Louis i Harry znali się praktycznie od dziecka. Jako mali chłopcy bawili się wspólnie w piaskownicy, stawiali babki z piasku i śmiali się, że zostaną razem już na zawsze, będąc dobrymi przyjaciółmi. I nie sądzili wtedy, że kiedyś ich marzenia się spełnią, że kiedyś los otworzy przed nimi zupełnie nowy rozdział, wpychając ich w swoje ramiona. Harry miał zaledwie czternaście lat, gdy zaczął zdawać sobie sprawę z tego, co czuje do starszego o trzy lata szatyna, jednak krył się z tym tak długo, aż ta myśl i to uczucie nabrało intensywności. Louis także nie był obojętny, rozkochując w sobie zielonookiego, lokowanego nastolatka. Gdy młodszy skończył szesnaście lat, postanowili być razem, jakkolwiek miałyby się potoczyć ich dalsze losy. Podjęli ryzyko i chcieli, by im się udało. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie przyjęcie urodzinowe Gemmy, na którym pojawił się on – Nick Grimshaw, dwudziestosześcioletni mężczyzna, kręcący się w nietypowy sposób wokół nastolatka.
Louis nigdy nie przepadał za Nickiem. Za jego podłym charakterem i nietypowym podejściem do życia i do innych ludzi. Nienawidził go za to, że oplótł sobie Harry’ego wokół palca i manipulował nim, a nastolatek, kompletnie nieświadomy, robił wszystko, co ten mu kazał. Był na każde skinienie jego palca. Louis bał się, że pewnego dnia źle się to skończy, że pewnego dnia Nick posunie się o kilka kroków za daleko. Ufał swojemu zielonookiemu chłopakowi, nie ufał jemu – dziesięć lat starszemu, nieprzewidywalnemu mężczyźnie. Harry miał przecież dopiero szesnaście lat, był jeszcze dzieckiem…
***
- Mógłbyś zostać dziś w domu? – poprosił niebieskooki, widząc szykującego się na imprezę chłopaka. Ubierał właśnie idealnie wyprasowaną, czarną marynarkę, dopinając ostatni guzik swojej koszuli. Nick zadzwonił niespełna dwadzieścia minut temu z zaproszeniem, a Harry już stał w pełnej gotowości, nie zwracając uwagi na Louisa. W końcu on i Grimshaw się nie lubili, nie było sensu proponować szatynowi wspólnego wyjścia – i tak by odmówił. – Harry? Proszę Cię, nie ignoruj mnie chociaż. – podszedł do niego, obejmując go od tyłu w pasie. Oparł brodę na jego ramieniu, spoglądając w ich lustrzane odbicie. Byli dla siebie stworzeni, wiedział o tym. Nie mógł wymarzyć sobie kogoś bardziej odpowiedniego. Szturchnął go drobnym noskiem w szyję, wywołując uśmiech na jego twarzy.
- Nie ignoruję Cię, Lou. – odpowiedział pewnie, obejmując jego wątłe dłonie, oplecione ciasno wokół jego pasa. – Po prostu nie lubię Twoich uprzedzeń, co do Nicka. Jest w porządku, przyjaźnimy się. Nie zmienisz tego, choćbyś nie wiem, jak się starał. – obrócił się przodem do Tomlinsona, składając na jego ustach krótki pocałunek. Czuł wibracje telefonu w kieszeni swoich opiętych, ciemnych rurek, sygnalizujące, że mężczyzna właśnie po niego przyjechał. Oderwał się od swojego ukochanego, przeczesując po raz ostatni swoje gęste loki. Wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami. Louis niepewnie podszedł do okna, odchylając nieznacznie firankę. Oparł głowę o framugę, obserwując jak zielonooki wsiada do nowego, czarnego samochodu Nicka. Ruszają z piskiem opon, pozostawiając za sobą tylko kurz, unoszący się nieznośnie w powietrzu.
Uważaj na siebie. Masz dopiero szesnaście lat… pomyślał niebieskooki, opadając na ich wspólne łóżko. Tak puste i tak niewiele znaczące, gdy nie było w nim Harry’ego.
***
Dochodziła prawie północ, a Harry nadal się nie pojawił. Louis leżał w sypialni, oglądając któryś z kolei, beznadziejny, miłosny film, czekając wytrwale na powrót chłopaka, od którego nie otrzymał ani jednej wiadomość. Mógł wsiąść w samochód, owszem, ale co by to dało? Nie chciał wychodzić na przewrażliwionego, natrętnego osobnika, który ma zamiar na każdym kroku ograniczać osobę, którą kocha ponad życie. Miał jednak złe przeczucia i martwił się, ponieważ nie lubił, gdy Styles był w jego towarzystwie. Nie mógł jednak mu tego zabronić. Przyjaźnili się i Louis mu ufał. Nie ufał jemu… Nick był podejrzany, ciężki do zrozumienia. Szatyn nie mógł pojąć, dlaczego wybrał akurat Harry’ego. Poznali się kilka lat temu na urodzinach jego siostry – Gemmy, od tego czasu mężczyzna nie opuszczał zielonookiego niemalże na krok. Spotykali się tak często, jak było to możliwe. Godzili jego pracę ze szkołą nastolatka i nikogo nie dziwiło to, że łączyła ich przepaść. On był sławnym prezenterem, on miał wpływy, on był rozpoznawalny na każdym kroku. Harry był tylko zwyczajnym chłopakiem, marzącym o karierze muzycznej i swoim własnym zespole. Różniło ich dziesięć lat. Czego on mógł chcieć od dziecka? Louis poderwał się, sięgając z nocnej szafki swój telefon komórkowy. Wystukał jedną, znaczącą wiadomość, po czym powrócił do oglądania telewizji.
Do: Harry, 23:58
Wszystko w porządku? Martwię się, Hazz. Jeśli coś jest nie tak, jak być powinno – pisz. Pięć minut i przyjeżdżam po Ciebie.
***
W domu Nicka jak zwykle panowało niemałe zamieszanie i aż roiło się od ludzi z różnych branż, wystrojonych w drogie, odświętne garnitury. Harry początkowo czuł się bardzo nieswojo, przemykając wśród nieznajomych, jednak obecność Grimshaw’a dodawała mu otuchy. Starszy mężczyzna przedstawiał go swoim znajomym, rozpowiadając na prawo i lewo, jak wielki muzyczny talent posiada zielonooki i że tylko i wyłącznie marnuje się, siedząc w domu i odrabiając zadane lekcje. Od czasu do czasu naigrywał się z niego, że powinien rozgrzewać widownię na wielkiej scenie, a nie siedzieć w szkolnej ławce, w której nikt, nigdy nie doceni go tak, jak powinien. Nick był człowiekiem, który potrafił podnieść jego samoocenę o przynajmniej osiemdziesiąt procent i to dzięki niemu nadal wierzył, że kiedyś stanie się sławy, a ludzie pokochają go za to, co będzie tworzył. Przysiadł na wielkiego, skórzanej sofie w jego pokoju, wypijają kilka kolejek z Tomem, najlepszym przyjacielem lub partnerem Nicka, który nigdy nie krył się z tym, jakiej jest orientacji. Harry zazdrościł mu pewności siebie i tej niebywałej łatwości w kontaktach z innymi i w mówieniu otwarcie o tym, jakim jest człowiekiem. Zielonooki wolał trzymać się na uboczu i nie rozpowiadać innym o, chociażby, swoim związku z Louisem, bojąc się, że zostanie niewłaściwie odebrany, że nagle straci szacunek w oczach innych, że ktoś wytknie go za to palcami. W każdym razie, niezależnie od towarzystwa, którym się otaczał, bawił się śpiewnie, absolutnie zapominając o problemach, zapijając je wysokoprocentowym alkoholem.
- O, cześć Harry! – krzyknęła mu nad uchem blondwłosa dziewczyna, w której od razu rozpoznał dobrą koleżankę swojej siostry – Gemmy. Mila, bo tak miała na imię, dosiadła się do niego, tuląc go na powitanie. Czasami mieli okazję porozmawiać ze sobą, gdy blondynka spędzała czas w ich domu lub gdy wychodzili gdzieś w trójkę. Harry doskonale pamiętał ich pierwsze spotkanie w kawiarni, gdzie niechcący wylał na jej sukienkę cały kubek swojej gorącej kawy, po czym Gemma stwierdziła, że już nigdy, ale to przenigdy go ze sobą nie zabierze, bo przynosi jej tylko i wyłącznie wstyd. Jego siostra zawsze była przewrażliwiona na jego punkcie. – Co u Ciebie, mały? – spytała ciepło szesnastolatka, nalewając im wódki do kieliszków stojących na ławie przed nimi. Podała jeden zielonookiemu, wznosząc niemu toast. Przechylili je, krzywiąc się niesłychanie i wycierając nerwowo usta.
- W zasadzie bez zmian. – odpowiedział grzecznie na pytanie, uśmiechając się do Mili, która tylko i wyłącznie posłała mu zaskoczone spojrzenie. – Nie patrz tak na mnie, niczego nie ukrywam. – zaśmiał się, doskonale wiedząc, o co jej chodzi. Gemma, cholerna gaduła.
- Oh, kogo chcesz oszukać, Styles? – szturchnęła go w ramię, ponownie podając mu napełniony cieczą kieliszek. Harry niechętnie go wypił, rozczesując palcami swoje gęste, zmierzwione loki. Zaczynało kręcić mu się w głowie od nadmiaru alkoholu, który dosłownie pochłaniał jego krew, zamieniając ją w procenty. Oparł się o zagłówek sofy, kładąc nogi na niskim stoliku. Wiedział, że Nick nie będzie miał mu tego za złe. Zawsze siedzieli w taki sposób, oglądając komedie romantyczne, podczas ich wieczornych spotkań.
- Dobrze, już dobrze. I tak wiem, że moja siostra o wszystkim Ci powiedziała, pieprzona plotkara. – zażartował, wyobrażając sobie minę panny Styles, gdyby tylko usłyszała, w jaki sposób się o niej wypowiadał. – To dopiero, wiesz… - zaczął niepewnie, wahając się, czy aby na pewno chce, by te słowa opuściły jego pełne, malinowe usta. – Jesteśmy razem od jakiś trzech miesięcy. – zarumienił się, prosząc ją skinieniem głowy o kolejny kieliszek, który tym razem miał ukoić jego nerwy i spowodować, by wszyscy myśleli, że rumieńce na jego twarzy spowodowane są właśnie nadmiarem wódki, a nie przyznaniem się do bycia homoseksualnym. Blondynka spełniła jego prośbę, rozkładając się na kanapie tuż obok niego.
- Louis William Tomlinson, no popatrz, maleńki! – zaśmiała się tak głośno, że wszyscy zebrani spojrzeli w ich kierunku. Grimshaw, siedzący nieopodal, posłał mu ciepły uśmiech, a widząc jego zaczerwienioną twarz, popukał się palcem w czoło, dając mu do zrozumienia, że przecież nie ma się czego wstydzić. Jego reakcja była jednak dość nietypowa. Znając Nicka, powinien był teraz wstać i wszem i wobec ogłosić, że jego młodszy przyjaciel jest gejem. Spokój i opanowanie w tej sytuacji absolutnie nie było do niego podobne. Harry obserwował kątem oka, jak mężczyzna upija kilka łyków swojego drinka, po czym wychodzi do kuchni, w towarzystwie Toma. – Dobry jest? – dziewczyna pomachała mu ręką przed oczyma, starając się przywrócić go do rzeczywistości, w której na moment się zagubił. Otrząsnął się z amoku, posyłając jej pytające spojrzenie. – Pytałam, czy dobry jest w łóżku. – ponowiła pytanie, ponownie wybuchając śmiechem, na co nastolatek jeszcze bardziej się zmieszał, wychodząc gwałtownie do łazienki.
***
Nick opierał się o kuchenny blat, powoli chowając przekąski do lodówki. Dochodziła pierwsza w nocy i goście pomału zaczynali zbierać się do domów, co w zasadzie było mu na rękę. Czuł w sobie pewnego rodzaju złość, słuchając, jak nastolatek oficjalnie przyznaje się do związku z Louisem, którego Grimshaw nie lubił ze wzajemnością. W zasadzie, między nimi nigdy nie doszło do żadnej poważnej kłótni czy wymiany zdań, ale po prostu nie przepadali za sobą. To chyba wyszło od tak, po prostu, bez większego powodu. Mężczyzna wiedział jednak, jak bardzo zazdrosny potrafi być Tomlinson i często, rozmawiając o nim z Harry’m, sugerował mu, że to niezbyt dobra partia nawet na przyjaciela, nie wspominając już o chłopaku. Wmawiał mu, że zasługuje na kogoś o niebo lepszego, niż niebieskooki.
- Jesteś dziwnie zdenerwowany, Nick… - szepnął Tom, kładąc mu dłoń na ramieniu, którą momentalnie strącił. Obszedł swojego dobrego, długoletniego przyjaciela, siadając na krześle za niskim barem, chowając twarz w dłoniach. Był znakomitym aktorem.
- Jestem przeraźliwie zmęczony tymi wszystkim opowieściami ze świata show biznesu. – westchnął, dopijając trunek, który miał w szklance. – Pójdziesz zobaczyć, czy czasami nikt nie rozniósł mi salonu? – spytał, posyłając mu znaczący uśmiech. Jego znajomy westchnął, zostawiając go samego. Gdy tylko przekroczył próg kuchni, Nick postanowił przejrzeć telefon komórkowy szesnastolatka, leżący na blacie tuż przed nim. Zawsze wypominał Louisowi, że zanadto martwi się Stylesem i kontroluje go na każdym kroku, tymczasem on wcale nie był lepszy, klikając na przycisk odblokowujący klawiaturę.
Od: Louis Tomlinson, 23:58:
Wszystko w porządku? Martwię się, Hazz. Jeśli coś jest nie tak, jak być powinno – pisz. Pięć minut i przyjeżdżam po Ciebie.
Zaśmiał się pod nosem, czytając prywatną korespondencję chłopaków, uważając ją za co najmniej żałosną i dziecinną. Był świadomy tego, że ma do czynienia z dwójką nastolatków, ale wpisywanie sobie słodkich wiadomości było poniżej jakiegokolwiek poziomu. Bez wahania wystukał odpowiedź, wysyłając ją do Louisa.
Do: Louis Tomlinson, 00:56:
Spokojnie, wszystko w porządku! Nie martw się, wrócę najprawdopodobniej nad ranem.
Odłożył aparat na stole, prostując wszystkie swoje kości. Wchodząc do swojego przestronnego, nowocześnie wyposażonego salonu, rzucił do zielonookiego tylko: „Możesz zostać na noc, jeśli masz ochotę”, po czym udał się do łazienki, biorąc długi, relaksacyjny prysznic.
***
Szatyn obudził się nad ranem, nie dochodziła jeszcze ósma rano, jednak coś go tknęło, jakieś wewnętrzne przeczucie, że coś jest nie tak, jak być powinno. Rozejrzał się nerwowo po sypialni, jednak miejsce na łóżku obok niego było puste i przeraźliwie chłodne. Harry’ego nie było tutaj ani w nocy, ani teraz. Nie wrócił do domu z imprezy u Nicka, którą Louis od razu zaczął przeklinać w myślach. Poderwał się gwałtownie, sięgając po swój telefon, leżący na nocnej szafce. Zadrżał, widząc wiadomość od swojego zielonookiego chłopaka, której nie odczytał na czas, zasypiając na kolejnej, nudnej komedii, którą wczoraj trawił, nudząc się samotnie w domu. Westchnął zanadto głęboko, czytając krótkiego sms’a, którego otrzymał i który tylko utwierdził go w przekonaniu, że nie jest tak, jak być powinno. Harry nigdy nie napisałby mu tak bezosobowej i pustej w przekazie wiadomości. Zarzucił na siebie pierwsze, lepsze ubrania, jakie miał pod ręką, szukając w szufladach kluczyków do samochodu. Gdy był już w pełni gotowy, ruszył przed siebie, nie dbając kompletnie o nic. Wiedział, doskonale zdawał sobie sprawę, z niezadowolonej miny Nicka, gdy tylko zobaczy go u swojego progu, jednak musiał jechać sprawdzić, czy Styles jest tam, gdzie być powinien. Nie przejmował się tym, że Grimshaw po raz kolejny wyśmieje go za jego przesadną troskę i wypomni mu, że pilnuje chłopaka jakby był tylko i wyłącznie jego własnością. Przełknął głośno ślinę na samą myśl o starszym mężczyźnie, po czym zaciskając swoje drobne dłonie na kierownicy, ruszył w kierunku Avenue Street, na której mieszkał Nick. Mknął tak szybko, że miał wrażenie, że każdy zakręt, w który wchodził, mógł zakończyć się dla niego śmiertelnym wypadkiem. W tamtym momencie jednak miał przed oczyma tylko ciemne, bujne loki i zielone tęczówki, patrzące na niego spod niesfornych kosmyków. Teraz pragnął być tylko przy nim, nie liczyły się mandaty, czy otarta karoseria samochodu, którą zadrapał parkując pod jego dużym domem. Wysiadł tak szybko, że momentalnie zakręciło mu się w głowie i zachwiał się niebezpiecznie, pokonując niskie schodki, by nacisnąć ten przeklęty dzwonek. Jeden dźwięk, drugi, trzeci… Ze zdenerwowania krążył wokół budynku, patrząc przez na wpół zasłonięte zasłony, jednak nie dostrzegał nikogo, a już tym bardziej swojego Harry’ego. Bez wahania i głębszego zastanowienia nacisnął klamkę, popychając drzwi do przodu. Pokręcił z niedowierzaniem głową, gdy okazało się, że przez cały czas były otwarte. Przekroczył niepewnie próg, rozglądając się wewnątrz pomieszczenia. Musiał przyznać, że dom był wyjątkowo urokliwy, a w szczególności jasny, przestronny salon, zachowany w tonacji beżu i jasnego brązu, czyli kolorów, które osobiście uwielbiał. Rozejrzał się bacznie, dostrzegając ciało Nicka, leżące na wielkiej, skórzanej sofie. Podszedł do niego pewnym krokiem, obdarzając go surowym i pogardliwym wzrokiem. Grimshaw spał, rozciągnięty na całej długości kanapy, jedynie w samych bokserkach. Louis, chcąc nie chcąc, szturchnął go w ramię, powodując, że mężczyzna gwałtownie poderwał się do pozycji siedzącej.
- A ty czego tutaj, Tomlinson? – syknął wściekle, przecierając zaspane oczy. Pokręcił głową, kilkakrotnie mrugając, by wróciła ostrość widzenia, zatracona przez krążący w żyłach alkohol z wczorajszej imprezy. – Co, do cholery, robisz w moim domu? – zapytał, szturchając szatyna w ramię do tego stopnia, że zachwiał się, upadając na podłogę.
- Gdzie jest Harry? – wstał, otrzepując dłonie z kurzu i pozostałości po wczorajszej zabawie. Przemaszerował się po salonie, zaglądając po drodze do poszczególnych pokoi. – Harry! – krzyknął, gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi od Grimshaw’a, wbiegając na piętro. Wrócił po kilku sekundach, posyłając mężczyźnie wrogie spojrzenie. Nick wstał, chwytając go za koszulkę i przyciągając nieznacznie do siebie. Spoglądał na niego z góry z taką złością, jakby za chwilę chciał mu zrobić krzywdę. Potrząsnął nim kilkakrotnie, kiwając głową.
- Jesteś skończonym kretynem, rozumiesz? – zaczął, nadal trzymając jego ciało przy swoim. – Skończonym kretynem. Ile razy mam Ci powtarzać, że zachowujesz się jak zazdrosny dupek, nie mający do niego za grosz zaufania? Nie zasługuje na Ciebie, Louis. Powinien mieć kogoś o niebo lepszego. Kogoś, kto dałby mu wolną rękę i nie przejmował się nim za każdym razem, gdy postanawia wyjść gdzieś sam. Ograniczasz go i chcesz nim rządzić, jakby był Twoim pieseczkiem. – syknął, odpychając go od siebie. – Wychodził ode mnie przed drugą.
- Wiesz, może i jestem żałosnym dupkiem, ale ty… - odetchnął głęboko, biorąc chwilę na zastanowienie się, czy właściwie chce to powiedzieć i czy to przyniesie jakiekolwiek pozytywne skutki. – Zresztą, nieważne. Powinieneś był go dopilnować, jak był pod Twoim dachem, Nick. On ma dopiero szesnaście lat. – obrócił się na pięcie, po czym wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami.
***
Długo kręcił się po okolicy, szukając swojego ukochanego, który mógł być dosłownie wszędzie i dosłownie z każdym. Louis wiedział, jak zachowuje się zielonooki, gdy jest pod wpływem alkoholu, a oceniając stan Nicka, był skłonny stwierdzić, że Harry, wychodząc od niego z domu, był przynajmniej w dziesięć razy gorszym, niż mężczyzna. Przeszukał pobliskie, niewielkie centrum handlowe, do którego nastolatek zawsze lubił chodzić, gdy miał trochę wolnego czasu, przeszukał pobliski dworzec kolejowy, na którym raz oboje znaleźli się pod wpływem zbyt wielu procentów, nie wiedząc do końca, jakim cudem wylądowali na peronie drugim, uparcie twierdząc, że czekają na pociąg, trzymając nawet w dłoniach dwa bilety. W ostateczności udał się nawet do parku, po którym lubili spacerować weekendami, gdy Styles nie miał zbyt wielu lekcji do odrobienia. Usiadł na ławce, desperacko kręcąc numer zielonookiego: „Cześć, z tej strony Hazza. Zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału, a na pewno oddzwonię. Rzecz jasna, jeśli to coś ważnego, bo nie lubię tracić pieniędzy na bezsensowne pierdoły!”. Roześmiał się cicho, słysząc jego pocztę głosową i słysząc jego głos, który teraz wydawał mu się tak obcy. Pokręcił głową z niedowierzaniem, wypominając sobie swoją własną głupotę. Nie mógł wybaczyć sobie tego, że wczoraj puścił go na tę przeklętą imprezę, z której po prostu nie wrócił i nikt nie wiedział, gdzie może się podziewać. Przełknął głośno ślinę, wyobrażając sobie najgorsze sytuacje. Był młody, ktoś mógł go wykorzystać, ktoś mógł go w nocy napaść, porwać. Uderzył się dłonią w policzek, nie mogąc znieść natłoku przerażających wizji, które podsyłał mu jego sfrustrowany umysł. Nienawidził Nicka jeszcze bardziej i był wściekły, że dwudziestosześciolatek nie był w stanie upilnować i zadbać o bezpieczeństwo zaledwie szesnastolatka, który nawet nie powinien był dostawać od niego alkoholu. Westchnął, kręcąc numer do Gemmy, która była jego ostatnią deską ratunku. Jeden sygnał, drugi, trzeci, zanim usłyszał jej radosny głos, który niestety musiał zburzyć niezbyt ciekawymi informacjami.
- Gems. – zaczął oficjalnie, nie wiedząc, co właściwie powinien przekazać jego siostrze, by nie zasiać niepotrzebnej paniki. – Czy Harry może jest u Ciebie? – zapytał i zadrżał, gdy blondynka powiedziała krótkie: „Nie”. Nie, nie, nie – kręciło się po jego głowie, jak przeklęte fatum, które nie dawało mu spokoju. Oddychał zdecydowanie zbyt szybko, niż powinien, łapczywie łapiąc powietrze. Miał wrażenie, że za moment udusi się od nadmiaru fatalnych wiadomości, których limit, według niego, został wyczerpany jak na jeden dzień. – Chodzi o to, że wczoraj… - imię tego mężczyzny nie przechodziło mu przez gardło. – Poszedł na imprezę do niego i nie wrócił na noc. – dokończył, akcentując słowo niego, do tego stopnia, by dziewczyna zrozumiała, o kogo mu się rozchodzi.
- Spokojnie, Lou. – odpowiedziała cichym głosem, nie chcąc go podwójnie denerwować. Wiedziała, jak na szatyna działał Nick Grimshaw i jego obecność przy boku Harry’ego. – Gdzie jesteś? Przyjadę pomóc Ci go szukać.
- Jestem w tym parku, co zawsze. Koło mos… - zaczął, urywając w połowie. Wytężył wzrok, spoglądając na most, rozpościerający się kilkanaście metrów od niego i kędzierzawą postać, stojącą poza jego barierkami. – Muszę kończyć, oddzwonię! – krzyknął do słuchawki. Wstając zanadto gwałtownie, zaczął biec w tamtym kierunku ile sił w nogach. Wiedział już, że to zielonooki. Wszędzie poznałby te bujne, kołyszące się na wietrze, loki i jego czarną, nieco za dużą, marynarkę. – Harry! – zawołał, wbiegając na pierwsze deski starego, trzeszczącego pod nogami mostu…
***
Styles stał niebezpiecznie wychylony w przód, z głową spuszczoną na dół, jakby obserwował falującą pod nim taflę jeziora, pokrytą licznymi, jesiennymi liśćmi. Trzęsącymi się dłońmi, ściskał barierkę, stojąc po jej drugiej stronie. Milczał i nie odrywał wzroku od wody, gotowy w każdej chwili skoczyć. Louis podbiegł do niego tak szybko, jak to tylko było możliwe. Zatrzymał się, obserwując nagłą reakcję chłopaka, który uwolnił jedną rękę, puszczając chłodny metal rury, którą kurczowo trzymał.
- Harry… - szepnął szatyn, podchodząc kilka kroków w jego kierunku. Zielonooki drgnął niebezpiecznie, widząc zbliżającego się do niego Louisa. – Proszę Cię, spokojnie. – zaczął, chcąc opanować nerwową atmosferę, która się między nimi wytworzyła. Przesuwał się tak wolno, jak to tylko było możliwe, nie chcąc wykonywać gwałtownych ruchów, które tylko mogłyby go spłoszyć. Nie miał pojęcia, co się stało i nie myślał o tym w tym momencie, obserwując jego ciało, zwisające niebezpiecznie nad taflą jeziora. Widział tylko jego odbicie, widział jego przeraźliwie smutną, zapłakaną twarz i modlił się w duchu, by utrzymał się na swojej jednej ręce, obejmującej barierkę. Powoli wyciągnął dłoń w jego kierunku, którą chłopak tylko przeszył wzrokiem. – Chodź, Harry. Chodź do mnie, tak? Powoli. Odwróć się i chwyć moją dłoń. – stawał coraz bliżej niego. Zbyt blisko, w mniemaniu zielonookiego, który tylko i wyłącznie wychylił się jeszcze bardziej, osuwając niechcący jedną nogę z mokrego i śliskiego pomostu. – Oh, kurwa! – krzyknął Louis, w ostatniej chwili chwytając go za rękę, wciągając nieznacznie na deski mostu. Jakimś cudem przeciągnął jego ciało przez barierkę, przytulając je do siebie z całych sił. Chłopak szarpnął się w jego ramionach, chcąc za wszelką cenę się z nich oswobodzić.
- Puszczaj mnie! – krzyczał, wijąc się po pomoście. – Puść mnie, słyszysz! Nie dotykaj mnie! – Tomlinson wpatrywał się na niego przerażonym wzrokiem, nie rozumiejąc całej tej dziwnej sytuacji. Harry stanął kilkanaście kroków od niego, ciasno obejmując się ramionami. Cały drżał, a po jego policzkach ciekły łzy, które szatyn był w stanie dostrzec nawet z dość sporej odległości. Dopiero teraz zauważył, w jakim stanie był nastolatek. Opierał się plecami o barierkę w swojej podartej koszuli i wygniecionej marynarce. Jego loki tworzyły nieład na głowie, a skórę rąk pokrywały liczne siniaki. Miał także sporych rozmiarów siną plamę na policzku i szczęce i… cokolwiek się stało, był w fatalnej kondycji. Louis wstał powoli, chcąc do niego podejść, jednak szesnastolatek odsuwał się od niego jeszcze dalej, kiwając z przerażeniem głową. – Zostaw mnie… - błagał szeptem, niemalże dusząc się łzami. – Proszę, błagam Cię, nie podchodź do mnie. – szatyn jednak był nieustępliwy, zbliżając się do niego tak, że dzieliła ich zaledwie odległość na wyciągnięcie ręki. – Nie dotykaj mnie. – Styles usiadł na moście, chowając twarz w dłoniach. Sinymi palcami obejmował swoje policzki, a jego nadgarstki zdobiły ślady po skrępowaniu. Starszy chłopak potrząsnął głową z niedowierzaniem, kucając kilka kroków przed nim.
- Nie bój się. – szepnął, uporczywie się w niego wpatrując. – Nie zrobię Ci krzywdy, Harry. Spokojnie. – wyciągnął rękę w jego kierunku, po czym cofnął ją, uznając, że nie przemyślał dobrze swojej decyzji i słów, które przed sekundą opuściły usta jego miłości. – Zaparkowałem tam, gdzie zawsze. Chodź, pojedziemy do domu, dobrze? – widział, jak zielonooki niepewnie skinął głową, po czym wstał, wyminął go szerokim łukiem, udając się w stronę samochodu, stojącego na uboczu ulicy. Usiadł z tyłu, chcąc być jak najdalej od niebieskookiego. Zapiął pasy, całą drogę milcząc i roniąc łzy…
***
Musiał zaparkować pod pobliskim szpitalem, nie widział innej możliwości. Ciało jego chłopaka zdobiły liczne sińce, więc bał się o jego zdrowie. Nie mógł mieć pewności, że nie stało się nic poważnego, że nastolatek nie ma jakiś wewnętrznych krwotoków, czy czegokolwiek innego. Otworzył mu drzwi, jednak Harry ani drgnął, nie chcąc wychodzić z nagrzanego, ciepłego auta, narażając się na uderzenie chłodnego, jesiennego powietrza. Prawda była jednak taka, że potwornie się bał i nie chciał mieć z nikim styczności, nawet z lekarzami, którzy przecież mieli za zadanie mu pomóc. Słowa zachęty Louisa także nie zdawały się go przekonywać. Podciągnął nogi do klatki piersiowej, chowając w nich zapłakaną i napuchniętą twarz. Szatyn słyszał, jak niespokojnie oddycha i jak z trudem łapie powietrze, krztusząc się własnymi łzami. Zamknął za nim drzwi, udając się do recepcji. Wiedział, że to jedyna słuszna rzecz, jaką może dla niego w tej chwili zrobić. Wysłał do niego sztab sanitariuszy, bacznie obserwując, jak Styles wyrywa się z ich mocnych uścisków, krzycząc na pół parkingu, z którego prowadzili go do wejścia. Co chwile upadał na twardy beton, zdzierając sobie skórę na dłoniach. Wił się po zimnym chodniku, za wszelką cenę chcąc odgonić od siebie lekarzy. Serce Louisa biło przyspieszonym rytmem, a w kącikach jego niebieskich oczu zbierały się łzy. Łzy rozpaczy i niezrozumienia. Czuł, jak rozpada się na drobne kawałki, gdy Harry przechodził koło niego, obdarzając go przejmująco smutnym spojrzeniem. Szarpnął się jeszcze kilkakrotnie, zanim pielęgniarka zrobiła mu zastrzyk, po którym odrobinę się uspokoił.
- Zabierzemy go na badania. – powiedziała młoda lekarka, klepiąc pokrzepiająco ramię szatyna. – Będziemy w sali numer pięć, możesz poczekać przed nią. – Tomlinson tylko skinął głową w podzięce, po czym zsunął się po białej, szpitalnej ścianie, chowając twarz w dłoniach. Nie wiedział, co stało się na tej przeklętej imprezie lub co stało się po niej, że jego ukochany chłopak znajdował się w takim, a nie w innym stanie. Poczucie winy spychało go na samo dno piekła i dosłownie czuł na swojej skórze żar piekielnych płomieni, liżących jego porcelanową skórę. Wiedział już, że nigdy sobie tego nie wybaczy. Wyciągnął z kieszeni swoich jeansów telefon, dzwoniąc w pośpiechu do jego siostry. Trzęsącą dłonią trzymał aparatu przy uchu, czekając, aż dziewczyna raczy odebrać. Nie marzył o niczym innym tak bardzo, jak o tym, by usłyszeć jej radosny głos po drugiej stronie słuchawki.
- Tak? – zaczęła niepewnie, nie wiedząc, co w zasadzie powinna powiedzieć. Louis także milczał długą chwilę, zbierając się w sobie. – Halo, jesteś tam?
– Jestem z H-Harry’m w sz-szpitalu… - załkał, głośno przełykając ślinę. – Gemma, przyjedź, p-proszę Cię. – rozłączył się, rozkładając się na zimnych płytkach. Potrzebował kogoś, kto ukoiłby jego zszargane nerwy. Potrzebował kogoś takiego, jak blondwłosa dziewczyna, która była lekiem na wszelkie zło tego świata.
***
Siedzieli, czekając na jakiekolwiek wieści. Louis nerwowo tupał nogą, wtulony w zagłębienie szyi kilka lat starszej dziewczyny, która była praktycznie jedyną osobą poza Harry’m, która potrafiła w jakikolwiek sposób go uspokoić. Względnie uspokoić, bo szatyn był kłębkiem nerwów, gdy tak siedział i dosłownie podrywał się z krzesła, gdy drzwi skrzypiały i do sali co chwilę wchodzili co rusz to nowi lekarze.
- Dzwoniłeś do niego? – zapytała blondynka, wyprowadzając go tym z równowagi. Podniósł się na równe nogi, krążąc wzdłuż korytarza. – Rozumiem, że nie. Dobrze… - zaczęła, wyjmując z kieszeni swoją starą, zniszczoną komórkę, która jakimś cudem w ogóle jeszcze działała. Tomlinson posłał jej zdziwione spojrzenie, widząc, jak zacięcie kręci numer, przykładając aparat do ucha. Słyszał wyraźnie to charakterystyczne piszczenie, gdy czeka się, aż druga osoba odbierze i złość w jego żyłach aż zakipiała. Musiał usiąść z powrotem na twardym, szpitalnym krześle, by nie upaść z nadmiaru emocji. Gemma odeszła kilka kroków od niego, nie chcąc go niepotrzebnie prowokować rozmową z Nickiem, którą wręcz musiała przeprowadzić, obwiniając go za niedopilnowanie jej ukochanego brata.
- Oh, witaj, Nicholasie. – zaczęła oficjalnie, spoglądając kątem oka na szatyna, siedzącego z głową opartą o białą ścianę. Pokręciła z niedowierzaniem głową, zastanawiając się gorączkowo, skąd biorą się współcześni, aż do tego stopnia przewrażliwieni mężczyźni. – Jak się ma Twoje poczucie winy? Słyszałam, że znakomicie.
- Do czego dążysz, Gems? – syknął do niej, chcąc ją jak najszybciej zbyć. – Tomlinson naskarżył Ci już, jaki to jestem zły i niedobry? – zadrwił.
- Chciałam Ci tylko przekazać, że jestem wdzięczna za dopilnowanie mojego szesnastoletniego brata, którego Louis znalazł po drugiej stronie barierki mostu, gotowego rzucić się w to jebane jezioro. – powiedziała nieco podniesionym tonem, akcentując dobitnie wiek Harry’ego. – Wyciągniesz z tego konsekwencje, Grimshaw. Osobiście tego dopilnuję. – rozłączyła się, wracając na miejsce, z którego chwilę wcześniej się podniosła. Poklepała szatyna po plecach, przyciągając go do siebie. – Nie martw się, będzie dobrze. – szepnęła, całując go w czubek głowy. Była dla niego jak starsza siostra, zawsze gotowa wyciągnąć pomocną dłoń i w tym momencie była jedyną osobą, która myślała trzeźwo. Drzwi sali z numerem pięć otworzyły się z charakterystycznym trzeszczeniem, które spowodowało, że oboje ponieśli się ze swoich krzeseł, podchodząc do młodej lekarki, która mogła być niewiele starsza od dwudziestotrzyletniej Gemmy. Kobieta popatrzyła na nich smutnym wzrokiem i chwytając ich pod ramię, podprowadziła ich kilka sal dalej, zatrzymując ich pod wielką szybą, dzielącą ich od Stylesa. Louis musiał odwrócić wzrok, widząc jego posiniaczone i poodzierane ciało, podpięte do wszelakich urządzeń monitorujących jego funkcje życiowe. Łzy zakręciły się w kącikach jego oczu, gdy uświadomił sobie, jak kruchy i delikatny jest jego chłopak i jak bardzo ktoś go skrzywdził. Przeklinał w myślach ten feralny dzień, w którym pozwolił mu wyjść samemu do Nicka.
- Państwo jesteście z rodziny, dobrze rozumiem? Nie mogę udzielać informacji nikomu innemu. – zaczęła rzeczowo, na co Gemma skinęła twierdząco głową, przyciągając niebieskookiego jeszcze bliżej siebie, widząc, w jak fatalnym zaczyna być stanie. Objęła go w pasie, przytulając do swojej piersi, po czym poprosiła lekarkę, by kontynuowała. – Niestety nie mam dla Was dobrych wieści. Jego stan jest oczywiście stabilny i nic nie zagraża jego życiu, jednak… - przerwała, wpatrując się w zaczerwienioną twarz chłopaka, który spojrzał na nią w momencie, w którym obwieściła, że coś jest nie tak, jak być powinno. – Harry został zgwałcony. – dokończyła wypowiedź, obserwując, jak bladzi nagle się zrobili. Posadziła ich obu na krzesłach, kucając przy nich i obejmując dłońmi ich kolana. – Jutro będziecie mogli zabrać go do domu. Dam wam namiary na naprawdę dobrych psychologów. – Louis zdawał się nie kontaktować, dławiąc się poczuciem winy i wyrzutami sumienia. Wiedział, że nie można było ufać Nickowi, wiedział, że nie dopilnuje szesnastolatka tak należycie, jakby sobie tego życzył. Popełnił błąd – jeden błąd, pozwalając Stylesowi iść i pobawić się w starszym, wydawać by się mogło, dojrzalszym gronie. Kątem oka zdołał tylko zarejestrować blondynkę, pocierającą jego plecy, chwilę później znikającą za białymi drzwiami z numerem dziewięć.
Do: Nick Grimshaw, 16:27
Nienawidzę Cię. Szczerze Cię nienawidzę…
***
Nigdy nie stawiał tak niepewnych kroków, jak tego dnia, gdy po raz pierwszy szedł do domu Harry’ego po tym feralnym wypadku, do którego doszło zaledwie dzień wcześniej. Rano wypisano chłopaka ze szpitala i Gemma przywiozła go do rodzinnego domu, w którym czuł się wyjątkowo niepewnie i nieswojo. Nie dopuszczał do siebie nikogo, prócz siostry, więc Louis nie mógł liczyć na to, że nastolatek w ogóle będzie chciał go po tym wszystkim oglądać. Trzęsącą się dłonią nadusił dzwonek do drzwi, czekając, aż ktoś raczy mu otworzyć. W progu przywitała go wyjątkowo smutna Anne, od razu chwytając go w swoje ramiona. Czuł się u nich jak u swojej drugiej rodziny, jakby matka i ojciec zielonookiego byli także jego rodzicami. Kobieta trzymała go w swoich objęciach, delikatnie kołysząc go na prawo i lewo, gdy usłyszała cichy szloch, wydobywający się z jego ust. Wszystkim im było ciężko pogodzić się z tym, co się stało, jednak stało się i już się nie odstanie, więc wszyscy musieli przestać obwiniać się za to zajście. Oczywiście, rodzice nie mogli sobie darować, że ich szesnastoletni syn imprezuje jak dorosły, Gemma nie mogła wybaczyć sobie, że w ogóle poznała go z nieodpowiedzialnym Nickiem, z kolei Louis wiedział, że do końca życia będzie żył z przekonaniem, że to jego wina, że gdyby tylko odrzucił na bok swoje obiekcje i poszedł z nim do jego domu, nic złego nigdy by się nie stało. Wróciliby razem po północy, kładąc się do wspólnego łóżka, może oglądając jakiś film, a być może tylko się do siebie przytulając. Teraz wszystko było bez sensu, jego dom był pusty, a Harry tak odległy, że bał się, że już nigdy do niego nie dotrze. Pociągnął nosem, witając się z ojcem nastolatka. Usiedli w salonie przy kubku gorącej, malinowej herbaty, pogrążając się w rozmowie, podczas gdy Gemma starała się wcisnąć w chłopaka choć trochę obiadu.
- Jak on… - zaczął szatyn, uznając, że dokończenie tego pytania będzie po prostu głupie. Jak mógł czuć się ktoś, kogo zgwałcono. – Przepraszam, niestosowne pytanie.
- Boi się, unika z kimkolwiek kontaktu, cały dzień spędza w pokoju. Ufa jedynie siostrze, chociaż jakiś maleńki plus. – odpowiedział jego ojciec, choć Tomlinson w ogóle tego nie oczekiwał. – Gdybym tylko wiedział, kto mu to zrobił, przysięgam, urwałbym mu jaja. – podsumował i zakończył temat, gdy blondynka pojawiła się w progu z pełnym talerzem w dłoni. Pokręciła przecząco głową, odkładając go na stole, po czym usiadła na kanapie między szatynem, a mamą. – Co robi? – ponownie odezwał się mężczyzna, ściskając dłoń córki w swojej dłoni.
- Przed chwilką zasnął. – odpowiedziała, przeczesując wolną dłonią swoje długie, proste włosy. – Cały czas płakał. Nie wiem… - westchnęła głęboko. –Nie wiem, czy dobrze robimy, nie posyłając go do tego psychologa. Jest chodzącą ruiną człowieka. – oparła głowę na ramieniu niebieskookiego, jakby pragnąc od niego jakiegokolwiek wsparcia, którego niestety nie był w stanie jej dać. Tak cholernie żałował, że nie było go wtedy przy nim, wiedział, że nigdy sobie tego nie wybaczy. Jeden błąd obrócił życie ich wszystkich w jeden, wielki koszmar, z którego wszyscy chwieli się obudzić, jednak do końca nie potrafili. Znaleźli się w potrzasku, powieki ciążyły od nadmiaru złych emocji, a piekielny wir wciągał ich jeszcze głębiej, na kolejne poziomy cierpienia i bólu. A na samym dnie siedział on, Harry Styles. Nastolatek wykorzystany przez jakiegoś zboczeńca, który nie zasługuje na to, by żyć i by móc nazywać się człowiekiem. Obraz ran i siniaków na ciele chłopaka tkwił w umyśle Louisa tak silnie, że nie był w stanie pozbyć się tej wizji, która wracała do niego za każdym razem, gdy pomyślał o swojej zielonookiej miłości. Kochał go, tak bardzo go kochał i cierpiał wraz z nim, bojąc się o ich wspólną przyszłość. Zdawał sobie sprawę z tego, jak nastolatek zareagował na niego, gdy tylko go zobaczył. Widział przeraźliwy strach w jego oczach i ból wypisany na twarzy, gdy tylko go dotknął. Tomlinson miał wrażenie, że wszystko jest już stracone, że nigdy nie będą już dla siebie tym, kim chcieli być. A przecież mieli być na zawsze… Gemma z troską co jakieś piętnaście minut sprawdzała, czy jej brat aby na pewno śpi i czy czegoś nie potrzebuje. Szatyn, korzystając z okazji, chodził wraz z nią, mogąc jedynie obserwować sine kości policzkowe chłopaka i jego przymknięte, podpuchnięte od płaczu powieki. Mimo wszystko, nadal uważał, że jest najpiękniejszą istotą chodzącą po tym świecie. W duchu modlił się o to, by szesnastolatek kiedykolwiek dał mu szansę zaistnieć w jego życiu jako ktoś, komu będzie mógł w pełni zaufać i kto nigdy, przenigdy więcej go nie zawiedzie. Przysiadł na skraju łóżka, obserwując blondwłosą dziewczynę, poprawiającą mu poduszkę pod głową. Gładziła jego loki, wzdychając głęboko. Patrzenie na niego, będącego w takim stanie, było przeraźliwie ciężkie. Chłopak, który zawsze tętnił energią, zarażał wszystkich optymizmem i pozytywnym nastrojem, leżał teraz przed nimi kompletnie wyprany z jakichkolwiek uczyć, jak kaleka emocjonalna. Zbolały, wykończony psychicznie i fizycznie, z rozdartą duszą. Nie mógł powstrzymać się przed dotknięciem jego sinego policzka, więc przesunął po nim palcem tak delikatnie, jak to tylko było możliwe. Nawet nie drgnął pod wpływem jego ciepła. Louis czuł, że za moment po raz kolejny się rozpłacze.
- Pójdę tylko po tabletkę dla niego, dobrze? – rzuciła Gemma, raz jeszcze przykładając rękę do jego czoła. – Jest rozpalony, ma gorączkę. – westchnęła, wychodząc i pozostawiając ich samych w jednym pokoju. Teraz mogło wydarzyć się dosłownie wszystko i szatyn błagał w myślach, by Harry się nie obudził. Nie chciał, by zobaczył go przy jego łóżku, tak niebezpiecznie blisko jego skrzywdzonego ciała, tak niebezpiecznie blisko jego okaleczonych dłoni. Tomlinson dosłownie czuł jego niespokojny, gorący oddech na swojej ręce i wiedział, że gdyby tylko otworzył powieki, wpadłby w panikę. Odsunął się nieznacznie w tył, strącając szklankę z wodą z nocne półki. I stało się to, czego najbardziej nie chciał. Zielone tęczówki wpatrywały się w niego z przerażeniem, a ciało odskoczył do tyłu, chcąc być jak najdalej od niebieskookiego.
- Spokojnie, Hazz… - szepnął momentalnie, wycofując się aż pod drzwi, podnosząc ręce w akcie kapitulacji. – Ja tylko…
- Wyjdź! – krzyknął, zanosząc się łzami. – Wyjdź stąd natychmiast! – otulił się kołdrą pod samą szyję, odwracając od niego wzrok. – Boże, wynoś się! Proszę Cię, zostaw mnie w spokoju… - Louis wybiegł z jego pokoju, siadając na schodach, na których w panice minęła go Gemma. Słyszał, jak wpada do środka, a drzwi uderzają o jego kremową ścianę. Słyszał, jak dziewczyna siada na łóżku, które trzeszczy pod jej ciężarem i wiedział, że przytula go właśnie do siebie, kołysząc go delikatnie, by się uspokoił. Nie rozumiał, dlaczego akurat ona zyskała ten przywilej, skoro to on kochał go bardziej, a przynajmniej inaczej, niż ona…
***
Przekroczył próg ich wspólnego, wyjątkowo pustego domu, od kiedy Harry w nim nie mieszkał. Tutaj wszystko przesiąknięte było nim. Louis usiadł na łóżku w ich sypialni, wspominając każdą chwilę spędzoną w tych murach. Tak doskonale pamiętał swoją przeprowadzkę z Doncaster i trudne rozstanie z całą rodziną, a później właśnie ten dom, który wynajął i w którym pozwolono mu zamieszkać wraz z nastolatkiem. Jego rodzice mu ufali i wiedzieli, że Styles tego chce, że chce rozpocząć nowy etap swojego życia, choć był jeszcze bardzo młody i wymagał rodzicielskiej kontroli. Tomlinson stał się jego matką i jego ojcem, a do tego wyjątkowym partnerem, z którym dopiero wkraczał w świat miłości. I nie była to szczeniacka miłość, tylko głębokie uczucie, do którego oboje musieli dojrzeć po wielu latach znajomości, a później przyjaźni, której nie mogli przecież zepsuć, gdyby okazało się, że jednak nie tędy wiedzie ich wspólna droga. Oboje podjęli ryzyko, a ten dom był przypieczętowaniem wszystkiego – każdego uczucia, każdej emocji, każdej cząstki nich. Teraz stał pusty i Louis był pusty, bo bez Harry’ego nie znaczył nic, a przynajmniej takie miał wrażenie. Każda ściana odbijała jego głos, jego donośny śmiech, a ramki ze zdjęciami uśmiechały się do niego szczerze, uświadamiając mu jak było, niekoniecznie to, jak będzie. Pozostało mu tylko błagać kogoś tam, na górze, by ponownie złączył ich rozbieżne losy w jeden i by wszystko wróciło do normy, na właściwe tory. Kochał go i nie mógł sobie wybaczyć. Kochał go i chciał trzymać go w swoich ramionach do końca życia. Niczego nie był tak pewny, jak właśnie uczucia, którym darzył właściciela najpiękniejszych, zielonych tęczówek na świecie. Oparł się o wezgłowie łóżka, płacząc z bezradności, chcąc, by było tak, jak dawniej…
***
Kilka dni później…
Harry jeszcze słodko spał, podczas gdy Gemma siedziała przy jego łóżku, pilnując go od wczorajszej nocy, która była jedną z bardziej przełomowych, jakie dane im było przeżyć, od kiedy szesnastolatek wrócił do domu ze szpitala. Obudził się przed drugą z krzykiem i przeraźliwym płaczem, błagając, by ktoś go zostawił. Był jak w amoku, szamocząc się w ramionach starszej siostry, która nie była w stanie go uspokoić. Dusił się łzami, nie mogąc złapać oddechu, a wszyscy dookoła niego byli bezradni i mogli tylko biernie obserwować, jak zwija się w kłębek na swoim łóżku, chowając twarz w miękką kołdrę. Był wtedy taki odległy, zupełnie, jakby znajdował się w innym świecie. W świecie, w którym ten ktoś go krzywdził, sprawiał mu niesłychany ból, kaleczył jego młode ciało i ranił, jak ostrzem, jego psychikę. To nie był sen, to wydarzyło się naprawdę. Harry naprawdę zafundował wszystkim tego typu przeżycie. Każdy jednak doskonale go rozumiał. Każdy wiedział, że przechodzi przez piekło, nie mogąc dojść ze sobą do ładu, nie mogąc uporządkować swoich rozbieganych myśli i nie mogąc pogodzić się z tym, co się wydarzyło. Gemma coraz częściej miała wrażenie, że jej brat już nigdy się z tego nie podniesie. Nikt nie wiedział, jak bardzo był wrażliwy i jak łatwo było go zranić. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że płakał częściej, niż ona i przede wszystkim – każdy uważał go za twardego mężczyznę, którym nie był. Był jeszcze tylko i wyłącznie zagubionym dzieckiem, nieznającym życia, nieznającym ludzi i ich podłości. Naiwny chłopczyk, który ufał każdemu i który każdego uważał za swojego przyjaciela. Blondwłosa dziewczyna, po poprawieniu mu poduszki, zaczęła sprzątać jego pokoju, układając porozrzucane wszędzie zeszyty i notatniki, natrafiając na jeden, który w szczególny sposób przykuł jej uwagę. Obity w brązową skórkę, ciężki, z pożółkłymi kartkami. Z aktualnymi datami w środku. Uchyliła go nieznacznie, zaglądając do środka i, choć miała wyjątkowe wyrzuty sumienia, że grzebie w jego prywatnych rzeczach, tłumaczyła sama siebie zaistniałą sytuacją. Bała się o niego. Każdego poranka budziła się przy jego łóżku, patrząc, czy jeszcze oddycha i czy nie zrobił sobie krzywdy. Każdej nocy wstawała z nim, gdy szedł do łazienki i czekała pod jego drzwiami, nasłuchując, czy czasami nie podcina sobie żył lub nie łyka czegoś, czego nie powinien. Ten pamiętnik mógł jej wiele powiedzieć, więc dlaczego nie mogła mu pomóc, czytając go? Wierzyła, że znajdzie tam odpowiedź na niemo zadawane pytania, na które nikt, nigdy nie miał poznać odpowiedzi. Wzięła ze sobą brązowy notes, opuszczając jego pokój. W salonie minęła mamę, informując ją, że chłopak śpi i że wróci od razu po zajęciach. Narzuciła na siebie oliwkową kurtkę, wsunęła czapkę na głowę, po czym wyszła, od razu dzwoniąc do Louisa.
- W parku, za piętnaście minut. – oświadczyła, nie mówiąc nawet, czego sprawa miała dotyczyć. Poprawiając torbę na ramieniu, ruszyła przed siebie, nie dbając o to, że od tygodnia nikt nie widział jej na studiach. Teraz priorytetem był jej brat, liczyło się tylko i wyłącznie jego dobro. Niemalże dobiegła na wyznaczone miejsce, rozsiadając się na ławce. Czekając na szatyna, obracała w dłoniach brązowy notatnik, bojąc się, co może w nim przeczytać. Zadawała sobie liczne pytania i naprawdę, na większość z nich nie znała odpowiedzi i chyba nawet nie chciała poznać. Tam mogło być wszystko, łącznie z tym, co siedziało głęboko w umyśle zielonookiego, a oni po prostu chcieli to naruszyć, być może też dlatego, by pomóc samemu sobie, niekoniecznie jemu. Być może chwieli uleczyć swoje własne sumienia, nie znajdując tam słowa żalu odnośnie ich osób. W każdym razie, cokolwiek by tam nie było, Gemma chciała to przeczytać. Louis pojawił się w niespełna dziesięć minut, zdyszany siadając koło blondynki, która bez słowa podsunęła mu pod nos to, co znalazła.
- Wzięłaś jego pamiętnik? – zapytał poirytowany, spoglądając jej prosto w oczy. – Gems, co to, to nie… Nie licz na to, że będę czytał jego prywatne wpisy. – oddał jej znalezisko, spoglądając przed siebie. Obserwował kolorowe liście, spadające z wielkiego drzewa. Wirowały w powietrzu, tworząc naprawdę piękny obraz, choć szatyn wiedział, że za jakiś czas to wszystko zniknie, zastąpione płatkami śniegu.
- Nie rozumiesz. – szepnęła siostra chłopaka. – Może napisał tam coś, co powinniśmy wiedzieć? Nie wiesz, co się z nim dzieje, Lou. Nie wiesz, w jak przeraźliwym jest stanie. To nie ty spędzasz przy nim każdą, wolną chwilę i nie ty czuwasz przy jego łóżku, gdy budzi się z krzykiem i ze łzami w oczach i nie ty…
- Doprawdy? – wtrącił się, nie pozwalając jej dokończyć. – A zastanawiałaś się może, dlaczego mnie do siebie nie dopuszcza? – wstał, nerwowo krążąc wokół ławki. – Myślisz, że nie chciałbym być na Twoim miejscu? Chciałbym. Chciałbym mieć świadomość, że choć odrobinę mi ufa i że nie ucieknie przede mną, gdy będę chciał go przytulić czy chociażby potrzymać za rękę. Chciałbym mieć poczucie, że nadal mnie kocha, Gemma. Do jasnej cholery, nie sugeruj mi, że się od tego w jakikolwiek sposób odcinam. To on buduje mur, którego ja nie jestem w stanie przeskoczyć. A kurwa, chciałbym. – opadł na skraj ławki, chowając twarz w dłoniach. Wiedział, że niepotrzebnie wybuchnął, jednak poczuł się lżej z tym, że w końcu się przed kimś otworzył. Za dużo uczuć kumulował w sobie od tego feralnego wypadku, zdecydowanie zbyt dużo. Westchnął głęboko, czując ciepłą dłoń dziewczyny na swojej własnej.
- Wybacz. – odparła, opierając głowę na jego ramieniu. – Nas wszystkich to przerasta.
- Czytaj. – powiedział stanowczo, na co dziewczyna posłała mu pytające spojrzenie i już otwierała usta, by wdać się z nim w kolejną dyskusję. – Znam Cię. I tak to zrobisz, ale z dwojga złego, wolę przy tym być…
Zawsze zastanawiałem się nad tym, jak to jest nie czuć. Jakby to było, gdyby w naszym świecie nie istniały żadne emocje, a człowiek byłby po prostu pusty, bezkształtny. Chciałbym tak, zwłaszcza teraz, gdy noszę w sobie tak wiele emocji, których nie jestem w stanie uwolnić. Noszę w sobie wszystko to, co złe i… Nienawidzę samego siebie. Za każdym razem, gdy patrzę na siebie w lustrze, mam ochotę rozbić je pięścią. Nie mogę znieść widoku moich siniaków, krwi rozlanej pod skórą i tych pieprzonych śladów na nadgarstkach, które nie chcą zniknąć, przypominając mi o tym, co się stało. Boli mnie każda, nawet najdrobniejsza komórka. Bolą mnie myśli i bolą mnie słowa. A najbardziej boli mnie to, że wszystkim wydaje się, że mnie rozumieją. Nie, nie rozumiecie mnie…
Pytam sam siebie: „Dlaczego?”. I nie otrzymuje odpowiedzi na to proste pytanie. Nie rozumiem, dlaczego to wszystko spotkało właśnie mnie. Oczywiście, nie życzę tego innym ludziom, ale… To po prostu jest niesprawiedliwe. Podcięto mi skrzydła w tak młodym wieku i wiem, że już się nie wzbiję. Nie chcę się wzbijać, nie chcę walczyć o samego siebie. Chciałbym po prostu zniknąć, przepaść. Raz na zawsze. A najbardziej chciałbym umrzeć – tylko to pozwoliłoby mi zapomnieć…
Nie widzę już siebie. Mój obraz został kompletnie zrujnowany i ja sam jestem ruiną człowieka, który każdego dnia musi ponosić swoje zmęczone powieki, choć tak bardzo tego nie chcę. Codziennie muszę widywać moją siostrę, siedzącą tuż przy moim łóżku, pilnującą mnie na każdym kroku i dbającą o to, by nie stała mi się jeszcze większa krzywda. Widzę mamę, która ronił łzy, myśląc, że śpię. I widzę ojca, zaciskającego pięści za każdym razem, gdy uświadomi sobie, że ktoś mnie zranił. Wiem, że pragnie zemsty. Pragnie jej tak samo, jak Louis…
Louis też jest moim zmartwieniem. W zasadzie jednym z największych, bo chciałbym… Tak bardzo bym chciał, by między nami było jak dawniej. Chciałbym umieć się przełamać. Marzę o tym, by ponownie wpuścić go do swojego życia i dać nam szansę(o ile on również by tego chciał – nie każdy marzy o wybrakowanej zabawce). Jednak nie umiem. Boję się – jego spojrzenia na mnie, jego dotyku i świadomości, że mógłby być tak cholernie blisko mnie. I żałuję, że nie był i już nigdy nie będzie moim pierwszym. Może być co najwyżej ostatnim… Chyba nadal go kocham, choć… Nie wiem, nie umiem teraz odbierać jakichkolwiek pozytywnych uczuć. Łączę w sobie skrajności – chcę, by trzymał się ode mnie z daleka w obawie przed nim i chcę, by był ze mną, czuwał przy mnie i tulił mnie do siebie, gdy tylko bym tego potrzebował… Mam nadzieję, że kiedyś zrozumie.
To wszystko tak kurewsko boli…
- To normalnie, że nie napisał, kto mu to zrobił? – spytała Gemma, zamykając brązowy notes. Louis tylko i wyłącznie pokręcił głową, wyszarpując go z jej ręki. Obrócił się na pięcie, kierując się w stronę ich domu. Chciał zwrócić to, co nie należało do nich. Chciał zwrócić skarbnicę jego najskrytszych uczuć i przemyśleń. Źle się stało, że to przeczytali.
***
Chowając notes pod stertę innych zeszytów, usiadł spokojnie na krańcu jego łóżka, obserwując, jak niespokojnie oddycha i miota się po całym prześcieradle, co rusz się odkrywając. Otulał jego ciało za każdym razem, starając się robić wszystko tak delikatnie, by chłopak się nie zbudził i niepotrzebnie się nie denerwował.
- Nie, proszę… - szepnął zielonooki, przekręcając się na bok, kuląc nogi przy swojej klatce piersiowej. Louis uznał, że to odpowiednia pora, by się wycofać, więc usiadł na jego obrotowym krześle, pewny, że te słowa wypowiedziane były właśnie do niego. – Zostaw mnie, proszę… - ponownie szepnął, tym razem wierzgając na tyle, że zrzucił z siebie całą kołdrę. – Zostaw mnie! – krzyknął przez sen, co tylko zdezorientowało szatyna, który wahał się, czy powinien do niego podchodzić, czy też nie. – Kurwa, zostaw mnie! – podbiegł do Harry’ego, ostrożnie szturchając go w ramię, jednak ten w ogóle nie reagował.
- Obudź się. – powiedział stanowczo Tomlinson, jeszcze mocniej go szturchając. – Harry, obudź się! – podniósł nieco ton głosu, chcąc by jak najszybciej zbudził się ze złego snu. – Harry, słyszysz mnie? Obudź się, proszę. Obudź się! – usiadł na łóżku obok niego, delikatnie obejmując jego trzęsące się ciało. – Hazza! – krzyknął wprost do jego ucha, nie wiedząc, czy robi słusznie, jednak podziałało, ponieważ nastolatek momentalnie otworzył swoje podpuchnięte oczy, zalewając się łzami. Odepchnął od siebie Louisa, każąc mu trzymać się od niego z daleka i szatyn posłusznie wykonał jego polecenie, cofając się niemalże pod same drzwi jego pokoju, by dać mu wystarczającą przestrzeń i swobodę. Do jego oczu także napłynęły łzy, obserwując szesnastolatka, zachowującego się jak dzikie, nieokiełznane zwierze, które boi się wszystkich i wszyscy są dla niego śmiertelnym zagrożeniem. To już nie był jego ukochany, który tak diametralnie zmienił się przez to jedno wydarzenie. Jeden błąd, jak to lubił nazywać Louis. Błądził wzrokiem wszędzie, byleby tylko omijać jego osobę. Obejmował sam siebie, potrzebując dotyku, którego nie mógł zaoferować mu niebieskooki. Bał się, tak potwornie bał się samej jego obecności, że wolał drżeć, siedząc na łóżku, niż przytulić się do jego ciepłej klatki piersiowej.
- Harry… - zaczął szeptem starszy, nie chcąc wyprowadzać go jeszcze bardziej ze względnej równowagi. – Nie bój się. Nie skrzywdzę Cię. – dodał po chwili, podnosząc się powoli z zimnej podłogi. – Mogę do Ciebie podejść? Obiecuję, nie zrobię Ci niczego złego. – postawił kilka kroku w jego stronę, obserwując bacznie jego reakcję.
- Wyjdź stąd. – powiedział ostro zielonooki. – Chcę, żebyś sobie poszedł. – i Louis po raz kolejny poczuł na własnej skórze, że wszystko jest już skończone, że nie ma już czego ratować, bo oni nigdy nie będą mieli prawa być już razem tak, jak byli dotychczas.
- Chcę, żebyś wiedział, że… Jeśli dasz mi szansę, postaram się wszystko naprawić. – uciął krótko, zostawiając nastolatka samego w jego czterech, zimnych ścianach, tłumiących wszystkie emocje.
***
Szedł pustą ulicą w stronę sklepu spożywczego, spiesząc się, chcąc zdążyć tuż przed jego zamknięciem. Chwycił podręczny, czerwony koszyk, błądząc między półkami w poszukiwaniu odpowiednich produktów, o które poprosiła Anne. Robienie zakupów i jednoczesne opiekowanie się Harry’m było niemożliwe do pogodzenia. Louis desperacko szukał odpowiedniego przecieru pomidorowego, zły, że nie może znaleźć właśnie tego, który Styles lubi najbardziej. Przebierał w słoikach, przestawiając je to na lewo, to na prawo, niechcący upuszczając jeden z nich na ziemię. Odetchnął z ulgą, mając szczęście, że nie narobił bałaganu i że słoiczek się nie stłukł.
- Louis William Tomlinson, mężczyzna na zakupach. – rzuciła Mila, podchodząc do niego i podając mu odpowiedni przecier. Podziękował jej skinieniem głowy i przytulił ją krótko do siebie na powitanie. – Jak tam, no wiesz, sprawy sercowe? – zadrżał na sam dźwięk jej słów, momentalnie smutniejąc. Nie chciał rozmawiać na temat swoich uczuć, w zasadzie, nawet nie było o czym rozmawiać, ponieważ on i Harry… Ich w zasadzie już nie było. Kucnął na podłodze, podnosząc to, co upuścił i spoglądając na dziewczynę, wzruszył ramionami licząc, że tym samym ją zbyje. – O nie, Lou-Lou, tak nie będzie. Styles tak się Tobą ekscytował, że nie powiesz mi teraz, że po prostu się rozstaliście! – niemalże krzyknęła, przykuwając uwagę innych klientów supermarketu. Obrzuciła wzrokiem ciekawskie babcie, dając im tym samym do zrozumienia, że rozmowa, która właśnie się toczy, absolutnie ich nie dotyczy.
- Kiedy rozmawiałaś z Harry? – spytał zaciekawiony, ruszając dalej przed siebie. Pakował właśnie owoce i warzywa do foliowych woreczków, a jego uwaga w pełni skupiła się na blondwłosej dziewczynie dopiero w momencie, w którym wypowiedziała znienawidzone przez niego imię. – Byłaś na tej imprezie? Wychodził z Tobą?
- Denerwujesz się. – zauważyła, podając mu niepodarty woreczek, by mógł spakować kilka pomidorów. – Tak, byłam, ale wyszłam stamtąd jakoś koło pierwszej. No, może odrobinkę później, w każdym razie mówię Ci, niezła rzeźnia, jak to u Nicka. Milion osób, których kompletnie nie znałam, nie licząc młodego, rzecz jasna. Nie wychodził ze mną, jeszcze zostawał, gdy żegnałam się z Grimshaw’em. – uśmiechnęła się ciepło do Louisa, widząc, jak bardzo był podenerwowany i roztrzęsiony jej wyznaniem. Nie rozumiała, o co może chodzić, gdy nagle chłopak obrócił się na pięcie i po prostu odszedł, zostawiając ją na środku stoiska z mrożonkami. Wychodząc ze sklepu, zaczął łączyć wszystkie fakty. Skoro Harry odpisał na jego wiadomość koło pierwszej w nocy, oznaczałoby to, że był właśnie z Milą, która nie wspomniała nic o tym, że chłopak się z nim kontaktował. Coś mu nie pasowało i coraz bardziej podejrzewał, że Nicholas mieszał w tym swoje brudne paluchy. Nienawidził go jeszcze bardziej, o ile w ogóle to mogło być jeszcze możliwe. Stojąc przy swoim samochodzie, niemalże podskoczył, słysząc dźwięk swojego telefonu. Odblokował klawiaturę, a widząc na wyświetlaczu imię siostry jego ukochanego, zestresował się jeszcze bardziej. Ostatnio wszystkie jej połączenia były przesycone przykrymi wiadomościami. Drżącą dłonią nacisnął zieloną słuchawkę, przykładając aparat do ucha.
- Pięć minut, Tomlinson. – zaczęła, aczkolwiek tym razem dało się wyczuć jej dobry humor, więc szatyn nieco się rozluźnił, siadając za kierownicę swojego auta. Wolną ręką zapiął pasy, wsłuchując się w plątaninę słów Gemmy. – Harry powiedział, uwaga, cytuję: „Chcę z nim zamieszkać. Wiem, że jeśli teraz z niego zrezygnuję, już nigdy nie będę go miał”. Czekaj, coś chyba pokręciłam…
- Zaraz będę. – rozłączył się, gwałtowanie odpalając stacyjkę. Ruszył z parkingu, pozostawiając po sobie chmarę kurzu, unoszącego się w powietrzu na długo po tym, jak zdążył już zniknąć za zakrętem.
***
Wbiegł do pokoju zielonookiego i uśmiechnął się szeroko, widząc chłopaka pakującego swoje rzeczy do wielkiej torby. Gemma siedziała na obrotowym krześle, śmiejąc się wesoło, że wreszcie jej brat przejrzał na oczy i zrozumiał, gdzie jest jego właściwe miejsce. Louis skarcił ją za to wzrokiem, jednak widząc unoszące się nieznacznie ku górze kąciki ust nastolatka, zaprzestał dyskusji z blondwłosą dziewczyną, która, mijając ich na środku pokoju, wyszła zamykając za sobą drzwi. Szatyn usiadł naprzeciwko niego, nie chcąc osaczać go ani swoją osobą, ani swoimi spojrzeniami, które tylko sporadycznie mu posyłał. Niewyobrażalnie cieszył się z tego, że Harry zdecydował się dać im wspólną szansę i liczył na to, że wszystko uda im się odbudować, że chłopak ponownie mu zaufa.
- Gems niczego nie przekręciła. – powiedział, schylając się po kilka par spodni, leżących w drugiej części pokoju. Jego koszulka uniosła się nieznacznie, ukazując nadal żółto-sine place w okolicach dolnej części jego kręgosłupa. Louis przełknął ślinę, odrzucając myśli o tym, jak potwornie musiało boleć go wykonanie tego typu śladów. – Naprawdę tak powiedziałem. – szepnął, jakby musiał upewnić sam siebie w swoich własnych słowach.
- Ufam Ci, Harry. Wiem, że jeśli tak powiedziałeś, to było to w pełni szczere. – uśmiechnął się do niego, przeczesując palcami swoje włosy. – Nie darowałbym Twojej siostrze, gdyby palnęła coś nie tak, jak powinna. – Styles zaśmiał się pod nosem, podając niebieskookiemu kupkę ubrań, żeby mógł wrzucić je do leżącej obok niego torby. Ich dłonie przez ułamek sekundy otarły się o siebie i, co dziwne, szesnastolatek nie odskoczył jak oparzony. – Cieszę się, że się śmiejesz. – powiedział spokojnie, pakując jego spodnie. Zajęło im to prawie dwie i pół godziny, jednak dobrze się przy tym bawili. Zielonooki nawet nieznacznie się rozgadał, co tylko i wyłącznie świadczyło o tym, że czas pomalutku zaczyna leczyć jego rany. Zeszli na dół, jedząc, po raz pierwszy od jego powrotu ze szpitala, kolację przy wspólnym stole, śmiejąc się i poruszając bardzo neutralne tematy, by czasami nie powiedzieć czegoś, czego mogliby pożałować. Przed dwudziestą pierwszą pożegnali się z rodzicami młodszego, po czym udali się do ich wspólnego domu. Louis nie posiadał się ze szczęścia, mając ponownie Harry’ego tak blisko siebie.
- Zrobię herbatę, masz ochotę? – spytał szatyn, przekraczając próg i rzucając torbę nastolatka tuż przy wejściu. Styles pokiwał twierdząco głową, kierując się do salonu, w którym zawsze czekał na Tomlinsona, gdy ten krzątał się po kuchni. To zdecydowanie nie było miejsce dla niego. Harry był takim typem człowieka, który był w stanie przypalić nawet wodę i nikt nie rozumiał, jakim cudem mu się to udaje. Raz nawet wysadziłby dom w powietrze, nie dokręcając odpowiednio pokręteł z gazem, dlaczego od tamtego czasu omija to pomieszczenie szerokim łukiem. – Wybierz jakiś film, jeśli chcesz coś obejrzeć! – odkrzyknął niebieskooki, chcąc przekrzyczeć gwizdujący czajnik. – Tak dobrze jest mieć Cię przy sobie… - szepnął sam do siebie, zalewając dwa kubki z malinową herbatą. Wszedł pewnym krokiem do salonu, zastając nastolatka siedzącego w głębokim, bujanym fotelu, kołyszącego się w przód i w tył. Już prawie zapomniał, że tak lubił na nim przesiadywać. Postawił tackę na niskiej ławie, otwierając paczkę czekoladowych ciasteczek, które zawsze maczali w gorącym napoju, dodając im jeszcze większego smaku. Opadł na kanapę, obserwując zielonookiego.
- Kocham Cię, Lou. – powiedział nagle, spoglądając mu prosto w oczy. Tomlinson zadrżał, słysząc to śmiałe wyznanie padającego z jego pełnych, zaróżowionych ust i złapał powietrze tak szybko, że musiał odkaszlnąć, psując tym samym romantyczną atmosferę. – Ale… - no tak, zawsze musi być jakieś „ale”, na dźwięk którego szatyn nieznacznie posmutniał. – Nie umiem sobie z tym wszystkim poradzić. Boję się, że mimo wszystko, mimo Twoich zapewnień, jednak mnie skrzywdzisz. I nie odbieraj tego jakoś osobiście, po prostu nie ufam nikomu po tym, co się stało. – Louis pokiwał głową ze zrozumieniem, wyciągając do niego niepewnie swoją dłoń. Chłopak zawahał się, ale jednak ujął ją, ściskając delikatnie.
- Raz jeszcze obiecuję Ci, że Cię nie skrzywdzę. Za wiele dla mnie znaczysz, mały. – powiedział poważnym tonem. – Kocham Cię i nic tego nie zmieni. I choćbym miał czekać na Ciebie wieczność, zrobię to, Harry. – posłał mu ciepły uśmiech, podając mu kubek z gorącą herbatą, patrząc, jak szesnastolatek upija kilka łyków, odwzajemniając uśmiech.
***
Dwa miesiące później…
Wszystko zdawało się wracać do normy. Wszystko, z wyjątkiem burzliwych nocy, podczas których Harry budził się zapłakany z krzykiem. Długo nie mógł uspokoić się po tego typu epizodach, ale było mu lżej, gdy lądował w silnych ramionach Louisa, w których czuł się coraz bardziej pewnie i bezpiecznie. Nie odskakiwał na każdy jego dotyk i nie wycofywał się, gdy szatyn był zbyt blisko niego. Starał się przełamywać, odrzucając w niepamięć sytuację sprzed paru miesięcy. Nadal bał się i nadal to do niego wracało, ale próbował z tym walczyć wszelkimi siłami. Bywały między nimi dobre, jak i te gorsze dni i wszystko było zrozumiałe. Każdy doskonale zdawał sobie sprawę, że to wszystko nie jest takie banalne i łatwe do przeskoczenia. To nadal, gdzieś tam wewnątrz, tkwiło w nim, dając o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach. Harry potrafił rozpłakać się na romantycznej komedii, widząc kochającą się parę, uświadamiając sobie, że seks jest jedną z tych rzeczy, która już zawsze będzie kojarzyła mu się z bólem i cierpieniem. Potrafił wypłakiwać się w rękaw, mijając na ulicy trzymających się za rękę ludzi, ponieważ wiedział, że on prawdopodobnie w najbliższym czasie nie przełamie się do tego typu bliskości. Nadal był chodzącym kłębkiem nerwów i w pewnych sytuacjach po prostu nie wytrzymywał, dając upust swoim emocjom. Wszyscy go usprawiedliwiali, co także nie podnosiło go na duchu. Nie lubił, gdy przy nim skakano i na okrągło powtarzano mu, jaki jest biedny i że to wszystko jest takie niesprawiedliwe. Wiedział o tym, nie chciał, by na każdym kroku mu o tym przypominano. Cierpiał w głębi duszy, nikomu o tym nie mówiąc. Jednak Louis o tym wiedział, przebywając z nim dwadzieścia cztery godziny na dobę, mając pełne pole do obserwacji. Chciał mu pomóc, jednak był bezradny. Mógł tylko liczyć na to, że czas zabliźni jego rany, a nie pootwiera je na nowo. Harry zmienił się nie do poznania i to było pod pewnym względem przerażające, jednak także do wytłumaczenia. Przestał ufać każdemu napotkanemu człowiekowi, często trzymał język za zębami lub w ogóle nie odzywał się, gdy nie wymagała tego sytuacja. Stał się wyjątkowo spokojny, nie licząc jego nocnych koszmarów i sporadycznych sytuacji, w których nerwy brały górę nad wszystkim innym. I co najważniejsze, stał się do bólu szczery, mówiąc o wszystkim Louisowi. Często spędzali wieczory na długich, poważnych rozmowach, w których nastolatek wyznawał mu co czuje, co mu się podoba, a czego by nie chciał. Coraz bardziej wpuszczał szatyna do swojego świata, otwierając mu od czasu do czasu nowe drzwi. Byli już na takim etapie, że nie uciekał przed nim na drugi koniec pokoju, pozwalał się przytulać, a czasami nawet robił to sam, wychodząc z własną inicjatywą. Na każdym kroku powtarzał niebieskookiemu, jak bardzo go kocha, ale nadal potrzebuje czasu, by dojść w pełni do siebie, by być takim człowiekiem, jakim był przed gwałtem, o ile w ogóle było to możliwe. Harry wierzył, że tak. Leżał w łóżku, przykryty ciepłą pierzyną, podczas gdy Louis siłował się z niedziałającym pilotem od telewizora, zamiast po prostu zmienić wyczerpane baterie. Zielonooki śmiał się pod nosem, widząc zmagania swojego chłopaka, ale nie zamierzał powiedzieć mu, że przecież nic się tak naprawdę nie zepsuło. Lubił obserwować go, jak z czymś walczył. Wczoraj to samo tyczyło się czajnika, który po prostu nie był podłączony do prądu. Tomlinson zdenerwowany rzucił pilotem, opadając na łóżko, na co szesnastolatek wybuchnął gromkim śmiechem, który tak bardzo ucieszył szatyna, że wnet zapomniał o niedziałającym przedmiocie. Poprawił się nieznacznie na pościeli, zachowując mimo wszystko bezpieczną odległość od swojej zielonookiej miłości. Harry uśmiechnął się do niego, gładząc wierzchem dłoni jego policzek.
- Mógłbyś… - zaczął niepewnie, wahając się. Nie do końca był pewny, czy tego chce, ale warto było spróbować. Ostatecznie w każdej chwili mógł się wycofać, czując się niekomfortowo lub po prostu niezręcznie. Louis mu to obiecał. Przysiągł, że poczeka na niego tak długo, jak będzie trzeba. – Chciałbym, żebyś spał dzisiaj ze mną. To znaczy, wiesz, obok. – zmieszał się, spuszczając wzrok, obserwując swoje długie, kościste palce. – Wydaje mi się, że lubię Twoje ciepło, nie przeszkadza mi. – uciął, kładąc się z zaczerwienioną twarzą w krystalicznie białej pościeli. Jeśli chciał się tym sposobem ukryć, nie udało mu się. Stał się jeszcze bardziej widoczny, zwłaszcza, gdy zaciągnął kołdrę niemalże pod same oczy.
- Z wielką chęcią, Harry. – odszepnął, kładąc się na poduszce koło niego. Chłopak nieznacznie przysunął się do jego ciała, prostując się tuż przy nim. Oboje czuli swoje ciepło i oboje czuli się szczęśliwi, wkraczając na kolejny, jeszcze wyższy poziom.
***
Louis niechętnie oderwał się od śniadania, które szykował z Harry’m, by otworzyć drzwi. Najchętniej krzyknąłby po prostu: „Otwarte!”, ale nie miał pewności, kto to może być. Gemma zawsze wchodziła bez pukania, a rodzice chłopaka zawsze wcześniej informowali o swojej wizycie. Potruchtał z nogi na nogę, naciskając klamkę, nie spoglądając nawet, kto stoi po drugiej stronie. Od razu pożałował, że tego nie zrobił, widząc szyderczo uśmiechającego się Nicka, któremu miał ochotę zatrzasnąć drzwi przed samym nosem. Gdyby nie fakt, że nie chciał zniżać się do jego poziomu, bez wahania by to zrobił.
- Przyszedłem zobaczyć, jak ma się nasze maleństwo. – powiedział pewnie, wchodząc do środka bez zaproszenia. Momentalnie skierował się do kuchni, stając w jej progu i obserwując zielonookiego, krojącego ogórki do sałatki. Upuścił nóż, cofając się kilka kroków w tył. Louis tak dokładnie zarejestrował jego nagłą zmianę nastroju, jego niepewne spojrzenie i trzęsące się dłonie, gdy Nick stanął zaledwie kilka kroków przed nim. – Jak tam, Harry? Dochodzisz do siebie? – zapytał, chcąc pogładzić jego policzek. Chłopak natychmiast odskoczył od niego, mijając w progu Tomlinsona. Pobiegł na górę i Tomlinson słyszał, jak trzaska drzwiami od ich sypialni. Pokręcił głową z dezaprobatą, uświadamiając sobie, że mężczyzna właśnie zburzył wszystko, co budowali od kilku miesięcy.
- Jesteś z siebie dumny, Grimshaw? – zapytał, patrząc ze złością wprost w oczy dwudziestosześciolatka. – Wypierdalaj z naszego domu i nigdy więcej się tutaj nie pokazuj. – syknął, akcentując dobitnie słowo naszego. Dopilnował, by Nick opuścił ich kuchnię, po czym pobiegł w ślad za Harry’m, wpadając do ich wspólnej sypialni. Nastolatek stał, wpatrując się w okno, cały drżąc. Louis wiedział, że chłopak płacze, ponieważ znacząco pociągał nosem. Podszedł do niego powoli, delikatnie otulając go ramionami w pasie, przyciągając do siebie. Styles odwrócił się gwałtowanie, odpychając go od siebie. Szatyn wpatrywał się w niego niezrozumiałym wzrokiem, ponownie się do niego zbliżając.
- Stój, Louis! – krzyknął zielonooki, wycofując się aż po sam parapet, uderzając w niego plecami, wywracając niechcący doniczkę z kwiatem, która upadła na ziemię, tłukąc się na drobne kawałeczki. Spojrzał pod swoje stopy, omijając skrzętnie kawałki porcelany. Tomlinson wyciągnął rękę w jego stronę, którą momentalnie odtrącił, zalewając się jeszcze większymi łzami. Podbiegł do niego, biorąc go w swoje ramiona z nadzieją, że tym sposobem, mimo wszystko, o wiele szybciej się uspokoi, jednak jego reakcja była wręcz przeciwna. Zaczął się szarpać i wyrywać z jego objęć, uderzając go w twarzy, gdy nie chciał go puścić. – Przepraszam. Lou, matko święta, nie chciałem! – od razu oprzytomniał, wtulając się w zagłębienie szyi starszego. – Wybacz mi. – załkał, przymykając swoje zmęczone i opuchnięte powieki. – Ja po prostu… On, nie spodziewałem się go tutaj i…
- Rozumiem, Harry. – przytulił go mocniej do siebie, gładząc dłonią jego gęste loki. – Spokojnie, nic się nie stało. Nie płacz. – kołysał go w swoich ramionach, czekając tak długo, aż nastolatek w pełni się nie uspokoił. Nick Grimshaw, jednym pojawieniem się, ponownie postawił mur. Niezbyt wysoki i łatwy do przeskoczenia, ale jednak mur.
***
Louis siedział na bujanym fotelu z kolanami przyciągniętymi do klatki piersiowej. Zielonooki spał spokojnie w sypialni, przykryty kołdrą po same uszy. Niebieskooki wiedział, że robi źle, obracając w swoich drobnych dłoniach skórzany pamiętnik, zastanawiając się, czy powinien go ponownie czytać. Gdy zrobił to ostatnio nie żałował, ale miał niesłychane wyrzuty sumienia spowodowane naruszeniem jego prywatności. Tym razem jednak musiał, czując, że coś jest na rzeczy, zwłaszcza, że widział Harry’ego piszącego tuż po tym, jak Nick opuścił ich wspólny dom. Chciał w końcu rozwikłać zagadkę nastolatka, chciał mu pomóc i chciał, by w końcu było w miarę normalnie. Trzęsącymi się dłońmi, otworzył notes na odpowiedniej stronie. Przełknął głośno ślinę, zanim zmierzył koślawe pismo swojego chłopaka. Nie mógł się teraz wycofać.
Znów nie mogę dojść ze sobą do ładu, a było już tak dobrze… Inaczej, było już lepiej, nie powinienem był mówić, że dobrze. Nigdy już nie będzie dobrze. Coraz częściej sobie to uświadamiam. Staram się być silny, staram się walczyć, ale to nie jest takie łatwe. Jest pewna granica, której nie umiem przekroczyć obojętnie. I tą granicą jest moja niebieskooka miłość. Kocham go, kocham Louisa ponad wszystko, ale nie jestem pewny, czy potrafię z nim być po tym, co się stało. Czy potrafię zaoferować mu w pełni swoje serce. Czy kiedykolwiek będę w stanie poczuć się przy nim w pełni swobodnie. Nie znam odpowiedzi na te wszystkie pytania, które dotyczą jego osoby. To mnie zabija. Moja miłość pali, a ja płonę żywym ogniem. I nie radzę sobie. Nie radzę…
Westchnął głęboko, tuląc do piersi pamiętnik chłopaka, uświadamiając sobie dobitnie, z czym tak bardzo zmaga się na co dzień. Było mu go tak strasznie żal. Tak bardzo chciał mu pomóc, jednak widział, jak każde jego staranie idzie na marne, a gdy jest już odrobinę lepiej, pojawia się ktoś, kto znów podcina im wspólne skrzydła. Kto wie, jak potoczyłyby się ich losy, gdyby nie wizyta Nicka, którego chłopak śmiertelnie się przestraszył, który ponownie rzucił kłodę pod jego nogi, patrząc perfidnie, jak się wywraca. Przetarł zmęczone powieki, kierując się w stronę sypialni z zamiarem porozmawiania z zielonookim. Dojrzał do tego, by wyznać mu parę istotnych rzeczy. Szedł niepewnie, nadal się wahając, jednak chciał to zrobić, niezależnie od tego, jak przyjmie to Harry. Mógł powtarzać mu to aż do znudzenia, jednak chciał, by to wiedział, by uświadomił sobie, że cokolwiek się stanie, zawsze ma jego i może na nim polegać. Uchylił drzwi do sypialni, które niemiłosiernie skrzypnęły, budząc tym samym Stylesa, który spojrzał niepewnie na chłopaka stojącego w progu. Louis podszedł do niego, siadając przy łóżku.
- Przepraszam. – zaczął, pokazując mu pamiętnik, który miał ze sobą. – Przeczytałem i zanim się zezłościsz, chciałbym Ci powiedzieć, że zawsze możesz na mnie liczyć, mały. Będę powtarzał Ci to w kółko, ale cokolwiek się stanie, masz mnie. Zawsze będę dla Ciebie, na każde skinienie Twojego palca. Na dobre i na złe. Gdy będziesz mnie kochał i nienawidził na zmianę. Zawsze, Harry. – powiedział, patrząc prosto w jego szklące się, zielone tęczówki. Styles wyciągnął do niego ręce, wtulając się w jego szyję. Pociągnął nosem, wylewając pierwsze łzy w kołnierz jego koszuli.
- Chcę Ci o wszystkim powiedzieć… - zaczął łamiącym się głosem. – O tamtym dniu, jeśli oczywiście chcesz mnie wysłuchać, Lou-Lou.
- Mów, jeśli masz poczuć się dzięki temu lepiej. Kocham Cię, Harry. Nie bój się, że ta opowieść cokolwiek zmieni, bo tak nie będzie. – przyciągnął go do siebie, tuląc go do swojej klatki piersiowej. Teraz to on bał się tego, co może za moment usłyszeć, ale obiecał mu – na dobre i na złe i chciał dotrzymać danego słowa.
Siedział na wygodnej, skórzanej kanapie w salonie Nicka, rozprostowując zbolałe kości. Rozglądał się nieprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu, w którym nie było nikogo, prócz Toma, słaniającego się na nogach. Z rozbawieniem obserwował, jak zmaga się, by wejść po schodach na piętro domu. W porównaniu do niego, nie był w najgorszym stanie. Położył wygodnie nogi na niskiej ławie, czekając na Nicka, który, z całą pewnością, poszedł wziąć szybki prysznic, doprowadzając się do porządnego stanu. Grimshaw zawsze musiał zmierzyć się z lodowatą wodą, gdy był pod wpływem alkoholu – to go koiło, uspokajało. Włączył jego duży telewizor, spokojnie skacząc po kanałach w poszukiwaniu czegoś interesującego. Pozostawił włączony jakiś program dotyczący narkotyków, którego i tak w większej mierze nie rejestrował, ponieważ jego krew toczyła spora dawka procentów. Zaśmiał się cicho, sam nie wiedząc, z jakiego konkretnego powodu. Po prostu nagle zrobiło mu się niesłychanie wesoło.
- Co tak szczebioczesz, mały? – spytał znajomy mu głos. Odwrócił głowę, by ujrzeć swojego starszego przyjaciela, który podchodził do niego jedynie w samych bokserkach. Zajął miejsce niebezpiecznie blisko nastolatka, obejmując go ramieniem. Przyciągnął go nieznacznie do siebie i gdyby nie fakt, że Harry był pijany, pewnie odsunąłby się od niego, posyłając mu zdziwione spojrzenie. Wtedy było mu to kompletnie obojętne. Uśmiechnął się, gdy Nick połaskotał go po szyi. – Zmęczony? – delikatnie zagryzł dolną wargę, niejako prowokując chłopaka, który mierzył go wzrokiem od góry do dołu. – Bo ja absolutnie nie. – dodał, zatapiając swoje wargi w jego, wpijając się w niego z taką siłą, że nastolatek za żadne skarby nie mógł się wyswobodzić. Grimshaw przydusił go ciężarem swojego ciała do miękkiej kanapy, wplatając swoje długie palce w jego bujne loki. Harry momentalnie spiął wszystkie mięśnie, starając się zrzucić z siebie nachalnego przyjaciela, który zdecydowanie przekroczył dozwoloną granicę. Wyciągnął przed siebie ręce, jednak był za słaby, by obezwładnić dwudziestosześcioletniego mężczyznę, który ważył o wiele więcej od niego, a do tego był przeraźliwie wysportowany.
- Nick, kurwa. Zgłupiałeś? – powiedział ostro, gdy tylko oderwał się od jego spierzchniętych ust. Chłopak przetarł je ostentacyjnie dłonią, dając mu tym samym do zrozumienia, że absolutnie nie życzy sobie takiego zachowania, jednak on miał to głęboko w poważaniu. Ciągnąc go za włosy, podniósł go do pozycji siedzącej. Oczy zielonookiego momentalnie powiększyły się o kilka rozmiaru, bo nie wiedział, czego może spodziewać się po swoim przyjacielu. Ufał mu, przecież on nie mógł tak diametralnie zmienić się w przeciągu kilku sekund. – Okej, to alkohol, rozumiem. A teraz mnie puść, dobrze? – chciał zachować powagę i spokój, jednak wewnątrz aż trząsł się, patrząc w płonące pożądaniem oczy Grimshaw’a. Mężczyzna zaśmiał mu się w twarz, ponownie łącząc ich wargi. Wdarł się brutalnie językiem, wodząc nim po podniebieniu nastolatka. Dłonią zaczął rozpinać jego czarną, dopasowaną koszulę i choć Harry wstawiał opór, na nic się to zdawało. Odsunął się od niego na ułamek sekundy, łapiąc oddech i nieco poluźniając uścisk, więc zwinny szesnastolatek postanowił to wykorzystać, odpychając go od siebie z całej siły, próbując uciec jak najszybciej przez salon, korytarz, aż do drzwi wejściowych. Zderzył się z nimi, desperacko szarpiąc klamkę.
- Naprawdę myślałeś, mały idioto, że zostawię otwarte drzwi? – zaśmiał się, stając w progu i opierając się o futrynę. – Wracaj do mnie, mówię po dobroci. – uśmiechnął się, wyciągając do niego dłoń. Styles nie zareagował. Nadal stał pod drzwiami, desperacko modląc się, by to był tylko żałosny sen, z którego za moment się obudzi. Przecież nie takiego Nicka znał, przecież tamten Nick nigdy nie zrobiłby mu żadnej krzywdy. – Kurwa mać, masz mnie słuchać! – krzyknął na niego, przez co Harry poskoczył, a do jego oczu zaczęły napływać łzy. Grimshaw podszedł do niego szybkim krokiem, łapiąc go za koszulę. Uniósł go kilka centymetrów nad ziemią, przeszywając go wzrokiem na wskroś. Ponownie zaśmiał się, wyprowadzając go jeszcze bardziej z równowagi. Nastolatek nie rozumiał, o co w tym wszystkim chodzi. Najpierw na niego krzyczał, później śmiał się tak, jak to robił zazwyczaj. Trzymał go przy swoim ciele, przyduszając go do ściany. Uderzył nim tak mocno, że dało się usłyszeć, jak kości Stylesa trzeszczą pod tym naporem. Łzy swobodnie ciekły po jego policzkach, a serce biło zdecydowanie zbyt szybkim rytmem. – Nie rycz, nie bądź pizdą. – zadrwił z niego, odstawiając go na ziemię. – Jak będzie, idziesz po dobroci? – zagadnął, nie spuszczając z niego wzroku. Harry usiadł na podłodze, kuląc się tuż koło niewielkiej szafki. Schował twarz w dłoniach, przyciągając kolana do swojej klatki piersiowej. Nie mógł opanować płaczu, którym dosłownie się dusił. Trząsł się jak osika i bał się, tak niewyobrażalnie bał się swojego najlepszego przyjaciela. Chciał, by Louis tutaj był, by go ocalił. Nick, bardzo zdenerwowany jego zachowaniem, szarpnął go do góry za włosy, prowadząc go z powrotem do salonu. Rzucił chłopaka na miękką kanapę, ponownie przyduszając go swoim ciężarem. Sprawnym ruchem zerwał z niego czarną koszulę, ściągając go z jego ramion. Zielonooki wiercił się i szamotał, jednak nie był w stanie podołać mężczyźnie, który nagle stał się wyjątkowo agresywny i jeszcze bardziej nieprzewidywalny.
- Nick, proszę Cię. Błagam, zostaw mnie… - szepnął, niemalże do jego ucha, jednak on nic sobie z tego nie zrobił, dalej bawiąc się jego osobą. Wodził rozgrzaną dłonią po jego chłodnej, porcelanowej skórze, zostawiając na niej rany od paznokci. Czerwone szramy idealnie kontrastowały się z jego jasnym ciałem, a ten widok jeszcze bardziej podniecał Grimshaw’a. Przylgnął wargami go jego szyi, wgryzając się w nią z całej siły. Chciał sprawić mu ból, a widząc w jego oczach przerażający strach, napawał się tą wizją jeszcze bardziej. Zacisnął dłoń na jego biodrze, na co nastolatek aż podskoczył. Jego uścisk był tak silny, że miał wrażenie, że za moment zmiażdży mu kość. – Nick, mnie to boli! – krzyknął, wyszarpując się jakimś cudem spod jego ciała. Mężczyzna spojrzał na niego groźnie, wskazując mu palcem, że natychmiast ma wrócić na kanapę. Harry prychnął, w pośpiechu podnosząc swoją koszulę i z powrotem ją na siebie zakładając. Grimshaw uderzył go z pięści w kolano, powodując tym samym, że chłopak padł na ziemię, zwijając się z bólu. Przyciągnął do siebie bolącą część ciała, starając się zapanować nad łzami, które ponownie zaczęły zbierać się ze zdwojoną siłą w kącikach jego oczu. Podszedł do niego, siadając na nim okrakiem. Styles złapał gwałtownie oddech, czując przerażający ciężar na swojej drobnej klatce piersiowej. Uderzył go w twarz, patrząc na niego władczo. Zaśmiał się, widząc czerwony ślad na jego policzku, który pojawił się niemalże natychmiast. Nastolatek przyłożył dłoń do swojej kości policzkowej, zaciskając z bólu oczy. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się działo.
- Będziesz dzisiaj moją małą dziwką, Hazz. Im wcześniej to zrozumiesz, tym lepiej dla Ciebie, więc proszę, nie stawiaj mi oporu. Nie chcę, żebyś skończył połamany w szpitalu. – zadrwił, schodząc z niego. Ponownie wskazał mu palcem kanapę, a Harry ponownie nie wykonał jego polecenia, zwijając się na zimnych panelach jego salonu. – Dość tego, kurwa! – znów podniósł głos i znów szarpnął go do góry, opierając go na niskiej ławie. Skrępował jego ręce w swoim uścisku, niemalże zrywając z niego spodnie wraz z bielizną. Zdziwił się, że tak łatwo mu poszło. Obrócił go gwałtownie tyłem do siebie, związując jego nadgarstki sznurkiem, który akurat znalazł pod ręką.
- Nick! Nick, oszalałeś? Puszczaj mnie! – krzyczał nastolatek, próbując się za wszelką cenę wyrwać z jego żelaznego uścisku. Po raz kolejny go uderzył. Tym razem wycelował powyżej jego kości biodrowej, choć celował na oślep. Po prostu chciał mu sprawić ból i chciał, by na moment przestał krzyczeć, skupiając się na bolącym miejscu, do którego nie mógł już sięgnąć skrępowanymi silnie rękoma. Sznurek wbijał mu się w nadgarstki, dodatkowo je raniąc.
- Zapamiętasz mnie, Harry. – powiedział spokojnym tonem, zsuwając jego ubrania do kolan. Słyszał, jak Styles przeklina i błaga go o to, by przestał, jednak puszczał wszystko mimo uszu. Sprzeciwił mu się, zasługiwał na solidną karę. Ściągnął swoje bokserki, uwalniając twardego, dużego penisa. Przycisnął chłopaka jeszcze mocniej do niskiej ławy, rozsuwając dłonią jego krągłe pośladki. Chwycił go mocno za biodra, nasuwając nieznacznie jego ciało na swoją męskość. – Nie krzycz zbyt głośno, nie chcemy przecież obudzić całej okolicy. – zaśmiał się krótko, brutalnie w niego wchodząc. Sam zdziwił się, jakim cudem wszedł w niego całą długością, bez jakiegokolwiek przygotowania. Pchnął biodra w jego kierunku, a słysząc głośny szloch nastolatka, na moment zamarł w bezruchu. Harry krztusił się swoimi łzami, nadal nie zaprzestając prosić Nicka o to, by nie robił mu krzywdy. Mężczyzna położył się na jego plecach, czule całując każdy kręg jego kręgosłupa. – Sprawię, że jeszcze dzisiaj będziesz krzyczał moje imię. – przygryzł płatek jego ucha, zaczynając się w nim poruszać. Każdy jego ruch był okropnie silny, wręcz brutalny i szesnastolatek czuł, jak jego penis pulsuje w jego ciele i powoduje nieprzyjemne, cholerne bolesne tarcie za każdym razem, gdy się z niego wysuwał i ponownie wsuwał. Łzy ciekły po jego policzkach i krzyczał tak przeraźliwie głośno, że dziwił się, że naprawdę nikt nie był w stanie ich usłyszeć. Tom spał zaledwie piętro nad nimi, a nie chciał przyjść mu z pomocą. Nick jęczał tuż nad jego uchem, coraz bardziej zwiększając tempo pchnięć. Biodra zielonookiego obijały się o niski stolik i był wręcz pewny, że nazajutrz wstanie z wielkimi siniakami. Nie dbał jednak o to, modląc się w duchu, by Grimshaw przestał się nad nim znęcać. – Jesteś, kurwa, taki ciasny… Założę się, że Tomlinson nie miał okazji jeszcze tego poczuć. – zaśmiał się, wchodząc w niego tak, że jego jądra obiły się o pośladki chłopaka. – Powiedz mi, jak to jest czuć w sobie mężczyznę? – zaakcentował dobitnie ostatnie słowo. Harry nie reagował na jego słowa, kompletnie się poddając. Leżał na stole, czując palący ból w każdej części swojego ciała i starał się skupić myśli na tym, że być może niebawem to się skończy. Nick wchodził w niego z całej siły i pewnie gdyby tylko mógł, jeszcze bardziej pogłębiałby swoje ruchy. Salon wypełniały dźwięki jego jęków i płaczu nastolatka. Po kilku ostatnich, szybkich i dosadnych ruchach, mężczyzna doszedł w jego ciele, wysuwając się z niego gwałtownie. Uśmiechnął się spełniony, a widząc stróżki krwi płynące po udach Stylesa, czuł się jeszcze bardziej zadowolony. Mógł bez wahania powiedzieć, że ten dzieciak oficjalnie należał do niego, że odebrał mu cnotę. Obrócił go twarzą do siebie, ścierając z jego policzków gorzkie łzy. – Nie płacz, przecież nie było tak źle. Założę się, że z Louisem nigdy tego nie poczujesz. – ponownie zadrwił z jego niebieskookiego ukochanego, na co chłopak rozpłakał się jeszcze bardziej. Jeśli istniał jakikolwiek limit łez, dzisiejszej nocy z całą pewnością zostanie on wyczerpany. – A teraz plan jest taki… - odchrząknął znacząco, nim zaczął mówić pewnym tonem, nieznoszącym sprzeciwu. – Pokażę Ci, jak powinien obciągać prawdziwy mężczyzna, a potem będziemy kochać się tak, jak przystało. Uznaj to, co przed chwilą się stało, za swojego rodzaju rozgrzewkę przed prawdziwym seksem. – pocałował go w policzek i usadawiając się wygodnie na kanapie, przyciągnął do siebie lokowanego chłopaka. Wplótł palce w jego włosy, przyciskając jego twarz do swojego sporego penisa. – Udowodnij mi, że potrafisz coś więcej, niż tylko płakać. – zaśmiał się, wpychając mu swojego członka prosto w usta. Harry nie chciał się opierać, jednak szarpnął głową w tył, czując w sobie jego paskudny posmak. Nick pokiwał głową z dezaprobatą, musząc ponowić poprzednią czynność. Trzymając go za kark, zaczął wypychać biodra do przodu, tym samym powodując, że jego męskość trafiała w tylną ściankę gardła chłopaka. Łzy spływały po jego policzkach, mocząc podbrzusze Grmishaw’a, jednak on był nieugięty i nie przejmował się fatalnym stanem, w jakim znajdował się nastolatek. Pragnął go i nic innego się nie liczyło. Wpychał mu penisa prosto do gardła, czując, jak bardzo robi się twardy. Kilkakrotnie powtórzył swoje ruchy, jednak widząc bierność Harry’ego, zezłościł się, podnosząc go z ziemi i kładąc na kanapie po sobą. Nie lubił, gdy ktoś go ignorował, a ten dzieciak zdecydowanie pozwalał sobie na za dużo. Uniósł jego nogi, kładąc je sobie na ramionach, po czym ponownie zatopił się w jego ciele, tym razem wchodząc w niego nieco łatwiej, ze względu na ślinę, okalającą jego twardego członka. Styles jęknął, czując go ponownie w sobie i, zaciskając powieki i dłonie na materacu, starał się przetrzymać jego silne i bolesne pchnięcia. Nick narzucił tym razem zawrotne tempo, do tego stopnia, że sam stracił nad nim panowanie. Zatapiał się w nim i ponownie wychodził nierównomiernie, jednak zawsze zagłębiając się do samego końca, by sprawić mu jak najwięcej bólu. Zacisnął dłoń na jego szczęce, zmuszając go, by na niego patrzył, podczas gdy sam czerpał przyjemność z jego młodego, niedoświadczonego ciała. Lubił się nad nim znęcać i lubił wypominać mu, jak beznadziejny jest jego chłopak. Każdy wiedział, jak bardzo nienawidził Louisa i w tym danym momencie, Harry’emu byłoby zdecydowanie lżej, gdyby ciągle o nim nie wspominał. – Twój chłopak powinien żałować, że nie jest Twoim pierwszym. Jesteś taki cudowny, Hazz. Pieprzy się Ciebie wręcz idealnie. – jęknął, zatapiając się w jego spierzchniętych, drżących wargach. Kilka pchnięć później ponownie skończył, opuszczając jego zmęczone, okaleczone ciało. Tym razem dał mu wolną rękę i patrzył, jak nastolatek zbiera z ziemi swoje ubrania, pospiesznie odnajdując klucz i wychodzi trzaskając drzwiami z takim impetem, że Grimshaw przez chwilę miał wrażenie, ż wystawi je z zawiasów. Zostaje sam, nie mając absolutnie żadnych wyrzutów sumienia po tym, jak brutalnie zgwałcił swojego, zaledwie szesnastoletniego, przyjaciela…
- I potem… - kontynuował opowieść ze łzami w oczach, patrząc na płaczącego i zaciskającego pięści szatyna. – Potem znalazłeś mnie na tym moście. Ja… Ja naprawdę chciałem się zabić. Czułem się taki brudny, odarty z godności…
- Cii… - szepnął Louis, przytulając go mocno do siebie. – Teraz jesteś już bezpieczny. Dopilnuję, że Nick skończy w piekle za to, co Ci zrobił. Choćbym miał go tam odprowadzić osobiście. – syknął ze złością, niemalże wypluwając wrogie mu imię.
***
Półtora roku później…
Louis zawsze dotrzymywał danego słowa, donosząc na Nicka Grimshaw’a, który skończył w więzieniu z wyrokiem za gwałt, co jednak nie zmieniło faktu, że Harry’emu sporo czasu zajęło pogodzenie się z całą, zaistniałą sytuacją. Miał jednak przy sobie ukochanego szatyna, który był z nim na dobre i na złe, nie zmuszając go do niczego i nie poganiając go. Dostał tyle czasu, ile tylko potrzebował… Siedzieli wspólnie przy stole wraz z rodzicami zielonookiego, śmiejąc się w niebogłosy z żartów blondwłosej Gemmy, która zawsze potrafiła doprowadzić wszystkich do łez. Świętowali właśnie rozpoczęty przez nich nowy etap życia, ostatecznie zamykając tamten, o którym wszyscy chcieli prędko zapomnieć. Harry, unosząc kieliszek z szampanem, wzniósł toast za siebie, ale także za Louisa i pozostałych zebranych, dziękując im, że dzięki ich niewiarygodnemu wsparciu udało mu się przetrwać. Upił kilka łyków alkoholu, zatapiając się w ustach swojego niebieskookiego chłopaka – po raz pierwszy, od półtora roku, mknął wargami po jego wargach, czując niesłychaną ulgę i radość, rozpierającą go od środka. Kochał go, niczego więcej nie potrzebował…
„Żadna wielka miłość nie umiera do końca. Możemy do niej strzelać z pistoletu lub zamykać w najciemniejszych zakamarkach naszych serc, ale ona jest sprytniejsza – wie, jak przeżyć. Potrafi znaleźć sobie drogę do wolności i zaskoczyć nas, pojawiając się, kiedy jesteśmy już cholernie pewni, że umarła, albo, że przynajmniej leży bezpiecznie schowana pod stertami innych spraw…”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz