Liam, jakby od niechcenia, włączył kamerę, siadając naprzeciwko niej. Oparł swoje dłonie na biurku, podtrzymując swój podbródek. Wyglądał na zmęczonego, niewyspanego, mimo wszystko uśmiechał się szczerze i wydawać by się mogło, że w jego głowie krąży jakiś specyficzny pomysł. Jeszcze nigdy nie wyglądał i nie zachowywał się tak tajemniczo, jak teraz, gdy położył przed sobą album ze zdjęciami, otwierając go na pierwszej stronie. Zaśmiał się, pokazując fotografie, ukazujące całą ich piątkę.
A to właśnie jesteśmy my i mogę się założyć, że właśnie o nas mam tutaj opowiedzieć, tak? – padło pierwsze pytanie retoryczne. – Ah, w ogóle. Liam James Payne, jakbyście mnie nie znali i, do cholery, nie wiem, kto to wymyślił. Dziecinada, że każą nam opowiedzieć o nas. Każdy i tak postrzega nas przez pryzmat sławy, więc kogo obchodzi, jacy jesteśmy naprawdę? Jeśli mam być całkowicie szczery, nie mam niczego konkretnego do powiedzenia. Pewnie każdy przede mną lub też po mnie będzie prał wszystkie brudy i, gdy się nad tym teraz zastanawiam, też mam ochotę rzucić na światło dzienne to i owo. – zaciera ręce, przeglądając zdjęcia w albumie. – Cóż, Louis, trafiłeś mi się jako pierwszy. Przeklęty Tomlinson, szczerze go nienawidzę. Oh, nie wiem, czy powinienem to mówić, ale cóż, to chyba nasza chwila prawdy, tak myślę. Jeśli wszyscy, to także i ja. Witaj w moim filmie, panie ofiaro. Pamiętam dzień, w którym się poznaliśmy. Na dzień dobry rzucił w Nialla butem i naprawdę uważał, że jest zabawny, chociaż nikogo to jakoś nie rozśmieszyło. Od samego początku, od kiedy tylko połączyli nas w zespół, miałem z nim nie lada problemy, jednak nie podpadł mi niczym na tyle, bym mógł bez wahania pobiec do naszych menagerów. Zorientował się nawet, gdy podrzuciłem mu marihuanę, by wykluczyć go raz na zawsze z One Direction, biorąc sobie do serca słowa Simona: „Nie będzie narkomanów tym zespole”. – zaśmiał się, wodząc palcami po fotografii przedstawiającej uśmiechniętego szatyna. – Naprawdę, możecie wierzyć lub nie, każdego dnia starałem się podciąć mu skrzydła, jednak ten pieprzony głupek umiał wzlecieć nawet i bez nich. Poznałem jednak jego słabość i nawet teraz chce mi się z tego śmiać, jak sięgam pamięcią wstecz, dokładnie do dwunastego czerwca ubiegłego roku, gdy znalazłem w jego pokoju miliony zdjęć Harry’ego. Oh, mój malutki Louis się zakochał. I tu go miałem. Może to brzmi brutalnie i nie spodziewaliście się tego po mnie, ale cóż, dla sławy byłem i nadal jestem w stanie zrobić dosłownie wszystko. Najmłodszy z nas także. – wyprostował swoje długie palce, odszukując odpowiednie zdjęcie, które uniósł do kamery. Szatyn wraz z chłopakiem z bujnymi lokami na głowie, siedzieli na hamakach w rodzinnym domu Stylesa, do którego trafili na chwilę po utworzeniu z nich zespołu. – Jeśli ktoś z was kiedykolwiek zastanawiał się, kto wymyślił Larry’ego Stylinsona, cóż, nieskromnie powiem, że możecie bić mi brawo. Hip hip hura! To był mój mały plan, jak wykończyć Louisa i, pomimo tego, że nadal żyje, wiem, że powoli się wypala. Harry chętnie mi w tym wszystkim pomógł, bo… Tego jeszcze nie wiecie, ale planujemy z tym dzieciakiem osiągnąć coś znacznie poważniejszego, niż to, co dotychczas osiągnęło One Direction. Zastanówmy się nad tym. Powiedzcie tak szczerze, po co nam Tommo, Horan i Malik? – klasnął w dłonie, wyjmując ich fotografie. Rozłożył je na biurku, przyglądając się im uważnie. – Jestem przy Louisie, więc dobrze. Mówiąc szczerze, ten człowiek w ogóle nie ma talentu. Jedyne, co potrafi, to kłapać jęzorem i pewnie tylko dlatego wszyscy go kochają. Uśmiechnięty od ucha do ucha, zawsze zadowolony z życia. Haha, żebyście tylko wiedzieli, jak bardzo sobie nie radzi. – pokiwał głową z dezaprobatą. – Jest tak kruchy, tak słaby i tak podatny na manipulacje. Wystarczy wytknąć palcem jego błędy, a już ucieka do swojego pokoju, zamyka się w nim i podcina sobie żyły. Ten moment, gdy ktoś ma dwadzieścia dwa lata i jest taki dojrzały. – powiedział z ironią i przekąsem. – Jeszcze z nim nie skończyłem, jemu akurat mam najwięcej do zarzucenia. Cóż, ja i Styles mieliśmy plan idealny, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Dobrze, przyznaję, to było już poniżej pasa, ale gdy zauważyliśmy, że szatyn zakochuje się w nastolatku, od razu zdecydowaliśmy się pociągnąć to dalej. Żałuję, że nie mam przy sobie pamiętnika Harry’ego, poczytałbym wam kilka wpisów odnośnie ich spotkań. Oh, nazwijmy to niby randkami. – ostatnie dwa słowa dobitnie zaakcentował. – Nie sądziłem, że Louis jest skłonny do miłości i nigdy nie powiedziałbym, że od tak sobie pójdzie do łóżka z tym dzieciakiem. To takie żałosne posunięcie z jego strony. Nawet ja i Zayn zachowywaliśmy się o wiele bardziej stosownie, ale o tym później, Malika także nie oszczędzę. Wracając… - westchnął, biorąc kilka głębokich oddechów. – Tomlinson zawsze był i nadal jest moim przekleństwem i marzę o tym, by ten kontrakt już wygasł. Mam wrażenie, że nasz plan upadł, gdy Louis zaczął trzymać się z Niallem, który, swoją drogą, będzie kolejny. Nie ma to jak wspólne podcinanie żył. – zaśmiał się szyderczo ze swoich kolegów. – Tatuś Horan, no kto by pomyślał. Tak, blondynku, ja też o tym wiem, dobre wieści szybko się rozchodzą. Gratuluję synka! – ukłonił się do kamery, pokazując dwa kciuki, uniesione ku górze. – Przepraszam, że przez Harry’ego i także trochę przeze mnie, nie możesz się z nim widywać, przykro mi, że Theo będzie wychowywał twój brat i że nigdy nie będziesz miał tej satysfakcji, że powie do Ciebie „tato”. Pewnie teraz macie mnie za wrednego, kto by się tego spodziewał po spokojnym i zrównoważonym Liamie, prawda? Cóż, pora otworzyć oczy, moi kochani. Irlandczyku! – krzyknął, unosząc jego zdjęcie do kamery. – Odtańczyłbym na twoją część ten narodowy taniec, ale wybacz, nie chce mi się wstawać z miejsca. Chyba najwyraźniej aż tak bardzo mi nie zależy. Gdybym był dobrym przyjacielem, którym nie jestem, cieszyłbym się, że Louis ma w tobie wsparcie, tymczasem mam tylko dwa problemy do wyeliminowania. W zasadzie, widziałem u Tommo tabletki, więc myślę, że jeden sam się rozwiąże. – syknął ze złością, wykrzywiając usta w grymasie. – Jeśli ktoś to kiedyś obejrzy, proszę, nie myślcie, że życzę komukolwiek śmieci. – zaśmiał się, udowadniając tym samym, że jego słowa nie mają żadnego pokrycia z rzeczywistością. – Ja wiem, że to nastąpi, wiem, że Lou tak po prostu się zabije. Jest tak słaby, jak Niall i on także to zrobi, prędzej czy później. Myślę, że kiedyś nastanie taki dzień, że przeczytam ich nekrologi. Okej, a teraz do rzeczy. Horanowi w zasadzie mam do zarzucenia tylko to, że trzyma się z Tomlinsonem, krzyżując moje skrzętne plany. Może nawet byłbym go w stanie polubić, ale przecież jestem sławny, liczą się pieniądze, więc nie wierzę w coś takiego, jak przyjaźń. Jestem kowalem własnego losu, dlaczego miałbym dbać o innych? Czy ktokolwiek dba o mnie? Nie. Oh, i tu was mam. – przysunął nieco bliżej fotografię, przedstawiającą Zayna. Chłopak siedział na zimnym betonie, zaciągając się swoim ulubionym, miętowym papierosem. – Cześć, Malik. – zwrócił się do niego, tuląc zdjęcie do swojej klatki piersiowej. – I pomyśleć, że kiedyś Cię kochałem. To były dawne czasy i myślę… Inaczej, wiem, że to było tylko i wyłącznie głupie zauroczenie. Byłem dzieckiem, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, ty trzymałeś za mnie kciuki, a mi prawdopodobnie wydawało się, że może wyniknąć z tego coś więcej. To, że chodziliśmy na randki, trzymaliśmy się za rączki niczym nastoletnie dziewczynki i całowaliśmy się ze sobą, to nic nie znaczy. Spójrz na Harry’ego i Louisa, nasza miłość z mojej perspektywy wyglądała identycznie. Nie mówię tego z zawiści, Zayn, ale przejrzyjmy na oczy, jaką mielibyśmy szansę na karierę, gdyby naprawdę cokolwiek nas łączyło? Żadną, dlatego tak łatwo z Ciebie zrezygnowałem. Pewnie mnie nie rozumiesz, być może winisz siebie i z całą pewnością winisz mnie, ale… Cholera, jestem młody, mam okazję osiągnąć coś wielkiego, zaistnieć na światowych scenach, moje nazwisko może znajdować się na czołówkach list przebojów. Nie sądziłeś chyba, że spiszę to wszystko na straty dla Ciebie, prawda? – powiedział wyjątkowo poważnie, spoglądając w kamerę. – Kurwa, i tak pewnie tego nie obejrzysz, więc po co rozczulam się nad tym wszystkim jak skończony idiota. – cisnął zdjęciem w kąt pokoju, w którym się znajdował. – Nas nie było i nigdy już nie będzie. Koniec tematu. Czy o czymś zapomniałem? – podrapał się w czubek głowy, jakby skłaniał samego siebie do intensywnego myślenia. – Oh, jeszcze nasz cherubinek. – przewrócił kilka stron albumu, pokazując do kamery uśmiechniętego Stylesa. – Cześć, Hazz. Jak ma się twoje poczucie winy? – zadrwił, choć wydawać by się mogło, że ta dwójka trzyma się ze sobą jak nikt inny. – Taki młody i taki naiwny. Mam nadzieję, że nie sądziłeś, że nasz plan tyczy się wszystkich z wyjątkiem Ciebie? Cóż, błąd. Ciebie także zamierzałem wyeliminować, prędzej czy później. Sam rozumiesz, taka kolej rzeczy. Najpierw Louis, który pociągnąłby za sobą Nialla, potem Zayn, który pewnie teraz umiera z miłości do mnie i na końcu ty. W końcu chciałem być solistą, prawda? – uśmiech nie znikał z jego twarzy. – Pewnie przerażam tych, którzy być może kiedyś to obejrzą, ale nie dbam o to. To tylko moja kaseta, nic wielkiego, przecież równie dobrze mogę kłamać. Wszyscy kłamią. – wzruszył obojętnie ramionami. – Cóż, Harry. Ty także nie jesteś ze mną szczery, ale ja wiem. Wiem, co knujesz w tej swojej lokowanej głowie i, uwierz, nie uda Ci się to. Masz Nicka Grimshaw’a po swojej stronie, Nick ma siłę w mediach, ale to nie gwarantuje Ci sławy. Trzeba mieć jeszcze umiejętności i głowę na karku, a ty potrafisz tylko i wyłącznie dawać dupy starszym mężczyznom. Ups, zabolało? Nie moja wina, że jesteś zwykłą dziwką i przeleciałbyś każdego, kto nie opierałby się przed tobą. Mam zacząć wymieniać wszystkich twoich partnerów, poza Grimshaw’em i Tomlinsonem? Dam Ci szansę, byś mógł o tym opowiedzieć osobiście. Pamiętaj, że było ich zdecydowanie więcej, niż palców u twoich rąk, więc wymieniając, nie zapominaj ich liczyć. Chociaż pewnie przy którymś już straciłeś rachubę, prawda? Mam rację, każdy o tym wie. Boże, i pomyśleć, że miałeś niespełna siedemnaście lat, gdy oddałeś się Nickowi. Harry, Harry, Harry… Jako zespołowy tatuś poniosłem porażkę, nie umiejąc Cię dopilnować. Wybacz, że nie strzegłem twojej cnoty, wierzyłem, że masz zdrowy rozsądek. Pamiętaj, przyjacielu, jeszcze się policzymy. – odłożył wszystkie zdjęcia z powrotem na swoje miejsca, po czym wstał, krążąc po pokoju, jakby nagle się czymś zdenerwował. – Czy powinienem cokolwiek zarzucić sobie? Czy tak by wypadało? Pewnie tak, jednak ja czuję się w pełni usprawiedliwiony. Może i sława mnie zaślepiła, nie zaprzeczę, ale co w tym złego. Jestem młody i chce realizować swoje marzenia, nieważne, że robię to czyimś kosztem. Wszyscy we mnie wierzą, mam niebywałe wsparcie w rodzinie i w swoich dawnych przyjaciołach, którzy za każdym razem trzymają za mnie kciuki, przychodzą na moje koncerty i oddają na mnie liczne głosy, gdy tego potrzebuje. Robią to dla Liama Payne’a, nie dla One Direction, więc dlaczego powinienem czuć się źle, że ich dyskryminuje. Ten zespół… To jedna z najgorszych decyzji Simona Cowella i myślę, że prędzej czy później jej pożałuje. Nigdy nie byliśmy nawet dobrymi znajomymi, udajemy, a fani to kupują. Jeśli ktokolwiek zamierza to obejrzeć, wybaczcie, że jestem taki oschły i bezceremonialny. Nie martwcie się, to tylko moje prawdziwe ja. Liam bez maski, Liam, który niczego nie udaje. Oto ja, wiem, że się zawiedliście. – rozłożył ręce w geście rezygnacji, podchodząc do kamery. – Louis, że też nie mogę o tobie zapomnieć. – przeklął pod nosem, tak, że nie było tego zbytnio słychać. – Udowodnij mi, że potrafisz to zrobić. – mrugnął znacząco. – Cóż, myślę, że to by było na tyle. Powinienem się z wami pożegnać, jednak wybaczcie, mam to gdzieś. – nacisnął odpowiedni przycisk. Zapadła ciemność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz