niedziela, 16 lutego 2014

Louis William Tomlinson, brzmi znajomo ale zarazem tak obco. Niby moje imię i nazwisko, a jednak. Wszystko zależy od punktu widzenia, to gdzie jesteś i to co robisz, ma jakiś wpływ na to jakim człowiekiem jesteś w przyszłości. Jakkolwiek to co zrobiłeś w przeszłości ma odzwierciedlenie tego, kim jesteś teraz. Pułapka czasu, bo nie możesz cofnąć się do tych dni, kiedy byłeś tylko ty, ukochana osoba, a całe zło na świecie było czyimś innym problemem. W tej chwili, w tym miejscu, wszystko co ścigało cię przez te kilka lat, teraz dopada cię w najciemniejszym zaułku twojego życia.

Były czasy gdy czułeś się niezwyciężony, byłeś na samym szczycie świata, miałeś wszystko. Nagle jedno głupie zdanie, wypowiedziane przez twojego najlepszego przyjaciela, zmienia całe twoje życie, wywraca do góry nogami. I chociaż chcesz mu przyłożyć w twarz, by wiedział jak wściekły jesteś – nie możesz. Coś cię powstrzymuje i wszystko co było kiedyś - co BYŁO - znaczy więcej niż to co jest teraz.

Pułapka czasu.

„Why she had to go I don’t know, she wouldn’t say.
I said something wrong, now I long for yesterday.”



Usłyszałem dzwonek do drzwi i szybko podniosłem swój zmęczony i zdołowany tyłek, aby otworzyć mojemu gościowi. Dobrze wiedziałem, że to była Eleanor, moja dziewczyna, a może już była. Gdybym ja usłyszał takie coś od jej koleżanki też nie chciałbym jej znać. Jednak byliśmy ze sobą już kawałek czasu, miałem w planach się jej oświadczyć. Zaplanowałem już całą mowę, chciałem zabrać ją do Paryża, do miejsca gdzie po raz pierwszy powiedziałem jej, że nie widzę poza nią świata. Teraz wszystko runęło jak domek z kart, ponieważ ktoś za bardzo w niego dmuchnął gorącym powietrzem.

- Cześć El – powiedziałem cicho, zabierając od dziewczyny kurtkę. Brunetka skierowała się do salonu i usiadła na kanapie, na której leżał bordowy koc.

- Cześć Louis – odpowiedziała również cicho. Widziałem, że jest zdenerwowana. Zawsze gdy była w takim stanie poprawiała uparcie kosmyk włosów, który nie chciał zostać na wyznaczonym przez nią miejscu.

- Zdecydowałaś już coś? – zapytałem się pełnym napięcia głosem i skrzyżowałem palce, w duchu modląc się by została.

- Tak, Lou – westchnęła – Wiem, że to co kiedyś było pomiędzy tobą i Harrym jest już skończone, a przynajmniej mam taką nadzieję. Wiem także, że nie powinnam mieć do ciebie pretensji o to, w końcu wtedy jeszcze nie byliśmy parą, nawet się nie znaliśmy. I to jest w porządku, wierz mi – chwyciła moją dłoń i ścisnęła ją w pocieszającym geście. Wiedziałem z doświadczenia, że taki gest przy takiej rozmowie nie wróży nic dobrego.

- Ale? – zapytałem się, spuszczając wzrok – Bo jest jakieś „ale”, prawda?

- Jest, Louis. Widzisz, ja to wszystko rozumiem, jednak to tak jakby twoja była mieszkała z tobą pod jednym dachem, a ja miałabym być wyluzowana i na to pozwalać. Gdy ja jestem tam, a ty z nim, nie wiem co się dzieje. Nie wiem też co jest teraz między wami.

- Nic nie ma, El. Wiesz to dobrze. Tamto było pomyłką – warknąłem, gdyż już powoli puszczały mi nerwy.

- Widzę jak na niego czasami patrzysz Louis. Jakby był jedyną osobą w pokoju. Gdy Harry jest smutny ty momentalnie też jesteś. Od razu idziesz go pocieszyć… - zaczęła po raz kolejny swój monolog.

- Bo jestem jego przyjacielem!

- Inni też są jego przyjaciółmi! – wykrzyknęła już lekko podenerwowana i wzięła kilka głębokich oddechów – o to mi chodzi, Lou. Nie jesteś tylko jego przyjacielem, on znaczy dla ciebie coś więcej. I przez ten czas kiedy byliśmy razem, ja się okłamywałam, że to ja jestem dla ciebie numerem jeden, jednak to był stek bzdur. To zawsze był Styles i zawsze będzie.

- El, proszę cię…

- Nie mam do ciebie żadnego żalu Louis – po raz kolejny poprawiła kosmyk włosów, wkładając go za ucho – miłość nie wybiera, wiesz o tym dobrze. Mam nadzieję, że będziecie razem, kiedyś tam w przyszłości szczęśliwi. Nie miej też żalu do Stylesa, nikt nie jest taki jaki się wydaje…

- Nie odchodź – szepnąłem, czując zbierające się łzy w moich oczach – proszę cię, Eleanor. Kocham cię.

- Jednak bardziej kochasz Harry’ego i nie zaprzeczaj Lou. To widać. Każdy to widzi.

Podniosła się z kanapy i wygładziła czarną spódniczkę do kolan.

- Dowidzenia, Lou.

Widziałem jak wychodzi przez drzwi i jak je zamyka. Zostałem kompletnie sam jak palec. Nie wiem kiedy zasnąłem z butelką wódki w dłoni i łzami spływającymi po policzkach.

„Yesterday…
Love was such an easy game to play.
Now I need a place to hide away.
Oh, I believe in yesterday.”

Wszedłem do mieszkania, które dzieliłem z Louisem i zobaczyłem go leżącego na kanapie z butelką w ręku. Westchnąłem ciężko i przejechałem palcami po swoich włosach, zapewne jeszcze bardziej rujnując swoją fryzurę.

- Tak bardzo siebie nienawidzę Louis za to co ci robię – szepnąłem, zabierając szkło z jego dłoni i przykrywając go kocem. Wiedziałem, że Eleanor z nim zerwała i to tylko przeze mnie. Zraniłem go, a plan jaki miał zarząd względem mnie i Tomlinsona coraz bardziej wydawał mi się zły i absurdalny. On nigdy nie zechce ze mną być, pomimo tego, że ja bardzo chciałbym być z nim. Budzić się obok osoby, którą kochasz już przez tyle lat, całować ją na powitanie, gdy jego oczy otworzą się szukając mojej sylwetki. Być z nim, dzielić smutki i radości. Jednak to nie będzie mi nigdy dane.

- Śpij dobrze, Louis – pocałowałem go lekko w czoło a chłopak lekko je zmarszczył. Myślałem, że się obudził, jednak tylko głośno zachrapał i przekręcił głowę w drugą stronę.

„We’re born alone,

we live alone,

we die alone.

Only through our love and friendship can we

create the illusion for the moment that we’re not alone.”


- Pan Harry Styles, proszony do gabinetu prezesa – powiedziała sekretarka, uśmiechając się pocieszająco w moim kierunku. Zerknąłem na nią, smutnymi oczami, a ona uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Będzie dobrze – szepnęła gdy przechodziłem koło jej biurka.

- Dzięki – powiedziałem i otworzyłem drzwi, siadając w tym samym fotelu w jakim siedziałem tydzień temu.

- I jakie osiągnąłeś rezultaty Styles związku z naszą umową? – zapytał się mnie facet w czarnym garniturze, złośliwie wykrzywiając swoje usta.

- Pokłócili się i zerwali. Louis jest w kompletnej rozsypce – powiedziałem sucho, nie okazując żadnych uczuć czy też emocji. Nie pozwolę, by mieli jakąkolwiek satysfakcję z tego co robią.

- Wyśmienicie – klasną w dłonie – w takim razie, czas na kolejny punkt. Czas by się w tobie zakochał Harry. Jednak nie powierzchownie, dogłębnie i z pasją. Pokaż mu po raz kolejny swój wizerunek bad boya, może znów się nabierze.

- Jesteście chorzy – syknąłem i szybko wstałem z miejsca.

- Jesteśmy tu po to, byście byli na samym szczycie, Styles. Po trupach do celu.

* Zachęcam do pisania komentarzy tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz