy się na murawie Keepmoat Stadium, a wraz ze mną jest tutaj najnowszy nabytek Doncaster Rovers. Młody, utalentowany, nieprzeciętnie wysportowany, istna wisienka na torcie, Louis William Tomlinson! – kamera przesunęła się nieznacznie w lewo i pokazała nowego zawodnika drużyny. Uśmiechnął się lekko i pokiwał do telewidzów. Byłem niemalże pewny, że Gemma w tym momencie ma mokro w gaciach. – Louis, powiedz nam wszystkim, jak to się stało, że jesteś tu, gdzie właśnie jesteś? – „Co za durne pytanie”, pomyślałem, ale nie powiedziałem tego głośno. Wolałem nie ryzykować kolejnej lawiny dziwnych spojrzeń pod moim adresem.
- W zasadzie… To śmieszne. Kilka lat temu pracowałem tutaj, właśnie na tym stadionie i sprzedawałem przekąski. Nigdy nie sądziłem, że kiedyś zagram na tej murawie, choć grywałem w piłkę od najmłodszych lat. Mama posłała mnie do pierwszego klubu sportowego, gdy miałem pięć lat, choć wtedy miałem co do tego mieszane odczucia. Zawsze chciałem zostać piosenkarzem albo aktorem. Nie wiązałem swojej przyszłości z piłką nożną. Jakaś siła sprawiła, że jednak tutaj jestem.
- Od kogo dostajesz największe wsparcie? Doszły mnie słuchy, że twoja dziewczyna wiernie ci kibicowała. – mina mojej siostry była nie do podrobienia. Zaśmiałem się cicho, nie mogąc się powstrzymać.
- Podczas dzisiejszego meczu największe wsparcie dała mi moja rodzina. Moja mama, ojczym i czwórka sióstr. Są dla mnie najważniejsi i to dzięki nim, stałem się tym, kim jestem. Tak, to prawda. Moja dziewczyna była na trybunach i trzymała za mnie kciuki. Kibicie też byli…
Gemma kapitalnie wycelowała kapciem w telewizor i trafiła idealnie w jego wyłącznik. Niemalże podskoczyłem z radości, że w końcu będę miał święty spokój i nie będę musiał oglądać tego wszystkiego. Ewidentnie była zła, ale czego się spodziewała? Nie liczyła chyba, że zostanie dziewczyną słynnego piłkarza Doncaster Rovers, cóż, trzeba mierzyć siły na zamiary. Miałem ochotę ją przytulić, gdy tylko zobaczyłem jej zawiedzioną minę, ale powstrzymałem się, wiedząc, że to może się dla mnie źle skończyć. Poszedłem do pokoju i włączyłem laptopa. Wszystkie strony internetowe piały na temat nowego piłkarza, co stawało się powoli drażniące. Doczytałem wywiad, który właśnie wyłączyła moja siostra, dowiedziałem się kilku rzeczy na jego temat i na tym sprawę zakończyłem. Nie miałem zamiaru skakać wokół niego i robić zamieszania. Był tylko trzy lata starszy ode mnie, również był młodym chłopakiem i wiedziałem, że chce mieć swoje własne, prywatne życie. Współczułem mu jutrzejszego dnia i tych korytarzy, oblężonych po brzegi rozwrzeszczanym małolatami, które będą robiły tak zwany sztuczny tłum. „Louis, jesteś boski! Dasz mi autograf? Może zrobimy sobie zdjęcie?”, huczało w mojej głowie. Byłem niemalże pewny, że szkoła oszaleje na jego punkcie.
ŻYCIOWY KARNY
Wcale nie zdziwił mnie tłum zgromadzony pod szkołą w Doncaster. Gdybym tylko mógł, momentalnie cofnąłbym się do domu, ale niestety, moja mama nie szła tego dnia do pracy, więc nie przemknąłbym niezauważony. Pełno reporterów, ludzie z prasy i radia, tłumy rozszalałych dziewcząt z wielkimi transparentami: „Kochamy Cię, Louis!”. Nawet nie wiecie, jak mu współczułem. Sam najchętniej w danym momencie zmieniłbym szkołę, a co dopiero on, którego dotyczyło to całe zamieszanie. Nasz dyrektor udzielał właśnie wywiadu dla telewizji BBC, a ja starałem się przecisnąć przez tych wszystkich ludzi. Wyglądało to komicznie, gdy pchałem się rękoma i nogami, żeby tylko nie spóźnić się na historię. Pani Morgan by mi tego nie wybaczyła i za nic wzięłaby moje usprawiedliwienie, że właśnie oto stoczyłem walkę na śmierć i życie, żeby wejść do środka budynku. Kilkakrotnie dostałem z łokcia, ktoś szarpnął mnie w tył za kaptur od bluzy, ale w końcu zwyciężyłem ten morderczy bój. Podszedłem do swojej szafki, do której schowałem niepotrzebne podręczniki i, o dziwo, na korytarzu panował względny spokój. Zayn siedział z resztą chłopaków i Danielle na ławeczce przed odpowiednią salą. Gdzieś z końca korytarza dobiegły nas jakieś krzyki, ale nie zamierzaliśmy początkowo w ogóle interweniować. Zrobiło się gorąco, gdy na hall wbiegł nie kto inny, jak nasz piłkarzyk z nie kim innym, jak z Alanem Campbellem. Oboje szarpali się ile wlezie, aż w końcu Louis wylądował na szafce niedaleko mnie.
- Pieprzona gwiazdka z Doncaster Rovers, tak?! – krzyknął do niego jego przyjaciel, przyciskając go jeszcze mocniej do szkolnego schowka na książki. – Kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć? W ogóle zamierzałeś to zrobić? – syknął i przysunął się jeszcze bliżej do niego. – Kurwa, Tomlinson! Jesteś taką sprzedajną szmatą, że nie mieści mi się to w głowie! – już miał się zamachnąć, żeby wymierzyć mu cios, ale wtedy nasza interwencja była konieczna. Liam z Zaynem szarpnęli Campbella do tyłu, a ja szybko podbiegłem do Louisa, żeby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Niall pobiegł do pani wicedyrektor poinformować o całym zajściu. Kobieta momentalnie wbiegła na korytarz. Była dobrym zastępcą naszego kiepsko ogarniętego dyrektora, dla którego w danym momencie ważny był tylko prestiż szkoły i fakt, że ma w swoich murach wschodzącą gwiazdę footballu.
- Wszystko dobrze, panie Tomlinson? – ten pokiwał w odpowiedzi głową, wziął swoją torbę i odszedł pod klasę. Rzucił nam spojrzenie pod tytułem: „Dziękuję” i tyle go wszyscy widzieliśmy. – Panie Campbell, jeszcze jeden taki numer, a spotkamy się w gabinecie dyrektora. Rozejść się. Biegiem na zajęcia! – i sytuacja załagodzona. Nie spodziewałem się takiej reakcji ze strony Alana. Jak można było w taki sposób traktować własnych przyjaciół? Często miałem coś za złe, któremuś z chłopaków czy Danielle, ale nigdy nie zachowałem się wobec nich w taki sposób. Zawsze wszystko rozwiązywaliśmy spokojną rozmową. No, prawie zawsze. Czasami zdarzyło nam się podnieść głos, ale nigdy nie wyskoczyliśmy do siebie z pięściami, choć pewnie były momenty, że mieliśmy ochotę to zrobić. Pozbierałem swoją torbę z ziemi i zamknąłem szafkę na klucz. Podszedłem do reszty znajomych i wspólnie udaliśmy się pod klasę. Całą historię omawiałem z Liamem fakt, jak szybko i łatwo czyjeś szczęście może zniszczyć danego człowieka. Przedwczoraj Louis rozegrał pierwszy i zarazem świetny mecz na murawie Keepmoat Stadium, a dziś, zaledwie dwa dni później, odwrócił się od niego jego najlepszy przyjaciel. Payne pamiętał, że Tomlinson i Campbell od zawsze trzymali się razem i wszystko robili wspólnie, łącznie z wyjazdami na wakacje, więc tym bardziej dziwił mnie fakt, że Alan tak uniósł się honorem. Przecież nie stało się nic złego. To, że chłopak nie powiedział mu, że jest w drużynie, cóż, najwyraźniej tak musiał. Wielokrotnie słyszy się o nieudanych transferach, więc pewnie trener Donny nie chciał niczym ryzykować, ogłaszając wcześniej, jakiego zawodnika kupił. Nie mieściło mi się to w głowie. To tak samo, jakbym ja musiał przyrąbać Zaynowi za każdym razem, gdy nie informuje mnie, że idzie robić sobie nowy tatuaż, a potem pokazuje mi tylko i wyłącznie gotowy wzór na swoim ciele. Nialla też to dotyczy. Też powinien dostać ode mnie niezły ochrzan, gdy nie informuje mnie, że idzie na obiad do szkolnej stołówki, choć w jego przypadku akurat idzie domyślić się, gdzie jest, jak nie ma go z nami. Każdy miał jakieś sekrety. Te mniejsze i te większe, ale to przecież całkowicie normalne. Są rzeczy, o których nie mówi się nawet najlepszym przyjaciołom.
- Do odpowiedzi przyjdzie dzisiaj numer… Siedemnasty. – rozejrzała się po klasie. – Panie Styles, zapraszam. – „Suka”, rzuciłem w myślach i podszedłem do jej biurka. Wiedziałem, że już po mnie, bo nie powtórzyłem przez weekend żadnego z obowiązujących tematów. Nie mogłem przecież powiedzieć jej, że w sobotę nie miałem czasu ze względu na mecz, a w niedzielę rodzice męczyli mnie jego powtórką. Co jak co, ale tego by nie kupiła. Zresztą, miałem wrażenie, że szczerze mnie nienawidzi, więc nawet jeśli dostarczyłbym jej zwolnienie od samego pana Boga, nic by mi to nie dało. – Proszę opowiedzieć mi o początkach dynastii Piastów.
- Nie umiem. I proszę, bez zbędnych ceregieli o jedynkę. Nauczę się na poprawę. – spojrzałem na jej zdziwioną minę. Tak, wiem. To moja kolejna jedynka w tym semestrze i jeśli tak dalej pójdzie, nie dopuści mnie do końcowo rocznego egzaminu z tego przedmiotu. Nie wiem, co podkusiło mnie, że wybrałem właśnie historię jako jeden z siedmiu obowiązkowych przedmiotów. Nauczycielka już chciała otworzyć usta, ale w porę się powstrzymała. Wpisała mi przepiękną ocenę niedostateczną i mogłem z powrotem zająć miejsce koło Liama. Ten podsunął mi pod nos swoją komórkę. Odczytałem sms’a, który dotyczył także mojej skromnej osoby.
Danielle Peazer:
Ty, Zayn, Niall i Harry.
Długa przerwa, korytarz na drugim piętrze.
Styles nie będzie ucieszony, ale mam dla Was…
NIESPODZIANKĘ!
„Co to dziewczę znów knuje?”, pomyślałem i wróciłem do przepisywania tematu z tablicy. Musiałem teraz robić skrzętne notatki, bo wiedziałem, że czeka mnie poprawka, a w najgorszym wypadku powtórka klasy, co także było możliwe, zważając na to, jaką sympatią darzyła mnie pani Morgan. Modliłem się, żeby tylko nie zadzwoniła do moich rodziców z informacją, jak bardzo beznadziejnego mają syna. Syna, który w ogóle się nie uczy, ma olew na dany przedmiot i zgarnia jedynkę za jedynką, o! Oto ja, cały Harry Styles, który męczył się nad Piastami tydzień. Szczerze nienawidzę tej dynastii. Dzwonek był dla mnie wybawieniem, zwłaszcza po historii, która kompletnie szargała moje nerwy. Udaliśmy się na wyznaczony przez Dan korytarz i czekaliśmy, aż dziewczyna wyjdzie z sali. Powitała nas jednym ze swoich uśmiechów, który dla mnie nie wróżył niczego dobrego. Zresztą, zdążyła o tym wspomnieć w wiadomości tekstowej.
- Słuchajcie, moi mili panowie. – takie miłe powitania zawsze miały jakieś drugie dno. – Pewnie trójka z was się ucieszy, a jeden zaraz zabije mnie wzrokiem, ale załatwiłam nam wszystkim karnety na ten sezon rozgrywek. Uprzedzam wasze pytania: tak, miejsca na sektorze dla VIP’ów i tak, za darmo. – Niall niemalże zachłysnął się swoją kanapką, a Liam zaczął tańczyć dziki taniec radości, który każdy z nas znał już na pamięć. Czasami po nocach śniły mi się te jego zabawne wygibasy. Zayn jako jedyny zdecydował się na zwykłe „dziękuję” i ucałowanie policzka dziewczyny. Podświadomie wiedziałem, że rozpiera go radość. Kolejny mecz to kolejna okazja do zagadania do swojej stewardki. Doskonale wiedziałem, że zdobył jej numer, ale wiedziałem też, że nie miał odwagi się do niej odezwać. Malik był pewny siebie w rzeczywistości, jeśli chodzi o jakieś wirtualne kontakty, miał spore tyły. Wolał rozmawiać z ludźmi na żywo, niż wypisywać masy durnych sms’ów. Dziękowałem mu za to, bo jako jedyny nie zawracał mi głosy wiadomościami. Jak miał potrzebę, dzwonił. Ja robiłem tak samo. Posłałem Danielle srogie spojrzenie i poszedłem na stołówkę. Przez to wszystko najzwyczajniej w świecie zgłodniałem i musiałem dostarczyć sobie czegoś słodkiego na poprawę humoru. Matko święta, czeka mnie męczarnia na kolejnych starciach piłkarskich… Wziąłem tacę ze stolika przy wejściu i ustawiłem się w kolejce po jedzenie. O tej godzinie zawsze były tutaj tłumy i gdy tylko dochodziło się do stołu zastawionego wszelakimi smakołykami, okazywało się, że nie ma już tego, na co miało się największą ochotę. Trzymałem zaciśnięte kciuki, żeby nikt nie ukradł mi mojego ukochanego puddingu jabłkowego. Miałem szczęście, stał tam i jakby czekał na mnie. Chwyciłem go szybko i nalałem sobie do tego kubek czarnej, mocnej kawy. Stanąłem przy kasie, odliczając drobne do zapłaty. Otrzymałem należytą resztę i obróciłem się w celu zajęcia jakiegoś wolnego miejsca. Ktoś z impetem wpadł na mnie, a mój deser wylądował na drugiej stronie stołówki, podobnie, jak obiad tego kogoś. Mi zawsze pod górkę i wiatr w oczy.
- Jezu, przepraszam cię najmocniej. – oboje schyliliśmy się do tac, które wylądowały na ziemi. Nie nawiązaliśmy jednak kontaktu wzrokowego. Kimkolwiek był, nienawidziłem go za zmarnowanie mojego drugiego śniadania. – Jestem dzisiaj taki zakręcony, że… - musiał podnieść na mnie wzrok. – O, cześć, pączusiu. – nie kto inny, jak Louis Tomlinson, klęczał właśnie koło mnie i posyłał mi swój szeroki od ucha do ucha uśmiech.
- Nie mam dzisiaj nastroju do żartów. – wkurzyłem się na niego. – Zdążyłem już zaliczyć szmatę z historii, a teraz straciłem swoje ulubione jedzonko, nienawidzę cię z całego serca. – chciałem, żeby zabrzmiało to śmiertelnie poważnie, ale tymczasem oboje wybuchliśmy gromkim śmiechem, dosłownie siadając na podłodze stołówki.
- Wybacz, nie chciałem zrównać z ziemią twojego puddingu, ale mój kotlet sojowy wcale nie wygląda lepiej. – spojrzał na przeciwległy róg pomieszczenia.
- Fuj, jak można w ogóle jeść takie świństwo. – skrzywiłem się, a on tylko potrząsnął ramionami.
- Wiesz, treningi, zdrowe odżywianie, dieta, odpowiednie ćwiczenia… - zaczął wymieniać i momentalnie posmutniał. – Kurwa, mam ochotę na hamburgera. – westchnął tak głęboko, że odniosłem wrażenie, że zjedzenie jakiegoś fast food’u w jego wypadku wiążę się z popełnieniem najcięższego grzechu. Miałem dla niego propozycję nie do odrzucenia, chociaż nie wiem, skąd w ogóle wziął mi się ten pomysł.
- O której kończysz? Moja mama robi dzisiaj poniedziałkowe, szalenie niezdrowe tacos specjalnie dla swojego ukochanego syneczka. – uśmiechnąłem się zadziornie.
- Piętnasta trzydzieści. – pokazałem mu znak okej. Kończyłem o tej samej godzinie. – Muszę w takim razie spłacić Eleanor. – teraz to on uśmiechnął się z diablikami w oczach. Podnieśliśmy się z ziemi, wstępnie posprzątaliśmy po sobie i każdy z nas rozszedł się w swoją stronę. W podskokach dotarłem do sali matematycznej i wystukałem mamie wiadomość, że będziemy mieli gościa. Nie poinformowałem, rzecz jasna, kto to będzie, bo rodzicielka z pewnością zadzwoniłaby momentalnie do Robina i Gemmy, a ja chciałem, żeby Louis czuł się u mnie swobodnie, a nie oblegany przez moją rodzinę, jak przez natrętnych fanów. Sam nie wiem, skąd nagle włączyła mi się taka troska o jego osobę, przecież tak naprawdę nic o nim nie wiedziałem. No, dobrze, wiedziałem, jak się nazywa, na jakiej pozycji gra i jaki ma numer koszulki. W każdym razie zaczynałem go lubić. Nie jako sławnego piłkarza z Doncaster Rovers, ale jako Louisa Tomlinsona, bez zbędnych przydomków.
OBIAD ZE SŁAWĄ
Całą drogę do mojego domu pokonaliśmy rozmawiając na przeróżne tematy. Wracaliśmy wraz z resztą chłopaków i Danielle, która zachowywała się jak jedyna, przyzwoita dziewczyna na tym świecie i nie próbowała go podrywać. Może dlatego, że szedł też z nami Liam. Louis dał się poznać od najlepszej strony i okazał się naprawdę równym kolesiem, więc bez wahania zaproponowaliśmy mu, że jeśli tylko ma ochotę, może dołączyć do naszej szalonej paczki. Uśmiechnął się do nas od ucha do ucha i przybił każdemu z nas solidną piątkę. Chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, jaką dysponuje siłą. Moja dłoń dosłownie zapiekła w kontakcie z jego. Chciałem zaprosić także pozostałych przyjaciół, ale kategorycznie odmówili, nie chcąc wpraszać się bez zapowiedzi. W oknie dostrzegłem moją ciekawską mamę i posłałem jej błagalne spojrzenie, aby nie zrobiła zbyt wielkiego przypału. Szczerze mówiąc, czułem się jak chłopak, przyprowadzający do domu swoją pierwszą dziewczynę na rodzinny obiadek, który z reguły kończy się tragedią, przynajmniej na tych wszystkich filmach. Nigdy nie miałem podobnego doświadczenia, bo nigdy dotąd nie miałem dziewczyny. Robin starał się wmówić mi, że to, co łączyło mnie kilka lat temu z córką sąsiadki było miłością, ale ja mam na ten temat kompletnie inny pogląd. To ona uczepiła się mnie, nie ja jej. Ja z kolei sam nie wiedziałem, czego oczekuję od miłości i od płci przeciwnej. Nigdy nie rozumiałem dziewczyn, męczyły mnie, miały strasznie dziecinne problemy i robiły z igły widły. Były w stanie obrazić się na człowieka za to, że w przeciągu sekundy nie odpisze na wiadomość lub nie odbierze telefonu właśnie wtedy, gdy dzwoni. Lubiłem je tylko po jednym warunkiem, gdy były moimi koleżankami, nikim więcej. Otworzyłem drzwi mojego domu i przepuściłem Tomlinsona pierwszego. Już od progu dopadła go moja mama, chwytając go w ramiona. Uderzyłem się otwartą dłonią w czoło, że też zapomniałem go uprzedzić o tym, że Anne po prostu tak robi, już tak jest zaprogramowana. Pamiętam dzień, gdy po raz pierwszy poznała Zayna. Chłopak był tak zaskoczony tym przywitaniem, że jego oczy przybrały rozmiar pięciodolarówek. Louis wyglądał podobnie. Kompletnie nie wiedział, jak zachować się w sytuacji, gdy dwa razy starsza od niego kobieta obejmuje go i tuli jak własnego syna. Przedstawili się w sobie i Lou posłał jej po wszystkim krótki uśmiech, a mi pytające spojrzenie. Machnąłem ręką, dając mu do zrozumienia, że wszystko wyjaśnię mu później. Moja mama zaprowadziła go do kuchni i dosłownie posadziła za stołem.
- Przepraszam za nią… - szepnąłem mu do ucha, tak, żeby moja rodzicielka nie była w stanie tego usłyszeć. Pech chciał, że miała słuch idealny.
- Słyszałam, Hazz! – spojrzała na mnie gniewnie. – Po prostu nie uprzedziłeś kolegi, że tak się zachowuje. Spokojnie Louis. – zwróciła się z uśmiechem do chłopaka. – Ja już tak mam. Dla mnie każdy w tym domu jest jak moje własne dziecko, więc czuj się swobodnie. – odetchnęliśmy z ulgą. Tomlinson absolutnie nie miał problemów z nawiązywaniem nowych znajomości, w przeciwieństwie do mnie. Pamiętam, jak po raz pierwszy wszedłem do szkoły w Doncaster. Nikogo tam nie znałem, a wszyscy wydawali mi się na tyle dziwni, że nie miałem ochoty zamienić z nimi choćby jednego słowa. Pewnego dnia zaczepił mnie Zayn, pytając, czy pożyczyłbym mu zeszyt na weekend. I tak poznałem ich wszystkich i gdyby nie Malik, pewnie nadal siedziałbym sam pod klasą i nie znał nikogo. Louis bardzo polubił moją mamę i praktycznie całe popołudnie wszyscy byliśmy w świetnych nastrojach. Śmialiśmy się aż do łez. Pod wieczór przyjechał Robin wraz z Gemmą, której dosłownie szczęka opadła, gdy zobaczyła, kogo mamy przyjemność gościć. Moja mama poprosiła Lou, żeby zaprosił pod wieczór swoich rodziców na kolację, gdy przyjadą go od nas odebrać. Czułem, że ten dzień skończy się na zeswataniu kogoś z kimś, najprawdopodobniej naszego piłkarza z moją siostrą. To wszystko wyglądało tak uroczo… Wspólny obiad i wspólna, rodzinna kolacja. Czułem się trochę jak w „Modzie na sukces”, gdzie zawsze wszystko wyglądało właśnie tak idealnie. Kolo dwudziestej przyjechała rodzicielka wschodzącej gwiazdy, Jay, wraz z jego czterema siostrami. Dziewczynki są absolutnie urocze, a na dodatek mają świetny kontakt z bratem. Chwilami miałem wrażenie, że traktują Louisa jak swojego ojca. Cała jego rodzina jest naprawdę przesympatyczna, a jego mama jest tak pozytywnie zakręconą kobietą, że ciężko za nią nadążyć. Od razu zaczęła dogadywać się z Anne. Podczas, gdy Gemma wdała się w konwersację z Lottie i Fizzy, a Daisy i Phoebe zaczęły bawić się z moim kotem Dusty, ja wraz z Lou uciekliśmy do mojego pokoju, zamykając go na klucz. To może wydać się śmieszne, ale od kiedy przekroczyliśmy próg domu nie mieliśmy okazji ze sobą porozmawiać. Najpierw zagadała go moja mama, ciągnąć go za język dosłownie przy każdym temacie, a potem dopadła go moja najukochańsza siostrzyczka, podpytując głównie o życie prywatne. Miałem szczęście, że chociaż Robin oszczędził sobie zbędnych komentarzy i jako jedyny siedział wyjątkowo cicho. Usiadłem na łóżku i odetchnąłem z wielką ulgą. Lubiłem spotkania w większym gronie, ale co za dużo, to zdecydowanie niezdrowo.
- W końcu… - szepnąłem. – Masz tak pozytywną mamuśkę, że czasami miałem problem, żeby za nią nadążyć. – uśmiechnąłem się do Louisa, który przysiadł na biurku naprzeciwko mnie.
- Nie ty jeden masz z tym problemy. Twoja mama nie jest wcale lepsza! – zaśmiał się i rzucił we mnie jakimś zeszytem. O, chyba chciał wojny, a mi nie trzeba tego dwukrotnie powtarzać. Często wraz z Danielle urządzaliśmy w moim pokoju poduszkową walkę. Zawsze wygrywałem. Rzuciłem w niego jakimś ręcznikiem, który nie wiadomo skąd wziął się na łóżku. Swoją drogą, było mi głupio za bałagan, jaki u mnie panował, ale zdecydowanie nie należałem do tych, którzy dbają o czystość w swoim otoczeniu. Nie przeszkadzały mi porozrzucane ubrania, brudne spodnie na całej podłodze, książki gdzie popadnie, sterta papierów na biurku i kompletnie zawalony parapet. Owszem, chwilami miałem problem, żeby znaleźć to, co w danej chwili potrzebowałem, ale w końcu i tak odnosiłem sukces. Louis zaśmiał się tak głośno, jak tylko potrafił, gdy mokry materiał uderzył go w głowę.
- U, Styles! Masz pod ręką wszystko, łącznie z mokrym ręcznikiem. Czarny Adidas, tak? – zapytał i znacząco podniósł jedną brew. Cholera, spostrzegawczy. Chcąc nie chcąc, musiałem mu przytaknąć. – Bingo! – ponownie zaśmiał się. Posmutniał, gdy zadzwonił jego telefon. – To El. – rzucił i wcisnął czerwoną słuchawkę.
- Jeśli chcecie porozmawiać to nie krępuj się, pójdę do salo… - nie zdążyłem dokończyć, bo szatyn wszedł mi w słowo.
- Nie, nie zamierzam z nią rozmawiać. Muszę z nią zerwać, tylko w jakiś delikatny sposób. Nie dogadujemy się. W zasadzie, to od samego początku nie miało sensu. – wyrzucił z siebie, ale postanowiłem, że nie będę ciągnął go za język. Chciałem być inny niż wszyscy, nie chciałem zadawać pytań. Wiedziałem, że jeśli będzie chciał, sam powie mi, co go trapi. Nie dodał już nic więcej, a resztę wieczoru spędziliśmy w zasadzie na luzie, tak, jak przed telefonem od dziewczyny. Cieszyłem się, że zyskałem nowego kolegę. Louis był naprawdę fajnym chłopakiem. Zero dystansu, szczerość i poczucie humoru, w taki sposób dałoby się go krótko opisać.
GRA NIE FAIR
Jechałem wraz z Zaynem i resztą przyjaciół na niedzielny mecz Doncaster Rovers i Reading. Od tygodnia chodziły słuchy o tym, że to bardzo niesympatyczna drużyna, a jej kibicie tylko patrzą zgotować jakąś rozróbę. Malik obawiał się o stan swojego Audi, pozostawionego na parkingu tuż pod Keepmoat Stadium. Chyba nie wybaczyłby sobie, gdyby tylko jego cacko uległo zniszczeniu. Tak, prócz tatuaży kochał jeszcze szybkie samochody i blondwłose dziewczyny. Nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak bardzo był podekscytowany spotkaniem tej stewardki, którą poznał na ostatnim meczu. Przez cały tydzień Louis dawał na wskazówki, jak mamy zachowywać się na trybunie w razie, gdyby zaczęło dziać się coś złego. Podarował nawet Danielle mapę ze wszystkimi wyjściami ewakuacyjnymi. Wszyscy dogadywaliśmy się znakomicie, a Lou spędzał z nami każdą wolną przerwę. Po szkole często chodziliśmy do siebie na obiady, więc miałem możliwość bliżej poznać jego mamę i siostry. W szczególności uwielbiałem Lottie. Ona jest naprawdę pozytywnie szurniętą dziewczyną, jest identyczna, jak jej brat. Z kolei Fizzy. Hmm, odniosłem wrażenie, że mnie nie polubiła, choć starałem się być dla niej miły i uprzejmy. Mimo wszystko, trzymała mnie na dystans i nie pozwoliła mi ani na chwilę wkroczyć do swojego świata. Rozumiałem ją, każdy był w końcu inny. Bliźniaczki także były urocze i uwielbiały się ze mną bawić. Musiałem spędzić z nimi minimum godzinę, zanim pozwoliły mi iść do pokoju Louisa. Podczas tego meczu nie miałem większych problemów z przejściem przez bramkę i na całe szczęście, obeszło się bez interwencji ochrony. Odetchnąłem z ulgą, gdy w końcu doszliśmy do właściwego sektora. Przywitaliśmy się z rodziną Tomlinsona i zajęliśmy wskazane na karnecie miejsca. Stadion zapełniał się po brzegi, a telebimy wyświetlały ogólną liczbę kibiców, która przekraczała osiemnaście tysięcy. Do pierwszego gwizdka pozostała jeszcze niecała godzina, więc pewnie te cyfry jeszcze ulegną zmianie. Louis przyszedł do nas i usiadł z nami. Rozmawialiśmy w najlepsze. Miał dobre układy z trenerem, który jemu, jako jedynemu piłkarzowi, nie zabraniał wcześniejszego wyjścia na murawę. Dało się wyczuć, że jest zdenerwowany. Kilka dni temu wspominał mi, że boi się tego spotkania. Dużo mówiło się o drużynie Reading i zazwyczaj nie były to pochlebne słowa, a on był młody, dopiero zaczynał swoją przygodę i było to całkowicie zrozumiałe, że nie pałał tego dnia entuzjazmem. Z czasem dosiadła się do nas Eleanor, która nie była już oficjalnie jego dziewczyną, ale nadal mocno go wspierała. Stwierdziłem, że zachowała się wyjątkowo lojalnie i było to miłe z jej strony. Rozstali się w pokojowej atmosferze, więc nie mogła mieć mu niczego za złe. W sumie nawet nie była taka tępa, za jaką wszyscy ją mieli. Skarciłem się za to, że tak pochopnie ją oceniłem, nie zamieniając z nią nawet jednego zdania. Zayn przedstawił nam Perrie, stewardkę, którą udało mu się porwać na chwilę przed rozpoczęciem meczu. Gdyby ktokolwiek dowiedział się o tym, że opuściła miejsce pracy, z pewnością zostałaby wylana. Ona jednak nic sobie z tego nie robiła. Bez problemu nawiązała z nami kontakt i dobrze wiedziała, jak należy wkupić się w nasze towarzystwo. Przyniosła Niallowi wielki popcorn i już był cały jej. Nam oznajmiła, że w razie jakichkolwiek problemów mamy natychmiast się do niej zgłaszać. Intuicyjnie czułem, że ta dziewczyna za jakiś czas zostanie oficjalnie panną Malik, czy tego chce, czy też nie. Gdy tylko widziałem maślane oczka Zayna, od razu wiedziałem, co się święci. Tak łatwo było go przejrzeć. Danielle wyjątkowo spędzała ten mecz za kulisami, czekając na przerwę po pierwszej połowie. Występ cheerleaderek stał pod wielkim znakiem zapytania. Organizatorzy bali się reakcji kibiców przeciwnej drużyny i w razie co, nie zawahają się po prostu go odwołać. Mary, jednak z koleżanek Dan, była w kompletnym szoku, gdy usłyszała, jakie nieciekawe akcje są w stanie wywinąć zwolennicy Reading. Niespełna rok temu podpalili całą oprawę meczową, co doprowadziło do tego, że trzeba było ewakuować cały stadion. Piłkarze zmuszeni byli przerwać spotkanie, a wynik meczu został wyzerowany. Tym oto sposobem Doncaster Rovers nie przeszli do wyższej ligi i w tym roku po raz kolejny musieli zaczynać walkę od początku. Obydwa zespoły weszły na środek boiska i po hymnie rozległ się pierwszy gwizdek. „Do boju, Tomlinson!”, krzyknąłem w swojej głowie. Byłem niemalże pewny, że podczas tego dnia dojdzie do jakiejś tragedii. Nie minęło piętnaście minut, a Lou już strzelił pierwszą bramkę. Pozostali koledzy z drużyny podskoczyli z radości, aczkolwiek nie spodobało się to przeciwnikom Donny, którzy momentalnie wybuchnęli, wyrzucając z siebie oszczerstwa pod adresem najmłodszego piłkarza. Posypały się naprawdę ostre słowa, sędzia na chwilę przerwał rozgrywkę, a organizator poprosił o uspokojenie się, aby nie doszło do przerwania meczu. Louis stał zdezorientowany na środku boiska i nie wiedział, jak powinien się zachować. Spojrzał na nas, a my wszyscy ułożyliśmy z dłoni serduszka i podnieśliśmy je do góry, dodając mu tym samym otuchy. Rozległ się kolejny gwizdek. Kilka osób z przeciwnej drużyny otrzymało żółte kartki za faule. Trzymałem kciuki, żeby jakoś dotrwali do zakończenia pierwszej połowy. Dziękowałem, że moja prośba została wysłuchana. Doncaster Rovers opuścili boisko w asyście ochrony i udali się do swojej szatni. Wszyscy czekaliśmy na decyzję odnośnie występu cheerleaderek i dosłownie sekundę później dostaliśmy wiadomość od Danielle, że za moment wychodzą na murawę. Perrie kiwnęła nam porozumiewawczo głową, co miało upewnić nas, a zwłaszcza Liama, że wszyscy panują nad sytuacją i nie stanie się nic złego. Dziewczyny wybiegły na środek boiska ubrane kompletnie inaczej, niż na poprzednim meczu. Każda z nich miała czarne, piłkarskie spodenki i szerokie, czerwono-białe koszulki drużyny. W głośnikach rozległa się piosenka pod tytułem „Naturally” i już wtedy wiedziałem, że cheerleaderki mają w tym wszystkim jakiś ukryty plan. Przeciwnicy zaczęli gwizdać i rzucać jakieś chamskie komentarze, a w Paynie dosłownie aż się gotowało. Byłem pewny, że gdyby nie te barierki i stado ochrony, już dawno poleciałby wdać się w bójkę z tymi, którzy wprowadzili w dzisiejszą rozgrywkę tyle chaosu. Danielle i reszta wypadły jak zwykle cudownie, a ja zagadałem się z Eleanor, która stwierdziła, że bardzo zazdrości Dan figury i sposobu, w jaki się porusza. Musiałem przyznać jej rację, była naprawdę cudowną, młodą kobietą i zazdrościłem Liamowi, że trafił na taki skarb, jak ona. Pod koniec piosenki dziewczyny ściągnęły koszulki w barwach drużyny. Kibice Doncaster Rovers wstali ze swoich miejsc i zaczęli bić im gromkie brawo. Obróciły się w stronę naszej trybuny, ukazując napis na białych T-shirtach: „Don’t worry, Tomlinson! We are with you!”[i]. Podskoczyłem na trybunach, byłem z nich taki dumny. Zrobiły kawał dobrej roboty pokazując, że każdemu piłkarzowi należy się szacunek, niezależnie od tego, w jakiej drużynie gra. Louis już dziś zdążył nasłuchać się niepochlebnych opinii na swój temat i liczyłem po cichu, że zagranie ze strony cheerleaderek podniesie go nieco na duchu i w drugiej połowie będzie zmotywowany i gotowy do dalszej walki, a nie rozdrażniony i zdezorientowany jak pod koniec pierwszej. Rozległ się gwizdek obwieszczający drugą rundę starcia. Sędzia machnął chorągiewką i przyznał piłkę drużynie przeciwników. Louis dosłownie ścigał się z Reading oraz z napastnikiem własnej drużyny – Billy’m Paynter’em o piłkę. Walczyli tak zacięcie, że miałem wrażenie, że zaraz dosłownie się staranują. Nie rozumiałem, o co może chodzić Billy’emu, przecież byli w jednej drużynie i powinni współpracować, a nie walczyć. Tomlinson biegał tak szybko, że zostawiał wszystkich w tyle i nie minęło kilka sekund, aż piłka po raz drugi wylądowała w bramce. Wszyscy podbiegli do Lou, jeden z zawodników nawet podniósł go do góry, dając mu tym samym znak, że jest z niego bardzo zadowolony. Trybuny ponownie wstały z okrzykami na cześć nowego piłkarza. Miałem wrażenie, że Louis jest takim zawodnikiem, którego albo się kocha, albo nienawidzi i rzeczywiście tak było. Miał przeciwników i zwolenników, nie było wypośrodkowanej grupy. Billy podbiegł do niego w zastraszającym tempie, odpychając od siebie pozostałych kolegów. Chwycił chłopaka za koszulkę i niemalże podniósł go do góry. Ochrona momentalnie wbiegła na środek boiska, ale nie mogła ich rozdzielić. Mężczyzna czepiał się, ale z naszego sektora nie byliśmy w stanie usłyszeć, o co dokładnie się rozchodziło. Sędzia zagwizdał kilkakrotnie i przyznał czerwoną kartkę Paynter’owi i żółtą Louisowi. Niestety, on także musiał opuścić boisko. Dwie żółte kartki skutkują czerwoną. Ochrona odprowadziła ich na ławkę rezerwowych, gdzie siedział trener. Zeszliśmy kilka miejsc niżej, żeby dowiedzieć się, co się przed chwilką stało.
- Czy ty jesteś normalny?! Co to miało być? – naskoczył na niego Tomlinson.
- Co ty myślisz, kretynie, że tylko ty będziesz tutaj świecił? Przyszedłeś sobie do tego klubu i myślisz, że jesteś najlepszy! Odbierasz mi to, na co ja pracowałem latami.
- Kurwa, człowieku! Masz problem z tym, że strzelam gole, a ty nie? Nie moja wina, że nie potrafisz spiąć dupy i czegoś zdziałać. Strzelam - źle, nie strzelam - jeszcze gorzej.
- Spokojnie, panowie! – krzyknął do nich trener. – Tomlinson, na trybuny, jazda!
- Masz nierówno pod sufitem, człowieku… - rzuciłem w stronę Billy’ego i pomogłem Louisowi przekroczyć barierkę, podając mu rękę, żeby się nie potknął.
- Nie bądź śmieszny, dziecku. – zwrócił się do mnie. Już chciałem go uderzyć, ale Zayn w porę chwycił mnie za rękę, sadzając na trybunach. – Lepiej zapytaj go, z kim się przespał, że dostał ten kontrakt. W ogóle zapytaj go, co tak skrzętnie ukrywa. – puściłem jego uwagę mimo uszu. Skończony idiota, który czepia się tylko dlatego, że w drużynie pojawił się ktoś lepszy od niego. Billy nie mógł przeżyć faktu, że jego gwiazda już dawno zgasła, a teraz cały blask padł na Bogu ducha winnego Tomlinsona. Końcówka meczu była niezwykle ekscytująca. W dosłownie pięciu końcowych minutach Reading wyrównało z Doncaster Rovers dwa do dwóch i wszystkim otworzyły się oczy, jak radzi sobie drużyna z Louisem na ławce rezerwowych. Tym sposobem straciliśmy dwa punkty i spadliśmy na trzecie miejsce w tabeli. Pożegnaliśmy się z naszym piłkarzem i doszliśmy do samochodu dosłownie chwilę przed wypuszczeniem kibiców przeciwnej drużyny, którzy już szykowali się na ustawkę. Zayn obszedł kilkakrotnie samochód, żeby upewnić się, że wszystko z nim w porządku i ruszyliśmy w drogę do domu. Zaczynałem już przyzwyczajać się do korków, ale Malik tym razem zaczynał wariować, przeklinając cicho pod nosem, że policja jest kompletnie niezorganizowana. Chcąc nie chcąc, każdy z nas musiał przyznać mu rację. Nic nie funkcjonowało tak, jak powinno, a sznur samochodów ciągnął się od stadionu, aż do końca jedynej, otwartej ulicy. Niall rozłożył się na tylnym siedzeniu tak, że leżał w połowie na mnie, w połowie na Danielle, utrudniając nam dodatkowo ruchy. Liam non stop zmieniał stację w radiu, a Zayn nerwowo stukał palcami w kierownicę.
- Dan. – zacząłem, bo słowa piłkarza nie dały mi spokoju. – Orientujesz się, co miał na myśli Billy, mówiąc, że Lou coś ukrywa? – spojrzała na mnie zaskoczonym wzrokiem.
- Pączusiu, chyba każdy wie, o co chodzi. – zaśmiała się dźwięcznie i przeczesała palcami swoje loki. Patrzyłem na nią pytająco, jednak ta milczała. Szturchnąłem ją w ramie, dając jej znać, że nie mam pojęcia o czym ona w ogóle do mnie mówi. – Harry, kochanie, nie zauważyłeś jak on na ciebie patrzy? Louis jest gejem.
- Co?! – wszyscy momentalnie wyprostowaliśmy się w samochodzie. Horan od razu usiadł, a Zayn nadusił gwałtownie pedał hamulca. O mały włos, a wjechałby w samochód tuż przed nim. Obrócił się z Liamem i ze zdziwieniem spojrzeli na Danielle. Wszyscy byliśmy strasznie zdezorientowani, bo Tomlinson o niczym takim nigdy nam nie wspomniał, a przecież wszyscy darzyliśmy się zaufaniem.
- Louis William Tomlinson, wiek dwadzieścia jeden, piłkarz Doncaster Rovers, grający na pozycji napastnika jest homoseksualny. Ludzie, co z wami? – zapytała i spojrzała na nas poirytowanym wzrokiem. Wszyscy momentalnie wzruszyliśmy ramionami, przecież nie było w tym nic złego.
PIŁKA WPROST DO BRAMKI
Wszedłem do domu nieco zszokowany, co od razu zauważyła moja rodzicielka. Nie chciałem z nią rozmawiać, nie po słowach Danielle, a już na pewno nie po zdaniu: „Harry, kochanie, nie zauważyłeś jak on na ciebie patrzy?”. Fakt, zauważyłem, że Louis traktuje mnie inaczej, niż pozostałych, ale myślałem, że było to spowodowane tym, że po prostu lepiej się dogadywaliśmy. Znaliśmy się stosunkowo krótko, ale intuicyjnie czułem, że jest moją bratnią duszą. Nie musieliśmy wypowiadać zbędnych słów, rozumieliśmy się bez nich. Nie bez powodu Zayn zapytał mnie pewnego dnia, jak określiłbym moją relację z Lou. Najwyraźniej zauważył, że coś zaczęło się dziać, a kto jak kto, ale Malik był bardzo spostrzegawczy. Nie wiedział jednak o orientacji Tomlinsona, więc teraz wywnioskowałem, że chodziło mu o mnie. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że zachowuję się wobec piłkarza inaczej, niż wobec pozostałych przyjaciół. Owszem, spotykaliśmy się najczęściej, ale było to spowodowane tym, że zarówno Zayn, jak i Liam mieli dziewczyny, a Niall kochał swój dom i swoją własną lodówkę i wychodził tylko wtedy, gdy proponowałem mu wspólny wypad do McDonalda. Louis, pomimo treningów, zawsze znalazł dla mnie czas, nawet jeśli mógł wpaść tylko na dziesięć, czy piętnaście minut. Nie robiliśmy niczego nadzwyczajnego. Najczęściej opowiadał mi o meczach, jedliśmy wspólnie posiłki, oglądaliśmy filmy na DVD, wychodziliśmy na spacery i bawiliśmy się z moim kotem. Czułem się przy nim, jakbym powrócił do dzieciństwa. Nie dbał kompletnie o nic, po prostu szalał, jakby miał kilka lat. Właśnie to ceniłem w nim najbardziej. Nasze mamy bardzo się polubiły, więc także często się spotykały, co wiązało się z tym, że zabierałem się wraz z mamą w odwiedziny, Lou robił podobnie. W szkole także spędzaliśmy razem każdą przerwę. Liam pląsał po boisku z Danielle, a Zayn pisał z Perrie, która już oficjalnie została nazwana jego dziewczyną, choć jeszcze nie zapytał jej o chodzenie. Pewnym było jednak to, że panna Edwards się zgodzi. Niall non stop jadł i to była jego jedyna miłość. Gdy widział jedzenie, był wniebowzięty. Pozostał mi tylko Tomlinson, jako najlepszy kompan do wszystkiego. Wszedłem do pokoju i usiadłem na łóżku, bijąc się z własnymi myślami. Zastanawiało mnie to, dlaczego nie powiedział mi wprost, jaki jest. Dziwiło mnie także, że przecież był w związku z dziewczyną i to ponad rok. Nie wydawało mi się, żeby Eleanor była tylko i wyłącznie jego przykrywką, choć kto wie, Louis miał najwyraźniej więcej sekretów. Zrobiło mi się nawet przykro, że nie zagrał ze mną w otwarte karty, ale były sprawy, o których ja także go nie poinformowałem. Już na pierwszym meczu złapałem się na tym, że obserwuję go tak, jak nie powinienem. Nie obchodziła mnie jego gra, jego taktyka, interesował mnie on i był głównym powodem, dla którego nie chciałem pojawić się na kolejnych rozgrywkach. Nie wynosiłem niczego z piłki nożnej, ale przez mecze biłem się sam ze sobą, bo nie potrafiłem dojść do ładu z własnymi emocjami. Jedyne, co trzymało mnie przy normalności, to fakt, że był w związku, ale gdy zerwał z Calder, nie ułatwił mi sytuacji. Traktowałem go jak przyjaciela, przynajmniej tak mi się wydawało, ale patrząc na to z perspektywy czasu, była to chyba przyjaźń na pograniczu z czymś więcej. Kochałem chłopaków na swój sposób, każdy z nich wniósł do mojego życia wiele wspomnień, podobnie było z Danielle, ale do żadnego z nich nie czułem czegoś takiego, jak do Louisa. Nie uśmiechałem się bez powodu w obecności Liama, nie łapałem się na dziwnych spojrzeniach, gdy Niall był w pobliżu, a już na pewno nie walczyłem o każdą minutę spotkania z Zaynem tak bardzo, jak o każdą dodatkową minutę z Lou. Dan była chyba jedyną osobą, która podejrzewała, że coś jest ze mną nie tak, jak powinno. Niejednokrotnie coś mi sugerowała, ale zbywałem ją tym moim charakterystycznym śmiechem lub specyficznym spojrzeniem. Uderzyłem się w czoło i wywróciłem teatralnie oczami. O czym ja myślałem i dlaczego próbowałem sobie wmówić, że jestem taki, jak Tomlinson? Rozumiem, nie dogadywałem się z kobietami tak, jak chociażby Malik, ale to nie oznaczało, że nie mogę kiedykolwiek być z kobietą.
- Hazz? – siostra wsunęła głowę do mojego pokoju. Leżałem zwinięty na łóżku i chyba musiałem wyglądać nieciekawie, bo od razu podeszła do mnie, położyła się koło mnie i oparła nogi o ścianę. Zawsze robiliśmy tak, jak byliśmy dziećmi. – Mama mówiła, że coś z tobą nie tak. Co się dzieje? I nie, uprzedzam twoje pytanie, nie zbyjesz mnie byle odpowiedzią. – posłała mi szeroki uśmiech i położyła głowę na moją klatkę piersiową. Czasami zachowywała się tak, jakbyśmy byli parą, a nie rodzeństwem. W każdym razie była idealna i wiedziałem, że mogę powiedzieć jej o wszystkim, co mnie trapi. Nigdy mnie nie oceniała, nigdy nie mówiła mi, jak powinienem postępować. Przez to popełniałem błędy, ale przynamniej uczyłem się na swoich, a nie na czyichś.
- Gemma. Co by było, gdybym był… - chyba czytała w myślach i dziękowałem jej, że nie musiałem kończyć tego trudnego i niecodziennego dla mnie zdania.
- Gejem, tak? – przekręciła się tak, że cała na mnie leżała. Podparła się łokciami na mojej piersi i obserwowała mnie z góry z dziwnym uśmiechem na twarzy. Nie byłem w stanie odczytać żadnych emocji. – Pączusiu, zadajesz takie durnowate pytania… - popukała mnie palcem w czoło i poczochrała moje gęste loki. – Logiczne, że wszyscy kochalibyśmy cię tak samo. Ja, mama, Robin. No, z wyjątkiem Louisa, który, mimo wszystko, kochałby cię najmocniej z całej naszej trójki. – zaśmiała się tak głośno, że byłem pewny, że usłyszeli to nasi sąsiedzi. Przyłożyłem jej dłoń do ust, żeby nieco się uciszyła, ale niestety, na Gemmę działało to odwrotnie, niż miało. – Jesteś idiotą, wiesz o tym?
- Dlaczego? – oburzyłem się i podjąłem próbę zrzucenia jej z siebie, ale niestety poległem. Moja siostra była drobną istotką, ale jak już się zaparła to ciężko było sobie z nią poradzić.
- Po co się ukrywasz? Każdy to zauważył, Hazz. Wiedziałam doskonale, że czujesz coś do Lou w momencie, gdy zobaczyłam was wtedy w kuchni. Gdy zniknęliście podczas rodzinnej kolacji, mama także zorientowała się, o co chodzi. Nawet Robin zauważył, że szukacie i miejsca i czasu, żeby pobyć tylko we dwójkę. To dlatego Fizzy za tobą nie przepada, bo ciężko jest jej oswoić się z myślą, że jej brat kocha chłopaków. To dlatego Danielle załatwiła wam wszystkim karnety i to dlatego Zayn zapytał cię wprost, co jest między wami. – patrzyłem na nią oczyma wielkimi jak pięciodolarówki. Wymieniała tyle sytuacji, które z mojego punktu widzenia wydawały się normalne, co uświadomiło mi tylko fakt, że naprawdę byłem skończonym debilem. Debilem, ale w sumie kompletnie nieświadomym. – Na co czekasz? – spojrzałem na nią ponownie. – Bierz komórkę i zadzwoń do niego albo napisz choć wiadomość. – poklepała mnie po ramieniu, dodając mi otuchy. Dała mi buzi w policzek i opuściła mój pokój. Słyszałem, jak rozmawia z mamą i ojczymem w salonie i byłem niemalże pewny, że ta rozmowa dotyczyła mojej skromnej osoby. Oboje się martwili, gdy nie chciałem z nimi rozmawiać i wtedy wysłali do mnie Gemmę, bo wiedzieli, że ona absolutnie mi nie odpuści. Nigdy się nie pomylili. Siostra działała na mnie w taki sposób, że wyjawiłbym jej nawet głęboko skrywany, najgorszy sekret mojego życia. Wziąłem do ręki komórkę i długo zastanawiałem się, co powinienem do niego napisać. Nie chciałem dzwonić, bo wiedziałem, że zacznę się jąkać jak nienormalny, a wolałem oszczędzić sobie niepotrzebnej kompromitacji. Zaczynałem chyba kilkakrotnie pisanie wiadomości. Za każdym razem rozpoczynałem od innego zwrotu, choć tak naprawdę nie miałem bladego pojęcia, jak powinien wyglądać taki sms. Miałem napisać: „Hej, Lou. Właśnie moja siostra i wszyscy inni uświadomili mi, że jestem gejem”? No chyba nie. Po półgodzinnej męczarni w końcu dobrałem odpowiednie słowa, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Do: Louis Tomlinson:
Cześć, piłkarzyku! Wiem, jest trochę późno, ale to nie daje mi spokoju.
W zasadzie nie mam pojęcia, od czego zacząć. Mam mętlik w głowie.
Chciałbym Ci o wielu rzeczach powiedzieć, ale nie wiem, jak zareagujesz…
Nie rozumiem, dlaczego nie powiedziałeś mi wprost.
Zawsze powtarzałeś, że zaufanie jest najważniejsze, pamiętasz?
Chciałem, żebyś wiedział, że jesteś dla mnie bardzo ważny.
To raczej nie rozmowa na telefon.
Dobra, jestem palantem. Nie umiem się wysłowić, to takie żałosne…
Cieszę się, że rozumiesz mnie bez zbędnych słów.
Kolorowych snów, Harry.
Schowałem głowę pod poduszkę i im więcej razy czytałem wysłaną wiadomość, tym bardziej uświadamiałem sobie, jak beznadziejnie to zabrzmiało. Zero emocji, zero konkretów, czyli cały ja. Panie i panowie, przed państwem żałosny Harry Styles! A teraz proszę o owacje na stojąco. Powinienem napisać mu po prostu, że coś do niego czuję, ale ciężko mi to zdefiniować, a nie owijać w bawełnę i kręcić na prawo i lewo. Z reguły byłem bardzo bezpośredni, ale teraz ten dar szlag trafił. Podskoczyłem na łóżku, gdy usłyszałem dźwięk wiadomości. Wstałem na równe nogi i już chciałem iść po Gemmę, która miała udzielić mi duchowego wsparcia, ale w ostatniej chwili zrezygnowałem. Musiałbym zaprezentować jej moją tragiczną wiadomość, a w tym momencie wyśmianie mnie było mi najmniej potrzebne do szczęścia. Oczyma wyobraźni widziałem roześmianą buźkę mojej siostry, która ze śmiechu pewnie zwijałaby się na moim dywanie. Otworzyć, czy nie otworzyć – oto jest pytanie. Jedno kliknięcie zielonej słuchawki miało odmienić moje życie. Pytanie tylko, z jakim skutkiem. Długo wahałem się przed naciśnięciem odpowiedniego klawisza, a gdy już to zrobiłem, momentalnie przymknąłem powieki. „Wdech i wydech, czytamy”, pomyślałem.
Louis Tomlinson:
Cześć, pączusiu! Nie musisz nic mówić. Dla mnie też to wszystko jest dziwne.
Biłem się z myślami tak długo, że w końcu się pogubiłem.
Nie powiedziałem Ci, bo bałem się Twojej reakcji.
Wiedziałeś, że byłem z Eleanor. Co mogłeś sobie o mnie pomyśleć?
„Kompletny kretyn, który nie wie, czego chce od życia”.
Też tak o sobie mówiłem, uwierz.
Musimy porozmawiać. Jutro, po szkole. U mnie, dobrze?
Kocham Cię, Louis.
P.S. Wyśpij się, jutro masz poprawkę z Piastów.
Szlag, szlag, szlag! Na śmierć zapomniałem o tej przeklętej historii. Powinienem zacząć układać sobie w głowie przemówienie do rodziców pod tytułem: „Nie zdałem do następnej klasy. Wybaczcie, zakochałem się”. Nie, nie powiedziałem tego drugiego zdania. O, proszę. Tak właśnie działa na mnie Tomlinson. Wyjąłem zeszyt z torby i naprawdę, mimo późnej pory, starałem się cokolwiek przyswoić. W mojej głowie jednak toczyła się walka, w której zwyciężało jedno zdanie, a mianowicie: „Kocham Cię”. Dynastia Piastów nie mogła z tym konkurować, nie miała żadnych szans.
PODAJ DALEJ
Budzik tego dnia był wyjątkowo nie do zniesienia. Mama stała nade mną w progu, poganiając mnie, żebym zdążył na pierwsze zajęcia. Minimalnie zaspałem, ale to nie była moja wina. Nie wiem, która była godzina, gdy skończyłem przyswajać wiedzę na temat Mieszka I, ale zaczynało już robić się jasno. „Historyczny władca Polan, twórca państwowości polskiej”, powtarzałem sobie w głowie, dodając co chwilę: „Za jakie grzechy muszę uczyć się takich gówien”? Intuicyjnie czułem, jak beznadziejny będzie ten dzień. Wpadnę do szkoły, ledwo usiądę w ławce, a już zostanę wezwany do odpowiedzi, wiem to. Powinienem wróżyć przyszłość w telewizyjnych programach, bo wiem doskonale, co wydarzy się w najbliższym czasie. Moich znajomych też to dotyczy. Liam usiądzie koło mnie ze sportową gazetą w ręce, Zayn będzie odpisywał na wiadomości od Perrie, a Niall pewnie będzie przekąszał jakiegoś batonika. Jestem na dziewięćdziesiąt procent pewny, że będzie to Twix. Pewnie się nie pomylę, znam ich, jak własną kieszeń. A po lekcjach spotkam się z Louisem u niego w domu i będziemy omawiali pewne kwestie, choć mój dar nie obejmuje już tak dalekiej przyszłości. Wrzuciłem do torby książki i zabrałem od mamy śniadanie. Pierwszy raz zdarzyło mi się trzasnąć drzwiami, za co momentalnie zostałem skarcony. Rzuciłem w pośpiechu krótkie „przepraszam” i pobiegłem w kierunku szkoły. Miałem szczęście, że droga zajmowała mi zazwyczaj jakieś dziesięć minut, gdy szedłem spacerkiem. Teraz, gdy gnałem ile sił w nogach, dotarłem do odpowiedniego budynku w zaledwie pięć minut. Wbiegłem do sali historycznej, w której wszyscy zajęli już swoje miejsce. Payne poklepał krzesło tuż obok siebie i posłał mi szeroki uśmiech. Rozejrzałem się dookoła, ale kogoś mi brakowało.
- Gdzie ta zołza? – powiedziałem, a mój kolega z ławki spojrzał na mnie pytająco. – Oj no, miałem na myśli panią Morgan. – wywróciłem teatralnie oczyma.
- Wzięła wolne, sprawy rodzinne. Dyrektor kazał nam tutaj siedzieć i przyzwoicie się zachowywać. Mam nadzieję, że nie uczyłeś się do poprawki? – spytał, a ja nie musiałem odpowiadać. Każdy zauważył, jak moja twarz przybiera kolor czerwony. Zacisnąłem powieki tak, że aż mnie to zabolało. Niepotrzebnie zarywałem całą nockę, romansując z członkami dynastii, żeby na drugi dzień nie móc podzielić się szczegółami z tego intymnego pożycia. Wstałem i wyszedłem z klasy, rzucając tylko: „Gdyby ktoś pytał, jestem w toalecie”. Tymczasem przemierzałem korytarz w poszukiwaniu sali dwieście dwanaście, w której nigdy nie miałem okazji przebywać. Zastukałem dwukrotnie i nacisnąłem klamkę. Moim oczom ukazała się niezwykle liczna grupa uczniów i pan Henry, którego znałem tylko z widzenia. Z tego, co obiło mi się o uszy, uczył biologii, ale nie byłem w stu procentach pewny, czy czegoś nie pomyliłem. Wszedłem nieznacznie do klasy i rozejrzałem się po zdezorientowanych twarzach. Nikt nie spodziewał się mojego przyjścia.
- Przepraszam, czy mogę prosić pana Tomlinsona? – odezwałem się i spuściłem głowę, żeby ukryć rumieńce na moich policzkach.
- Pewnie chodzi o trening. Idź, Lou. Nie widzę przeciwwskazań. – szatyn podniósł się ze swojego miejsca i zarzucił torbę na ramię. Posłał mi pytające spojrzenie, a ja tylko wzruszyłem ramionami. W sumie nie wiedziałem, dlaczego po niego przyszedłem. To wszystko wyszło tak spontanicznie, że nie zdążyłem nawet ustalić określonego planu. Oboje rzuciliśmy krótkie „do widzenia” i opuściliśmy pomieszczenie.
- Coś się stało, Harry? – zapytał wyraźnie zatroskany. Musiałem wyglądać jak przysłowiowe pół dupy zza krzaka, że jego pierwsze pytanie dotyczyło właśnie mojego samopoczucia. Pokiwałem przecząco głową. Czułem się tak znakomicie, że nie dało się tego opisać.
- Chcę iść na ciastko i sok pomarańczowy. – powiedziałem jak pięcioletnie dziecko, które ma pretensje do rodziców o zabranie jego ulubionej zabawki. Chyba nawet musiałem tupnąć nogą, bo Louis wybuchnął śmiechem, ale o dziwo, nie wybił mi z głowy tego durnowatego pomysłu. Staliśmy poza klasą, więc nie mieliśmy nic do stracenia. Moja mama wybaczyłaby mi te jednorazowe wagary, zwłaszcza, że zawsze byłem pilnym uczniem. No, wykluczając historię, rzecz jasna. Pociągnąłem Tomlinsona w kierunku mojej sali, w której zostawiłem wszystkie swoje rzeczy. Stanął drzwiach, a ja rzuciłem się przez Liama i sięgnąłem leżącą na podłodze torbę. Wszyscy patrzyli na mnie zaskoczonym wzrokiem.
- Styles, co ty robisz? – rzucił do mnie Zayn i wstał, chcąc mnie powstrzymać przed pójściem. Niall również podniósł się z krzesła, ale po chwili usiadł na nim z powrotem. Jako jedyny zdał sobie sprawę, że nie ma po co szarpać się ze mną, skoro i tak postąpię tak, jak uznam to za stosowne. – Harry, są lekcje, gdzie cie niesie ta płaska dupa?
- Idę na blaukę. – oznajmiłem i posłałem mu najszerszy uśmiech na świecie, pokazują przy tym zęby aż do samych ósemek. Tak, miałem je. Byłem dumnym posiadaczem zębów mądrości, które u mnie tylko nosiły taką szlachetną nazwę. – Nie mów, że jest ci to obce? – dodałem i obróciłem się na pięcie. W podskokach podbiegłem do Louisa i szarpnąłem do za rękę. Zdążył tylko pokiwać chłopakom na do widzenia.
- Ekhem, chłopaki. Czy oni są razem? – usłyszałem znajomy głos, gdy ledwo co wyszliśmy z sali. W odpowiedzi Liam tylko głęboko westchnął. Biegliśmy szkolnym korytarzem jak na złamanie karku. Chcieliśmy jak najszybciej dojść do wyjścia ewakuacyjnego, które jako jedyne nie było monitorowane. Pewnie i tak kamery nagrały naszą słynną ucieczkę, ale w tym momencie absolutnie się tym nie przejmowałem. Czułem się taki wolny. To dziwne, ale od kiedy poznałem Lou, diametralnie się zmieniłem. Dawniej chłopaki musieli wynosić mnie z krzesłem, gdy chcieli wcześniej wyjść ze szkoły, a teraz sam byłem prowodyrem pójścia na wagary. Chyba najwyraźniej udzielił mi się szalony charakter mojego przyjaciela. Wyszliśmy na boisko szkolne i odetchnęliśmy świeżym powietrzem. Jak na początek listopada, pogoda była wyjątkowo ładna. Świeciło nawet słońce, choć nie było jakoś bardzo ciepło. Cieszył mnie fakt, że nic nie padało. W ubiegłym roku o tej porze ulice pokryte były śnieżną powłoką. Odtańczyłem ten sam dziki taniec, który zawsze wykonywał Liam, gdy był bardzo zadowolony i w końcu go zrozumiałem. Teraz, gdy miałem powody do radości, ta czynność była jak najbardziej normalna. I tak oto ja, Harry Styles, biegałem po zielonej trawie, kręcąc z zadowoleniem tyłkiem i wymachując rękoma na prawo i lewo. Musiałem wyglądać jak kretyn, ale teraz nie miało to żadnego znaczenia. Tomlinson siedział na ziemi i zwijał się ze śmiechu, gdy zatkałem sobie nos i ruchem dłoni naśladowałem nurkowanie. Ukłoniłem się przed nim i zakończyłem ten niezbyt udany performance[ii]. Podniósł się z trawy i otarł łzy, które napłynęły do jego błękitnych oczu. Otrzepał swoje spodnie i ruszyliśmy w stronę pobliskiej kawiarni. Po drodze non stop przypominał sobie kroki układu, próbując nieudolnie mnie naśladować. Potrafił poruszać się na boisku, ale jeśli chodzi o taniec, był jeszcze bardziej beznadziejny, niż ja. Z naszej paczki najlepiej tańczył Zayn. Gdy szliśmy na jakąkolwiek imprezę, parkiet zawsze był jego. W końcu doszliśmy do upragnionego celu. Louis nakazał mi zająć miejsce przy stoliku, ale ja oczywiście po raz kolejny musiałem być inny i udałem się pod wielkie drzewo kawałek za kawiarenką. Usiadłem i oparłem się o jego pień. Z tego, co pamiętałem z biologii, był to chyba klon. Albo dąb, zresztą, nieważne. Nie minęło pięć minut, a pojawił się Tomlinson z wielka paczką słodyczy i dwiema butelkami soku pomarańczowego. Cappy, najlepszy sok pod słońcem. Chyba czytał mi w myślach, na pewno to robił, skoro wiedział, co lubię najbardziej. Usiadł tuż koło mnie i pokręcił z uśmiechem głową. Zrozumiałem, o co mu chodziło. To było nietypowe miejsce na jedzenie, ale właśnie dlatego je wybrałem. Nie lubiłem standardów i wszystkiego, co było z goła normalne. Nie interesowałem się piłką nożną, bo każdy się nią interesował. Ja oglądałem turnieje z żonglowania, bo było to mało popularne. Nie słuchałem zespołów, które były na topie. Zagłębiałem się raczej w muzykę z dawnych czasów, szukając w niej odpowiedzi na to, co dzieje się teraz. Nie oglądałem komedii, wolałem horrory, bo były zdecydowanie mniej popularne. A na domiar złego zakochałem się w piłkarzu, choć zawsze interesowały mnie osoby z humanistycznymi umysłami. Ze skrajności w skrajność. Louis oparł się o pień tuż koło mnie, a ja, dla własnej wygody, położyłem mu głowę na kolana. Rzucił mi paczkę z pączkami. Uśmiechnąłem się od ucha do ucha. W polewie czekoladowej.
- Skąd wiedziałeś? – zapytałem i poniosłem wzrok, żeby spojrzeć mu w oczy. Wyglądał na niesłychanie rozbawionego.
- Chyba nie bez powodu nazywają cię pączusiem, nie sądzisz? – puścił do mnie oczko. Słońce świeciło akurat w naszym kierunku, co powodowało przyjemne uczucie błogości. Zacząłem jeść swojego pączka. Tak, to były zdecydowanie najlepsze słodkości, jakie miałem przyjemność skosztować.
- Wiesz… - zacząłem. – Dzisiaj jest zły dzień. Pół nocy kułem tych głupich Piastów, wstałem spóźniony, biegłem do szkoły i wiesz co, okazało się, że pani do historii wzięła sobie wolne, jakieś sprawy rodzinne! – niemalże krzyknąłem. – A ja, jak taki debil, przeleciałem wczoraj dogłębnie Chrobrego. – Louis wybuchnął śmiechem i dosłownie wypluł sok, który sekundę wcześniej wziął do ust. Nie muszę chyba wspominać, że polał siebie i mnie włącznie. Śmiał się tak głośno, że ludzie z kawiarni od razu zwrócili na nas uwagę. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy z tego, co tak bardzo go rozbawiło, ale uświadomiłem to sobie, gdy przywołałem z pamięci ostatnie wypowiedziane zdanie.
- Serio, Harry? – zapytał, wycierając bluzą sok z mojego policzka. – Dobry był chociaż? – w odpowiedzi szturchnąłem go w ramię. Nie sądziłem, że to zdanie tak zabrzmi. Nawet nie miałem tego na myśli, chociaż nie wiem, czy w obecności Tomlinsona o czymkolwiek myślałem. – Nie wiedziałem, że jesteś nekrofilem! – po raz kolejny zaniósł się śmiechem. Tym razem i ja dołączyłem do niego. Ludzie musieli wziąć nas za co najmniej pijanych, bo mijali nas szerokim łukiem i rzucali krzywe spojrzenia. Z tego wszystkiego rozbolał mnie brzuch, więc trochę bardziej skuliłem się na jego kolanach. Co dziwne, nawet nie zareagował. Dał mi tym samym do zrozumienia, że nie ma nic przeciwko wijącemu się na jego kolanach nastolatkowi. Teraz dopiero uświadomiłem sobie, że jest o trzy lata starszy ode mnie. Nie wiem, skąd wzięła mi się w głowie ta myśl, ale uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą. Intuicyjnie machnąłem na to ręką, przecież w miłości wiek nie gra żadnej roli. Tylko pytanie, czy to właściwie była miłość? Znów, jakby czytał mi w myślach. Nachylił się nade mną i pocałował mnie w usta. Struchlałem, bo kompletnie nie spodziewałem się po nim takiej reakcji. Myślałem, że mimo wszystko to ja zrobię ten pierwszy krok. Przymknąłem powieki i starałem się o niczym nie myśleć, ale gdy tylko zbliżył swoje usta do moich, do mojej głowy napłynęło wiele pytań i wiele obaw. Nie wiedziałem, jak to jest być z kimś w związku. Z kimkolwiek. Louis był, jaki był, ale jakby na to nie patrzeć miał jakieś doświadczenie w postaci związku z Eleanor, pomijając fakt, że nie zakończył się on happy end’em. Poza tym, to był mój pierwszy pocałunek i dziwnie się z tym czułem. W zasadzie miałem wrażenie, że pączek, którego przed chwilą zjadłem, stanął mi gdzieś między gardłem, a żołądkiem. Miałem sucho w ustach, a serce biło mi tak niewyobrażalnie szybko, że odbijało się echem w moich uszach. Sam do końca nie byłem przekonany, czy to fajne uczucie. Leżałem na jego kolanach całkowicie sztywny, jakby ktoś na chwilę mnie zamroził. Całował tak…. W sumie ciężko to do czegokolwiek porównać, chyba, że do lekkości skrzydeł motyla, który właśnie wzbił się do lotu.
- Stary, wiesz, co ci powiem? – powiedział, gdy oderwał się ode mnie i przyjął poprzednią pozycję. Nawet nie drgnąłem i nie otworzyłem oczu. – Całujesz lepiej, niż Eleanor, chociaż nawet nie ruszyłeś ustami. – zaśmiał się po raz kolejny tym swoim charakterystycznym śmiechem. Pociągnąłem go za rękę, żeby powtórzyć poprzednią czynność. Tym razem wykazałem się nieznaczną inicjatywą, chwytając go za szyję i przyciągając bliżej do siebie. Lubiłem jego ciepło, którym ogrzewał moje ciało. Lubiłem czuć jego delikatne wargi na moich. I lubiłem, gdy był. Tak po prostu, najzwyczajniej w świecie. Przy nim czułem, że świat nie istnieje, że jesteśmy tylko my i liczy się jedynie tu i teraz. Mój Lou…
Do domu wróciłem późnym wieczorem i w progu napotkałem gniewne spojrzenie mojej mamy i Robina, który pomimo tego, że był zły, nie mógł powstrzymać uśmiechu. Nie do końca rozumiałem, co to wszystko ma znaczyć.
- Co masz mi do powiedzenia, mój drogi chłopcze? – zaczął poważnie mój ojczym, po czym wybuchnął gromkim śmiechem. Moja mama poszła w jego ślady. Stałem i wpatrywałem się w nich jak w nienormalnych. Chciałem ich wyminąć, ale rodzicielka złapała mnie za nadgarstek. Pomachała mi wydrukiem z internetu, a ja przeraziłem się, że w końcu dostali fakturę za mój telefon. W tym miesiącu przekroczyłem dwukrotnie obowiązującą mnie kwotę i liczyłem się z tym, że rodzice mnie ukatrupią. Spojrzałem jednak na kiepskiej jakości zdjęcie na kartce papieru.
- Ładnie tak blaukować i całować się publicznie z Tomlinsonem? – moja mama nie mogła powstrzymać się od uszczypnięcia mnie w policzek. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Dlaczego ci cholerni fotoreporterzy nie mogli nam dać chwili spokoju? Wpadłem rozgniewany do pokoju i włączyłem laptopa, kładąc się z nim na łóżku. Zanim się włączył, odczytałem wiadomość od Louisa.
Louis Tomlinson:
Szlag by to trafił!
Przepraszam, jak będziesz miał przeze mnie problemy…
Nie chciałem Cię w to wciągać.
Odrzuciłem telefon na bok. „Przestań, debilu”, pomyślałem. Nie mógł przepraszać mnie za to, że chciał być ze mną, a ja chciałem być z nim. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, kim jest. Wiedziałem, że możemy mieć nieprzyjemności, ale z drugiej strony… nie sądziłem, że paparazzi będą deptać nam po piętach. Wyrwaliśmy się całkowicie niezauważeni ze szkoły, poszliśmy do najmniej znanej kawiarni, a na koniec usiedliśmy pod drzewem na jej tyłach, tylko po to, żeby mieć chwilę świętego spokoju. Pech chciał, że na świecie nie brakowało wścibskich ludzi. Wszedłem na pierwszy, lepszy potraf informacyjny. Od razu zobaczyłem nasze wspólne zdjęcie. Kliknąłem na nie i przeniosłem się do artykułu.
Louis Tomlinson(21) widziany z nieznajomym chłopakiem…
Dzisiaj, w godzinach popołudniowych, nowy piłkarz Doncaster Rovers widziany był z tajemniczym chłopakiem na tyłach Central Park. Nasi reporterzy pokusili się o dogłębną analizę wszystkich faktów, dzięki czemu doszliśmy do tego, kim jest nowa miłość pana Tomlinsona. Tajemniczą osobą jest nie kto inny, jak Harry Styles(19), uczeń liceum w Doncaster, do którego uczęszcza także młody i niezwykle utalentowany piłkarz. Naoczni świadkowie wyznają, że para spędziła dzisiaj kilka godzin, siedząc na tyłach kawiarni „Chocolate”. Co na to trener chłopaka? Czy tym oto sposobem Louis Tomlinson straci kontrakt i będzie musiał zakończyć swoją sportową karierę? Będziemy informować Was na bieżąco!
Przeszedłem na kolejną stronę i zagłębiłem się w treść Doncaster News.
Czy będzie skandal na murawie?
Na początku września szansę na światową karierę otrzymał Louis Tomlinson(21), podpisując kontrakt na cały najbliższy rok. Młody piłkarz już w pierwszym meczu pokazał, na co go stać i wszyscy pokładali w nim wielkie nadzieje. Trener Donny, Paul Dickov, wypowiadał się o nim w samych superlatywach: „Jest młody i nieprzeciętnie zdolny. Będą z niego ludzie!”. Dzisiaj, tj. 14.11.2013, Louis widziany był z niejakim Harrym Stylesem(19). Wszyscy powszechnie wiedzą o słabości młodego piłkarza, który, choć nigdy otwarcie się do tego nie przyznał, gustuje w tej samej płci. Strzała rozszalałego Kupidyna trafiła na nastoletniego jeszcze ucznia liceum w Doncaster. Postanowiliśmy pogrzebać nieco głębiej i dotarliśmy do zdjęć z pierwszego meczu naszej wschodzącej gwiazdy. Na trybunach w sektorze VIP zasiadł nie kto inny, jak właśnie nowa miłość naszego Tomlinsona. Kto wie, od jak dawna są razem?
Dźwięk telefonu. Muszę zmienić dzwonek, bo ten jest strasznie denerwujący.
Louis Tomlinson:
Strona główna zarządu Doncaster Rovers.
Oświadczenie Johna Ryana.
Harry, nie wydziwiaj po tych słowach.
Chcę być z Tobą, tylko to się liczy.
Kocham Cię, Twój Lou.
Wszedłem na stronę zarządu drużyny z Doncaster i kliknąłem w najnowsze wiadomości. Wyświetlił mi się filmik nagrany przez Johna. Zawahałem się, ale w końcu go obejrzałem.
Z tej strony John Ryan, prezes i zarządca Doncaster Rovers Football Club. Mam niestety przykrą wiadomość dla wszystkich kibiców Donny. Nasz nowy i niezawodny piłkarz, Louis Tomlinson(21) swoim postępowaniem doprowadził do zerwania, zawartego na początku września, kontraktu. W związku z tym zmuszony będzie opuścić klub piłkarski. Okres wypowiedzenia trwa dwa tygodnie, więc będziecie mieli zobaczyć Louisa po raz ostatni na jutrzejszym meczu. Z wyrazami szacunku, John Ryan wraz ze współpracownikami.
Nie zamierzałem czytać komentarzy poniżej, od których aż roiło się na stronie. Przeze mnie Lou stracił kontrakt, a wiedziałem, że bardzo zależało mu na tym, aby jego kariera nadal się rozwijała. Czułem się winny, tak cholernie winny. Kochałem go, ale zastanawiałem się, czy nie usunąć się w cień i nie pozwolić mu spełniać swoich marzeń. Uwielbiał kopać piłkę i czuł się na murawie jak w domu. Dlaczego miałem stać mu na przeszkodzie? Bo mnie kochał, a ja kochałem jego i to był największy problem. Zastanawiałem się, czy gdybym zadzwonił do Johna i wytłumaczył całą sprawę, pozwoliłby mu wrócić do drużyny. Wiedziałem jednak, że gdybym to zrobił, Louis by mi tego nie wybaczył. Nie było dobrej alternatywy, a czasu nie mogliśmy cofnąć, chociaż w sumie niczego bym nie zmienił. Ponownie wyciągnąłbym go ze szkoły i zmusił do pójścia ze mną do tej przeklętej kawiarni. A potem bym go pocałował. Tak, ja jego, nie on mnie. Westchnąłem głośno i wyłączyłem komputer. Nie odpisałem Louisowi, postanowiłem, że jutro zobaczymy się na meczu. Ostatniej rozgrywce z jego udziałem. Podaj dalej, Lou…
KOCHAM CIĘ BARDZIEJ, NIŻ PIŁKĘ NOŻNĄ
Siedziałem wraz ze znajomymi na swoim stałym, meczowym miejscu. Do gwizdka pozostało kilka minut, a atmosfera na stadionie była strasznie napięta. Kibice Doncaster Rovers, ale także Barnet, z którymi dzisiaj rozgrywało się spotkanie, byli negatywnie nastawieni do jednego z zawodników. Chodziło oczywiście o Louisa Tomlinsona, który zdążył nasłuchać się różnych obelg, od kiedy w ogóle przyjechał na stadion wraz z resztą drużyny. Keepmoat Stadium wypełniały transparenty z obraźliwymi komentarzami, ale staraliśmy się na to nie zwracać uwagi. Lou wiedział, że ma w nas niesłychane wsparcie. Bałem się tego meczu. Nie wyobrażałem sobie, co może się stać, gdy zawodnicy wkroczą na murawę. Stadion gościł dzisiaj prawie trzydzieści tysięcy osób. Miałem przed oczyma najgorsze sceny, które pragnąłem odgonić jak najdalej od siebie. Prowadzący zapowiedział obydwie drużyny, po czym piłkarze wkroczyli na boisko. Momentalnie rozległy się krzyki i gwizdanie tak głośne, że musiałem zasłonić sobie uszy. Nikt z kibiców nie zaśpiewał nawet hymnu, dając tym samym pokaz tego, jak bardzo nie szanują drużyny. Wszyscy widzieli problem w tym, że Tomlinson kocha inaczej. W zasadzie nie inaczej, po prostu kocha, a dla ludzi stanowi to swojego rodzaju problem. Ludzie mają to do siebie, że robią z igły widły. Absolutnie nie mogłem się z tym pogodzić. Telebimy praktycznie cały czas ustawione były na Louisa, który tego dnia był wyjątkowo przybity. Przeze mnie i moją chorą miłość, która zrujnowała jego karierę. Czasami mam takie momenty, że winię za to tylko i wyłącznie siebie. Gdybym nie pojawił się w jego życiu, gdybym nie wypalił z tym głupim tekstem za kulisami nie doszłoby do tego. Patrząc na to z drugiej strony, równie dobrze mógłbym winić Danielle za to, że załatwiła nam bilety na pierwszy mecz lub Zayna za to, że nas na niego przywiózł. Nikt z bliskich nie miał mi tego za złe. Ani mnie, ani Louisowi. Jego mama cieszyła się, że jesteśmy parą i że jej syn wreszcie znalazł kogoś, kto daje mu szczęście. Moja rodzina miała na ten temat podobne zdanie. Przyjaciele w pełni nas zaakceptowali i wspierali w tym kiepskim dla nas obu dniu. Danielle siedziała obok mnie z głową opartą na moim ramieniu. Po mojej drugiej stronie siedziała Eleanor, która także przyszła dopingować swojego byłego chłopaka. Nadal się przyjaźnili i dziewczyna nie miała problemów z tym, że jesteśmy ze sobą. Miałem wrażenie, że podejrzewała to od początku ich związku. Wyznała mi nawet, że nie łączyło ją z Tomlinsonem nic głębszego niż wspólna pasja, kilka wspólnych wakacji, pocałunki i całonocne rozmowy. Powiedziała mi także, że cieszy się, że jest ktoś, kto potrafi w pełni uszczęśliwić Louisa i dziękowała mi za to, że pojawiłem się w jego życiu, gdy najbardziej potrzebował kogoś, kogo mógłby kochać bez żadnych „ale”. Niemalże wzruszyłem się jej słowami. To wyznanie było takie szczere i przepełnione pozytywnym emocjami. Mogła mnie przecież nienawidzić, jakby na to nie patrzeć, zniszczyłem jej związek, wchodząc ze swoimi butami w świat piłkarza. Drużyny nie podały sobie nawet rąk i dało się zauważyć, z jaką pogardą członkowie Donny patrzą na swojego zawodnika. Wiedziałem, że nikt nie miał do niego szacunku po tym, jak okazało się, że jest homoseksualistą. To chore, świat jest chory i nietolerancyjny. Czy to naprawdę było takie ważne, kto kogo kochał? W ogóle, czy człowieka kocha się za to, jakiej jest płci, czy za to, jakim jest człowiekiem? Nie miało dla mnie znaczenia to, że Louis jest mężczyzną. Kochałem go, bo był dla mnie idealny i o takim kimś, jak on, zawsze marzyłem. Nie mogłem wmawiać sobie, że muszę być z kobietą. Byłem taki, a nie inny i nie zamierzałem się zmieniać ze względu na to, że ktoś miał problemy sam ze sobą. Tak, jestem gejem i jestem z tego dumny. I mam do tego pełne prawo, bo jestem takim samym człowiekiem, jak Danielle, Liam, czy ktokolwiek inny. Sędzia zagwizdał, ogłaszając początek spotkania. Piłka poszła w ruch. Teraz przyszło nam tylko obserwować ostatnie dziewięćdziesiąt minut w życiu Louisa. Ostatnie dziewięćdziesiąt jego sławy, a później jego gwiazda zgaśnie raz na zawsze… W siedemdziesiątej minucie strzelił bramkę dla swojej drużyny, ale wszyscy powstrzymywali się od oklasków. Nawet jego klubowi koledzy nie przybili z nim piątki, tak, jak to zawsze robili. Z bólem serca patrzyłem na to, co może wyniknąć z bycia innym, ale niczego nie żałowałem. Wiedziałem, że mogę dać mu więcej szczęścia niż jego ukochana piłka nożna. Wiedziałem, że dam radę zrekompensować mu zakończenie kariery, bo ja, w przeciwieństwie do zarządców i kibiców, byłem mu wierny i zawsze oddany. Akceptowałem go w pełni i podziwiałem za wszystko, co robił. Nawet jeśli nie strzelił bramki, było dobrze, bo wiedziałem, że zrobi to następnym razem. Mecz dobiegł końca i zakończył się wynikiem jeden do zera dla Doncaster Rovers. My, jako jedyni, wstaliśmy i zaczęliśmy bić brawo zwycięskiej drużynie, dając im tym samym do zrozumienia, że są na świecie jeszcze kibice, którym nic nie robi znaczącej różnicy. Louis podszedł do trenera i zapytał go o coś, po czym wszedł na środek boiska z mikrofonem w dłoni.
- Ekhem… - zaczął dość nieskładnie. Wszyscy momentalnie ucichli, nie wiedząc, co się dzieje. – Jak wiecie, jest to ostatni mecz w mojej karierze piłkarskiej. Nie chcę już nigdy więcej wracać do tego sportu, więc jestem zobowiązany wszystkim wam serdecznie podziękować. Dziękuję, że byliście ze mną przez tych kilka spotkań, że wspieraliście mnie i nie skreśliliście mnie na samym początku. Chciałbym z całego serca podziękować kibicom za niezapomniany doping. Ludzie, byliście naprawdę niesamowici! Pokłony za wasze zaangażowanie i oddanie drużynie. To niesamowite, jak wasze słowa wsparcia są w stanie zmotywować do dalszej gry i ciągłego doskonalenia samego siebie. Dziękuję także prezesowi Johnowi Ryanowi oraz trenerowi Paulowi Dickovi, za to, że dali mi szansę. Nie każdy zaufałby tak młodemu i niedoświadczonemu zawodnikowi. Swoje podziękowania kieruję także do pozostałej części drużyny. Panowie, jesteście naprawdę niesamowitymi ludźmi i cieszę się, że przyjęliście mnie pod swoje skrzydła bez większych zastrzeżeń. Dziękuję, że miałem zaszczyt grać u waszego boku. – w oczach stanęły mi łzy. Pomimo tego, że wszyscy go nienawidzili, on wykazał się wobec nich takim szacunkiem. – Teraz chciałbym, korzystając z okazji, złożyć personalne podziękowania. Perrie – zwrócił się do stewardki, która pilnowała naszej trybuny. - Jeśli mogę cię prosić, wpuszczaj do mnie kolejno te osoby, o których będę mówił. I przy okazji, dziękuję ci za pilnowanie i dbanie o bezpieczeństwo moich najbliższych. Mamo, od zawsze byłaś moim aniołem stróżem, więc chciałbym podziękować ci za to, że wiele lat temu wysłałaś mnie do klubu piłkarskiego, żebym trenował i rozwijał swoje umiejętności. Dziękuję ci także za to, że zawsze byłaś przy mnie, pomimo wszystko i bez zbędnych „ale”. – Jay opuściła trybunę i udała się na środek boiska, obejmując czule swojego syna. Widziałem w jej oczach łzy, sam też płakałem. – Moje kochane siostrzyczki. Wam dziękuję za te wszystkie transparenty ze słowami wsparcia. Jesteście najlepsze pod słońcem. Anno, Robinie i Gemmo, jesteście dla mnie jak druga rodzina, więc dziękuję wam za to, że po prostu jesteście, chociaż wcale nie musicie. Zayn, najlepszy kierowco na świecie. Dziękuję ci za to, że zawsze punktualnie dowoziłeś tych wszystkich wariatów, żeby mogli kibicować naszej drużynie. Liam, tobie należą się specjalnie podziękowania, bo wiem, jak bardzo pilnowałeś ich wszystkich i dbałeś o ich bezpieczeństwo. Niall, tobie dziękuję za to, że dzięki tobie wzrosła sprzedajność popcornu na naszych meczach. To zaskakujące, ale od kiedy pojawiłeś się na trybunach, sprzedawcy mieli o wiele większe zyski. Eleanor, dziękuję ci za wsparcie, bo wiem, że to wszystko nie jest dla ciebie łatwe, a mimo wszystko jesteś tutaj i trzymasz za mnie kciuki. Danielle, najdroższa. Tobie podwójne podziękowania. Przede wszystkim za to, jak rozgrzewałaś naszą drużynę podczas przerwy wraz z pozostałymi cheerleaderkami. Dziękuję, dziewczyny. Byłyście i nadal jesteście niezastąpione. Dziękuję ci też za to, że sprawiłaś, że ten chłopak, który właśnie siedzi koło ciebie, zawitał w moim sercu. Nie wiem, kim byłbym teraz, gdybyś nie wepchnęła mu biletu na pierwszy mecz i nie wyperswadowała mu, że koniecznie musi tutaj przyjść. Ty zostałeś na końcu, Harry, bo tobie chciałem powiedzieć tylko jedno. Dziękuję za to, że po prostu jesteś. Kocham cię bardziej, niż piłkę nożną. – jego głos się złamał i wtulił się w ramiona swojej matki. Opuściłem trybunę i chwyciłem Perrie za rękę. Jej też należało się miejsce w kręgu na środku boiska. Szedłem, chwiejąc się, bo moje nogi były dosłownie jak z waty. Na dodatek łzy utrudniały mi widoczność. Stanąłem po raz pierwszy w życiu na środku murawy i byłem dumny, że jestem w tym miejscu, otoczony osobami, które kochałem nad życie. W tamtym momencie wszyscy stanowiliśmy jedną, wielką, szczęśliwą rodzinę. Liczyło się tylko to, że byliśmy razem. Na dobre i na złe.
„Kariera to piękna rzecz, ale nie możesz się do niej przytulić w zimną noc”
~ Marilyn Monroe
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz