Wszystko zawarte w rozdziale jest fikcją literacką.
„I wanna run, wanna run away
Hey I’m dreaming of a place called home
I could try but I’m stuck here
Today I’m dreaming of a place that’s.”
Domem nazywamy miejsce, w którym przebywamy większość swojego czasu, jednak co to za dom bez serca? Bez osób, które kochasz? Puste ściany, brak zdjęć wyjątkowych dla twojego serca osób. Dom może być domem, albo klatką. Wybór zależy od ciebie, jednak, to nie tylko ty o tym decydujesz. Swoimi decyzjami, nasi ukochani mogą zbudować potężne mury z miłości, albo zostawić nas bez niczego. Kogo w takim razie będzie to wina? Twoja, ich? Kto wie? Oni, ty? Nikt – i tu właśnie leży problem.
- Więc mam rozumieć, że mam wpaść do naszego mieszkania, krzyknąć w progu coś w stylu „ Louis najdroższy – zakochaj się we mnie, bo inaczej wywalą mnie z zespołu” a on wpadnie mi w ramiona? – sapnąłem wściekły i popatrzyłem się na człowieka w garniturze z mordem w oczach – Czy wyście do cholery powariowali?
- Nie powariowaliśmy, Styles – westchnął zmęczonym głosem, podstarzały facet i uśmiechnął się drwiąco.
- To najwyraźniej powinniście udać się do lekarzy. Nieleczone problemy z głową mogą źle się skończyć.
- No i proszę, mamy naszego buntownika, bad boya – kolejny mężczyzna podniósł swoją głowę znad jakiś papierków, które uparcie przeglądał od początku naszego spotkania.
- Zamknij się – warknąłem, coraz bardziej zdenerwowany.
- Grzeczniej Harry – do pomieszczenia wszedł Simon Cowell, który pojawił się znikąd – Dlaczego nikt nie poinformował mnie o tym planie?
Znasz ten moment, gdy myślisz, że ktoś cię poprze, stanie w twojej obronie, wręcz błagasz go o to swoim spojrzeniem, a on odwraca się plecami do ciebie? Wszystkie twoje nadzieje legną w gruzach, a ostatnia deska ratunku wydaje się mieć dziurę i tonie we wszechogarniającej ciemnej wodzie.
- Najwidoczniej pismo nie doszło – powiedział milszym głosem ten sam facet, który przed chwilą na mnie wrzeszczał.
- Najwidoczniej, jednakże na drugi raz proszę o dokładne notki – odpowiedział spokojnie Cowell.
- Nie będzie żadnego drugiego razu! Czy ty się słyszysz do cholery człowieku?! – wykrzyknąłem zdenerwowany do granic możliwości. Co oni sobie wyobrażali!?
- Powiedziałem byś był grzeczniejszy Harry – westchnął Simon, zdejmując z nosa okulary.
- Tak jakbyście wy byli grzeczni – warknąłem, wskazując palcem na zebrane osoby w pomieszczeniu – Myślicie tylko o własnej korzyści, jesteście cholernymi egoistami. Czy was nie obchodzi Louis!?
- Nie twoja sprawa – po raz kolejny głos zabrał człowiek w garniturze, a ja westchnąłem, unosząc się z fotela – jeszcze nie skończyliśmy!
- Ale ja z wami skończyłem!
- Masz sprawić by się w tobie zakochał, Styles. Wiesz, że nie masz wyboru. Z naszych danych nie jest to takie trudne, skoro raz cię pokochał, pokocha i drugi.
- Nic nie wiecie – wyszeptałem sam do siebie i wyszedłem z pomieszczenia głośno trzaskając drzwiami. Cotygodniowe spotkania z zarządem już i tak wzbudzały podejrzenia u chłopaków, a teraz gdy zacznę się kręcić koło Tomlinsona – tym bardziej. Jednak co ich to obchodzi… Przeklęci egoiści.
„3000 miles away
Feels like it’s forever
Seems like yesterday
We were running ‘round town together
This place just ain’t the same
I miss the stormy weather
I’m not okay
3000 miles away.”
Nie wiedziałem jakim sposobem znalazłem się w studiu tatuażu, mojego dobrego znajomego. Wziąłem ze sobą Eda, jedynego przyjaciela, któremu mogłem w pełni zaufać i znał od a do z cały plan jaki „wspaniały” zarząd dla mnie wymyślił. Był tak samo temu przeciwny jak i ja. Jednak co mogłem zrobić? Gdybym zrezygnował z zespołu, zrezygnował bym z Louisa, pomimo tego, że za każdym razem gdy widziałem jak całował Eleanor moje serce krwawiło, był on numerem jeden w moim sercu. Posiadał jego większą część i nie chciał wspaniałomyślnie oddać.
- Wasz menager cię ukatrupi za kolejny tatuaż – powiedział rozbawiony Sheeran, razem ze mną przeglądając wzory, którymi mógłbym ozdobić swoje ciało – dobrze, że znów nie przyszło ci do głowy przekuwać sobie wargę, albo robić tunel.
- Za tunel wywalili by mnie na zbity pysk, już mi to powiedzieli – westchnąłem, przecierając ręką czoło, a przy okazji odgarniając włosy, które cały czas wchodziły mi do oczu.
- Więc co zamierzasz zrobić?
- Z czym?
- Z tatuażem, Styles … i z Lou – spojrzał się na mnie, a jego niebieskie oczy wywiercały dziurę w mojej głowie.
- Zawsze warto mieć nadzieję, co nie? – zapytałem się, z lekkim uśmiechem na ustach, a w mojej głowie powstał idealny temat na tatuaż.
- Już wiem jaki chcę – zwróciłem się do tatuażysty, który wciąż czekał abym się zdecydował.
- W takim razie zapraszam – powiedział i wskazał swoją dłonią, w jakie miejsce mam się udać – Gdzie ma się znajdować?
- Zaraz pod tym czarnym sercem – odpowiedziałem i oddałem się błogiej przyjemności, może nie było to dobre posunięcie, ale tak było najlepiej. Jeżeli mają mnie wywalić, niech to będzie w pełni moja wina. Nie dam im tknąć Louisa Tomlinsona.
„You don’t pick up but I keep redialing
Cause you’re asleep
Got your phone on silent
Still early here I’m wide awake
I just want to hear you tell me all about your day
Although I never really showed it
I had to leave for me to notice
That living in the sunshine’s cold
I’m dreaming of a place called home.”
Po dwóch godzinach wyszedłem z pomieszczenia z zaklejonym tatuażem. Ed spojrzał się zaciekawiony jednak odmówiłem pokazania mu co zostało tam naskrobane.
- Styles, nie bądź taki.
- To oni stworzyli mi taki wizerunek, Ed. Nic nie mogę na to poradzić. Muszę spełniać ich wymagania czyż nie? – zapytałem się trochę zbyt ostrym tonem i zobaczyłem w oczach przyjaciela, że nie podoba mu się odpowiedź. W zasadzie ktoś musiałby być kompletnym idiotom by warczenie na niego, podobałoby mu się.
- Nie jestem nimi.
- Wiem, przepraszam. Po prostu to dla mnie już za dużo – westchnąłem – chciałbym po prostu wrócić już do domu, odpocząć. Położyć się na kanapie obok Lou, objąć go i nie przejmować się jutrem. Po prostu być, wiesz? Bez żadnych zmartwień…
- Tak jak było kiedyś? – zapytał się chłopak o rudych włosach, spoglądając na przyjaciela.
- Tak jak za dobrych czasów, Ed. Gdy był tylko on, ja i nasza słodka tajemnica.
Pożegnałem się z Sheeranem i wróciłem do mieszkania. Louisa nigdzie nie było więc stanąłem w przedpokoju i spojrzałem się w lustro. Widziałem chłopaka z masą tatuażów, z kolczykiem w wardze i brwi. Chłopaka o pustych a zarazem zagubionych zielonych oczach, w których gdzieś na dnie kryła się nienawiść do samego siebie.
- Czy mogę, Lou? –szepnąłem do lustra, przejeżdżając palcem po swoim najnowszym nabytku.
“‘Cause heaven ain’t close in a place like this
I said heaven ain’t close in a place like this
Bring it back down, bring it back down tonight
Never thought I’d let a rumor ruin my moonlight.”
Minął dzień? Kilka minut? Może miesiąc? Czyżby tydzień? Nie jestem pewien. Łóżko wydaje mi się bardzo wygodnym miejscem, mogę stąd zobaczyć spadające gwiazdy i udawać, że jestem taki jak one. Nic mnie nie trzyma, a gdy za bardzo się spalę, nic nie będzie miało znaczenia. Gdy słońce wschodzi wiem, że ja też muszę wstać. Mam pracę i chociaż wcale nie chcę podnosić się z mojego wygodnego i miękkiego łóżka, które jest przesiąknięte zapachem Eleanor, muszę. Zespół jest ważniejszy, co z tego, że z każdą minutą jej zapach się ulatnia, a ja zostaję w coraz bardziej pustym łożu, z blakniejącymi wspomnieniami mojej niedoszłej narzeczonej?
Żyłem w niebie, a teraz przez kilka głupich słów wylądowałem tu, na ziemi. Nawet księżyc nie świeci już tak jasno, jak świecił gdy byłem z nią.
“Somebody told me
You had a boyfriend
Who looked like a girlfriend
That I had in February of last year
It’s not confidential
I’ve got potential
A rushin’, a rushin’ around.”
- Hej Lou, co robisz? – zapytał się mnie Niall, który od jakiegoś czasu kręcił się bez celu po naszej wspólnej garderobie. Od czasu do czasu zanucił kawałek jakiejś piosenki, która najwidoczniej siedziała mu w głowie.
- Siedzę, Horan. Nie widać? – sapnąłem, w duchu żałując, że właśnie takim tonem odezwałem się do niewinnego blondyna, choć teraz już wcale nie jest blondynem. Ma jedynie kilka pasemek.
- Wyluzuj Tomlinson, spytać się nie można?
- Przepraszam Niall, po prostu to wszystko… już mam dosyć, wiesz? – powiedziałem cicho, spoglądając na Horana, który przysiadł na przyczółku sofy.
- Chodzi o El? – zapytał się, kierując całą swoją uwagę na mnie.
- I tak i nie – westchnąłem ciężko – Ostatnio zauważyłem, że nie jestem tym samym Louisem co rok temu, wszystko się zmienia, każda sytuacja wydaje się mi taka niepotrzebna, każde słowo, jest jakby niewarte poruszania mięśni do wypowiedzenia.
- Nie za bardzo cię chyba rozumiem…
- Gdy… nie powinienem tego ci w ogóle mówić, Horan. Musisz mi obiecać, że nikomu nie powiesz.
- Obiecuję! – powiedział zaintrygowany Niall, przykładając swoją rękę do miejsca na piersi gdzie znajduje się serce.
- Ja rok temu byłem z Harrym i…
- No to, to akurat wszyscy wiedzieliśmy – blondyn szybko rzekł, poprawiając się, aby usiąść wygodniej.
- Dlaczego nic nie powiedzieliście? – zapytałem się w szoku, nadal wpatrując się w Horana szeroko otwartymi oczami.
- Pytanie jest inne Louis, dlaczego to wy nie powiedzieliście nam. Jednak zakładam, że to nie o to chodzi, tylko o to, co stało się potem – westchnął, pocierając dłonią swój kark – Ty i Styles, tak nagle przestaliście ze sobą przebywać, a potem zacząłeś spotykać się z El…
- Myślałem, że z Harrym, myślałem, że to był błąd Niall. Przecież ja nie byłem gejem, ja, który zawsze odwracał sie za dziewczynami, a potem był Hazza i… Ja nie wiem nawet co się stało. Z nieznajomego stał się dla mnie kimś za kogo mógłbym oddać życie bez zawahania.
- Myślę, że wtedy go kochałeś… i pewnie nadal coś czujesz do niego. Widać to, Lou.
- Nie! – wykrzyknąłem – Nie kochałem go, to niemożliwe!
- Louis, okłamujesz się – powiedział pewnie blondyn, a w moim żołądku coś się przewróciło, na znak, że Horan ma rację.
- Może coś do niego czułem, ale to nie było to co mieliśmy razem z Eleanor, Niall. Jestem tego pewny – rzekłem, patrząc prosto w niebieskie tęczówki.
- A nie pomyślałeś czasami, że byłeś z El bo tak było po prostu wygodniej? Nie musiałeś się przejmować, że ktoś was przyłapie, w końcu, cholera, ona była dziewczyną, co nie? - spojrzałem się zaintrygowany na Horana – Myślę, że po prostu bałeś się wtedy zaryzykować, Louis. Wybrałeś łatwiejszą i bezpieczniejszą wersję. Wmówiłeś sobie, że ją kochasz, bo tak było ci wygodnie. Żyłeś w kłamstwie tyle czasu, że to kłamstwo stało się w jednej jakiejś tam, prawdą. A teraz, teraz wszystko się zmieniło, Lou. Musisz być odważny.
- Nie wiem, czy potrafię Niall.
- Tego akurat ci nie pomogę rozwiązać. Masz dwie opcje, nadal żyć w kłamstwie, albo przejrzeć na oczy i pogadać ze Stylesem. Pomyśl nad tym.
“When we first met, headstrong and filled with doubt
Made just enough hustling tables that summer to take you out
I was fallin’ back on forever when you told me about your heart
You laid it on the line.”
- Nie wydaje ci się to podejrzane, że Styles tak kręci się wokół ciebie? – zapytał się mnie Zayn, siadając obok Liama, który z kolei zajmował miejsce koło mnie. W trójkę udzielaliśmy kolejnego wywiadu, a w tej chwili była przerwa, więc mieliśmy czas dla siebie.
- Nie, dlaczego?
- No wiesz, zawsze jest tam gdzie ty jesteś, chyba, że ma odgórny przykaz, że ma być gdzieś indziej – rzekł Payne, a ja pokręciłem głową.
- Jesteśmy tylko przyjaciółmi, więc nie wiem o co wam chodzi – westchnąłem, przypominając sobie rozmowę z Niallem, którą odbyłem kilka dni temu.
- Jesteś tego pewny? Bo z mojego punkty widzenia coś kręcisz – szepnął Zayn – Oboje kręcicie.
- Um chłopcy, czy możemy już zaczynać? – zapytała się jakaś kobieta, na oko miała z dwadzieścia siedem lat, jednak wyglądała całkiem ładnie i młodo. Uśmiechnęła się do nas. Chcąc nie chcąc wymusiłem uśmiech, mając nadzieję, że nie wyszedł mi jakiś grymas.
- Więc po pierwsze, czy Larry jest prawdziwy? Ostatnio widzieliśmy sporo zdjęć, Louis a uwierz mi, fani chcieliby znać odpowiedź.
- Larry to kupa kłamstw wyssanych z palca. Ja i Harry jesteśmy tylko przyjaciółmi, pogódźcie się z tym – sapnąłem wściekły, za co oberwałem z łokcia od Liama. Skoro miałem powiedzieć prawdę, dlaczego czułem gdzieś w środku, że skłamałem i kolejna noc będzie bezsenną, jednak tym razem z innego powodu?
„There’s a panic in this house and it’s bound to surface
Just walkin’ through the front door makes me nervous
It’s creepin’ up the floorboards, got me wondering where I stand
I cannot put out the fire, I got a book of matches in my hand.”
Stałem w progu naszego wspólnego mieszkania, bojąc się przekroczyć linię dzielącą mnie od prawdy i kłamstwa. Moje serce przyśpieszało za każdym razem gdy powtarzałem te dwa słowa, które miałem zamiar dziś powiedzieć Harry’emu. Zamknąłem za sobą drzwi, zmierzając do salonu. Miałem nadzieję, że to właśnie tam będzie Styles, jednak pomyliłem się. Rozejrzałem się po mieszkaniu, jednak nigdzie nie było. Dopiero z jego pokoju usłyszałem głośne przekleństwo, stłumione przez coś. Zapukałem do pomieszczenia, a po chwili usłyszałem donośne „możesz wejść”. Harry stał tam, przy łóżku, dłonią zakrywając swoje usta.
- Coś się stało? – zapytałem się zaniepokojony, spoglądając się niepewnie na chłopaka z lokami na głowie.
- Nic, po prostu miałem mały wypadek – westchnął, odsłaniając dolną wargę. Znajdował się tam kolczyk, najwidoczniej nowy nabytek Stylesa. Chcąc nie chcąc, musiałem jednak przyznać, że wyglądał bardzo pociągająco.
- Kolejny? – zapytałem się z uśmiechem – nie za dużo?
- Proszę, chociaż ty mi dzisiaj nie zrzędź – westchnął – miałem już niezłą pogadankę z Cowellem i Niallem.
- Jasne, Harry, ja muszę ci coś powiedzieć – powiedziałem cicho, momentalnie zerkając na swoje trampki – Ja.. ja kocham cię…
- Nawet nie wiesz ile na te słowa czekałem, Lou – odrzekł ochrypłym głosem, zamykając mnie w swoich ramionach. – Też cię kocham, najmocniej na świecie.
- Przepraszam za to wszystko, za to co zdarzyło się rok temu, za to jak cię potraktowałem i później jak się zachowywałem. Przepraszam Harry – wyszeptałem w jego ramię, cały czas ściskając go w pasie.
- Nie masz za co przepraszać, ważne jest to co teraz, Louis.
Podniosłem głowę, chcąc go pocałować w usta. Gdy zbliżyłem swoje wargi do jego, poczułem jak się cofa. Momentalnie otworzyłem oczy.
- Wierz mi, że chciałbym, ale… moje usta, cholera! – wykrzyknął sfrustrowany.
- Przecież mamy czas – zaśmiałem się – dużo czasu, a teraz chodźmy do salonu, obejrzymy sobie coś.
- Dobrze – westchnął.
- I przyniosę ci trochę lodu, może szybciej ci przejdzie – odszedłem, mrugając zalotnie okiem – Chcę poczuć twoje usta.
- Czekaj Lou! Chrzanić to – powiedział, obracając mnie w swoją stronę. Przycisnął swoje usta do moich. Z jego gardła wydobył się jęk. Poczułem zapach krwi i metalu, jednak mogę stwierdzić, że to był najlepszy pocałunek mojego życia. I jedyne co pamiętam z tamtej nocy, to, to, że wcale nie oglądaliśmy żadnego filmu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz