Nikt dotąd nie wyglądał tak dobrze w garniturze, jak on. Czarny, dopasowany materiał idealnie podkreślał jego ciemną karnację i czekoladowe tęczówki, których blask w tym danym dniu, wyrażał zadowolenie i po prostu szczęście. Był szczęśliwy, gdy wchodził z nią za rękę do jednego z największych, londyńskich kościołów, by ostatecznie przypieczętować miłość, jaką siebie darzyli. Mi dane było tylko stać i obserwować, jak to, co do niego czułem idzie na dno w zastraszającym tempie. Tego dnia nie traciłem tylko i wyłącznie przyjaciela – traciłem miłość mojego życia. Miłość, o której istnieniu nikt nie miał pojęcia. Louis obejmował mnie ramieniem, jako jedyny dostrzegając mój niezbyt optymistyczny nastrój. Choć nie przepadaliśmy za sobą aż tak bardzo, jakby się mogło wydawać, czasami okazywał się moją jedyną i ostateczną deską ratunku. Harry wraz z Niallem zajęli ławkę przed nami, zapatrując się w uśmiechniętą pannę młodą, stojącą przy ołtarzu w otoczeniu wszystkich swoich druhen. Obok niej był on i nie potrafiłem oderwać od niego wzroku, choć łzy zbierały mi się w kącikach oczu, gotowe za moment ruszyć stałą trasą po moich rozgrzanych, zaczerwienionych od emocji, policzkach. Kochałem go tak bardzo, że miałem wrażenie, że ogień wypali dziurę w moim, niespokojnie bijącym, sercu. Muzyka, rozbrzmiewająca w tych świętych murach, dodatkowo pogłębiała mój melancholijny nastrój, popychając mnie jeszcze głębiej we wspomnienia, które pragnąłem wyrzucić z pamięci. W głowie przewijały mi się przeróżne obrazy, zwieńczające cudowne chwile, które dane nam było spędzić wspólnie, tylko we dwoje. Gdy nie było jeszcze Perrie Edwards, której imię wywoływało u mnie nieprzyjemne dreszcze i gdy nie było jeszcze zespołu, który wywoływał wrzawę na całym świecie. Wtedy było tak spokojnie i nic nie było w stanie tego zakłócić. Czułem się wówczas jak kapitan statku, który pływa po bezkresnych oceanach, niewzburzonych choćby najmniejszą falą. Powietrze było wtedy krystalicznie czyste, aż chciało się oddychać, a on był moim sterem, który nie pozwalał mi zbłądzić i dopłynąć do lądu, którego podświadomie nigdy nie chciałem odwiedzać. A teraz stałem tutaj, otoczony ludźmi, o których istnieniu nie miałem pojęcia i czułem się jak obcy, tak daleki od tego człowieka, którym byłem zanim to wszystko doprowadziło do tego momentu. Nie wiedziałem, gdzie dokładnie się zagubiłem i gdzie stał właściwy drogowskaz, jednak byłem świadomy tego, że teraz jest już zbyt późno, by gdziekolwiek zawrócić. Zbyt późno, by zawalczyć i zdecydowanie zbyt późno, by móc go jeszcze odzyskać. Nikt nie miał pojęcia, kim był dla mnie Zayn. Oboje byliśmy jak skrywana od wieków tajemnica, która nie miała prawa nigdy uchylić swojego rąbka i nie miała prawa ukazać się światu. Chciałem, by ktokolwiek mnie zrozumiał…
***
Siedziałem na ławce w parku, przedzierając na strzępy leżące pode mną kolorowe, jesienne liście. Listopad był zdecydowanie moją ulubioną porą roku i absolutnie nie przeszkadzało mi to, że często padało, było chłodno i trzeba było zakładać o wiele cieplejsze ubrania. Obserwowałem ludzi, spacerujących w tą i z powrotem, zastanawiając się, co nimi kieruje. Zawsze intrygowało mnie to, co dzieje się w ludzkim umyśle, do którego ja nie miałem dostępu. Prawdę powiedziawszy, nie rozumiałem nawet samego siebie, więc jak mogłem zrozumieć innych? Byłem chłopakiem, który nie wiedział, dokąd zmierza i jaki jest jego życiowy cel. Zostałem wrzucony na głęboką wodę, z nadzieją, że sobie poradzę. Jednak ja tonąłem. Z każdym, kolejnym dniem byłem bliżej dna, bliżej tego, by ostatecznie upaść i już nigdy więcej się nie podnieść. Obcy często powtarzali mi: „Musisz walczyć, Liam. Nie możesz się poddać”, motywując mnie tym samym, abym wziął się w garść po tym, co mnie spotkało, jednak ja nie potrafiłem nawet o tym myśleć, bojąc się, że to tylko jeszcze bardziej pogorszy moją, już i tak beznadziejną, sytuację. Nie umiałem określić tego, kim stałem się po tym feralnym wypadku, którego byłem sprawcą. W każdym razie przestałem być tym, kim byłem. Przestałem być osobą, którą darzyłem szacunkiem i którą najzwyczajniej w świecie akceptowałem i lubiłem. Tamten Liam gdzieś zabłądził, gdzieś się zgubił, a ja nie potrafiłem już go odnaleźć. Siedząc tak na ławce, nie zauważyłem kogoś jeszcze. Kogoś, kto przysiadł dosłownie kawałek dalej i obserwował mnie z zainteresowaniem. Trzymał się na dystans, a gdy tylko zauważył, że również mu się przyglądam, momentalnie spuścił wzrok, zapatrując się w ziemię tuż pod swoimi stopami. Był tajemniczy i bił od niego przerażający chłód, który spowodował, że nie byłem w stanie ruszyć się z miejsca, nie byłem w stanie zrobić kroku w jego stronę, choć, w tamtym momencie, nie pragnąłem niczego innego. Chłopak zerwał się gwałtownie, mijając mnie tak szybko, że nawet nie zdążyłem uważnie mu się przyjrzeć. Obdarzył mnie po raz ostatni blaskiem swoich brązowych tęczówek i odszedł, pozostawiając mnie samego. Była dokładnie 16:46. Zapamiętałem tę godzinę, by codziennie wracać w to samo miejsce z sercem przepełnionym nadzieją, że dane będzie mi ponownie go spotkać.
I tak mijały dni, tygodnie, miesiące, a tajemniczy chłopak nigdy więcej się nie pojawił. Walczyłem sam ze sobą, a on nie ułatwiał mi sytuacji, nie zjawiając się na ławce, na której tak bardzo pragnąłem go ujrzeć. Wiedziałem, że i tak nie miałbym odwagi do niego podejść, ale sama jego obecność napawałaby mnie optymizmem, bo wiedziałbym, że jest prawdziwy, z krwi i kości i nie jest tylko nic nie znaczącą marą, piętnem odciśniętym na moim, spragnionym doznań, umyśle. Próbowałem zrozumieć sam siebie, bo abstrakcyjny wydawał mi się fakt, że marzyłem o tym, by napawać się widokiem kogoś, o kim nawet nie miałem pojęcia. Nie wiedziałem, jak miał na imię, nie wiedziałem, kim był i co sobą reprezentował. Wystarczała mi po prostu świadomość, że był. Moim niebem, w które lubiłem się wpatrywać i wierzyć, że przyniesie mi to, czego pragnę i moją ziemią, po której bez obaw mógłbym brnąć przez życie. Kim. Ty. Jesteś.
***
Wszyscy podnieśli się z ławek, obdarzając spojrzeniem parę młodą, uśmiechającą się do siebie tak szczerze, że zarażali tymi wszystkich zebranych wokół. To zdecydowanie był ich dzień i nikt nie miał prawa przerwać im tego pasma szczęścia. I choć miałem ochotę krzyknąć: „Nie zgadzam się”, gdy składali sobie nawzajem przysięgę, wiedziałem, że nie byłbym w stanie tego zrobić. On zdecydowanie zbyt wiele dla mnie znaczył, bym mógł zniszczyć mu ten wymarzony moment, bym mógł sądzić, że postanowi zrezygnować przeze mnie albo tym bardziej – dla mnie. Nie byłem naiwny i nie łudziłem się, że kiedykolwiek brązowooki postawiłby właśnie na mnie i choć mieliśmy momenty, w których było nam wyjątkowo dobrze w swoim towarzystwie, nie byłem dla niego pisany. Nie byłem jego światem i nie byłem drogą, po której chciałby kroczyć. Nie miałem prawa decydować o tym, co ma go uszczęśliwiać i nawet, jeśli teraz popełniał największy błąd swojego życia, wygłaszając: „… i że cię nie opuszczę”, był to jego błąd i nie mogłem w to ingerować, nakierowując go na odpowiednie tory. Wiedziałem jednak, że mogę kochać go bardziej, niż ona…
***
16:46 stała się moją obsesją od tego listopadowego, ciepłego popołudnia, w którym widziałem go pierwszy i ostatni raz. I siedząc po raz kolejny na tej samej ławce, myślałem, czy aby na pewno ta sytuacja miała w ogóle miejsce, czy rzeczywiście pojawił się tam tego dnia i obdarzał mnie czekoladowym spojrzeniem z takim zapałem, że miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Był dla mnie idealny, a przynajmniej tak mi się wydawało. Miałem wrażenie, że pasował do układanki, jaką było moje życie i był tym jedynym, brakującym elementem dopełniającym całość. Kimkolwiek był, chciałem go poznać, chciałem być przy nim, chłonąc go całym sobą tak, jak gąbka chłonie wodę. Bo wiedziałem, że przy nim byłbym w stanie mówić, że szklana jest do połowy pełna, a nie pusta. Czułem, że mógłby odmienić moje życie i moje spojrzenie na świat. Być tym kimś, kto wszystko cementuje. Jednak jego nie było…
Grudzień był dla mnie przełomowy pod wieloma względami. Postanowiłem, że nigdy więcej nie pojawię się w parku, naiwnie wyczekując tajemniczego chłopaka i pójdę swoją drogą, realizując swoje marzenia. W zasadzie to marzenia moich, zmarłych już, rodziców, których pożegnałem kilka miesięcy temu i do dziś nie umiałem się z tym pogodzić. Pamiętałem tak dobrze słowa ojca, który nakłaniał mnie do pojęcia kariery wokalnej, czy choćby zrobienia kilku kroków w tym kierunku. To pchnęło mnie w ramiona znanego na całym świecie programu muzycznego, który, o dziwo, okazał się dla mnie nowym domem, nowym życiem i postawił na mojej drodze nowych przyjaciół, w tym także tajemniczego chłopaka, który również tam był, obserwując mnie z castingu na casting, stojąc za kulisami i trzymając za mnie kciuki. Byłem tylko ja i on, liczyliśmy się tylko my. Był to rok 2009[i]…
***
Zebrani w kościele z entuzjazmem zaczęli wychodzić z budynku, podążając za świeżo upieczonymi małżonkami. Zayn czule obejmował swoją żonę, uśmiechając się do mijanych przez nich gości. Niall poderwał się nerwowo i wystartował z miejsca jako pierwszy, przydeptując długą, kremową suknię Perrie, na co dziewczyna zaśmiała się tak dźwięcznie, że echo rozniosło jej ciepły ton głosu po całym pomieszczeniu, wywołując u mnie mieszane uczucia. Lubiłem ją i wiedziałem, że jest cudowną, młodą kobietą, która jest w stanie zagwarantować mu pełnię szczęścia, jednak z drugiej strony, chciałem dla niego kogoś jeszcze lepszego, choć… W zasadzie, w moich oczach, nikt przy jego boku nie prezentowałby się odpowiednio. Zrezygnowany usiadłem na ławce, obserwując tłumy opuszczające kościół. Nie miałem najmniejszej ochoty ruszyć się z miejsca, by złożyć mu życzenia, bo czego mógłbym mu życzyć? Szczęścia, które również mogłem mu ofiarować? Miłości, którą darzyłbym go każdego dnia coraz silniej? Westchnąłem głęboko, posyłając złowrogie spojrzenie Harry’emu, który skakał wokół mnie, ciągnąc mnie do wyjścia za rękaw marynarki. Spuściłem głowę w dół, czując, jak łzy zaczynają napływać do moich oczu i miałem ochotę wymierzyć sobie mentalny policzek, za tak nieodpowiednie zachowanie i to w najmniej oczekiwanym momencie. Kątem oka dostrzegłem, jak Louis skinął dłonią w kierunku zielonookiego, siadając tuż przy mnie i obejmując mnie pocieszająco ramieniem.
- Boli, prawda? – zaczął, zapatrując się w święty obraz, wiszący tuż nad ołtarzem. Przesuwał swoje niebieskie tęczówki po wieloletnim płótnie, analizując nawet najdrobniejsze szczegóły. Zostaliśmy sami, a wokół nas zapanowała taka cisza, że nawet jego szept wydawał się przeraźliwym krzykiem. Nie do końca zrozumiałem, co miał na myśli, ale bałem się podnieść wzrok, spoglądając na niego. Nie chciałem okazywać słabości, a już zwłaszcza przy Tomlinsonie, który krytykował mnie i moje poczynania praktycznie na każdym kroku, a ja nie rozumiałem, co miał na celu i co chciał przez to osiągnąć. Dlatego właśnie nigdy nie byliśmy w stanie się ze sobą porozumieć i traktowałem go bardziej jako swojego wroga, niż przyjaciela. – Boli cię, Liam? – dorzucił, szturchając mnie w ramię. Czułem, jak mierzy mnie swoim spojrzeniem i miałem ochotę uderzyć go za to, że znęca się nade mną w taki sposób. Nie miałem najmniejszej ochoty z nim rozmawiać. To nie była odpowiednia chwila, zresztą, nigdy nie było dobrego momentu na to, by porozmawiać z Louisem, a przynajmniej ja nigdy nie chciałem znaleźć dla niego czasu. Był irytujący i zawsze wtrącał się w nie swoje sprawy, wtykając nos tam, gdzie nie powinien. I tak było i tym razem, gdy po prostu marzyłem o tym, by posiedzieć i pomyśleć w pustym kościele, zanim z niego wyjdę, zakańczając raz na zawsze najpiękniejszy epizod mojego życia.
- Do czego dążysz, Louis? – zrzuciłem oschle, strącając jego ramię. Odważyłem się spojrzeć mu w oczy swoimi załzawionymi tęczówkami, które, miałem nieodparte wrażenie, straciły swój dawny blask i radość, jaka w nich gościła, nagle gdzieś się ulotniła. – Potrzebujesz znów rozładować na kimś swoje frustracje? Podziękuję, nie mam nastroju na ciebie i na twoje problemy, więc byłoby miło, gdybyś zszedł mi dzisiaj z oczu. – poderwałem się z miejsca, chcąc opuścić budynek, widząc, że Tomlinson nawet nie drgnął i nie zamierzał mi tak łatwo odpuścić. W tamtym momencie szczerze go nienawidziłem. Przedzierałem się przez długą ławkę, co chwile zahaczając marynarką o drewniane, nierówne belki. Szedłem tak szybko, że potykałem się o własne nogi, w amoku obijając się o te przeklęte, kościelne siedzenia.
- Kochasz go! – krzyknął za mną Lou, powodując, że momentalnie stanąłem w miejscu, a moja twarz przybrała ogniste barwy. Wszystko się we mnie gotowało i marzyłem tylko o tym, by podejść do niezbyt wysokiego szatyna i rozszarpać go na drobne kawałeczki. Skąd mógł wiedzieć, co czułem do Zayna i jakim prawem wysuwał takie stwierdzenia, niczego o mnie nie wiedząc. Oddychałem głęboko, starając się zapanować nad rozszalałym sercem, które próbowało wyrwać mi się z piersi. Przed oczyma zaczęło robić mi się ciemno i miałem wrażenie, że za moment osunę się na zimne płytki kościoła, gdyby chłopak nie podtrzymał mnie w pasie, przyciągając do siebie tak, jak to miał w zwyczaju robić z pozostałymi członkami naszego wspólnego zespołu. – Zrozum, nie jestem twoim wrogiem, Payne. Doskonale wiem, co czujesz. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo jesteś rozdarty i jak uciążliwie poszukujesz odpowiedzi na swoje pytania. Widzę, jak na niego patrzysz i widzę, jak się wobec niego zachowujesz. Traktujesz go tak, jakby był całym twoim światem. Pocieszasz i tulisz go do swojej piersi, gdy jest mu smutno i śmiejesz się wraz z nim, gdy jest wesoły. Jesteś zawsze wtedy, gdy cię potrzebuje i robisz wszystko, by czuł się jak najlepiej. Posyłasz mu te, niby nic nieznaczące, spojrzenia i uśmiechasz się pod nosem, gdy spogląda w innym kierunku. Jesteś w stanie nawet poświęcić swoje uczucia, by pchnąć go w ramiona kobiety, którą w sobie rozkochał i nie liczysz się z tym, że to cię boli, Liam. To cię wypala i choć jesteś pusty w środku, starasz się to wypełnić, zarzucając sobie, że nie jesteś dla niego kimś odpowiednim, że zasługuje na kogoś lepszego, niż ty. – Louis nie odrywał ode mnie swojego błękitnego spojrzenia, a ja czułem, że zapadam się pod ziemię, gdy dosłownie wyrzucał z siebie słowa, które tkwił na samym dnie mojego serca. – Nie zaprzepaść tego, Li. Nie idź moją drogą i nie rezygnuj z kogoś, kogo szczerze kochasz, bo uwierz, nie sprawdza się powiedzenie, że jeśli puścisz coś wolno, to do ciebie wróci. Harry nie wrócił, nie pozwól odejść Zaynowi.
- Chcesz powiedzieć, że… - zacząłem, niepewny tego, co w zasadzie chciałem powiedzieć. Szatyn posłał mi tylko zdziwione spojrzenie, poprawiając moją przekrzywioną marynarkę i popychając mnie znacząco do przodu, w kierunku wyjścia z kościoła.
- Po prostu powiedz mu to. Nie masz nic do stracenia. – dopowiedział zrezygnowany, gdy powoli zacząłem opuszczać święte mury. Nie miałem o niczym pojęcia, nie wiedziałem, co rozgrywało się między nim, a Harry’m. Wierzyłem, że to były tylko insynuacje ze strony naszych fanów, którzy uparcie łączyli ich w parę, jednak teraz, gdy chłopak wyznał mi prawdę, zrobiło mi się niewyobrażalnie przykro. I ze względu na to, że nie ułożyło mu się tak, jak tego chciał i ze względu na to, jak beznadziejnie się wobec niego zachowywałem, niejednokrotnie sugerując mu niewłaściwe zachowanie wobec najmłodszego z nas. Wbrew pozorom, Louis nie był takim wrednym, nieczułym draniem, za jakiego zawsze go uważałem i to właśnie dzięki niemu zrozumiałem, że czasami warto podjąć ryzyko, bo bez niego człowiek nigdy nie dowiedziałby się, czy było warto…
***
- Byłeś genialny, Liam! – krzyknął rozentuzjazmowany Zayn, gdy tylko zeszliśmy ze sceny po naszym pierwszy, zespołowym występie w programach na żywo. – Wyszło ci idealnie, a tak się denerwowałeś. – wziął mnie w swoje ramiona, kołysząc mną na prawo i lewo. Czułem się tak dobrze i bezpiecznie w jego objęciach, że mógłbym w nich pozostać już na zawsze. Uwielbiałem, gdy brunet obejmował moje ciało, przyciągając je do swojego tak blisko, że praktycznie nie istniały między nami żadne granice. I wtedy to się stało. Szarpnąłem go w swoją stronę, przyciskając go z całych sił do ściany tak, aby nie mógł mi się wyrwać. Spojrzałem w jego zdezorientowane, szeroko otwarte, czekoladowe tęczówki, ale wiedziałem, że nie mogę i nie chce się wycofać. „Teraz albo nigdy”, pomyślałem sobie, zatapiając swoje wargi w jego z takim zapałem, że od razu zabrakło mi tchu. Całowałem go tak intensywnie, jakby świat miał nagle przestać istnieć, a ten pocałunek był ostatnią czynnością, jaką dane mi było wykonać. Jego usta były takie ciepłe i gładkie, że momentalnie zapomniałem, jak się myśli. Zdziwiłem się jeszcze bardziej, gdy Malik zaczął odwzajemniać pocałunek, z czasem jeszcze bardziej go pogłębiając, o ile w ogóle to było jeszcze możliwe. Nasze języki splatały się ze sobą, tworząc nierozerwalny węzeł i choć oboje mieliśmy problem, by zaczerpnąć tchu, nie przerwaliśmy tej czynności. Miałem nieodparte wrażenie, jakby po moim brzuchu biegało stado dzikich koni, ale czułem się z tym wyjątkowo dobrze i komfortowo, zwłaszcza mając świadomość tego, że trzymam Zayna w swoim silnym uścisku, z którego tak prędko mi nie ucieknie. Zszedłem wargami na jego rozgrzaną szyję, zasysając delikatnie skórę na niej, powodując, że chłopak cicho mruknął wprost do mojego ucha. Nie miałem pojęcia, co się dzieje i do czego to wszystko nas doprowadzi, ale nie mogłem oderwać się od jego ciała, od którego biło niewyobrażalne ciepło. Brunet wplótł swoje palce w moje, nieco dłuższe, włosy, przyciągając mnie jeszcze bliżej siebie. Teraz absolutnie nic nas nie dzieliło, a wszelakie granice zostały raz na zawsze zatarte.
- Liam… - szepnął, opierając głowę na moim ramieniu. Nie chciałem go puszczać i czułem, że on także nie chce, abym to uczynił. Zacząłem błądzić dłońmi po jego napiętych plecach, z czasem zawędrowując pod jego czarną, obcisłą koszulkę z nadrukowanym logiem Iron Maiden. Boże, był taki idealny i tak idealnie pasował do moich dłoni, jakby jego ciało było wręcz dla mnie stworzone. Drapałem jego wrażliwą skórę, całując go namiętnie po szyi, pozostawiając na niej trwałe ślady swojej obecności. Zayn sięgnął do guzików mojej koszuli, odpinając je kolejno, zaczynając od samej góry, aż po sam dół. Szarpnął beżowy materiał, wyciągając go z moich jeansów, jednym ruchem pozbawiając mnie górnej części odzieży. Odrzucił moje ubranie w kąt naszej zespołowej garderoby, przywierając wargami do mojego obojczyka. Nie pozostałem mu długo dłużny, zrzucając z niego czarny t-shirt. Nasze spojrzenia sploty się ze sobą, dzieląc się nawzajem pożądaniem, jakie w nas płonęło. Dotykałem go tak, jakbym miał go nazajutrz stracić i napawałem się każdą sekundą bycia z nim w ten dość specyficzny, nieoczekiwany sposób. Nie spodziewałem się, że chłopak tak zareaguje, liczyłem raczej na to, że najzwyczajniej w świecie mnie od siebie odepchnie. Jednak on był tutaj, stał przede mną prawie nagi, a ja nie mogłem powstrzymać swoich rozbieganych myśli i nie byłem w stanie dłużej kumulować emocji, które we mnie tkwiły. Pchnąłem go ostrożnie na stojącą za nami kanapę, przygniatając go ciężarem swojego ciała. Zayn objął mnie w pasie, przyciągając tak blisko siebie, jak to tylko było możliwe. Ponownie złączyłem nasze spragnione siebie usta, przygryzając co chwilę dolną wargę bruneta. Malik absolutnie mi się poddał. – Kurwa… - wysyczał, szarpiąc mnie za włosy, gdy tylko zacząłem odpinać rozporek jego czarnych rurek. Nie czekał długo, zsuwając spodnie z moich bioder. Leżeliśmy na sobie w samej bieliźnie, a wszystko wokół nas zaczęło się jakby rozpływać, bo liczyła się tylko nasza dwójka i nie było świata poza nami, a przynajmniej ja czułem, że istnieje tylko Zayn. Cała reszta nie miała dla mnie znaczenia. Całowałem go po klatce piersiowej, schodząc, rozgrzanymi i napuchniętymi od pocałunków, wargami na jego podbrzusze. Swobodnie wodziłem dłonią po wewnętrznej stronie jego uda, a słysząc ciche i gardłowe jęki chłopaka, spojrzałem w jego przymknięte i zamglone z podniecenia brązowe oczy. Malik drżał pod wpływem mojego dotyku i nie powiem, podobało mi się to, w jaki sposób na mnie reagował. Pociągnąłem go za rękę, powodując tym samym, że oboje znaleźliśmy się w pozycji siedzące. Bacznie wpatrywałem się w jego tęczówki, jednocześnie wsuwając dłoń pod cienki materiał jego bokserek. Brunet wywrócił oczyma, opierając swoje czoło na moim, szepcząc pod nosem moje imię, które w jego ustach brzmiało jak najpiękniejsza modlitwa, jaką dane mi było kiedykolwiek usłyszeć. Powietrze wokół nas zaczęło robić się gorące i ciężkie, tak ciężkie, że miałem wrażenie, że za moment przydusi mnie do ziemi, jednak było mi niewyobrażalnie dobrze i zdecydowanie nie zamierzałem przejmować się takimi szczegółami. Kompletnie się w nim zatraciłem i nie kontrolowałem już, gdzie i w jaki sposób go dotykam, gdzie spoczywają moje spragnione usta i gdzie jest jakakolwiek granica, o ile w ogóle takowa istnieje. Położyłem go w powrotem pod sobą, sprawnym ruchem ściągając z niego bieliznę, odrzucając materiał za siebie. Zayn wił się pode mną i wyginał swoje wysportowane ciało w łuk, gdy bez wahania wodziłem dłonią po jego męskości. Kątem oka dostrzegłem, jak zaciska pięści na kocu, leżącym tuż pod naszymi ciałami, wbijając w niego swoje paznokcie.
- Jesteś idealny, Zayn. – szepnąłem mu wprost do ucha, lekko ochrypniętym i przepełnionym namiętnością głosem. – Chcę, byś był tylko i wyłącznie mój. Już na zawsze. – dorzuciłem, oplatając go ręką w pasie, przyciągając jeszcze bliżej swojego ciała. Nasze serca biły jednym i tym samym, przyspieszonym rytmem, a oddechy mieszały się ze sobą za każdym razem, gdy stykaliśmy nasze twarze. To wszystko, co się działo, było jak najpiękniejszy sen mojego życia i nie dowierzałem, że to dzieje się naprawdę, a ja jestem tak blisko ze swoim zespołowym przyjacielem. Bo przecież byliśmy tylko i wyłącznie przyjaciółmi. Malik sprawnym ruchem ściągnął moje bokserki, powodujący tym samym, że oboje byliśmy już kompletnie nadzy. Nie marzyłem o niczym innym tak bardzo, jak o tym, by stać się z nim jednością. Dwoma duszami złączonymi w jedno ciało, dwoma sercami, bijącymi jak jedno i parą dłoni, splecioną w ciasnym, nierozerwalnym uścisku. Kochałem go. Dopiero wtedy to do mnie dotarło.
- Panowie, fotograf na was… - w drzwiach nagle stanęła stylistka, mierząc nas przerażonym wzrokiem. – Co wy? – rzuciła, momentalnie odwracając się w drugą stronę. I pomyśleć, że w ułamku sekundy cały czar prysnął jak bańka mydlana, a my w przyspieszonym tempie zaczęliśmy zakładać na siebie przypadkowe ubrania, odrywając się od siebie. „Szlag by to trafił”, pomyślałem, przeklinając w duchu młodą kobietę, która ośmieliła się nam przerwać. Było już tak blisko. Nie mogłem odżałować, że nie dane nam było poczuć swojej miłości.
***
Tłum przed kościołem rozstąpił się, pozostawiając miejsce dla paparazzi, którzy nie mogli przecież odpuścić sobie tak ważnego dnia, jakim był spektakularny ślub jednego z członków najsłynniejszego boysband’u i członkini zespołu Little Mix, który także plasował się bardzo wysoko na listach przebojów. Wiedziałem już, że spóźniłem się ze składaniem gratulacji w blasku sławy i błyskach fleszy i w zasadzie, cieszyłem się, że ominęło mnie to całe niepotrzebne zbiorowisko wokół mnie. Zawsze czułem się osaczony w obecności fotografów, którzy pchali się i nawzajem wyzywali, byleby tylko zrobić najlepsze zdjęcie, nie dbając kompletnie o to, jak czuje się fotografowana osoba. To chwilami było doprawdy krępujące, zwłaszcza wtedy, gdy człowiek wychodził do sklepu po bułki, czy gdziekolwiek indziej, wyglądając tak, jakby dopiero co wstał z łóżka. Często musiałem oglądać swoje kompromitujące zdjęcia w przeróżnych brukowcach i nie, nie przyzwyczaiłem się do tego do dnia dzisiejszego. Podczas gdy Harry wraz z Niallem udzielali wywiadu jakiejś stacji telewizyjnej, uśmiechając się szczerze do kamery, ja przystanąłem w cieniu rozłożystego dębu, obserwując z boku całą sytuację. Kątem oka dostrzegłem Louisa wychodzącego z kościoła i kierującego się w stronę swojej dziewczyny – Eleanor, która w zasadzie nie była do końca jego dziewczyną, a przynajmniej ja widziałem w tym spisek naszych menagerów, którzy na siłę chcieli pozbyć się wizerunku homoseksualisty w zespole. I faktycznie, gdyby się nad tym poważniej zastanowić, Tomlinson od zawsze był chodzącą zagadką i, pomimo tego, że ciągle negował swój związek z Harry’m, teraz wiedziałem, że robił tak dla dobra całego One Direction. Gdyby tylko nasi menagerowie wiedzieli, że ich związek nie był jedynym problemem, jaki nas dotyczył. Mogłem śmiało powiedzieć, że połowa ludzi, którymi byliśmy na co dzień otoczeni, nawet nas nie znała, nie wiedząc, jakie sekrety skrywamy. Był Niall, dusza towarzystwa i chłopak do rany przyłóż, borykający się z problemami rodzinnymi, non stop tęskniący za Irlandią. Był Harry, najmłodszy z nas, który szukał samego siebie, błądząc między rzeszą dziewcząt i starszych kobiet, a Nickiem Grimshaw’em, dziesięć lat starszym od niego mężczyzną, dla którego liczyła się tylko i wyłącznie chęć wybicia się przy tym nastolatku, który nie był jeszcze zdolny wyczuć i wyłapać, kto ma wobec niego szczere zamiary, a kto nie. Nie dziwiłem się Louisowi, że szczerze go nienawidził i często wszczynał z nim kłótnie, za które zawsze zostawał solidnie skarcony. Zostałem ja i Zayn, który wydawał się być szczęśliwy przy blondwłosej Perrie, jednakże gdzieś tam, w głębi serca czułem, że mógłby równie dobrze być szczęśliwy u boku jakiegoś mężczyzny. O brunecie mawiało się zawsze, że jest tajemniczy, jednak ja znałem jego prawdzie oblicze, nie to wykreowane pod publikę, dla lepszej sprzedawalności zespołu. On wcale nie był taki, za jakiego go wszyscy uważali. Nie był tym próżnym, zapatrzonym w siebie chłopakiem, który nie dba o nikogo, poza samym sobą. Często miałem ochotę sprostować te osądy na jego temat. Przede wszystkim jednak, był miłością mojego życia, a ja czułem, jak moje serce rozpada się na drobne kawałeczki, obserwując, w jaki sposób całuje swoją żonę. Musiałem oderwać wzrok od tego obrazka, nie chcąc dodatkowo się denerwować. Ten dzień zdecydowanie należał do jednych z najgorszych dni Liama Payne’a, choć w zasadzie nie było ich nie wiadomo jak dużo. Odszukałem wzrokiem Louisa, stojącego przy swoim czerwonym samochodzie, obejmującego wątłymi, wytatuowanym ramionami Eleanor. Nie wyglądał na szczęśliwego, nawet nie udawał, że jest mu dobrze tak, jak jest. Wiedziałem już, że niewyobrażalnie tęskni za utraconym zielonookim, który, z całą pewnością, był właśnie tym człowiekiem, któremu Tomlinson oddałby swoje serce. Tymczasem trwał tam niewzruszony, starając się uśmiechać do paparazzi, choć wychodziło mu to wyjątkowo nieudolnie. Zaśmiałem się w duchu, oglądając jego zmagania z samym sobą, aby wyjść jak najbardziej autentycznie. Był coraz gorszym aktorem i coraz bardziej pogrążał się w swoich poczynaniach i byłem niemalże pewny, że jutro w gazecie pojawi się nagłówek: „Louis Tomlinson i Eleanor Calder – czy para ma kryzys?”, plus kilka ich wspólnych zdjęć, na których nawet nie trzyma jej za rękę. Obserwowanie ich, było jak patrzenie na przezabawną komedię lub sztukę teatralną, która nie była do końca dobrze przemyślana. Otrząsnąłem się, zdając sobie sprawę z tego, że ludzie powoli zaczęli się rozchodzić, wsiadając w swoje ekskluzywne limuzyny, które miały zawieźć ich na przyjęcie weselne, zorganizowane w dawnym pałacu sprzed kilku wieków. Niemalże podskoczyłem na dźwięk wiadomości i wibracje, które dobiegały z kieszeni moich spodni. Niechętnie sięgnąłem po komórkę, którą przecież wydawało mi się wyłączać tuż przed rozpoczęciem mszy. Musiałem być w amoku do tego stopnia, że jednak tego nie zrobiłem.
Louis Tomlinson:
Jakim prawem stoisz jeszcze pod tym przeklętym drzewem, skoro miłość Twojego życia ucieka Ci właśnie sprzed nosa? Błagam, niech nie myślę, że naprawdę jesteś takim tchórzem, za jakiego zawsze Cię uważałem…
Nie mylił się po raz kolejny tego dnia i już zaczynałem sądzić, że od teraz stanie się jednym z moich najlepszych przyjaciół, choć zawsze byliśmy sobie prawie, że obcy. Wziąłem kilka głębokich oddechów i przełknąłem głośno ślinę, zanim ruszyłem w kierunku Zayna i Perrie, chcąc złożyć im osobiste gratulacje. Całą drogę, jaką musiałem pokonać, by w końcu dojść do wyznaczonego celu, trząsłem się tak silnie, że praktycznie nawet nie sądziłem, że udaje mi się stawiać w miarę normalne kroki, które nie sugerowałby, że jestem pijany bądź pod wpływem jakiegoś innego świństwa. Od kiedy tylko przyłapano mnie w nocnym klubie, śledzono każde moje posunięcie, a teraz dawałem wszystkim paparazzi powody, by skierowali swoje aparaty właśnie na moją osobę, kroczącą chwiejnie w kierunku młodej pary. I nie myliłem się, bo zaledwie kilka sekund później oślepiły mnie flesze, a ludzie z kamerami otoczyli mnie w ciasny kółku, z którego nie byłem w stanie się wyrwać. Stanąłem na palcach, rozglądają się nerwowo w poszukiwaniu mojego ukochanego bruneta, ale zdołałem tylko zobaczyć Perrie, wsiadającą do ślubnego samochodu. Było już za późno, by cokolwiek zrobić. Mogłem tylko dopisać kolejną porażkę na swoje konto i mogłem żałować, że mój plan się nie powiódł, o ile w ogóle takowy miałem. Uchyliłem się sprawnie, unikając zderzenia z ogromną kamerą, z całą pewnością kręcącą mnie z bliska do tego stopnia, że była w stanie zarejestrować moją każdą, nawet najmniejszą zmarszczkę. Starałem się być silny, jednak wewnątrz mnie toczyła się wojna i nie zamierzałem teraz z nikim rozmawiać. Nie chciałem odpowiadać na pytania o to, co sądzę o całym dzisiejszym dniu. Podświadomie wiedziałem, że lada chwila mogę wybuchnąć i stać się najbardziej kontrowersyjnym członkiem zespołu, który jako jedyny nie zgodził się z tym, jak cudownie, że jego najlepszy przyjaciel postanowił się pobrać. Odetchnąłem głęboko, posyłając Louisowi zrezygnowane spojrzenie. Machnąłem ramionami bez przekonania, po czym nawiązałem rozmowę z jakąś natrętną dziennikarką, która dopominała się odpowiedzi na pytanie, którego treści nawet nie dosłyszałem.
- Cholera, Eleanor! – krzyknął Tomlinson, skupiając na sobie uwagę części męczących mnie paparazzi. – Mówiłem ci już kiedyś, że to nie ma najmniejszego sensu? – zaczął krążyć wokół brunetki, wymachując rękoma na prawo i lewo. Szamotał się tak, jak tylko on potrafił, wywołując niemałe zamieszanie. Rzuciłem okiem na zdezorientowanym wyraz twarzy dziewczyny, który uświadomił mi tylko i wyłącznie, że to wszystko, co właśnie się rozgrywało, było tylko przedstawieniem odgrywanym przez szatyna, który pewnie sam nie wiedział, o co dokładnie mu chodzi. Posłał mi znaczące spojrzenie, a gdy tłum wokół mnie ustąpił, skupiając się właśnie na najstarszym członku zespołu, szybko uciekłem w kierunku samochodu Zayna i Perrie. Nie pamiętałem już, kiedy ostatnio szedłem w tak zawrotnym tempie. Pewnie wtedy, gdy uciekałem przed rzeszą rozwścieczonych fanek, które traktowały cię jak kawał mięsa, pchając się i popychając wzajemnie, byleby tylko otrzymać autograf, czy zrobić sobie wspólne zdjęcie. Zaśmiałem się, przypominając sobie, jak szybko uciekaliśmy będąc po raz pierwszy w Tokio, gdy tłum Japonek dosłownie przygniótł nas swoim ciężarem do tego stopnia, że nasz prywatny ochroniarz – Paul, miał problem, żeby nas spod niego wydobyć. Przerażona mina Nialla, cierpiącego na klaustrofobię, była nie do opisania.
- Gdzie jest Zayn? – rzuciłem bez większego zastanowienia, gdy zdyszany wreszcie dotarłem do wyznaczonego sobie celu. Zmierzyłem blondwłosą dziewczynę od góry do dołu i musiałem przyznać, że wyglądała przepięknie, ale przecież nie to interesowało mnie w tym danym momencie. – Tak w ogóle, moje gratulacje! Nie zdołałem przebić się do was przez ten tłum paparazzi. – dodałem w pośpiechu, w głębi duszy licząc na to, że dzięki temu szybciej uzmysłowi mi, gdzie obecnie przebywa miłość mojego życia.
- Poszedł zabrać komórkę z waszego tourbusa, zaraz powinien… - nie dałem jej dokończyć.
***
Biegłem tak szybko, że niemalże potykałem się o własne nogi, ale wszelkimi siłami próbowałem ominąć wszystkich fotoreporterów, tylko i wyłącznie czyhających na spektakularne wyjście bruneta. Musiałem, prawie że się z nimi siłować, by wejść do środka tego przeklętego autobusu, ale gdy w końcu mi się to udało, odetchnąłem z ulgą, siadając na najbliższym fotelu, gorączkowo zastanawiając się, co właściwie powinienem zrobić w takiej sytuacji. Po głowie kręciły mi się słowa wypowiedziane przez Louisa i nie mogłem przecież go zawieść, zwłaszcza po tym, ile dla mnie poświęcił, wywołując to całe zamieszanie wokół siebie i swojej dziewczyny. Nie mogłem też, od tak, po prostu się wycofać. Nie chciałem tego, wiedziałem, że teraz właśnie jestem w tym miejscu, w którym być powinienem i z tą osobą, z którą chciałem być. Chwyciłem butelkę zimnej wody, leżącą na stole tuż obok mnie i upiłem kilka łyków, kojąc swoje rozbiegane myśli i suchość w gardle, spowodowaną swojego rodzaju zdenerwowaniem. Trzęsły mi się dłonie, a serce galopowało przed siebie, absolutnie nie dbając o to, jak źle było mi z tym przyspieszonym tempem w klatce piersiowej. Spuściłem głowę, przymykając powieki. Co, do cholery, mam robić…
- Nie wierzę, że tutaj jesteś… - z zamyślenia wyrwał mnie szept Zayna, który, nawet nie wiedziałem kiedy, podszedł niebezpiecznie blisko mnie z na wpół rozpiętą, białą koszulą, trzymając krawat w dłoni swój ślubny krawat. – Popełniłem największy błąd, Liam. Nie powinienem, ja… - bez wahania wziąłem go w swoje ramiona, tuląc mocno do swojej piersi. Gdyby nie powaga sytuacji i słowa, które przed chwilą opuściły jego usta, uznałbym, że to dość zabawne. Dzień, w którym powinien się cieszyć, w którym powinien być najszczęśliwszą osobą pod słońcem, on spędzał siedząc samotnie w tourbusie, tłumacząc się głupim poszukiwaniem telefonu komórkowego. Zawsze myślałem, że jest najbardziej kreatywną osobą z naszej piątki, jednak teraz uświadomiłem sobie, że wcale tak nie było, a Zayn nie potrafił nawet wymyśleć dobrej wymówki, by zniknąć z oczu swojej świeżo upieczonej żonie. Było mi go z jednej strony niewyobrażalnie żal, ponieważ wplątał się w coś, co według mnie nastąpiło o wiele za wcześnie, bo wybaczcie, ale który dwudziestolatek decyduje się na ślub? Z drugiej strony jednak, niewyobrażalnie cieszyłem się, że mogłem trzymać go w swoich ramionach, wiedząc, że przez chwile może być znów tylko mój. Przyciągnąłem go jeszcze bliżej swojego ciała, wtulając się w jego szyję, chłonąc przyjemną woń jego perfum. – Nie rozumiem sam siebie, Liam. Nie wiem, co mnie podkusiło, przecież oboje znamy prawdę. – powiedział, odrywając się ode mnie i spoglądając wprost w moje oczy. Piorunował mnie swoimi, niemalże czarnymi, tęczówkami, a ja czułem, jak przez całe moje ciało przechodzi dreszcz. – Pomożesz mi zdjąć tę koszulę? Strasznie wkurwiają mnie te małe guziki.
- Od kiedy przeklinasz, Zayn? Nie poznaję cię. – rzuciłem, uśmiechając się pod nosem. Nigdy, ale to przenigdy nie słyszałem, by Malik wypowiadał tego typu słowa. Z naszej piątki był znany właśnie z tego, że nie lubił przeklinania. Nie mogłem mu jednak nie pomóc, od razu przenosząc swoje sprawne palce na maleńkie guziczki, odpinając jeden po drugim, trzęsącymi się dłońmi. Powróciły do mnie wszystkie wspomnienia z tamtego, niestety nieudanego, momentu naszej bliskości i przełknąłem głośno ślinę, modląc się w duchu, by i tym razem nie zaszła podobna sytuacja. Zsunąłem materiał z jego ramion, odrzucając go na krzesło stojące obok, napawając się widokiem jego umięśnionego, pokrytego licznymi tatuażami, ciała. I dostrzegłem ją na jego ramieniu, śmiejącą się do mnie szczerze. Nerwowo wpuściłem wzrok, niemalże dusząc się swoją własną porażką. Jak mogłem liczyć na to, że tak naprawdę kochał mnie, nie ją? Podniosłem się gwałtownie, kierując się do wyjścia. Nie mogłem… Nie chciałem robić sobie jeszcze większej nadziei, że między nami kiedykolwiek będzie tak, jak być powinno. Gdy go mijałem, chwycił mnie za nadgarstek, przyciągając do siebie.
- To nic nie znaczy. – szepnął speszony, zakrywając spory tatuaż swoją drobną dłonią. – Liam, musisz mi zaufać. Ty jako jedyny wiesz, co czuję, więc proszę Cię, nie niszcz tego. – zatopił się w moim pełnych wargach, obejmując rękoma mój kark. Chciałem, by był mój, ale czy to cokolwiek zmieniało? Poddałem się. Poddałem się, gdy jego dłoń wędrowała spokojnie pod moją koszulą, drażniąc paznokciami wrażliwą, jasną skórę. Guziki rozpadły się po całej podłodze naszego tourbusa, gdy Zayn rozerwał ją na strzępy jednym, sprawnym ruchem, odsłaniając tym samym mój tors, unoszący się w zaskakująco szybkim tempie. Czułem, jak moje myśli splatają się ze sobą do tego stopnia, że uniemożliwiały mi trzeźwe myślenie. Widziałem tylko jego, dostrzegałem tylko jego ruchy i odczuwałem tylko to, jak błądził po moim ciele. Niczego innego nie byłem w stanie zarejestrować. Malik był piękny. Najcudowniejsza istota, jaka kiedykolwiek stąpała po tej ziemi. Wpatrywałem się z miłością i pożądaniem w jego ciemne tęczówki i tonąłem, czułem się jakby ktoś nagle wrzucił mnie na głęboką wodę, bez ostrzeżenia, bez uprzedniego treningu, bez umiejętności pływania. Przyciągnął mnie do siebie jeszcze bliżej, złączając nasze klatki piersiowe, bijące niemalże w tym samym rytmie. Unosiły się żwawo raz górę, raz w dół, uniemożliwiając mi swobodne oddychanie. Nie byłem niczego pewny – miałem wrażenie, że za moment stracę oddech, grunt pod moimi nogami rozpadnie się w nicość, a ja upadnę w przepaść, z której już nigdy się nie wydobędę. Tak działał na mnie Zayn. Pożądałem go i zarazem bałem się, tak niewyobrażanie bałem się, że go stracę. Przygniótł mnie do podłogi całym ciężarem ciała i, choć mogłem go bez problemu z siebie zrzucić, pozwoliłem mu przejąć nade mną kontrolę. Nie dbałem o nic i kompletnie nic nie robiło mi różnicy, ważne, że mulat był przy mnie. Otulił ciepłymi wargami moją szyję, całując ją namiętnie i, cholera, byłem pewny, że nazajutrz wstanę cały posiniaczony. Odchyliłem głowę nieznacznie do tyłu, robiąc mu tym samym więcej miejsca do dyspozycji. Jego idealnie gładkie usta koiły mnie, rozpływałem się pod ich wpływem. Mknęły przez całą długość mojej szyi, zahaczając sporadycznie, a to o moją brodę, a to o wystające obojczyki. Z czasem zaczęły schodzić wraz z ich właścicielem, torując sobie drogę przez klatkę piersiową do podbrzusza. Zadrżałem, czując jego gorący oddech w okolicy pępka. Uśmiechnął się, spoglądając na mnie z dołu, spod swoich ciemnych, długich rzęs. Bez zastanowienia odpiął zamek moich ciemnych spodni, zsuwając je wraz z bielizną z moich nóg. Nie byłem w stanie zarejestrować tempa, w jakim to uczynił, nie potrafiłem przy nim myśleć. Wodził dłonią po wewnętrznej stronie mojego uda, powodując tym samym, że moje plecy wyginały się w łuk. Bawił się ze mną, zataczając kółka w okolicy mojej męskości, śmiejąc się cicho pod nosem z tego, jak na to reaguję.
- Zayn… - szepnąłem, gdy ujął mojego penisa w swoją drobną dłoń, zaciskając ją na nim. Patrząc na mnie swoim czekoladowym wzrokiem, wykonywał powolne ruchy w górę i w dół, doprowadzając mnie niemalże do szału. Wiłem się pod jego ciałem, jęcząc jego imię tak, jakbym właśnie wypowiadał słowa modlitwy. Nachylił się nad moim twardym członkiem, obdarzając go ciepłem swojego oddechu. Przejechał językiem po całej długości, zaciskając swoje usta na główce, zasysając ją czule. – Kurwa mać. – wyrwało mi się, czując, jak jego sprawne wargi zaczynają poruszać się w odpowiadającymi mi tempie. Nie mogłem powstrzymać się przed wpleceniem palców w jego gęste, ciemne włosy, przyciągając go jeszcze bliżej swojego ciała. Oddychałem głęboko, duszą się otaczającym mnie powietrzem, jakby co najmniej było trucizną. Wszędzie unosił się jego zapach, a ja nie mogłem skupić uwagi na niczym, kompletnie się zatracając. Nie kontrolowałem nawet swojego ciała, drżącego pod wpływem jego działania. Czułem, jak moja męskość obija się o tylną ściankę jego gardła i, matko przenajświętsza, to było takie niesłychanie gorące doświadczenie, którego z całą pewnością nie zapomnę do końca życia. Przejechał językiem po dolnej części mojego penisa, wysuwając go ze swoich warg. Przywarł do moich ust, na moment się w nich zatracając. Objąłem go w pasie, chcąc czuć go przy sobie tak blisko, jak to tylko było możliwe. Błądziłem po jego nagich, napiętych plecach, pozostawiając na nich pojedyncze szramy od swoich paznokci. – Kochaj się ze mną. – szepnąłem, niemalże wprost do jego ust, a czując, jak szeroko się do mnie uśmiecha, zrozumiałem, że zaakceptował moją ofertę. Oderwał się ode mnie, zrzucając z siebie zbędne ubrania, walcząc przez ułamek sekundy z klamrą od swojego paska. Nagi był jeszcze piękniejszy, niż w swoim czarnym, ślubnym garniturze i cieszyłem się, że w końcu się go pozbył. Ponownie przygniótł moje ciało, całując mnie po klatce piersiowej, zataczając językiem kółka wokół moich brodawek.
- Jesteś pewny, Li? – spytał, patrząc wprost w moje zamglone z pożądania tęczówki. Mogłem tylko skinąć potwierdzająco głową, odrzucając na bok wszelkie uprzedzenia. Pragnąłem go, jak nikogo innego dotąd, jednak nadal gdzieś tam, wewnątrz mnie, odzywał się głos, który mówił mi, że właśnie niszczę jego nowy, dopiero zawarty związek z blondwłosą dziewczyną, która teraz, jak gdyby nigdy nic, czekała na niego w ślubnym samochodzie. Chłopak obrócił mnie bokiem do siebie, kładąc się za mną i silnie obejmując mnie w pasie. Oparł głowę na moich plecach, a ja czułem jego oddech, przeszywający mnie na wskroś i przyjemne drapanie jego zarostu. Że też musiał być taki idealny… Rozchylił nieznacznie moje pośladki, wsuwając we mnie swój chudy, długi palec. Nie mogłem nie wydać z siebie gardłowego jęku, gdy zaczął się we mnie delikatnie poruszać. Robił wszystko, by nie sprawiać mi bólu i rzeczywiście, nie czułem niczego innego, poza cholerną przyjemnością, jaką dawał mi z każdym, nawet najmniej wyczuwalnym pchnięciem. Zwinąłem się nieznacznie, wypychając biodra w jego kierunku, podczas gdy on dołożył kolejny palec, jeszcze bardziej mnie podniecając. Czułem, jak moje mięśnie przestają wstawiać opór w wyniku jego sprawnych, rytmicznych ruchów wewnątrz mnie. – Wszystko dobrze? – zapytał, opierając brodę na moim ramieniu, z zaciekawieniem obserwując moje zaciśnięte wargi i na wpół przymknięte powieki. Nie, nie było dobrze. Chciałem go tu i teraz, a on nadal sobie ze mną pogrywał.
- Zayn, proszę Cię… - wyciągnąłem dłoń za siebie, łapiąc go znacząco za biodro. – Nie baw się ze mną. – dodałem pewnie, przyciągając go najbliżej, jak tylko byłem w stanie. Posłał mi ciepły uśmiech, całując mnie czule w policzek, po czym wszedł we mnie jednym, sprawnym ruchem, a ja wygiąłem się pod nim tak silnie, że musiał mnie przy sobie przytrzymać. Uderzyłem pięścią w twardą podłogę, czując go w sobie. Marzyłem o tym od tak dawna, że miałem wrażenie, jakby właśnie realizowały się moje najskrytsze marzenia. Miałem go, był mój. Tylko mój… Zatracałem się z każdym, kolejnym ruchem, który wykonywał w moim ciele i modliłem się skrycie, by ten moment trwał wiecznie. Obejmował mnie swoimi ciepłymi ramionami, tuląc się do moich spiętych pleców, całując je sporadycznie. Nasze oddechy mieszały się ze sobą, a usta wypowiadały nawzajem swoje imiona. W powietrzu unosiła się aura miłości, w której trwaliśmy jak dwaj rozbitkowie na bezludnej wyspie. Nie liczyło się nic, ważna była tylko ta chwila, w której byliśmy razem. W której byliśmy jednością. Ujął moją twardą męskość w dłoń, wodząc po niej, gdy oboje czuliśmy, że jesteśmy już na krawędzi, która dzieli nas od ostatecznej mety. Jęknąłem, wyginając się pod nim, gdy zdecydowanie przyspieszył, pogłębiając pchnięcia. Czułem go tak dokładnie. Nie mogłem do końca uwierzyć, że to naprawdę się dzieje… Oparł czoło na mojej łopatce, dochodząc we mnie z cichym sapnięciem tuż przy moim uchu. Oboje czuliśmy się wyjątkowo spełnieni.
- I co teraz, Zayn? – zagadnąłem, spoglądając w sufit naszego tourbusa, leżąc na twardej podłodze tuż koło miłości mojego życia. Bałem się odpowiedzi, jednak z drugiej strony, tak bardzo jej potrzebowałem. Chciałem mieć pewność, jak dalej potoczy się nasze wspólne życie, skoro oboje zdecydowaliśmy się na to, do czego między nami przed chwilą doszło. Westchnąłem głęboko, zbierając się na odwagę, by spojrzeć w jego czekoladowe tęczówki. Uniósł się na łokciach, kładąc głowę na mojej klatce piersiowej. Przymknął swoje powieki, błądząc długimi palcami po moim ciele. – Zostaniesz ze mną?
- Cóż… - zaczął niepewnie, jakby się zastanawiając. – Pod jednym warunkiem. – szepnął, wtulając się we mnie jeszcze bardziej. Szturchnąłem go delikatnie w ramie, oczekując natychmiastowej odpowiedzi. – Czy będziesz moją miłością? – nie odpowiedziałem. Zatopiłem jedynie swoje gorące wargi w jego. Kochałem go, nie mogłem postąpić inaczej. Był dla mnie wszystkim tym, co najlepsze – wiedziałem, że nie opuszczę go do końca swojego życia…
Come on, skinny love…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz