Każdy człowiek rodzi się wolny i to od niego zależy, w którym kierunku się zwróci. W życiu każdego nastaje moment wyboru. Moment, w którym stajemy przed jednym, jedynym drogowskazem. I mamy dwie opcje – dobro lub zło. Od nas zależy, który szlak będziemy chcieli odkryć i przemierzyć. Decyzję podejmujemy samodzielnie. Nie ma możliwości, aby ktoś na nas wpłynął. Jesteśmy wtedy panami świata i trzymamy życie w swoich własnych rękach. To trochę przerażające, bo którąkolwiek drogę wybierzemy – jesteśmy sami. Dopiero po zrobieniu kilkunastu kroków uświadamiamy sobie, że ktoś na nas czeka. I odkrywamy, że wybór „dobro i zło” zanika. Krocząc swoją własną aleją, dowiadujemy się, że szlaki się ze sobą wiążą. Na swojej drodze spotykamy zarówno dobrych, jak i złych ludzi. Tamten wybór tyczył się nas samych, tego, kim będziemy, ale nie tego, kogo spotkamy na swoim torze. Mamy możliwość zmiany i często podejmujemy dobrą decyzję, nawracając się. Są jednak tacy, którzy uparcie przemierzają wybraną przez siebie drogę…
Takim kimś okazał się Harry. Z pozoru zwyczajny nastolatek, który nie wyróżniał się niczym szczególnym. Od poniedziałku do piątku uczęszczał do szkoły, a weekendy spędzał z przyjaciółmi. Tak przynajmniej być powinno. Jednak Harry był inny i nikt nie znał jego, od dawien dawna, skrywanej tajemnicy. Gdy miał niespełna szesnaście lat zrobił listę pięciu marzeń, które chciał spełnić. Nie były to jednak zwykłe marzenia. Nie chciał udać się na koncert swojego ulubionego zespołu, nie marzył o skończeniu dobrej uczelni i o zdobyciu dobrze płatnej pracy. Nie pragnął psa lub kota, jak jego rówieśnicy. Jego marzenia były zdecydowanie specyficzne i, gdyby się temu bliżej przyjrzeć, było w nich coś przerażającego. On sam był przerażający. Był morzem tajemnic i gdy tylko ktoś pragnął się do niego zbliżyć, zabierały go jego własne fale, ciągnąc na samo dno. Gdy Harry skończył dziewiętnaście lat, dojrzał na tyle, by zacząć wcielać swoje pragnienia w życie…
***
- Jesteś nienormalny człowieku! – krzyknął mulat, spoglądając prosto w oczy wysokiego, lokowanego chłopaka. – Nie zamierzam dłużej z tobą mieszkać. Wiesz, co było moim największym błędem? To, że w ogóle pozwoliłem stanąć ci na mojej drodze! – zdenerwowany, młody mężczyzna nerwowo wrzucał ubrania do wielkiej, czarnej walizki, którą w pośpiechu co chwilę zapinał i odpinał. Harry tylko bacznie go obserwował. Jego szmaragdowe tęczówki przesuwały się na przemian z rozkojarzonej twarzy współlokatora na jego, ustawione w kącie pokoju, walizki. Wziął głęboki oddech i odpalił spokojnie papierosa, zaciągając się jego dymem. Był w końcu w swoim własnym mieszkaniu, z dala od rodzinnego domu i czujnych, matczynych spojrzeń, więc mógł robić to, co mu się żywnie podobało. Siedział rozpostarty na kanapie w wymiętym, białym podkoszulku i obcisłych, czarnych spodniach, opuszczonych nieco za linię bioder. Obracał w dłoni zapaliczkę i uśmiechał się pod nosem. Zdecydowanie bawił go teatrzyk, który właśnie rozgrywał się na jego oczach. Zaynowi, bo tak na imię miał jego współlokator, nie było jednak wcale do śmiechu. Poczuł się zraniony, bo Harry od samego początku go oszukiwał, ale czemu się dziwić, on był, jaki był i każdy, kto go poznawał powinien liczyć się z tym, że prędzej czy później przeżyje zawód. Z mulatem było identycznie. Harry nie miał uczuć, ale lubił bawić się innymi, uznawał to za doskonałą formę rozrywki. Patrzył, jak ludzie, którzy uważali go za swojego przyjaciela, powoli staczają się na samo dno, sami o tym nie wiedząc. Dziewiętnastolatek był przebiegły. Umiał manipulować i wprowadzać w poczucie winy. Te gierki wychodziły mu zawsze kapitalnie. Potrafił sprawić, że z oprawcy nagle stawał się ofiarą, a inni kupowali jego historyjkę o tym, jaki jest biedny, bezbronny i rzucony na pastwę losu. Udawał tonącego, który brzytwy się chwyta, tym samym realizując swój niecny plan, który krążył mu w głowie od dnia szesnastych urodzin. Chłopak był chodzącą zagadką i nikt, z kim miał styczność, nie był w stanie do końca go rozgryźć. Ludzie się od niego odwracali, jakby intuicyjnie wiedzieli, że tak należy postąpić. Z ich strony był to najlepszy krok, jaki kiedykolwiek mogli postawić. Ocalali samych siebie, dzięki czemu Harry’emu nigdy nie udało się zrealizować wszystkich pięciu marzeń.
- Wyjdziesz sam, czy mam cię wystawić za drzwi? – spytał, nawet nie podnosząc głowy. Jego głos był ochrypły, co mogło być spowodowane ilością papierosów, które pochłaniał i które niszczyły jego nastoletnie płuca. Już kilkakrotnie szedł do lekarza z myślą, że w końcu dopadł go rak, którego sam sobie wróżył, od kiedy skończył piętnaście lat i sięgnął po raz pierwszy po używkę. Był uzależniony od nikotyny tak samo, jak od LSD. Handlował narkotykami, więc bez problemu miał do nich dostęp. Nie sięgnął jeszcze co prawda po nic naprawdę silnego, ale od czasu do czasu lubił sobie przyćpać. Czuł się wtedy panem świata i nabierał jeszcze większej odwagi, choć w jego przypadku było to niemalże niemożliwe. Mulat posłał mu surowe spojrzenie, licząc, że Harry zareaguje w jakikolwiek sposób. Znali się ponad rok. Zayn nie był zwyczajnym chłopakiem. Był rok starszy od swojego współlokatora, a jego przeszłość zdecydowanie nie była kolorowa. Miał trójkę rodzeństwa, trzy piękne siostry, z którymi został rozdzielony, gdy miał niespełna siedem lat. Wówczas jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a on trafiał do rodzin zastępczych, jednak nigdy nie znalazł prawdziwego domu. Nie wiedział, czym jest rodzinne ciepło, bo nikt, nigdy tak naprawdę go nie chciał. Ta sytuacja sprawiła, że Zayn nie ufał ludziom, a jednak… Pewnego dnia poznał Stylesa i gdy myślał, że jego życie w końcu się ustabilizuje, ponownie przeszedł przez piekło. Był to piękny, majowy wieczór, więc mulat udał się do pobliskiego pubu, żeby utopić myśli i problemy w alkoholu. Tego dnia został wypuszczony z odwyku i poprzysiągł sobie, że nigdy więcej nie weźmie do ust narkotyków. Nie tyczyło się to jednak różnego rodzaj trunków, które zamawiał skinieniem dłoni. I wówczas pojawił się on. Usiadł przy stoliku naprzeciwko niego i po prostu go obserwował. Biło od niego coś specyficznego, czego nie dało się wyjaśnić w racjonalny sposób. Gęste loki opadały na jego czoło, chowając połowę, pokrytej w kolczykach, twarzy. Jego długie ręce zdobiły liczne tatuaże, które z daleka zdawały się zlewać w jedną całość. Był kimś nieprzeciętnym i rzadko zdarzało się spotkać kogoś takiego na ulicach spokojnego Bradford w hrabstwie West Yorkshire. Mimo wszystko wzbudzał zaufanie. Podszedł do Zayna, widząc, że ten jest już kompletnie pijany i zaproponował nocleg w swoim mieszkaniu, które znajdowało się zaledwie uliczkę dalej. Tak zaczęła się ich wspólna historia. Zostali współlokatorami i doskonale się rozumieli. Problem tkwił jednak w tym, że Harry, którego poznał mulat, nie był tym prawdziwym Harry’m, którego powinien był znać. Chłopak przybierał maskę, gdy chciał się z kimś zaprzyjaźnić. Udawał wtedy dobrego dzieciaka, który tylko od czasu do czasu kreuje się na kogoś złego, żeby wyładować wewnętrzne frustracje. Zdejmował kolczyki i zakrywał tatuaże, tłumacząc się, że są one tylko i wyłącznie błędem młodości, choć co rusz jego ciało zdobiły nowe, bardziej groźne i brutalne. Odzwierciedlał tym samego siebie i dawał znaki, aby na niego uważano. Nikt jednak do końca nie potrafił ich odczytać. Wieczorami siadywał w swoim pokoju i śmiał się z naiwności Zayna, który dał omamić się tak łatwo. Aż nastał dzień dzisiejszy. Jego ofiara stała właśnie przed nim z walizkami w dłoni, gotowa raz na zawsze opuścić jego mieszkanie. Nie okazywał w tym momencie żadnych emocji i po prostu pozwolił mu odejść, choć wewnątrz rozpierała go złość. Złość na samego siebie i na swoje kolejne niepowodzenie. Miał plan i musiał go zrealizować. Tylko ten jeden, jedyny raz. Później poczułby ulgę. Chłopak opuścił jego skromne progi, a Harry wstał i z całych sił uderzył pięścią w stół. Potrzebował od czasu do czasu odreagować, toteż nie było niczym dziwnym, że wciąż wdawał się w bójki. Obracał się w fatalnym towarzystwie, począwszy od dilerów, poprzez członków drobnych, ulicznych gangów. Dzięki temu czuł się lepszy, choć popadał przez to w poważne kłopoty. Grożono mu i nawet próbowano zabić, bo brano go za kogoś, kim w rzeczywistości nie był. Dla rodziny jednak nadal był małym chłopcem i gdy odwiedzała go mama, stawał się nagle potulny jak baranek. Miał zdecydowanie dwie tożsamości, z których korzystał na własne potrzeby. Potrafił być do rany przyłóż, potrafił być bestią. Kierował się raczej instynktem, niż rozumem i niewiele trzeba było, aby go sprowokować. Gromadził w sobie tyle emocji, że należało tylko i wyłącznie współczuć ludziom, którzy znaleźli się w jego pobliżu, gdy postanowił eksplodować. Potrafił wywołać wokół siebie niemałe zamieszanie i zniknąć, gdy robiło się zbyt gorąco. Pewnego dnia, w przypływie złości, podpalił starą kamienicę i pomimo tego, że wszyscy wiedzieli, kto był sprawcą, nikt na niego nie doniósł. Bo tutaj, w miejscu, w którym przyszło mu żyć, wszyscy się go bali. Był dziewiętnastoletnim Harry’m Stylesem, którego drugie imię brzmiało – niebezpieczeństwo. Porzućcie nadzieję, wy, którzy wchodzicie do jego mieszkania. Kilkakrotnie zamachał obolałą dłonią i rozprostował palce, sycząc z bólu. Spojrzał na naruszony blat stołu, w który przed sekundą uderzył i zdziwił się, jak wielką siłę w sobie posiada. Nie myśląc długo, wyjął z szafy swój czarny płaszcz, do którego kieszeni wsunął paczkę ukochanych papierosów i po prostu wyszedł. Przemierzał uliczki, ciemnego już Bradford i obserwował ludzi, poszukując swojej kolejnej ofiary. Nie chciał kogoś przypadkowego. Potrzebował osoby, która czymś go zaciekawi i na pierwszy rzut oka wyda mu się intrygująca. Nie poszukiwał kobiet, spełnieniem jego pięciu marzeń musiał być mężczyzna. Chciał zmierzyć się z kimś równym sobie. Płeć przeciwna była zdecydowanie zbyt słaba i krucha. Poza tym, w kobiecie mógłby się zakochać, co tylko i wyłącznie pokrzyżowałoby jego plany. Nie marzył o niczym innym tak bardzo, jak o wypełnieniu swojej życiowej misji. Każdy człowiek jest bowiem kowalem własnego losu, z własnymi marzeniami, a skoro ma odwagę je posiadać, musi mieć odwagę podjąć o nie walkę. Harry zdecydowanie był wojownikiem, potrzebował jednak kogoś, przeciwko komu mógłby wznieść oręż. Samotna walka z reguły była skazana na niepowodzenie. Skręcił w boczną uliczkę niedaleko swojego domu i udał się do pubu, w którym, trochę ponad rok temu, poznał Zayna. Rozsiadł się wygodnie przy swoim ulubionym stoliku, rzucając płaszcz na krzesło obok siebie. Wyjął z paczki papierosa i odpalił go sprawnym ruchem. Miał już w tym wprawę. Lubił zaciągać się jego dymem i tworzyć przy wydechu specyficznie wyglądające obłoczki. Smak tytoniu w ustach wywoływał na jego twarzy szeroki uśmiech. Nasycał się tym i zaspakajał, tak jak ludzie, którzy piją wodę, aby ugasić pragnienie. Skinieniem dłoni zamówił dla siebie drinka. Wszyscy znali go tutaj bardzo dobrze, dlatego nawet nie musiał mówić, o co prosi. Oparł głowę o ścianę i wzrokiem przemierzył nieco przyciemnioną salę. Nie dostrzegł nikogo, kto wzbudziłby jego zainteresowanie. „Jeszcze nie czas”, pomyślał, spoglądając na wiszący nad barem zegar, który wskazywał dopiero dwudziestą drugą. Choć pub zapełniał się po brzegi, Harry wiedział, że nie nadszedł jeszcze kluczowy moment. Gdy bawił się Zaynem, od czasu do czasu przychodził tu, szukając zastępstwa, w razie by nie wyszło mu z mulatem. Jednej nocy dostrzegł tutaj tajemniczego blondyna, który załatwiał jakiś interes z ochroniarzem. Zdawało mu się, że on mógłby być idealnym kandydatem i już miał go zaczepić, gdy uzmysłowił sobie, że przecież nie zakończył jeszcze swojej gry, a w jego mieszkaniu czeka na niego jego współlokator. Teraz pluł sobie w brodę, że nie zapoznał tamtego chłopaka. Po porażce z Zaynem, natychmiast zapragnął kogoś nowego, kogo mógłby omamić na tyle sposobów, na ile tylko by chciał. Barman co rusz podawał kelnerce drinki, które pokornie niosła do jego stolika. Niejednokrotnie próbowała zagadać, ale chłopak zbywał ją niezbyt sympatycznym spojrzeniem. Nie martwił się o ilość wypitego alkoholu, miał mocną głowę, co w jego przypadku było sporą zaletą. Mógł wlać w siebie hektolitry najróżniejszych trunków i nadal stać stabilnie na nogach, nie wspominając już o trzeźwości umysłu, którą zawsze posiadał. Znudzony obracał w dłoniach zapalniczkę, wypuszczając raz po raz na wolność jej jasny płomień, który wirował i przechylał się na boki pod wpływem ruchów jego ręki. Potrzebował kogoś tak posłusznego, jak właśnie ten drobny, igrający z nim ogieniek. Harry chciał rządzić, bo wydawało mu się, że właśnie do tego został stworzony. Nikt nie wiedział co stało się w jego psychice, że w wieku szesnastu lat podjął taką, a nie inną decyzję i stworzył swoją listę pięciu marzeń. Nikt nie wiedział też, dlaczego było ich akurat pięć. Chłopak trzymał wszystko w tajemnicy i wydawać by się mogło, że dla niego samego nie jest to do końca zrozumiałe, ale, mimo to, nie zamierzał się wycofać. Gdy raz wkraczał na drogę, kontynuował podróż. Niezależnie od tego, jak toczyły się na niej jego własne losy. Energicznym ruchem rozczesał palcami swoje gęste loki i przetarł zmęczone oczy. Przechylił szklankę, opróżniając ją, napełniając tym samym swoje żyły nową dawką alkoholu. Czekał i wypatrywał niczym łowca, który poluje na zwierzynę. Czasami mógłby porównać się do przyczajonego tygrysa, który za sekundę ma porwać się z miejsca i ruszyć w bieg za swoją własną ofiarą. Miał coś z bestii, zdecydowanie. Był hipnotyzując, intrygujący i co najważniejsze, niebezpieczny. Potrafił krzywdzić i czerpał z tego tylko i wyłącznie satysfakcję. Żadnych wyrzutów sumienia, żadnych wyjaśnień i przede wszystkim, żadnych przeprosin. Nigdy nie przepraszał, bo rozgrywał wszystko tak, że jego ofiary opuszczały mury jego domu z przeświadczeniem, że to one same zrobiły źle i zachowały się niewłaściwie wobec niego. Zayn jako jedyny wyłamał się z twardych ram, odwracając się od niego bez poczucia winy, dlatego tak bardzo go tym zezłościł. Harry nie znosił sprzeciwu. Wszystko miało być tak, jak on tego chciał i nie widział innej opcji. Nie dawał też wyboru. Ktoś, kto go poznawał, wiedział, że to nastolatek odgrywa we wszystkim wiodącą rolę i że to on tutaj króluje. Nie można go było zdetronizować. Nikt nawet by się nie odważył. Wystarczyło jedno jego spojrzenie, aby zmrozić krew w żyłach i odebrać cień nadziei na jakąkolwiek zmianę w jego postępowaniu.
***
Dochodziła północ, a Harry nie zauważył nikogo, kto by go w jakikolwiek sposób zainteresował. Dopalał właśnie ostatniego papierosa, a przed nim stała niedopita wódka z colą. Wypił zawartość jednym łykiem i już miał udać się do wyjścia, gdy w drzwiach stanął znajomy mu blondyn wraz z jakimś kolegą. Jeden z nich miał ze sobą wielką walizkę, co mogło oznaczać, że dopiero co przyjechał do Bradford. Chłopak przysiadł z powrotem na swoje miejsce, a dwójka nieznajomych zajęła stolik tuż koło niego. Skinął ręką do kelnera, sugerując, że potrzebuje jeszcze jednego drinka, którego kilka sekund później otrzymał. Przyglądał się nowym osobom z zaciekawieniem. Blondyn już nie wydawał się tak interesującym kąskiem, jak ten drugi. Szatyn, niezbyt wysoki, zdecydowanie niższy od Harry’ego, ale, mimo wszystko, mający to coś w sobie. Spokojny, poukładany i zdecydowanie niezainteresowany otaczającym go światem i ludźmi. Oparł łokcie na stole i prowadził ożywioną rozmowę ze swoim znajomym. Chyba znali się od dawna, tak przynajmniej mogło się wydawać. Harry, zaintrygowany postacią chłopaka, chcąc nie chcąc, zaczął podsłuchiwać ich wymianę zdań.
- Niall. – zwrócił się szatyn. – Łatwo ci mówić. Ucieczka z domu nie była łatwą decyzją, ale co miałem zrobić? Przyjechałem do ciebie, skąd mogłem wiedzieć, że wracasz do tej swojej cholernej Irlandii. – mówił z poirytowaniem. Lokowany zaśmiał się, gdy usłyszał przekleństwo padające z jego ust. Brzmiało w nich tak zabawnie i nierealistycznie. Chłopak zdecydowanie nie wyglądał na kogoś, kto co drugie słowo rzuca mięsem. W głowie Harry’ego kreował się jako mały, słaby człowieczek, którym łatwo byłoby manipulować. Był bezradny, trafił do nowego miasta i nie miał się gdzie podziać. Jego przyjaciel opuszczał kraj i wracał w swoje rodzinne strony, a on dopiero co uciekł z domu, więc pewnie nieprędko chciał do niego wrócić. Gdzieś w głowie lokowanego chłopaka zrodził się diabelski pomysł. Chciał go, on stał się jego nowym celem, a jeśli on sobie coś postanowi, musi to zrealizować. Nerwowo oblizał wargę i przygryzł ją. Nikt nie zwracał na niego uwagi, na razie pozostawał w cieniu. Czekał na odpowiedni moment, aby wkroczyć do gry i rozdać swoją partię kart.
- Stary, przyjechałbyś jeden dzień wcześniej, a oddałbym ci klucze do mojego mieszkania. Dzisiaj je sprzedałem. Mogłeś mnie chociaż uprzedzić, Lou. – zwrócił się do niego blondyn i poklepał po ramieniu, dodając mu otuchy. – Znajdziesz coś dla siebie. Kto, jak nie ty! – pokręcił głową i wywrócił oczyma. Wiedział, że nie będzie łatwo odnaleźć mu się w Bradford. Stamtąd, skąd pochodził, przywiózł ze sobą całą stertę bolesnych wspomnień i kłopotów. Liczył, że przyjaciel go wesprze, a nie od niego ucieknie. Potrzebował kogoś, kto by się nim zajął. Potrzebował kompana, żeby wczuć się w tutejsze życie. Zawsze taki był. Musiał mieć przy sobie osobę, która trzymałaby za niego stery. W oczach Harry’ego zapłonęły szalone iskry. To był ten czas, to był idealny moment, aby się wtrącić i zyskać to, czego od dawna pragnął. Zyskać osobę, dzięki której spełni swoje marzenia.
- Przepraszam. – zaczął niepewnie, a oczy dwójki nieznajomych spoczęły na jego skromnej osobie. Szatyn zmierzył go od góry do dołu i wzdrygnął się na to, co ujrzał. Młody chłopak z licznymi kolczykami i tatuażami nie był dla niego kimś odpowiednim. – Słyszałem, że któryś z was nie ma się gdzie zatrzymać. Dziś wyprowadził się ode mnie przyjaciel, więc mam wolne lokum. – posłał im szeroki uśmiech, aby wzbudzić ich zaufanie.
- Lou, ty to masz szczęście! Wpadasz bez zapowiedzi, narzekasz, że nie masz gdzie mieszkać i momentalnie na twojej drodze staje ktoś, kto wyciąga do ciebie pomocną dłoń! – niemalże wykrzyknął jego przyjaciel. Ucieszył się, zwłaszcza, że jutro wyjeżdżał i chciał pozostawić kumpla pod dobrą opieką.
- Nie nazwałbym tego szczęściem… - niemalże szepnął, ale uszy lokowanego były w stanie zarejestrować wszystko, nawet najcichszy szmer. Nie spodobały mu się te słowa.
- Słucham? – zdecydowanie podniósł głos, zwracając się do siedzącej przed nim dwójki. Oboje posłali mu pytające spojrzenie. Każdy wiedział, że Harry nie lubi sprzeciwu i nie mieściło mu się w głowie to, że ktoś od tak odrzuca jego pomoc. – Uh, przepraszam. Po prostu nie lubię, jak ktoś ocenia mnie po pozorach, Lou. Czy jak ci tam na imię. – odezwał się bezpośrednio do szatyna i posłał mu surowe, niemalże lodowate spojrzenie. – Patrzysz na mnie, jak na karykaturę człowieka i uwierz, wiem, co chodzi ci po głowie. Myślisz sobie: „Czego ten kretyn cały w dziarach może ode mnie chcieć?”, ale wiedz, że ten kretyn po prostu chciał ci pomóc. – obrócił się na pięcie i skierował się do wyjścia. Wiedział, że odegrał swoją rolę perfekcyjnie. Uśmiechał się do siebie z satysfakcją. Zarzucił płaszcz na ramiona i tylko czekał, aż jego ofiara przemówi. Nie pomylił się. Wywołał w nim poczucie winy, o to mu właśnie chodziło. Wiedział, że za chwilę usłyszy słowa przeprosin. Zamierzał je przyjąć.
- Wybacz… - Lou złapał go za nadgarstek, zmuszając go tym samym, aby na niego spojrzał. Wziął głęboki oddech i ze świstem wypuścił powietrze. – Nie chciałem, żeby tak to zabrzmiało. Doceniam chęć pomocy, ale nie wiem, czy bylibyśmy w stanie się zgrać.
- Jeśli nie jesteś marudny i nie śpiewasz pod prysznicem, możesz ze mną zamieszkać. Nie mam wymagań, już dawno przestałem je mieć. W ogóle, jestem Harry. – wyciągnął dłoń w jego stronę. Jego nowa ofiara uścisnęła ją serdecznie.
- Louis. Tak, wiem… Beznadziejne, francuskie imię. Nienawidzę go, wolałbym głupkowatego Alexa, niż Louisa. – zaczął roztrząsać się nad drobiazgami. Dziewiętnastolatek tylko wywrócił oczyma i wziął kilka głębokich oddechów. Pomyślał sobie, że wcale nie będzie miał tak łatwo, jak mu się wydawało. Nowy był zdecydowanie zbyt głośny i zdecydowanie zbyt wiele mówił. Harry lubił spokój i potrzebował go, aby skrzętnie realizować swój, ściśle określony, plan. Chwycił w dłoń jego walizkę i ruszył w stronę wyjścia. Chłopak momentalnie otrząsnął się z amoku i wraz z blondynem wybiegli za nim. Uderzyło ich mroźne powietrze. Ulice oświetlały latarnie, a Harry szedł tak szybko, że pozostali niemalże musieli biec, aby dotrzymać mu kroku. Louis nawijał jak najęty, podczas gdy lokowany milczał. Co jakiś czas wypuszczał ze świstem powietrze i wznosił oczy ku niebu, aby stwórca dopomógł mu i uciszył tego wariata. Uważał, że szatynowi brakuje piątej klepki, choć w pubie wydawał się rozsądną, dorosłą osobą. W każdym razie – jedno go cieszyło. Miał go w garści, a za niecałe pięć minut, miał go mieć w swoim własnym mieszkaniu. Jedna piąta planu odhaczona, załatwione. Poznał kogoś nowego, to było jego pierwsze i najbanalniejsze marzenie. Skręcili w boczną uliczkę i wspięli się po schodach na drugie piętro rozwalającego się, starego budynku. Harry rzucił torbę pod drzwi i otworzył je jednym, sprawnym ruchem. Nawet nie używał klucza. Wiedział, że nikt nie odważy się odwiedzić jego lokum, ludzie za bardzo się go obawiali. Kopniakiem wsunął walizkę w głąb pomieszczenia i gestem zaprosił kolegów do środka. Blondyn jednak nie skorzystał z propozycji. Pożegnał się z przyjacielem, tłumacząc, że ma jeszcze sporo rzeczy do zrobienia. Wylatywał o ósmej, na co lokowany odetchnął z ulgą. Jeden problem mniej. Szatyn pewnym krokiem wszedł do środka, a Harry zamknął za nimi drzwi z niebywale szalonym uśmiechem. Nie dał jednak po sobie poznać, że z czegokolwiek się cieszy. Rzucił pęk kluczy na stół, na co Louis aż podskoczył. Nie wiedział za bardzo, jak powinien się zachować, więc oparł się o kuchenny blat i obserwował młodszego od siebie chłopaka. Lokowany krzątał się po salonie, uporządkowując kanapę, aby mogli gdzieś usiąść i ze spokojem porozmawiać. Przerzucał ubrania z kupki na kupkę, co tylko utwierdziło jego nowego współlokatora w przekonaniu, że będzie miał szafę całą dla siebie. Nerwowo przełknął ślinę i przyłapał sam siebie na tym, że momentalnie zamilkł. Styles obrzucił go zaskoczonym spojrzeniem. Nie lubił, gdy ktoś go w taki sposób obserwował. Był porywczy, a ten nowy doprowadzał go na skraj wytrzymałości. Pragnął go, ale w tej sekundzie chciał dosłownie wystawić go za drzwi. Nie robił niczego konkretnego, po prostu stał i patrzył, ale dla Harry’ego było to co najmniej irytujące.
- Co z tobą? – rzucił do niego oschle. – Przed chwilą gadałeś jak nakręcony, a teraz milczysz jak głaz. – przeczesał swoje gęste loki, aby zająć czymś ręce. Powstrzymywał się, aby przez przypadek nie zrobić krzywdy swojej nowej ofierze od tak, na dzień dobry. Szatyn działał na niego w sposób, w jaki nie działał na niego Zayn. W tym momencie za nim zatęsknił, bo on przynajmniej nie zamieniał jego życia w piekło. Nie miał zmiennych nastrojów, był prostolinijny i niczego nie trzeba było z niego wyciągać. A Lou? On był dla Harry’ego dziwnym okazem robaka, którego najchętniej z miejsca by zdeptał. Miał ochotę potrząsnąć go za ramiona. Nienawidził, gdy zbyt wiele mówił, ale nienawidził też, gdy milczał. – Eh, opowiedz mi o sobie. – rzucił i usiadł na kanapie, zaciskając pięści na leżącym na niej kocu.
- Nazywam się Louis Tomlinson. – zaczął, na co nastolatek pomyślał: „Kurwa, jakbym tego nie wiedział”. – Mam dwadzieścia dwa lata, dobra, jeszcze nie skończone. Pochodzę z Doncaster. I… - zaczął, ale nie chciał dokończyć. Współlokator spojrzał na niego spode łba. – Uciekłem z domu, bo ludzie suszyli mi głowę o to, że jestem, no wiesz… gejem. – Harry uniósł jedną brew. Wydawało mu się, że nie mógł trafić lepiej. Ten jeden, znaczący szczegół zdecydowanie pomoże mu w realizacji jego planu. Miał ochotę zacząć klaskać w dłonie i skakać ze szczęścia. Szczerze nie trawił Louisa, ale, mimo wszystko, on był tym, kogo potrzebował. – Nie przeszkadza ci to? Nie masz ochoty wywalić mnie za drzwi, jak moja matka? – dorzucił w pośpiechu szatyn.
- Mam ochotę… - zaczął, ale szybko ugryzł się w język, gdy uświadomił sobie, że wypowiedział swoje myśli na głos. – To znaczy nie, nie mam nic przeciwko. Przecież jesteś tylko moim współlokatorem, co mi do tego, kogo pieprzysz lub kto pieprzy ciebie. – wzruszył ramionami i posłał uśmiech swojemu nowemu koledze. Oboje zamilkli. Harry oprowadził go po reszcie mieszkania i każdy udał się do swojego, wyznaczonego pomieszczenia. Nastolatek musiał mieć swój kąt i odrobinę prywatności. Zamykał się w komórce pod schodami, gdzie knuł swoje niecne plany. Tej nocy było podobnie. Usiadł za biurkiem i z zadowoleniem spojrzał na swoją listę marzeń, stawiając przy pierwszym punkcie haczyk.
1. Poznać kogoś nowego √
2. Wzbudzić w nim pełne zaufanie
3. Zaprzyjaźnić się
4. Rozkochać go w sobie
5. Patrzeć, jak umiera…
Uśmiechnął się szyderczo. Miał go w garści. Trzymał go w swoich sidłach jak ptaka w klatce. Tego dnia Louis Tomlinson stał się jego prywatną własnością. Spełnieniem jego szalonego marzenia. Tak, Harry zdecydowanie nie był normalny. Harry zdecydowanie był młodym człowiekiem z umysłem psychopaty. Nikt nie wiedział, skąd to się w nim brało…
***
- Dzień dobry! – ktoś krzyknął nad głową lokowanego. – Śniadanko do łóżka i ciepłe kakao. – szatyn postawił tacę tuż przed zaspaną twarzą chłopaka i rozłożył się na łóżku koło niego. Nic sobie nie zrobił z jego gniewnego, szmaragdowego spojrzenia, co tylko wyprowadziło go z równowagi. Ten nowy był tak denerwujący, że miał ochotę dosłownie rozszarpać go na strzępy i przejść od razu do realizacji swojego piątego marzenia, bez zbędnych starań. Odrzucił na bok śniadanie i zrzucił go ze swojego łóżka. Nie lubił w nim intruzów. Było jego, tylko i wyłącznie, chyba, że sam chciał, aby ktoś się w nim znalazł. Od czasu do czasu trafiała tu jakaś przydrożna panienka, ale długo nie zagrzała w nim miejsca. Harry nienawidził kobiet, mężczyzn tak samo. Był typem samotnika, ale czasami musiał na kimś rozładować swoje własne potrzeby. To zabawne, ale potrafił zmanipulować nawet prostytutkę na tyle, że wychodziła od niego bez żadnej korzyści majątkowej. On był zadowolony, a ona poczuła, że ktoś ją docenił, prawiąc jej kilka tanich komplementów. Dbał tylko i wyłącznie o własny interes i starał się omamić każdego, kogo tylko mógł. Takim sposobem zaprzyjaźnił się z barmanem, co skutkowało darmowymi drinkami, nie wspominając już o kolegach z branży, którzy, od czasu do czasu, przysyłali mu najlepszy i najnowszy towar na rynku. – A, i mam dla Ciebie list. Od… - spojrzał na kopertę. – Anne Styles. Twoja dziewczyna?
- Moja matka, oddawaj to! – niemalże rzucił się na chłopaka. Miał szacunek do swojej rodzicielki, ale z całym szacunkiem, musiał przyznać, że niczego o nim nie wiedziała. Żyła w przekonaniu, że chodzi do szkoły, uczy się jak każdy, normalny nastolatek i planuje pójście na uniwersytet. Nic bardziej mylnego. Jak miał powiedzieć jej, że jej ukochane dziecko spadło na samo dno, wypala półtorej paczki papierosów dziennie, handluje narkotykami, tatuuje się i przekuwa swoje ciało, nie wspominając już o tym, że ma nienormalne myśli? Nie mógł jej o tym powiedzieć, to złamałoby jej serce. Mimo wszystko, czuł coś do niej, choć wzbraniał się, że nie ma uczuć. To samo tyczyło się jego starszej siostry, która, w przeciwieństwie do matki, widziała jak wygląda jego ciało po modyfikacjach i w pełni to zaakceptowała. Nie pisnęła słówka, a on, za każdym spotkaniem z rodzicielką, skrzętnie ukrywał tatuaże. Nie mógł tylko pozbyć się trupiej czaszki z karku. To była nieprzemyślana decyzja, której niestety, nie dało się zatuszować. Anne chciała wierzyć, że to jego jedyna ozdoba na ciele. Harry posłał współlokatorowi spojrzenie pod tytułem: „Jeśli mogę cię poprosić, wyjdź”, choć w jego głowie brzmiało to raczej: „Masz pięć sekund, żeby stąd wypierdolić”. Rozsiadł się wygodnie na łóżku i ostrożnie rozdarł kopertę, wyjmując z niej zawartość. Koślawe pismo mamy rozpoznałby nawet po ciemku i po pijaku.
Holmes Chapel, 17.09.2013
Kochany Synku,
piszę do Ciebie, ponieważ dawno się nie odzywałeś. Nie odbierasz ode mnie telefonów i nie odpisujesz na maile. Gemma non stop zapewnia mnie, że u Ciebie wszystko dobrze, choć nie wiem, skąd ma wiedzę na ten temat. Harry, kochanie. Proszę Cię, odzywaj się od czasu do czasu. Tak, wiem. Jesteś dorosły, prawie… Dla mnie zawsze będziesz malutkim, wesolutkim chłopcem. Masz pewnie swoje życie, chodzisz do szkoły, uczysz się. Uczyłam Cię samodzielności, a teraz pluję sobie w brodę, że naprawdę przyswoiłeś tę lekcję. Chciałabym mieć Cię przy sobie, jesteś jeszcze taki młody. Nie mogę pogodzić się z Twoją wyprowadzką. Odszedłeś ode mnie tak wcześnie i nie wiem sama, dlaczego Ci na to pozwoliłam. Dzieli nas dość sporo kilometrów, a ja nie chcę Cię odwiedzać, bo boję się, że pomyślisz sobie, że zamierzam Cię kontrolować. Nie, nic podobnego. Po prostu niewyobrażalnie za Tobą tęsknię. Jak sobie radzisz? Mam nadzieję, że jesteś najlepszy w klasie! Ba, jestem o tym święcie przekonana. Nadal pracujesz weekendami w piekarni? I… wiem, to trochę wścibskie, nawet jak na starą matkę, ale… Masz kogoś? Jeśli będziesz miał wolną chwilę – odpisz. Jeśli nie masz czasu, cóż, zrozumiem. Trzymaj się ciepło i dbaj o siebie, mój mały mężczyzno.
Kocham Cię najbardziej na świecie,
Mama.
Westchnął głęboko i odłożył skrawek papieru na nocną szafkę. Przetarł zaspane oczy i przeczesał włosy. Najczęściej robił tak, gdy był zdenerwowany. List od matki wyprowadził go z równowagi, ale faktycznie, miała prawo się martwić. Nie odzywał się bezpośrednio do niej od jakiegoś roku. Od czasu do czasu posyłał siostrze maile i zapewniał, że u niego wszystko jest w jak najlepszym porządku. Raz nawet zgodził się na rozmowę na skype, co nie było dla niego dobrym rozwiązaniem. Musiał wysprzątać całe mieszkanie i uporządkować samego siebie, żeby nikt, niczego nie podejrzewał. Rozrzucił na biurku podręczniki i udawał, jak bardzo jest zmęczony odrabianiem pracy domowej. Był doskonałym aktorem i wszyscy naokoło kupowali jego gierki. Czasami miał ochotę z tym skończyć, ujawniając swoje prawdziwe ja, ale co wtedy pomyślałaby o nim jego własna rodzina? Rodzicielka z całą pewnością w pierwszej kolejności odesłałaby go na odwyk, gdzie nie chciał trafić po opowieściach Zayna, a później pewnie zostałby zmuszony do leczenia psychiatrycznego. Gdyby ktoś siedział w jego głowie, zrozumiałby, że tego właśnie wymagał. Dzień szesnastych urodzin przelał czarę goryczy. Nikt nie wiedział, dlaczego wtedy postanowił zrobić listę swoich marzeń, ale była to najbardziej przerażająca rzecz, jaką w życiu dokonał. Pragnął zobaczyć, jak umiera człowiek. Nie w sposób naturalny, ale z jego własnej ręki. Harry Styles marzył o tym, by odebrać komuś życie, najpierw się tym kimś bawiąc. Nastolatek z obsesją, której nic nie wyjaśnia, a już na pewno nie usprawiedliwia. Pragnąca rozlewu krwi bestia. Przymknął powieki i rozmyślał o tym, kim jest i czy nie powinien się zmienić, ale tak szybko, jak zaczął o tym dumać, tak szybko odrzucił to na bok. Był, jaki był i w pełni to akceptował, mając w poważaniu to, co inni sądzili na jego temat. Cieszył się, że budził w ludziach poczucie strachu i cieszył się, że omijano go szerokim łukiem. Miał nad innymi przewagę i to sprawiało, że czuł się kimś wartościowym. Wyrządzanie bólu, zarówno fizycznego, jak i psychicznego, sprawiało mu niesłuchaną radość. Lubił patrzeć, jak ludzie cierpią. To go uspokajało, bo wiedział, że on nigdy nie będzie na ich miejscu. Był niesłychanie silny i nic nie było w stanie go zagiąć. Mógł zginąć tylko i wyłącznie z własnej ręki, ale tego nie miał w planach. Być może żeby go zrozumieć, trzeba by było cofnąć się do wczesnych lat jego dzieciństwa, które ponoć było takie, jak wszystkich, czyli wesołe i beztroskie. Nikt nie znał dobrze Harry’ego i nikt, nigdy nie miał go dobrze poznać…
- Nie jesteś głodny? – zwrócił się do niego Louis, zaglądając ukradkiem do jego sypialni. Dało się wyczuć, że chłopak kompletnie nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia w jakim znalazł się, przekraczając próg jego mieszkania. – Jeśli masz ochotę, zrobię ci coś innego. Zapomniałem dodać wczoraj, że mogę robić wszystko: gotować, sprzątać, prać, prasować. Skoro nie muszę dokładać się do czynszu, chcę ci to jakoś wynagrodzić.
- Wiesz, nie chcę być niemiły, ale wynagrodziłbyś mi wszystko, gdybyś mniej kłapał dziobem, Lou. – był skłonny do nagłych wybuchów złości, tym razem było podobnie. Jego współlokator nie do końca go zrozumiał. Stał i wpatrywał się w niego pytającym spojrzeniem, co podwójnie irytowało lokowanego. Miał ochotę przywalić mu z całej siły, ale opanował się, rzucając poduszką w jego stronę. Był niewyobrażalnie zły. Przede wszystkim na niego, ale także na siebie. Musiał poprawić swoje zachowanie i podejście do Louisa, jeśli w ogóle kiedykolwiek chciał odhaczyć drugi punkt na swojej liście. – Przepraszam, czasami wstaję lewą nogą. – rzucił bez większego zastanowienia, ale widzą uśmiech na twarzy znajomego, zrozumiał, że chłopak to kupił. W myślach śmiał się z jego łatwowierności. Wszyscy byli tacy naiwni. – Zjesz ze mną? – zapytał, podsuwając mu jedną z kanapek, które sam przygotował.
- Już myślałem, że nie zapytasz! – wykrzyknął dwudziestodwulatek i wskoczył z entuzjazmem na łóżko. Harry musiał wziąć kilka głębokich oddechów, aby się uspokoić. Nie znosił, gdy ktoś naruszał jego prywatny obszar, ale musiał się przełamać. W głowie huczała mu tylko chęć dokończenia tego, co zaczął. Louis, gdy już zaczynał mówić, nie mógł przestać i tym oto sposobem, podczas jednego śniadania nastolatek zdołał poznać całe jego życie. Nie interesowało go to za bardzo, ale słuchał uważnie, choć w rzeczywistości wpuszczał jego słowa jednym, a wypuszczał drugim uchem. Tomlinson przyszedł na świat w Doncaster prawie miesiąc przed terminem, więc Harry dowiedział się, chcąc nie chcąc, że był wcześniakiem, choć ta informacja była mu tak potrzebna do życia, jak zeszłoroczny śnieg. Wychowywał się z rodzicami, którzy rozeszli się, gdy miał niecałe sześć lat. Jego mama poznała nowego mężczyznę, z którym wzięła ślub. Z tego związku urodziły się cztery dziewczynki, które chłopak kochał nad życie. One, jako jedyne, zawsze go akceptowały, bez względu na wszystko. W wieku szesnastu lat odkrył, że jest homoseksualistą, co oczywiście wywołało skandal w jego rodzinie. Krył się z tym i tuszował to, kim jest, wiążąc się z dziewczynami, choć nigdy tak naprawdę nie zaangażował się w żaden związek. Miał dwóch prawdziwych przyjaciół – Liama i Nialla, których poznał jeszcze w podstawówce. Jeden z nich zmarł w wyniku nieudanej operacji, aczkolwiek borykał się z wieloma chorobami od dziecka, praktycznie od momentu, w którym się urodził. Szpital był jego drugim domem. Louis bardzo przeżył stratę kolegi, dlatego jeszcze silniej zżył się z szalonym Irlandczykiem, który zawsze zarażał go poczuciem humoru. Latem dwutysięcznego dwunastego roku wyprowadził się z Doncaster do Bradford, zostawiając Lou samego sobie. Od tego czasu chłopak starał się uporządkować swoje życie, jednak nasilające się przejawy homofobii w jego własnym domu zmusiły go do ucieczki. Tym oto sposobem wylądował tu, gdzie właśnie się znajdował. W domu zupełnie obcego, młodego mężczyzny, którym był niejaki Harry Styles. Lokowany przełknął z bólem ostatni kęs bułki, męcząc się życiową historią swojego współlokatora. Sam nie był zbytnio wylewny. Wychodził z założenia, że ludzie im mniej wiedzą na jego tematy, tym lepiej śpią. Szatyn jednak nie odpuszczał, zmuszając go do ujawnienia choć rąbka tajemnicy na swój temat. Dziewiętnastolatkowi przez moment przemknęła myśl, czy nie powinien powiedzieć mu prawdy, aby móc poobserwować w jak ekspresowym tempie Louis pakuje swoje walizki. Przynajmniej miałby trochę śmiechu, którego ostatnimi czasy mu brakowało. Udzielił mu jednak tylko zdawkowych odpowiedzi na kilka z zadanych przez niego pytań i zniknął w kuchni, zostawiając starszego od siebie chłopaka w sypialni. Modlił się z całych sił, żeby ten sierota nie nakruszył mu na pościel, gdy będzie kończył swoje śniadanie, ale niestety, po Lou można było spodziewać się wszystkiego. Nie minęło kilka sekund, a pojawił się tuż obok Stylesa, informując go ze smutną miną, że niechcący rozlał herbatę wprost na jego materac. Oczy chłopaka przyjęły kształt pięciodolarówek, a dłonie zaczęły pocić się w ten charakterystyczny dla niego, nerwowy sposób. Miał ochotę zrobić mu krzywdę, naprawdę, ale i tym razem powstrzymał się, mijając go w progu. Rozsiadł się na kanapie w salonie i złączył palce tak, jak to robią osoby medytujące. Wziął kilka głębokich oddechów, aby wyciszyć samego siebie, a potem rzucił w Louisa pierwszym, lepszym ręcznikiem, który miał pod ręką, dając mu tym samym do zrozumienia, że ma posprzątać to, co zrobił. Czuł się trochę jak jego ojciec, choć był trzy lata młodszy od niego. Zdawał sobie sprawę, że trafił na dziecko we mgle, które gdzieś zgubiło część swojego dzieciństwa i teraz musi je nadrobić. Tomlinson z pewnością miał syndrom Piotrusia Pana, to było niemalże pewne. I miał jedną wadę, której nie dało się niczym wyeliminować. Był niewątpliwie najbardziej irytującą osobą, jaką dane było Harry’emu kiedykolwiek poznać. Jeśli ktoś oglądał „Shreka” i dobrze kojarzy postać osła to jest stanie wyobrazić sobie, jak bardzo cierpiał lokowany, ponieważ Louis był przynajmniej dziesięć razy gorszy od niego. Przed oczyma młodszego stanął obraz kreskówkowego zwierzaka, skaczącego w miejscu i krzyczącego: „Ja, wybierz mnie! Ja, ja wiem! Wiem, gdzie to jest!” lub „A daleko jeszcze? No to daleko, czy nie?” i momentalnie zdał sobie sprawę, że ma takiego osła we własnym domu i że ten osioł jest w stanie zachowywać się identycznie. Pokręcił głową, starając się odrzucić tę wizję na bok, jednak ona nadal tkwiła w jego podświadomości. Miał wrażenie, że prędzej wykończy się przy nowym współlokatorze, niż zrealizuje cały swój plan. Włączył telewizor, ustawiając go na muzycznym kanale, ale szybko pożałował tej decyzji, gdy usłyszał za swoimi plecami zadowolony krzyk Louisa. Chłopak pchał przed sobą mopa, zamoczonego całkowicie we wodzie i na całe gardło śpiewał usłyszaną piosenkę. Pech chciał, że znał jej tekst na pamięć.
- Do jasnej cholery, Tomlinson! – krzyknął, odwracając się w jego stronę. – Jeśli zaraz nie zamkniesz tej swojej słodkiej buźki to przysięgam, że skończysz z tym mopem w tyłku! – szatyn zaśmiał się w niebogłosy, nic nie robiąc sobie z poważnej miny Stylesa. Krew dosłownie się w nim gotowała i miał ochotę utopić go w tym wiadrze z wodą, odbierając sobie satysfakcję, jaką miał czerpać z wcielania w życie swoich marzeń.
- Matko święta! – śmiał się jeszcze głośniej, zwijając się w pół. – Robisz się taki zabawnie czerwony, gdy się złościsz! W ogóle, twoje loki… Wyglądasz, jakby uderzył w ciebie piorun! – Harry nie wytrzymał. Gwałtownie wstał z kanapy i chwycił współlokatora za ramiona. Posłał mu jedno ze swoich najgroźniejszych spojrzeń i potrząsnął nim tak, żeby doprowadzić go do poważnego stanu. Louis był chyba jedynym człowiekiem, który nie przejmował się nagłymi wybuchami młodszego. Śmiał mu się prosto w twarz, a łzy dosłownie ciekły po jego policzkach. Nastolatek przygryzł wargę tak mocno, że poleciała mu krew. Po raz pierwszy znalazł się w sytuacji, w której ktoś nie traktował go poważnie. Chłopak grał mu na nerwach jak nikt dotąd i w tym danym momencie, miał ochotę wywalić go za drzwi i zatrzasnąć mu je przed nosem. Odstawił go jednak na ziemię i sięgnął po paczkę papierosów, leżącą spokojnie na stoliku obok telewizora. Odpalił jednego z nich i zaciągając się dymem, obserwował wijącego się ze śmiechu Tomlinsona. Z politowaniem obdarzył go spojrzeniem.
- Jesteś taki żałosny, Louis… Zachowujesz się jak dziecko w piaskownicy. Powinienem kupić ci chyba jakieś foremki i łopatkę. – powiedział to całkowicie poważnym tonem.
- I konewkę, koniecznie! - dorzucił, tarzając się w pianie na podłodze. Harry klepnął się w czoło otwartą dłonią i po prostu wyszedł z mieszkania. Nie zdawał sobie sprawy, że kiedykolwiek sprowadzi na siebie takie kłopoty. Dotąd nie wierzył w karmę, ale teraz uświadomił sobie, że coś w tym musi być. Źle traktował Zayna, owszem, bo przecież miał swoją misję wobec niego, a teraz to się na nim zemściło. Nie chciał myśleć, kto trafi do niego po Lou, jeśli z nim mu się nie uda. Chyba nie mógł trafić jeszcze gorzej, niż teraz. Nie sądził, że w ogóle istnieją tak porąbani ludzie, jak jego współlokator. Zawsze myślał, że gdy jest się dorosłym, należy się tak zachowywać, a tymczasem miał wrażenie, że urodziło mu się maleńkie dziecko, a on nie jest gotowy, by podjąć rolę ojca. Zszedł na sam dół budynku, w którym mieszkał i oparł się o zimny mur, kończąc palić papierosa. Spotkał tam Perrie, bliską przyjaciółkę Zayna i w tym momencie stwierdził, że stracił raz na zawsze swojego anioła stróża. Spadł z deszczu pod rynnę. W jego mieszkaniu przebywał człowiek-kretyn, a na domiar złego, pod jego blokiem kręciła się dziewczyna, której szczerze nienawidził. Miał ją za jedną z tych pustych panienek, którym w głowie tylko zakupy i dobra zabawa.
- Cześć, Harry! – rzuciła z entuzjazmem i posłała mu tak szeroki uśmiech, że był w stanie zauważyć i policzyć wszystkie jej zęby. Chyba miała komplet. – Co u Ciebie?
- Okej, po staremu. – odburknął na odczepne, jednak blondynka nie dawała za wygraną.
- Zayn nadal mieszka u ciebie? Tak dawno go nie widziałam! Myślisz, że miałby ochotę pójść ze mną na zakupy albo do kina?
- Perrie, kurwa! Daj mi spokój. W ogóle, odwalcie się ode mnie. Wszyscy, raz na zawsze! – dziewczyna spojrzała na niego pytającym wzrokiem, ale zdążyła tylko zobaczyć jego plecy, gdy odwracał się do niej tyłem i ruszył przed siebie. Czuł, że jest na skraju wyczerpania nerwowego i wiedział, że cienka linia dzieli go od popełnienia jakiegoś kategorycznego błędu. Doszedł do parku niedaleko miejsca, w którym mieszkał i przysiadł na pierwszej, lepszej ławce. Oddychał spokojnie, jednak wewnątrz niego toczyła się walka. Myśli biły się ze sobą, a on sam był tak zły, że byłby w stanie zabić każdego, kto teraz stanie na jego drodze. Miał szczęście, że to miejsce nie było zbyt często odwiedzane. Biegały tu sporadycznie jakieś dzieci, ale one nawet nie odważyły zbliżyć się do niego. Miał zapewniony względny spokój i chwilę wytchnienia od codzienności. W takich właśnie momentach, jego młodą głowę zaprzątała myśl o tym, kim jest. Czasami miał przebłyski, że powinien się zmienić i naprawić swoje życie, jednak czuł, że zastygł w martwym punkcie i nie ma już dla niego ratunku. Miał rodzinę, która go kochała, a od której on uciekł tak daleko, jak to tylko było możliwe. Miał przyjaciela, którego olał rok temu, wtedy, gdy poznał mulata i chciał dopiąć swego. I doszedł do wniosku, że to on odpychał ludzi. Miał w sobie coś, co ich od niego odganiało. Może to charakter, może to wygląd, sam do końca tego nie wiedział. Odpalił kolejnego już dzisiaj papierosa i zaczął wypuszczać charakterystyczne dymki.
- Styles, a może ty nie jesteś taki zły, za jakiego się uważasz? – powiedział sam do siebie i momentalnie otrząsnął się na tę myśl. – Nie, jesteś zły. Koniec. Kropka. – wstał i przeszedł się pustą alejką, ale gdy uświadomił sobie, że w domu czeka na niego jego własna ofiara, postanowił zawrócić. Chciał jak najszybciej zakończyć tę grę i poczuć się w końcu dobrze. Poczuć się najbardziej spełnionym człowiekiem, jakiemu dane jest stąpać po tej planecie. W głowie układał plan jego śmierci. Miał kilka wizji na to, jak chce to zrobić, ale nigdy nie uznał żadnej z nich za pewnik. Musiał poznać ofiarę, dowiedzieć się, czego boi się najbardziej, a później wykorzystać to jako broń przeciwko niej. Żywił się czyimś strachem. Musiał go podejść, wiedział o tym. Wbrew pozorom, Tomlinson nie był łatwą zdobyczą. Był kompletnie inny, jak Zayn czy jeszcze poprzedni mężczyźni. On był… W zasadzie jak dziecko. Szalony, niezrównoważony i kompletnie oderwany od rzeczywistości. Czego mógł się bać? Harry uważał, że jego odpowiedź będzie banalna i palnie coś w stylu: „Najbardziej na świecie boję się pająków”. Już mulat był lepszy, on bał się samotności, dlatego tak bardzo zżył się ze Stylesem. Na jego nieszczęście, w porę zrozumiał, o co toczy się gra i po prostu opuścił jego mieszkanie. Nie widział go już nigdy więcej i nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek zobaczy. Louis z kolei był dla niego kompletną zagadką. Na dodatek straszliwie irytującą. Przy nim musiał naprawdę trzymać nerwy na wodzy, co w przypadku jego charakteru było rzeczą prawie, że niemożliwą. Nie mógł powiedzieć, że go zna, choć ten wczoraj opowiedział mu o całym swoim życiu od dnia narodzin po dzień powszedni. Był dla niego niezrozumiały i to go w nim najbardziej ciekawiło. Mógłby porównać go do zakopanego gdzieś skarbu, niestety bez mapy, dzięki której można do niego dotrzeć. Harry westchnął głęboko, gdy uzmysłowił sobie, jak ciężką misję narzucił sam sobie, ale mimo to, chciał podjąć wyzwanie. Nigdy, ale to przenigdy się nie poddawał. Taki już był… Szybkim krokiem doszedł pod blok, w którym wynajmował dwupokojowe, małe mieszkanie i zdziwił się, gdy zobaczył swoją rodzoną siostrę, opartą o chłodny mur kamienicy. Gemma nigdy nie odwiedzała go bez zapowiedzi, więc w jego głowie zapaliła się czerwona lampka. Coś było nie tak, jak powinno. Ostatnimi czasy nic nie szło po jego myśli i kilkakrotnie miał ochotę rozłożyć ręce z bezradności. Myślał, od czego powinien zacząć rozmowę, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Zawsze świetnie się dogadywali i wszyscy mieli ich za rodzeństwo idealne, ale w tym danym momencie sytuacja była co najmniej podbramkowa.
- Gemma! Cześć, siostrzyczko. – powiedział i wysilił się na uśmiech, podchodząc do starszej od siebie dziewczyny. Schylił się do niej i uściskał ją serdecznie. – Palisz? – spytał, spoglądając na niedopalonego papierosa, którego właśnie trzymała w dłoni.
- Zabawne. Zdziwił się ten, który podkradał mi to świństwo, od kiedy tylko skończył piętnaście lat. – zaśmiała się krótko, choć nie miała na to najmniejszej ochoty.
- Myślałem po prostu, że choć ty rzuciłaś. – nawet nie zdał sobie sprawy, że wydał sam siebie.
- Oh, czyli ty nadal palisz. Idealnie, bracie! Mamy do pogadania, nie uważasz? – posłała mu groźne spojrzenie. Ten wyraz twarzy niestety był rodzinny i Harry nie mógł się poszczycić tym, że jako jedyny potrafi paraliżować spojrzeniem. Różnica polegała na tym, że jego siostra miała piorunująco czarne tęczówki, które wyglądały zdecydowanie na bardziej surowe, niż jego szmaragdowe. Chłopak spojrzał na nią pytającym wzrokiem. – Nie patrz tak. Zaproś mnie do swojego mieszkania. I przysięgam, że zrobię ci krzywdę, gdy tylko zaczniesz kręcić.
- Problem w tym… - przypomniał sobie, że przed wyjściem zostawił Tomlinsona samego z wiadrem pełnym wody i mopem, których ledwo co chłonął. – Mogę mieć powódź, ale mniejsza o to. Zapraszam. – gestem wskazał jej, że ma wejść jako pierwsza. Oboje skierowali się na drugie pięto i wtedy Styles przejął prowadzenie. Z obawy przed tym, co może zobaczyć we własnym domu, ostrożnie wsunął głowę do wnętrza. Louis krzątał się po posprzątanym salonie, rozkładając na stole wyprany obrus. Żyła na skroni Harry’ego dosłownie zapulsowała, gdy zobaczył wazon z kwiatkami, ustawiony tuż koło telewizora. „Widać, że mieszkam z pedałem”, pomyślał i z trzaskiem otworzył drzwi, dając tym samym do zrozumienia, że pan i władca powrócił w swoje skromne progi. Jego współlokator podskoczył ze strachu, ale gdy tylko zobaczył chłopaka, uśmiechnął się do niego szczerze. Gestem wprowadził Gemmę do środka, a ta stanęła jak wryta, widząc w mieszkaniu innego mężczyznę. Spojrzała na swojego brata, ale ten uspokoił ją spojrzeniem pod tytułem: „Spokojnie, wszystko ze mną w porządku”.
- To moja siostra Gemma. – zaczął ich sobie przedstawiać. – A to mój nowy współlokator Louis-jestem-skończonym-kretynem Tomlinson. – szatyn wywrócił oczyma i podał dłoń siostrze nastolatka. Wymienili też uśmiechy.
- Napijesz się czegoś? – Lou zwrócił się do dziewczyny, która wraz z bratem siadała właśnie na sofie.
- W zasadzie… - zaczęła. – Chciałabym porozmawiać z Harry’m, wiesz…
- Tak, wiem, w cztery oczy. Dlatego pytam, czy ci coś podać, a potem znikam. – pokiwała przecząco głową. Styles siedział i zdezorientowany obserwował, jak zachowuje się Louis. Był wyjątkowo swobodny i łatwo nawiązywał nowe znajomości. Miał wrażenie, że czuje się w jego mieszkaniu lepiej, niż on sam. Coraz częściej dochodził do wniosku, że źle wybrał i że ten chłopak sprawi mu więcej problemów, niż pożytku. Chwycił swój kremowy płaszcz, starannie rozwieszony w szafie i po prostu wyszedł, zostawiając mu krystalicznie czysty dom i poukładane na półkach ubrania. Miał ochotę rozszarpać go na drobniutkie kawałeczki za to przeklęte bycie aż takim idealnym.
***
Gdy Tomlinson tylko przekroczył próg mieszkania, Gemma nie wytrzymała i wybuchnęła.
Chodziła nerwowo po salonie i wyrzucała z siebie tyle słów, że ciężko było zrozumieć cokolwiek konkretnego. Harry ze spokojem wstał i wstawił wodę na herbatę, zajmując się wszystkim, tylko nie siostrą. Wiedział, że musi dać jej czas na uspokojenie emocji, zawsze tak robił. Znał ją i wiedział, że czasami potrzebuje sobie na kogoś pokrzyczeć. Zalał dwie torebki wrzątkiem i postawił kubki na stoliku przed sobą. Doniósł cukier i mleko. Gemma niegdyś lubiła pić bawarkę. Chwycił ją za ramiona i posadził z powrotem w to miejsce, z którego przed kilkoma minutami wstała.
- Co się dzieje, Gems? – już nie pamiętał, kiedy ostatnio użył tego zdrobnienia. Spojrzał w jej przepełnione gniewem tęczówki i momentalnie ogarnął go strach. Tak, ten silny Harry właśnie przestraszył się swojej rodzonej siostry.
- Ty pytasz o to mnie? Ja powinnam zadać to pytanie tobie. Co z tobą, gówniarzu? Nie chodzisz do szkoły, nie uczysz się! Wieczorami siedzisz po jakiś spelunach i spijasz hektolitry alkoholu, a wiesz, co jest najlepsze? Zauważ, że pominęłam fakt, że kopcisz jak stary dziad, ale nie wybaczę ci, że handlujesz tym świństwem, Harry! Nie dość, że wyglądasz jak pół dupy zza krzaka, to jeszcze obracasz się w takim towarzystwie. Człowieku, kim jesteś i co zrobiłeś z moim małym braciszkiem? – prawie się rozpłakała.
- Skąd wiesz, że… - nie dała mu dokończyć.
- Wyobraź sobie, że są ludzie, którzy nadal się o ciebie martwią. Twój przyjaciel stanął wczoraj przede mną i niemalże się załamał, gdy dowiedział się prawdy o tobie. Masz szczęście, że nie wydałam cię przed matką. Biedna kobieta, żyje w nieświadomości, że wychowała takiego kogoś, jak ty. Nie jest ci wstyd? Mama myśli, że pracujesz w piekarni i legalnie zarabiasz pieniądze! – niemalże przeliterowała ostatnie zdanie. – I jest z ciebie tak cholernie dumna. Na okrągło powtarza sąsiadom: „Mój mały synek radzi sobie sam”. A ty co robisz? Żyjesz na marginesie.
- Kurwa, Gemma! To jest Bradford, nie spokojnie Holmes Chapel. Tu albo jesteś dilerem, albo dziwką. Jak myślisz, co było dla mnie lepszym rozwiązaniem? – zbulwersował się.
- Nie wiem i szczerze, nie obchodzi mnie to. Posłuchaj mnie uważnie. Masz miesiąc, rozumiesz? Miesiąc na to, żeby wyprostować swoje życie. Masz zerwać z narkotykami, ze swoim towarzystwem i masz znaleźć normalną pracę. Nie wymagam, żebyś rzucił palenie, twoje płuca i tak już nadają się do kosza. Jasne, Harry?
- Dwa. – rzucił bez przekonania.
- Co, dwa? Nie ty tu stawiasz warunki. Teraz ja przejmuje stery, braciszku. W innym wypadku porozmawiamy inaczej. Ah, i masz uświadomić swojego gosposio-współlokatora z kim mieszka pod jednym dachem. – obróciła się na pięcie, zostawiając go samego w mieszkaniu. Harry miał za złe swojemu przyjacielowi, że nadal wtrącał się w jego życie. Wyjeżdżając z Holmes Chapel spalił za sobą wszystkie mosty i nie chciał mieć więcej do czynienia z tym otoczeniem. Żyło mu się tak dobrze, ale brakowało mu po prostu tego czegoś, co odnalazł w Bradford. Najzwyczajniej w świecie brakowało mu wolności i prawa, aby decydować o sobie samemu. Bez mamy i bez natrętnej siostry, która teraz ponownie zaczęła wtrącać się w jego życie, stawiając śmieszne warunki. Musiał odmienić swoje życie, bo komuś się to nie podobało. O, ironio. Często myślał o tym, co by było, gdyby był zwyczajnym nastolatkiem, ale przecież nim nie był. Nazywał się Harry Styles i ulice miasta drżały, gdy tylko się na nich pojawiał. Potrafił załatwić dosłownie wszystko jednym skinieniem palca. Czego miałoby mu brakować? Było dobrze tak, jak było i chłopak nigdy nie narzekał na swoje życie. Nie lubił określać go, jak Gemma, marginesem, ale był świadomy tego, że właśnie tak to się nazywało. Nie znał dnia ani godziny, a tryb, jaki prowadził nie był wcale bezpieczny. Mógł ściągnąć niebezpieczeństwo zarówno na siebie, jak i na swoich bliskich, którzy byli kompletnie nieświadomi całej sytuacji. Handlował narkotykami, więc mógł w każdej chwili wpaść. Pił alkohol, więc w każdej chwili mógł stracić panowanie nad sobą. Palił papierosy, więc mógł umrzeć na raka. Planował zabójstwo, więc mógł trafić do więzienia. Jednak każe „więc” niosło za sobą jego zainteresowanie. Im więcej mógł stracić, tym bardziej go to kręciło. Lubił życie na krawędzi, gdzieś między dobrem, a złem. Między miłością, a nienawiścią. Był złotym środkiem tego wszystkiego i doprawdy, uwielbiał to uczucie. Strach w oczach innych, ich cierpienie i przeświadczenie, że są słabi i bezbronni, to stanowiło klucz do Harry’ego. Tym się karmił i to sprawiało, że czuł się w pełni szczęśliwy. Odetchnął głęboko i udał się do swojego pokoju pod schodami. Po raz kolejny zasiadł przy biurku i zaczął obracać w dłoniach kartkę ze swoimi marzeniami. Nie mógł tego zaprzepaścić ze względu na Gemmę i jej problemy z akceptacją tego, kim był naprawdę. Nie bał się matki, nie dbał o jej opinię na jego temat, jednak, mimo wszystko, robiło mu się głupio, gdy pomyślał o kilku latach wstecz. Ta kobieta była z nim na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie. Dbała o niego, zapewniała mu wszystko, czego potrzebował i kochała go całym sercem, całą sobą. Nie mógł aż tak bardzo jej zranić. Pokręcił głową z niedowierzaniem. Dziwił się sam sobie, że pomyślał o kimś innym. Nigdy dotąd tego nie robił…
***
Louis siedział spokojnie w swoim pokoju, nie spodziewając się kompletnie niczego, a już na pewno nie spodziewał się nagłych odwiedzin swojego współlokatora. Od kiedy się wprowadził, miał nieodparte wrażenie, że Harry po prostu go nie lubi. Zawsze go unikał, zbywał krótkimi odpowiedziami i ochrzaniał, kiedy tylko miał do tego stosowną okazję. Czasami czuł się tutaj niepotrzebnym balastem i wahał się, czy aby na pewno podjął słuszną decyzję, przekraczając próg tego mieszkania. Nie chciał jednak go opuszczać, bo, mimo wszystko, Styles zapewnił mu dach nad głową i wyciągnął do niego pomocną dłoń, gdy tego potrzebował. I co najważniejsze, szatyn po prostu darzył go sympatią. Nie widział w chłopaku zagrożenia i nie bał się go, choć w zasadzie powinien, bo Harry’ego bał się każdy, kto posiadał zdrowe zmysły. Nawet dobrze go nie znał i nie wiedział o nim niczego, poza jego imieniem i nazwiskiem oraz faktem, że posiada starszą od siebie siostrę, a jego mama ma na imię Anne. Lokowany z kolei wiedział o nim dosłownie wszystko. Powiedzmy sobie szczerze, Louis był jak otwarta księga, z której idzie wyczytać wszystko to, co się chcę. Nigdy, niczego nie ukrywał i nie stwarzał niepotrzebnego dystansu między sobą, a innymi ludźmi. Ufał wszystkim i to był jego największy błąd, choć jak dotąd nie spotkały go jego przykre konsekwencje. Miał niesłychane poczucie humory i łatwo wyprowadzał innych z równowagi. Do niego po prostu trzeba było się przyzwyczaić i zaakceptować wszystkie jego „ale”, których miał sporo.
- Cześć. – zaczął Harry, wychodząc do jego pokoju. Szatyn zdążył uporządkować go nie do poznania. Wcześniej mieścił się tutaj pokój, do którego zielonooki wrzucał wszystko, co popadnie, zaczynając od brudnych ubrań, kończąc na niepotrzebnych przedmiotach. Odmalował nawet ściany na odcienie beżu i brązu, choć nastolatek nie miał pojęcia, kiedy zdążył to zrobić. Rozejrzał się i od razu spodobało mu się to miejsce. Było takie odmienne od jego małego, ciemnego pokoiku, w którym zastanawiał się nad realizacją swojego planu. Dało się zauważyć, że to było lokum Lou, tak samo wesołe, jak on sam. – Nie przeszkadzam?
- Nie, ależ skąd. – szatyn poklepał miejsce na łóżku obok siebie, dając mu tym samym do zrozumienia, że ma usiąść koło niego. Harry zawahał się przez moment. Doskonale wiedział, po co przyszedł i co właśnie zamierzał mu przekazać i nie sądził, że długo zagrzeje miejsce w jego czterech ścianach. Czuł, że za moment Tomlinson zatrzaśnie mu drzwi przed nosem i w pośpiechu zacznie pakować swoje walizki. Takiej porażki by nie zniósł. Nie po raz drugi. Westchnął i przysiadł na obrotowym krześle, które stało naprzeciwko chłopaka.
- Słuchaj, Lou. – odchrząknął tylko i wyłącznie po to, aby dać sobie chwilę na dobranie odpowiednich słów. – Muszę ci o czymś powiedzieć, ale nie wiem, od czego zacząć… - starszy patrzył na niego pytającym wzrokiem, ale nie odezwał się ani słowem. Nie zamierzał przerywać mu w takiej chwili, widział, że Styles miota się i nie wie, jak składnie ułożyć zdanie. – Okej, najprościej. Palę półtorej paczki papierosów dziennie, wlewam w siebie alkohol litrami, ale mam silną głowę, więc nigdy, nic mi się nie dzieje. – chłopak nawet nie drgnął na to wyznanie. – Mam masę kolczyków i liczne tatuaże, dzięki czemu wyglądam jak członek gangu, ale nim nie jestem. Handluje narkotykami i obracam się w nieciekawym towarzystwie. Od czasu do czasu spotykam się z prostytutkami, a teraz możesz wyjść, nie trzymam cię tutaj. Pewnie nie chcesz mieszkać z kimś takim, pod jednym dachem. – dało się zauważyć, że ulżyło mu po tym, jak się ujawnił. W jego głowie krążyła tylko obawa, że jego współlokator po prostu wybiegnie. Bez żadnego tłumaczenia. Odejdzie od niego, tak samo, jak odszedł Zayn. I ponownie zostawi go na lodzie, samego sobie. Z niewypełnioną misją.
- Wiem, Harry. To znaczy, nie do końca wiedziałem, ale podejrzewałem, że możesz być kimś takim. Nie chciałeś, abym oceniał cię po pozorach, więc tego nie robiłem. Nie przeszkadza mi to, kim jesteś. Dla mnie jesteś w porządku i ufam ci. W każdym razie, dziękuję, że powiedziałeś mi to wprost. – czegoś takiego się nie spodziewał. Chciał posłać mu spojrzenie w stylu: „Czy ty serio urwałeś się z choinki?”, ale zrezygnował, gdy przeanalizował raz jeszcze słowa nowego kolegi: „Ufam ci”. Te dwa wyrazy zaczęły krążyć w umyśle Harry’ego jak krew w jego żyłach. Wstał i momentalnie udał się do siebie, odhaczając swoje drugie marzenie, jako zrealizowane.
2. Wzbudzić w nim pełne zaufanie √
***
Dwa miesiące później…
Harry i Louis siedzieli na kanapie w salonie i śmiali się w niebogłosy. Oglądali właśnie powtórkę drugiej części „Zmierzchu” i oboje wybuchali śmiechem w momencie, gdy Edward wychodził na słońce i świecił jak milion drobnych diamencików. Styles zmienił nieco swój tryb życia, wiedział, że jeśli tego nie zrobi, siostra nie da mu spokoju. Porzucił handel narkotykami i znalazł legalną pracę w barze. Dzięki temu jego charakter minimalnie się zmienił. Stał się bardziej pokorny i dużo więcej rozumiał. Nie miał już niczego podanego na tacy. Na wszystko musiał zapracować sobie sam. Stał się jednak bezpieczny, odrywając się od złego towarzystwa. Nie korciło go już branie narkotyków, ale nadal nie mógł rozstać się z papierosami, które były jego jedyną miłością. Louis często go upominał, bojąc się, że jego współlokator zachoruje na raka, a przecież oboje by tego nie chcieli. Dawał mu delikatnie do zrozumienia, że martwi się o niego i dba o jego dobro. Dopiero jakiś czas temu dowiedział się, że chłopak ma zaledwie dziewiętnaście lat. Do tego czasu żył w błogiej nieświadomości, sądząc, że są w podobnym wieku. Ta informacja sporo zmieniła. Tomlinson był człowiekiem, który wolał martwić się o innych, niż o samego siebie, dlatego przejął stery tuż po Gemmie, która odwiedziła ich niedawno, aby sprawdzić, jak sobie radzą. Teraz to on miał we władaniu Harry’ego, a przynajmniej tak mu się wydawało. Chłopak ulegał, bo miał swoje zadanie do wypełnienia. Zyskał pewność, że szatyn się nie wycofa, za bardzo mu na nim zależało. Dogadywali się idealnie i nawet lubili podobne rzeczy. Co wieczór robili sobie gorącą czekoladę i oglądali seriale lub filmy. Najbardziej podobały im się komedie, zwłaszcza te tandetne o miłości. Być może, dlatego że oboje podświadomie jej potrzebowali, choć żaden z nich nigdy się do tego jawnie nie przyznał. Oboje kochali też piłkę nożną, więc bywały chwile, że opuszczali swoje cztery ściany i udawali się na stadion, kibicując ulubionej drużynie. Po każdej strzelonej bramce, Lou z radością rzucał się Harry’emu na szyję, a ten nie protestował, uznając to za dobry znak. Był coraz bliżej realizacji swojego planu i bardzo go to cieszyło. Spędzał coraz mniej czasu w swoim pokoju, chcąc jak najwięcej przebywać ze swoim współlokatorem. Kilkakrotnie chciał zacząć temat strachu, musiał bowiem dowiedzieć się, czego szatyn boi się najbardziej, ale chłopak obracał wszystko w żart. Przestał być irytujący albo po prostu Styles już przywykł do jego dziwnych i czasami niespodziewanych zachowań. Bezapelacyjnie mogli nazywać się przyjaciółmi, choć oczywiście, Harry stwarzał tylko i wyłącznie pozory. Nigdy, niczego nie czuł do Louisa i mimo tego, że ciekawie spędzali czas, nadal był dla niego tylko i wyłącznie ofiarą. Naiwniakiem, który kompletnie nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji, jakie przynosi przebywanie blisko nastolatka. Miał moment zawahania – chciał dać mu szanse i pozwolić uciec, ale powstrzymał się na czas. Walczyły w nim skrajności i miał przebłyski tego, że mógłby być normalny, zwłaszcza, gdy obrócił swoje życie o co najmniej sto osiemdziesiąt stopni. Miał wyrzuty sumienia, że stworzył listę marzeń, ale teraz, gdy ona już funkcjonowała, nie mógł się wycofać. Nie byłby sobą, gdyby to uczynił…
3. Zaprzyjaźnić się √
***
Louis właśnie szykował kolację, mając pewność, że Styles siedzi spokojnie pod prysznicem. Kroił przeróżne warzywa i układał je na talerzu, tworzą swojego rodzaju mozaikę. Od zawsze lubił bawić się w ten sposób jedzeniem, tworząc przy tym coś kreatywnego, choć wiedział, że z jego pracy za chwilę nie pozostanie nic, poza dobrą zabawą. Był kompletnie inny, niż współlokator. W przeciwieństwie do Harry’ego, szatyn starannie się do wszystkiego przykładał, angażował w wiele rzeczy i przede wszystkim, miał uczucia, których brakowało lokowanemu. Czasami dziwił się, jak ze sobą wytrzymują. Byli przeciwieństwami, takimi, jak ogień i woda. Harry parzył, Louis chłodził. W sumie, to ich dopełniało. Zażegnali dawne zgrzyty i nauczyli się współgrać, choć wyglądało to raczej jak życie koło siebie, niż ze sobą. Mijali się. Młodszy wychodził do pracy rano, starszy po południu. Wieczorem spotykali się na film, nie zamieniając ze sobą zbyt wielu zdań, ale mimo to, lubili się, przynajmniej Louis lubił Harry’ego. Smarował właśnie ostatnie skibki chleba masłem i nucił swoją ulubioną piosenkę „9 crimes”. Jej brzmienie przywracało wspomnienia z Doncaster, miasta, w którym się wychowywał. Były zarówno przyjemne, jak i przykre. Miał przed oczyma chwile spędzone w rodzinnym gronie, gdy jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, kim był naprawdę. Widział swoje rozbawione siostry, które przed wyjściem do szkoły rzucały mu się na szyję i widział mamę, która całowała go w policzek przed wyjściem do pracy. Później wszystko tak diametralnie się zmieniło. Jedno słowo skreśliło go na zawsze z rodziny Tomlinsonów. Jakby był i nagle zniknął. W oczach najbliższych był kimś, o kim jak najszybciej chciano zapomnieć. Westchnął głęboko, czując mokre dłonie chwytające go w pasie. Wzdrygnął się początkowo, ale gdy zorientował się, że to tylko jego współlokator, odetchnął z ulgą. Harry oparł głowę na jego ramieniu, stając niebezpiecznie blisko szatyna. Z jego kasztanowych loków ściekały kropelki wody, mocząc blat stołu. Louis nie przejął się tym niestosownym zachowaniem młodszego kolegi. Znał go na tyle, że wiedział, iż od czasu do czasu po prostu zachowuje się dziwnie. Bywa zły i przemiły na przemian. Potrafi kłócić się o byle co, żeby za pięć minut wpaść z przepraszalną herbatą i ulubionym filmem na DVD w dłoni. Wiedział doskonale, że Harry to chodzące skrajności i był w stanie to w pełni zaakceptować, bo sam wymagał od innych akceptacji, której nigdy w życiu nie otrzymał. Nie chciał być taki, jak ludzie w jego własnym, rodzinnym domu. Nie lubił oceniać i wytykać błędów palcami, dlatego nie był w stanie skreślić nastolatka tylko, dlatego że diametralnie różnił się od niego. Lubił go takiego, jakim był.
- Ktoś tutaj się smuci. – odezwał się swoim niskim, ochrypłym głosem, odwracając Louisa twarzą do siebie. Dopiero wtedy chłopak zauważył, że Styles stoi w samym ręczniku. Mógł dokładnie zbadać każdy centymetr jego mokrego ciała. Skupił szczególną uwagę na jego licznych tatuażach, które najwyraźniej opowiadały jego historię. Od wijącego się od bioder po żebra węża, poprzez liczne trupie czaszki, aż po dwie, wytatuowane na klatce piersiowej jaskółki – symbol wolności. Tutaj także dało się dostrzec sprzeczności i oto właśnie zdał sobie sprawę, że stoi przed nim prawdziwy nastolatek, bez przywidzianej maski. Krył się za nią, tak samo, jak krył się za body artem i wieloma kolczykami. Gdzieś tam, pod tą skorupą był realny on. Chłopak, który być może kiedyś posiadał serce, które nie było z kamienia.
- Nie smucę się, ja tylko… - zaczął, ale Harry przyłożył mu palec do ust, dając mu tym samym do zrozumienia, że milczenie jest złotem. Czasami lepiej porozumiewać się bez zbędnych, raniących słów. Ponownie oparł głowę na jego ramieniu, mocząc jego koszulkę swoimi mokrymi włosami. Louis przymknął powieki, stojąc bezczynnie i nie wiedząc, jak powinien się w danej sytuacji zachować. Mimo wszystko, to nagle wydało mu się dziwne. Stał niemalże w objęciach Stylesa, który budził strach we wszystkich, tylko nie w nim samym. Harry objął go w pasie swoimi długimi rękoma, ale nie wyczuł żadnej reakcji z przeciwnej strony. Już miał spojrzeć mu w oczy, ale w porę uświadomił sobie, że to nie jest zbyt dobry pomysł. Chciał dać szatynowi trochę czasu, żeby mógł oswoić się z niecodzienną sytuacją. Nie chciał przecież, by ten, podobnie jak Zayn, uciekł spod jego czujnych oczu, zostawiając po sobie przejmującą pustkę. Nic do niego nie czuł albo wypierał to ze swojej podświadomości, mimo to, że stał właśnie przed nim prawie nagi i nie marzył o niczym innymi, niż pocałowanie go. Chłopak zawsze dążył do tego, czego pragnął, więc nie powstrzymywał się długo przed przytknięciem swoich chłodnych warg do szyi współlokatora. Louisa przeszył dreszcz, na co niemalże się wzdrygnął, a jego ciało pokryła gęsia skórka. Nigdy, ale to przenigdy nie reagował podobnie na żadnego innego mężczyznę. I pech chciał, że podobało mu się to. Nastolatek nie odrywał się od jego szyi, całując ją i przygryzając na przemian. Zachowywał się trochę jak wampir, który chce tylko i wyłącznie dostać się do najbardziej soczystej żyły. Sprawnym ruchem ściągnął koszulkę ze swojego współlokatora, odrzucając ją w ciemny kąt kuchni. Uniósł go lekko i posadził na barowym krześle, które stało tuż za jego plecami, co spowodowało, że chłopak z całych sił uderzył się w kant stołu. Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia, był bowiem zbyt zaabsorbowany całującym go po klatce piersiowej Harry’m. Młodszy stanął między udami swojego współlokatora, badając każdy centymetr jego twarzy z uniesionym ku górze kącikiem ust. Był co najmniej pół głowy wyższy od niego, więc miał tę komfortową sytuację, że mógł spojrzeć na niego z góry, gdy wzrok Louisa, chcąc nie chcąc, i tak padał tylko i wyłącznie na jego klatkę piersiową. Szmaragdowe oczy Harry’ego zaśmiały się zawadiacko w momencie, w którym Louis spojrzał prosto w nie pytającym wzrokiem. Bez zbędnych odpowiedzi, wpił się w jego pełne usta, zatapiając się w nich bez pamięci. Zdziwił się, że tak łatwo radzi sobie z Tomlinsonem, który wreszcie przestał mu się opierać. Nigdy dotąd nie miał żadnego doświadczenia z mężczyzną, ale intuicyjnie czuł, że sobie poradzi. Przecież współlokator był taki, jak on, więc racjonalnie rzecz ujmując, ich potrzeby były takie same. Chwycił chłopaka za szyję, przyciągając go jeszcze bliżej siebie, a drugą dłonią bezwiednie błądził po jego torsie. Do nozdrzy Lou co rusz docierał przyjemny zapach płynu do kąpieli Stylesa. Poczuł swoje, zdecydowanie przyspieszone, bicie serca i uświadomił sobie, że Harry jest kimś, o kim zawsze podświadomie marzył. Jeśli ktoś zapytałby go o typ mężczyzny, w którym mógłby bez wahania się zakochać, odpowiedziałby „Harry Styles”. Jednoznacznie, bez żadnych „ale”. Objął rękoma nagie plecy nastolatka, na co ten przysunął się jeszcze bliżej. Chcieli zwalczyć każdy minimetr, który dzielił ich od siebie, jakby od tego miał zależeć los całego świata. Byli już niebezpiecznie blisko siebie, ale oboje dążyli do zniwelowania jakiejkolwiek granicy. Teraz liczyli się tylko oni i ich wzajemne potrzeby. Oboje pragnęli siebie nawzajem.
W głowie młodszego pojawiła się tylko jedna, niepokojąca myśl…
4. Rozkochać go w sobie √
Czy tylko to mu chodziło? Czy chciał tylko i wyłącznie odhaczyć kolejną rzecz na swojej liście marzeń? W danej chwili zdecydowanie nie myślał racjonalnie, błądząc ustami między szyją, a klatką piersiową swojej ofiary. Teraz chciał tylko i wyłącznie jego i nie liczyło się nic, poza tym. A jak wiadomo, Harry Styles zawsze osiąga to, czego pragnie. Nie ma odstępstw od tej reguły. Rzucił chłopaka na blat stołu, powodując tym samym, że wszystko to, co się na nim znajdowało, z hukiem runęło na ziemię, rozbijając się na drobniutkie kawałeczki. Nie myśląc długo, rozpiął jego rozporek i rzucił spodniami w tym samym kierunku, w którym jakiś czas wcześniej powędrowała jego koszulka. Louis oderwał się od chłodnego blatu, ale nastolatek dał mu znać, że teraz on tutaj rządzi, kładąc go z powrotem w wyznaczone miejsce. Całował go po podbrzuszu, dłońmi badając każdy fragment jego ciała. Musiał przyznać, czy tego chciał, czy też nie, że Lou był na swój sposób idealny i w głowie Harry’ego zapaliła się czerwona lampka. Nie chciał dłużej się z nim bawić. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mu się, że kogoś aż tak pragnął. Pierwszy raz w życiu nie potrafił oderwać od kogoś swoich warg i pierwszy raz w życiu jego dłonie spoczęły z takim zaangażowaniem na czyimś ciele. I co dziwne, był to drugi mężczyzna. Porwał go ze stołu, zarzucając go sobie na ramiona. Skierował się z nim w kierunku sypialni, silnym kopnięciem otwierając jej drzwi. Delikatnie położył chłopaka na łóżku, przywierając do niego ciężarem własnego ciała. Miał pod sobą swojego współlokatora, który nie sprzeciwiał mu się i nie opierał. Mógł z nim zatem zrobić wszystko, na co tylko miał ochotę. Nagle jednak jego myśli odstąpiły od niecnego planu pozbawienia go życia. Skupiły się raczej na nim samym. Na bezradnym i kompletnie skołowanym Louisie, który nie był świadomy tego, co miało go spotkać. Harry, chcąc zapomnieć, ponownie przywarł wargami do jego warg, odrzucając na bok chore myśli. Chciał myśleć tylko o tym, że liczą się oni i liczy się chwila. Wszystko inne nie miało większego znaczenia. Zdecydowanym ruchem pozbawił Tomlinsona bokserek, a siebie ręcznika, który nadal skrzętnie oplatał jego biodra. Spojrzeli sobie w oczy, dzięki czemu Styles uświadomił sobie, że pragnąc Louisa, pragnie także zmiany. Nie dbał już o swoją listę marzeń, bo jedno z nich właśnie miał na wyciągnięcie ręki i nie zamierzał go krzywdzić. Zdał sobie sprawę, że nie jest to tylko i wyłącznie jego współlokator. Jest to jego przyjaciel, kochanek, ale przede wszystkim osoba, która zaakceptowała go takiego, jakim naprawdę był. Osoba, która pokochała tego złego, wywołującego strach Harry’ego Stylesa – alkoholika, narkomana, nałogowego palacza oraz realizatora chorych wizji. Coś w tym momencie w nim pękło.
- Louis. – szepnął mu do ucha, okalając jego twarz ciepłym podmuchem. – Chcesz tego? – w odpowiedzi szatyn tylko pokiwał twierdząco głową. On, w przeciwieństwie do nastolatka, dokładnie wiedział, czego chce i nie wahał się. Zdawał sobie sprawę, że to, co właśnie się dzieje jest pewnie tylko jednorazowym incydentem, ale mimo to, nie chciał się wycofać. Harry podniósł nogi chłopaka i położył je sobie na ramionach, wchodząc w niego tak delikatnie, jakby był z porcelany. Bał się go skrzywdzić i po raz pierwszy zdał sobie z tego sprawę. Momentalnie Louis stał się dla niego obiektem, o który trzeba zadbać i bronić, a nie spychać na samo dno tylko po to, aby zrealizować naiwne marzenia szesnastolatka. Zapomniał o tym, kim był na rzecz tego, kim właśnie się stał. Kochał się właśnie z kimś, kto w pełni mu zaufał, choć nie miał ku temu żadnych podstaw. Kochał się z kimś, kto traktował go jak równego sobie. Kochał się z kimś, kto bezapelacyjnie darzył go obcym mu uczuciem, darzył go miłością…
***
Nastolatka obudził hałas dobiegający z pokoju obok. Zamrugał kilkakrotnie zmęczonymi powiekami, aby w pełni rozbudzić się po wczorajszej nocy. Rozprostował ścierpnięte ramiona i zorientował się, że Lou nie ma obok niego, choć wczoraj zasypiał wtulony w zagłębienie jego szyi. Poderwał się nerwowo, wywracając nocną szafkę. Niemalże biegiem udał się do pokoju współlokatora, a to, co ujrzał zdecydowanie nie było tym, co chciał zobaczyć po raz kolejny. Przed nim stał jego kochanek, w pośpiechu wrzucający ubrania do torby. Harry’emu momentalnie przed oczyma stanął obraz Zayna, który postąpił dokładnie tak samo, choć nie byli nigdy na tak dalekim etapie swojej zażyłości. Przykucnął w progu i obserwował go ze zdezorientowaną miną. Zastanawiał się, dlaczego. To jedno słowo krążyło w jego myślach tak intensywnie, że nie potrafił skupić się na niczym innym. Nie chciał, aby Louis go opuścił. Nie teraz, go postanowił się zmienić. Dla niego i dzięki niemu.
- Przepraszam. – przemówił swoim ochrypłym głosem. – Lou, przepraszam, jeśli zrobiłem coś nie tak, jak powinienem. Popełniam błędy. – wbił wzrok w podłogę.
- To nie chodzi o ciebie, tylko o mnie, Harry. – zaczął ze spokojem, podchodząc do chłopaka. Usiadł koło niego i spojrzał mu prosto w oczy. Chciał, aby nastolatek zrozumiał, co chce mu przekazać. Postąpił z nim, jak z dzieckiem, któremu trzeba wszystko obrazowo wytłumaczyć. Wziął kilka głębokich oddechów, dając tym samym sobie i jemu chwilkę czasu na przemyślenia. – Po prostu… Nie umiem tak, rozumiesz? Już kiedyś przeżyłem coś podobnego i nie chcę po raz kolejny przez to przechodzić.
- Czego się boisz? – tym pytaniem wyrwał go z kontekstu zdania, którego nie zdążył dokończyć.
- Właśnie tego, Styles. Boję się, że nikt mnie nigdy nie pokocha. – posłał mu smutny uśmiech, uświadamiając mu pewną kwestię. Tomlinson miał rację, Harry go nie kochał. Owszem, zmienił się na lepsze, odstąpił od swojego dawnego życia, ale nie był w stanie nauczyć się uczuć, które od tak dawna były mu kompletnie obce. Chłopak poklepał go po ramieniu, dodając mu otuchy, choć to w zasadzie on potrzebował w tym momencie wsparcia. Dokończył pakowanie walizki i po prostu minął go w progu. Nastolatek nie ruszył się z miejsca, jakby był sparaliżowany. Targały nim skrajne emocje, ale sam do końca nie wiedział, która z nich przeważa i góruje. Chciał, aby ta sytuacja nigdy nie miała miejsca. Marzył o tym, by obudzić się ponownie, tym razem z Louisem w swoich ramionach. – Nie wiń się. Powodzenia w życiu, Harry. – powiedział i opuścił jego mieszkanie.
***
Z perspektywy Louisa
Idąc ulicą, zdałem sobie doskonale sprawę z tego, co to znaczy być samotnym wśród tłumu. Otaczający mnie ludzie byli tacy obojętni. Zupełnie inni, niż mój Harry, który tak naprawdę nigdy moim nie był. Te kilka miesięcy, które razem spędziliśmy były najlepszym i zarazem najgorszym czasem w moim życiu. Zyskałem przyjaciela, kochanka, ale mimo wszystko, po raz kolejny nie zaznałem miłości. Od kiedy uciekłem z Doncaster, moje życie obróciło się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Pragnąłem jedynie znaleźć kogoś, przy kim poczułbym się bezpieczny i kochany. Niczego więcej tak naprawdę nie wymagałem od życia. Jestem realistą, znam świat, znam ludzi. Od początku zdawałem sobie sprawę z faktu, jaki jest Harry. Wiedziałem, że nie jest zdolny, bo kogoś pokochać, a mimo to po raz kolejny zaangażowałem się w coś, co nie miało prawa zaistnieć. Kolejny związek bez przyszłości. Jestem pechowcem i tchórzem. Uciekam, bo tak mi łatwiej. Uciekam, bo nie mogę żyć obok kogoś, kogo kocham ze świadomością, że on nie odwzajemnia moich uczuć.
Żegnaj, Harry Stylesie. Byłeś najlepszym błędem, jaki w życiu popełniłem…
Z perspektywy Harry’ego
Siedziałem na ziemi ze świadomością, że zostałem sam jak palec. Pustka stała się wszechogarniająca, nie tak, jak wcześniej przy Zaynie. Teraz czułem się inaczej. Czułem się wyprany z jakichkolwiek emocji, a tocząca się w mojej głowie bitwa najwyraźniej się zakończyła. Bez jakichkolwiek rezultatów. Do czego tak naprawdę dążyłem? Nadal jestem tym samym, beznadziejnym człowiekiem, który wszystkich zniechęca i odpycha od siebie. Chciałem zmiany, chciałem stać się inny, bo zaczęło mi pierwszy raz w życiu naprawdę zależeć i zaprzepaściłem swoją szansę przez durne marzenia, które, swoją drogą, udało mi się zrealizować.
5. Patrzeć, jak umiera… √
Zabiłem go. Nie w sposób dosłowny, ale przenośny. Wyciągnąłem do niego metaforyczną broń i skrzywdziłem go tym, czego najbardziej się bał. Zabiłem go miłością. A raczej jej brakiem…
Żegnaj, Louisie Tomlinsonie. Byłeś najlepszą rzeczą, jaka spotkała mnie w życiu…
„Mów szeptem, jeśli mówisz o miłości”
~ William Shakespeare
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz