Jest taki dzień – jeden, jedyny i niepowtarzalny, w którym ludzie mają niebywałą okazję okazać sobie, ile dla siebie znaczą. Mogą bez wahania wyznawać sobie uczucia, a słowo „kocham” jest tego dnia na porządku dziennym. Nikt nie wstydzi się chodzenia za rękę, nikt nie wstydzi się publicznych pocałunków. Sklepowe wystawy biją czerwienią, wszędzie roi się od serduszek, kwiaciarnie mają tego dnia dosłownie urwanie głowy. I gdzieś tam, w ferworze tego wszystkiego, znajduje się mała piekarnia, która tylko raz w roku, dokładnie czternastego lutego, wypieka przepyszne babeczki z romantycznymi wróżbami w środku. Gdy kupidyn wypełni już swoją misję, godząc miłosną strzałą wszystkich tych, którzy krążą wąskimi uliczkami Homles Chapel, schodzą się oni do „Miracle”, w której pracuje dwudziestoletni Harry Styles – zwyczajny chłopak z sercem przepełnionym nadzieją, że kiedyś w dzień świętego Walentego, dane mu będzie spędzić czas z ukochaną osobą.
~ * ~
Układał właśnie babeczki na wielkich blachach, obserwując ich wierzch, oblany czerwonym lub różowym lukrem, przyozdobiony małymi, marcepanowymi różyczkami, serduszkami i wszystkim tym, co najbardziej kojarzy się z miłością. Westchnął głęboko, siadając przy ladzie i analizował całe swoje życie, w którym nigdy nie zaznał uczucia, którym wszyscy tak bardzo się ekscytują. Był samotny, bardzo samotny i pragnął w końcu się zakochać, pragnął mieć przy swoim boku kogoś, kogo mógłby uszczęśliwiać każdego dnia, kogo mógłby obsypywać licznymi pocałunkami, prowadzić za rękę i przytulać, zasypiać i budzić się tylko i wyłącznie przy tej jednej, wymarzonej osobie. Uważał samego siebie za pechowca, a Walentynki tylko potęgowały jego przygnębienie i skłaniały go do licznych refleksji. Często zastanawiał się nad tym, dlaczego dzieje się tak, że nie ma w swoim życiu nikogo, komu mógłby po prostu powiedzieć „kocham Cię” – przecież nie był złym człowiekiem i uważał, że zasługuje na miłość, jednak ona omijała go szerokim łukiem, z dnia na dzień coraz bardziej raniąc jego młode serce. Nie miał szczęścia w miłości i co gorsza, nie miał nawet szczęścia w kartach… Przeciągnął się ze zmęczenia, raz jeszcze spoglądając w kierunku babeczek, które wyglądały przepysznie i gdyby tylko mógł, obdarowałby nimi cały zakochany świat. I właśnie wtedy, w momencie, w którym przyglądał się czerwonemu lukrowi, wpadł na pewien pomysł, który być może miał szansę przynieść mu sukces.
~ * ~
- Tak, potwierdzam rezerwację. – powiedział pewnie do telefonu, uśmiechając się pod nosem, po czym naciskając czerwoną słuchawkę, zakończył połączenie, odkładając komórkę na blat stołu. Wyjął z bocznej szuflady skrawek papieru, na którym pracownicy piekarni wypisywali romantyczne wróżby, by później skryć je w środku babeczki i rozprostował go, sięgając po czarne piórko. „Restauracja Red Wine, stolik numer 7, Liberty Avenue, godzina 20:00”, napisał, po czym zwinął papierek, wciskając go w jeden z wypieków. Uśmiechnął się sam do siebie, jakby wreszcie jego marzenie miało zostać spełnione, jednak z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że jego misja może zostać skazana na niepowodzenie. Nie miał pewności, w czyje ręce wpadnie jego babeczka, nie miał pojęcia, czy trafi do takiego samotnika, jak on, jednak miał nadzieję, która wypełniała jego młode serce i chciał wierzyć, że tego wieczora nie będzie tak samotny, jak w ciągu całego tego roku. Chciał, by ten walentynkowy dzień raz na zawsze odmienił jego życie, by strzała kupidyna trafiła i jego.
~ * ~
- Przeklęte Walentynki… - syknął pod nosem Louis Tomlinson, młody pracownik jednej z większych korporacji w mieście, idąc wąską uliczką, od czasu do czasu wpadając w rozentuzjazmowanych ludzi, pochłoniętych żarem miłości, której zapach zawisł w powietrzu niczym jedna z najgorszych wróżb, jaka mogła go dosięgnąć. Od kiedy tylko sięgał pamięcią, nienawidził tego święta całym swoim sercem i jedyne, co mógł o nim powiedzieć to to, że było strasznie komercyjne. Zbyt czułe i zbyt wymyślne, by mogło być prawdziwe. Nie rozumiał, dlaczego ono tak wszystkich cieszy – wychodził z założenia, że kocha się kogoś przez cały rok, a nie tylko i wyłącznie czternastego lutego, bo tak nakazuje odwieczna tradycja. Przeklął głośno, zderzając się z człowiekiem przebranym za kupidyna, który stał na środku bocznej alejki, wymachując prowizorycznym łukiem. Zmierzył go wzrokiem od góry do dołu, gotowy wyrwać mu strzały z rąk, jednak uznał, że stosowniej będzie nie mieszać się do tego wszystkiego. Jeśli inni chcieli, mieli prawo świętować ten dzień. On, gdyby tylko mógł, absolutnie by tego nie robił. Przystanął, opierając się o zimny mur, obserwując zatłoczony rynek miasta, na którym aż roiło się od czerwonych baloników w kształcie serca, unoszących się na lekkim, chłodnym wietrze, smagającym jego przemęczoną twarz. Patrzył przez moment, jak wielki balon wzlatuje w przestworza, a jego ciało przebiegł dreszcz i sam nie wiedział, czy było to spowodowane zimnem, czy raczej niechęcią i przerażeniem, związanym z Walentynkami. Westchnął głośno, w głębi duszy wiedząc, że już jutro będzie musiał wpaść do domu z bukietem czerwonych róż, czekoladkami i jakimś drobnym prezentem dla swojej żony, której niestety nie darzył żadnym głębszym uczuciem. Louis był gejem i wiedział to, od kiedy skończył szesnaście lat, jednak okoliczności i kwestie rodzinne doprowadziły do tego, że krył się z tym przez długie lata, po czym uległ błaganiom swoich rodziców, żeniąc się z Eleanor Calder, rozpieszczoną i najukochańszą córeczką właściciela miejscowego banku. Związek nastawiony na zyski, absolutnie nie nastawiony na miłość, choć szatyn w głębi duszy pragnął się wreszcie w kimś zakochać.
- Balonik w kształcie serca? – powiedział mały chłopczyk, podchodząc do niego z szerokim uśmiechem na twarzy. Pokiwał przecząco głową, odchodząc z tego miejsca tak szybko, jak to tylko było możliwe. Nie mógł znieść całej tej sztuczności, która zawładnęła światem już na dzień przed tym przeklętym świętem.
~ * ~
Skręcił w boczną alejkę, kierując się wprost do piekarni „Miracle” z nadzieją, że w końcu znajdzie jakieś ustronne miejsce, kryjąc się w nim przed całym, otaczającym go światem. Magia Walentynek zdecydowanie nie była dla niego, przygniatała go i ciągnęła na samo dno, a myśl o tym, że ponownie musi nałożyć maskę na swoją twarz, udając przed rodziną i swoją żoną kogoś, kim nigdy naprawdę nie był, sprawiała, że miał ochotę rozpłakać się jak mały chłopczyk. Zamknął za sobą drzwi z takim impetem, że od razu ściągnął na siebie uwagę wszystkich pracowników, który gotowi byli już zamykać swoje miejsce pracy. Zielonooki chłopak wybiegł z zaplecza, słysząc przerażający huk, lecz gdy tylko ujrzał szatyna, opartego o jedną ze ścian, uśmiechnął się pod nosem, opierając dłonie na sklepowej ladzie.
- Kolejny desperat uciekający przed miłością? – zaśmiał się głośno, obserwując Louisa, przeczesującego swoje nieco dłuższe, jasne włosy. – Chyba nie uda Ci się uciec tak łatwo. – dodał po chwili, widząc, jak odrobinę starszy od niego chłopak siada przy niewysokim stoliku, chowając twarz w dłoniach. Obserwował go jeszcze przez kilka chwil, po czym zabrał się za zamiatanie przykurzonej podłogi, żegnając się z Barbarą i Robertem, właścicielami piekarni, zarazem obiecując im, że zamknie ją tak szybko, jak to tylko będzie możliwe. Krzątał się między stolikami, przecierając ich blaty mokrą ściereczką, nucąc pod nosem jedną z miłosnych piosenek. Klimat Walentynek zdecydowanie pochłonął go do tego stopnia, że prawie zapomniał o szatynie, siedzącym spokojnie w kącie „Miracle”.
- Mógłbyś przestać przyśpiewywać to romantyczne badziewie? – spytał, szturchając zielonookiego ostrożnie w ramię. Chłopak podskoczył z wrażenia, upuszczając miotłę, z którą lawirował między starymi, drewnianymi krzesłami. – Proszę, oszczędź mi tego. – szepnął, a po jego policzku potoczyła się pojedyncza łza, pozostawiając po sobie mokry szlaczek. Louis był chodzącym kłębkiem nerwów, czuł, że jest na przegranej pozycji i nie potrafił utrzymać swojego życia we własnych rękach, nie wspominając już o tym, że nie potrafił nim pokierować tak, jakby sam tego chciał. Miał piękny dom, dobrze płatną pracę i, jakby na to nie patrzeć, śliczną żonę, która była w stanie zrobić dla niego dosłownie wszystko, jednak on żył, mając przekonanie, że świat, który go otacza, nie jest światem, w którym tak naprawdę chce egzystować. Codzienność sprawiała, że zatracał się coraz bardziej i, choć wielu ludzi mogłoby mu pozazdrościć pławienia się w luksusach, on gotów byłby z tego zrezygnować, gdyby ktoś po prostu zaoferował mu szczęście i wolność, której od dawien dawna pragnął, jak niczego innego. Westchnął głęboko, przecierając swój policzek, jednocześnie odwracając wzrok od zaskoczonego dwudziestolatka, który wpatrywał się w niego nieodgadnionym wzrokiem. Potrząsnął głową, zakładając za ucho kosmyk swoich kasztanowych loków, siadając na krześle tuż obok nieznajomego.
- Przepraszam, ja… - zaczął niepewnie Harry, kładąc drżącą dłoń na przedramieniu szatyna, który momentalnie spojrzał w jego kierunku swoimi smutnymi, błękitnymi tęczówkami. – Nie chciałem sprawić, byś był przygnębiony. Czy… - zawahał się, biorąc głęboki oddech. – Mogę coś dla Ciebie zrobić? – szepnął, przysuwając krzesło nieznacznie do stolika. Louis mierzył go wzrokiem, jednak jedyne, na co się zebrał, to teatralne wywrócenie oczyma i wzruszenie ramionami, które niczego nie wnosiło do ich rozmowy.
- Jeśli chcesz mi pomóc, spraw, by ten przeklęty dzień nigdy nie nastał. – wyrzucił z siebie, podrywając się gwałtownie, by rozprostować nieco kości, przechadzając się po pomieszczeniu w tę i z powrotem. – Widzisz, nie pomożesz mi. Możesz jedynie zapakować mi kilka tych swoich przeklętych, walentynkowych babeczek, żeby mógł jutro dać je mojej przeklętej żonie… - zachłysnął się powietrzem, które nieco zbyt szybko nabrał do swoich płuc. Harry posłusznie wykonał plecenie, układając w kartoniku kilka pięknych, dużych babeczek, które wyglądały tak apetycznie, że sam miał ochotę zjeść parę z nich, po czym zamknął wieczko, podając słodkości szatynowi, który w pośpiechu zapłacił, wychodząc energicznie z piekarni. Zielonooki oparł się o ladę, patrząc tęsknym wzrokiem za niewysokim chłopakiem, który wydał mu się równie samotny i nieszczęśliwy, jak on.
~ * ~
Louis obudził się godzinę wcześniej, niż powinien, ustawiając samemu sobie budzik tak, by wyjść z domu, zanim obudzi się jego żona Eleanor. Najciszej jak potrafił, wyczołgał się z łóżka, kierując się na palcach w kierunku korytarza, przeklinając w duchu skrzypiącą podłogę, która mogła zbudzić śpiącą dziewczynę. Nie chciał się z nią konfrontować, przynajmniej nie od samego rana, musząc rozczulać się przy niej z okazji Walentynek, których szczerze nienawidził. Marzył w tej chwili tylko o tym, by wypić filiżankę gorącej, mocnej kawy i zamknąć się w biurze aż do samego wieczora, a najlepiej, by w ogóle z niego nie wracać. Mógłby powiedzieć, że ma masę pracy, mógłby wykręcać się, że ma wiele papierów do wypełnienia i zajmie mu to nieskończoną ilość czasu. Mógłby, gdyby nie pracował w firmie swojego ojczyma, który, z całą pewnością, wyrzuci go z niej tuż przed południem, by mógł zabrać Eleanor na romantyczny obiad do jednej z najdroższych restauracji w Holmes Chapel. W zasadzie, w tym momencie marzył o tym, by po prostu zapaść się pod ziemię. Narzucił na siebie starannie uprasowaną koszulę oraz garnitur, po czym udał się do kuchni, by w pośpiechu zjeść miskę płatków kukurydzianych z mlekiem, wychodząc z domu, prosząc w duchu, by nie napotkać po drodze oszalałych z miłości ludzi. To uczucie zdecydowanie było dla niego obce. Jego serce było zasnute grubą warstwą lodu, a dziewczyna, którą jego rodzina uważała za perfekcyjną, wcale nie dawała mu szczęścia i nie sprawiała, że miał ochotę oddać się tym wszystkim emocjom, jakie inni wiązali z miłością. Louis nawet nie wiedział, czym ona jest, nie rozumiał jej i czasami miał wrażenie, że już nigdy nie dane mu będzie jej zaznać, gdy będzie trwał w sidłach Eleanor, która była idealna, ale niestety nie dla niego. Maszerując wąskimi uliczkami rozmyślał o swojej niepewnej przyszłości, rozważał nawet ucieczkę, planując każdy jej szczegół, ale przecież gdyby to zrobił, uciekłby od samego siebie, a tego robić nie chciał. Przechodząc koło piekarni „Miracle”, zatrzymał się na moment, zaglądając przez niewielką szybkę, przysłoniętą krótką, kremową firanką. W pomieszczeniu krzątał się ten sam zielonooki chłopak, który obsługiwał go poprzedniego popołudnia. Przemieszczał się z miotłą w dłoni to tu, to tam, od czasu do czasu przystając, by utkwić wzrok w witrynce, za którą kryły się walentynkowe babeczki. Był samotny, szatyn wiedział o tym, choć dwudziestolatek nie pisnął mu ani słówka na ten temat. Był do niego tak bardzo podobny, że Louis wyczuł to niemalże od razu, gdy młodszy od niego chłopak przysiadł na krześle tuż obok niego. Szmaragdowe tęczówki kryły w sobie wielki smutek, pragnienie miłości, której dotąd nie dane mu było zaznać. Niebieskooki był skłonny stwierdzić, że Harry był jego bratnią duszą – tak samo zagubioną i tak samo samotną. Westchnął znacząco, ruszając w dalszą drogę do pracy, zaprzątając sobie głowę głębią jego oczu. Głębią oczu pracownika przydrożnej piekarni, o którym absolutnie nie powinien był myśleć. A jednak, robił to. Z chwili na chwilę analizując kolejne szczegóły jego osoby, zupełnie tak, jakby był dla niego kimś ważnym.
~ * ~
Wchodząc do domu, nadal rozmyślał o zielonookim chłopaku, który wydał mu się idealnym kandydatem do spędzenia wspólnego życia, w którym oboje nie musieliby udawać kogoś, kim nie są, w którym oboje mogliby cieszyć się wolnością i nie czuć się zewsząd ograniczanymi. Ledwo zdążył przekroczyć próg, Eleanor wpadła w jego objęcia, namiętnie całując go w usta, przez co przeszył go nieprzyjemny dreszcz, jednak dostrzegając kątem oka rodziców, spoglądających na niego pytającym wzrokiem, odwzajemnił pocałunek, przyciągając brunetkę jeszcze bliżej siebie. Ich usta błądziły po sobie, choć Louis myślami był już daleko stąd, myślami tkwił w objęciach nieznajomego chłopaka, którego pragnął i który zawrócił mu w głowie już podczas pierwszego spotkania. Chciał przetrwać ten dzień, chciał jakimś cudem przeżyć Walentynki, by nazajutrz wybrać się do „Miracle” i spędzić trochę czasu u boku zielonookiego.
- Twoi rodzice chcą wysłać nas na wakacje. – szepnęła mu na ucho jego żona, ostrożnie drapiąc paznokciami jego kark. – Twój ojczym zauważył, że ostatnio ciągle siedzisz w pracy. Louis, tak nie moż…
- Moi rodzice nie będą organizowali mi życia. – odburknął wściekły, tym samym przerywając dziewczynie wypowiedź. Minął ją w progu, przechodząc także koło naburmuszonych rodziców, którym postawił się po raz pierwszy w życiu. Zawsze się ich słuchał, zawsze wypełniał ich polecenia. Ożenił się nawet z Eleanor, by spełnić ich wymagania. Prawda była jednak taka, że robił to wszystko z przymusu, ze strachu przed tym, kim był naprawdę. Nigdy nie przyznał się do tego, że jest gejem, nigdy nie przyznał się do tego, że weekendami studiował swoje wymarzone dziennikarstwo i uciążliwie szukał pracy w tym kierunku, by jak najszybciej wyrwać się spod czujnego oka ojczyma, który kontrolował niemalże każdy jego ruch. Miał wiele tajemnic, ale z drugiej strony wiedział, że nie ma ich komu wyznać. Wszyscy ludzie, którzy go otaczali, zdecydowanie by tego nie zrozumieli. Zdjął z ramion swój nieco dłuższy płaszcz, odkładając go na brzegu kanapy, po czym rozsiadł się na wygodnej, skórzanej sofie, spoglądając na rozczarowaną żonę, która przysiadła naprzeciwko niego. – Nie patrz tak na mnie, El. – zaczął, przeczesując palcami swoje długie, jasne włosy. - Przestałem być już grzecznym i posłusznym synkiem. Teraz chcę żyć na własnych zasadach. – syknął niemalże przez zaciśnięte zęby, gwałtownie wstając i wychodząc do kuchni. Z salonu dało się słyszeć, jak krząta się po pomieszczeniu, wstawiając wodę na mocną kawę, taką, jaką miał w zwyczaju pić, gdy był naprawdę zdenerwowany. Eleanor westchnęła znacząco, opierając głowę o zagłówek fotela. Nie tak wyobrażała sobie ich pierwsze, wspólne Walentynki.
~ * ~
Harry stał przed lustrem, poprawiając swój wąski, czarny krawat, ciasno zawiązany pod szyją. Ciemny garnitur idealnie opinał jego umięśnione ciało, powodując tym samym, że wyglądał naprawdę bardzo dobrze. Przeglądał się w szklanej tafli, raz po raz ustawiając się bokiem, by poprawić nieco wygniecioną marynarkę, która pomimo kilku defektów, prezentowała się tak, jak powinna. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Za chwilę miał wsiąść w swój samochód i pojechać do restauracji Red Wine z nadzieją, że spotka w niej miłość swojego życia. Specjalnie na te Walentynki zarezerwował stolik dla dwóch osób, modląc się, by ktoś odnalazł jego wróżbę, ukrytą w lukrowanej babeczce. Chciał się zakochać, tak bardzo chciał znaleźć kogoś odpowiedniego dla siebie i, choć nie miał wygórowanych wymagań, nadal był sam i tego właśnie nie mógł zrozumieć. Wszyscy jego znajomi byli szczęśliwi, jego najlepszy przyjaciel – Niall, pomimo tego, że miał dopiero dwadzieścia jeden lat, miał już żonę i roczną córeczkę. Harry był jego przeciwieństwem – pragnął mieć takie życie, jak on, jednak szczęście omijało go szerokim łukiem. I nawet teraz, gdy naciskał klamkę swojego czarnego samochodu, wiedział, że i tego wieczora będzie sam jak palec. Będzie siedział przy stoliku z siódmym numerem, będzie popijał jedno z najdroższych, czerwonych win i będzie rozmyślał o swojej przyszłości, co rusz pytając, dlaczego…
~ * ~
Louis siedział w salonie wraz z Eleanor, oglądając jakąś beznadziejną komedię romantyczną. Dochodziła godzina dwudziesta i w głębi duszy szatyn cieszył się, że ten dzień już powoli mija. Chciał po prostu pójść spać i obudzić się nazajutrz, pójść do pracy i wrócić do szarej codzienności, przybrać kolejną maskę i znów udawać, że jest kimś, kim naprawdę nie był i nigdy być nie chciał. Wiedział, że jak tylko znajdzie pracę, wyrywając się spod czujnego oka ojczyma, rozpocznie nowe życie – przyzna się do bycia homoseksualistą, wynajmie dla siebie mieszkanie i weźmie swój los w swoje własne ręce, nie pozwalając nim kierować już nikomu innemu. Westchnął znacząco, gdy Eleanor złożyła czuły pocałunek na jego szyi, który absolutnie nie sprawił mu przyjemności. Za każdym razem, gdy znajdował się w pobliżu dziewczyny, czuł się niekomfortowo i wiedział, że źle postępuje, okłamując ją. W końcu miała prawo znać prawdę, miała prawo ułożyć sobie życie z kimś, kto byłby w stanie dać jej szczęście, którego on nie mógł jej zaoferować. Lubił ją, jednak wiedział, że nie jest dla niego odpowiednią partnerką.
- El… - zaczął, jednak momentalnie przerwał, widząc swoich rodziców, wchodzących pewnym krokiem do salonu z talerzem kolorowych babeczek, które szatyn kupił dzień wcześniej w piekarni Harry’ego. Gdy spoglądał na czerwono-różowy lukier, marcepanowe serduszka i różyczki, od razu miał przed oczyma zielonookiego chłopaka. Serce zabiło mu szybciej, gdy przypomniał sobie ten szmaragdowy błysk, szeroki uśmiech i dwa dołeczki, tworzące się na jego policzkach, gdy unosił ku górze kąciki swoich pełnych, zaróżowionych ust. Był taki piękny, że sama myśl o nim, zapierała mu dech w piersiach. – Właśnie chciałem powiedzieć, że kupiłem wczoraj babeczki. – szybko zmienił temat, podając brunetce jedną z nich. Dziewczyna zaśmiała się cicho, obserwując zmagania szatyna z marcepanową ozdobą, której nie chciał zjadać, odkładając ją po wielu próbach na talerzyku tuż obok. Nagryzł babeczkę od razu trafiając na swoją wróżbę, podobnie, jak pozostali członkowie rodziny. Wyjął skrawek papieru, kątem oka obserwując swoją żonę, która uśmiechała się, czytając romantyczne słowa. Louis rozwinął papierek, rozprostowując go tuż przed swoimi oczyma.
Restauracja Red Wine, stolik numer 7, Liberty Avenue, godzina 20:00
Poderwał się gwałtownie, spoglądając na niewielki zegarek, stojący na kominku nieopodal niego. Dziewiętnasta pięćdziesiąt. Miał dziesięć minut, by wstawić się na Liberty Avenue, więc jeśli chciał się tam pojawić, musiał się pospieszyć. Podbiegł do skórzanej sofy, porywając z niej swój ciemny płaszcz, po czym narzucając go sobie na ramiona, skierował się w pośpiechu w kierunku korytarza. Rodzice wraz z Eleanor przystanęli w progu, obserwując, z jakim zacięciem szatyn szukał kluczyków od swojego samochodu, rozrzucając przy okazji wszystkie papiery, posegregowane i ułożone na kupce na niskiej, drewnianej szafce.
- A tobie dokąd tak śpieszno, młody mężczyzno? – spytała jego matka, łapiąc go za nadgarstek w momencie, w którym Louis już wychodził z domu, by udać się na wyznaczone we wróżbie spotkanie. Zmierzył kobietę wzrokiem, wyrywając się z jej żelaznego uścisku.
- Nie twój interes, mamo. – syknął, wybierając odpowiedni klucz z całego pęku. – Od dzisiaj to ja decyduję o moim życiu. – powiedział pewnie, akcentując dobitnie dwa ostatnie słowa. I wyszedł, tak po prostu wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami. Gdy tylko zderzył się z zimnym powietrzem, od razu zrozumiał jedno – był wolny.
~ * ~
Zielonooki chłopak siedział przy siódmym stoliku, opierając łokcie na jego blacie. Rozglądał się niepewnie po pomieszczeniu, od czasu do czasu zatrzymując wzrok na zakochanych parach, spędzających wspólnie czas, delektując się przepysznym jedzeniem, uderzając rantami kieliszków z czerwonym winem. Harry miał wrażenie, że wszyscy są szczęśliwi. Wszyscy, prócz niego. Za każdym razem, gdy nad drzwiami restauracji dzwonił mały dzwoneczek, spoglądał tęskno w tamtym kierunku, licząc na to, że ktoś odnalazł jego wróżbę i potraktował ją poważnie, chcąc się z nim spotkać. Mogło trafić na każdego, dwudziestolatek nie dbał o to, chciał po prostu z kimś spędzić tegoroczne Walentynki. Jego serce przypominało sopel lodu – było zimne i nie biło tym charakterystycznym, miłosnym rytmem i, choć pragnął je za wszelką cenę rozmrozić, ono nie odpuszczało tak łatwo. Lód dookoła niego nawarstwiał się z roku na rok, stawał się coraz grubszy i potrzeba by było solidnego młota, by rozbić je na maleńkie kawałeczki. Westchnął znacząco, zaczepiając przechodzącego koło niego kelnera, by zamówić butelkę czerwonego wina, z zamiarem opróżnienia jej całej. Młody mężczyzna skinął głową, zapisując na małej, białej karteczce zamówienie zielonookiego, by po chwili postawić przed nim Cabernet Sauvignon, nalewając mu odrobinę do kieliszka.
- Wyborne. – szepnął dwudziestolatek, upijając małego łyka, odstawiając kieliszek na bok. – Dziękuję. – rzucił do kelnera, szczerze się uśmiechając, gdy ten odchodził, by obsłużyć inną parę. Harry cierpliwie czekał, obserwując przez okno drobne, białe płatki śniegu, wirujące na lekkim, zimowym wietrze.
~ * ~
Szatyn gnał jak na złamanie karku, co chwilę spoglądają na deskę rozdzielczą swojego samochodu, odczytując godzinę. Był spóźniony ponad piętnaście minut, a jedyne, co mu pozostało, to przeklinanie nieodpowiednich warunków pogodowych i wściekanie się za każdym razem, gdy światło tuż przed nim zmieniało barwę z pomarańczowej na czerwoną. Znajdował się w samym centrum miasta, w gigantycznym korku, zastanawiając się, dokąd pędzą ci wszyscy ludzie o tak późnej porze, podczas gdy, być może, gdzieś tam czeka na niego miłość jego życia. Nigdy dotąd nie wierzył w przeznaczenie, jednak gdy tylko odnalazł w swojej babeczce wróżbę z podanym adresem i nazwą restauracji, nie wahał się ani chwili. Nie miał bowiem niczego do stracenia, mógł tylko i wyłącznie zyskać. Nacisnął mocniej pedał gazu, by po kilku minutach dotrzeć w odpowiednie miejsce. Wysiadł ze swojego auta, zamykając je, po czym oparł się na chwilę o jego maskę, obserwując podświetlony napis Red Wine. Gdzieś tam, w środku tej restauracji, czeka na niego ktoś, z kim zamierza spędzić Walentynki. Podszedł do pracownika, stojącego przy drzwiach, pokazując kartkę z numerem stolika, po czym ruszył pewnie wraz z kelnerem, prowadzącym go w odpowiednie miejsce. Szedł i z każdym krokiem czuł, jak jego serce bije coraz szybciej i mocniej, zupełnie tak, jak w dniu, w którym po raz pierwszy ujrzał zielonookiego chłopaka. Przystanął na moment, zastanawiając się, jak on spędza dzisiejszy wieczór, po czym doszedł do wniosku, że pewnie trwa teraz w objęciach swojej dziewczyny i nie jest tak samo rozdarty i samotny, jak on.
- Proszę bardzo, to ten stolik w rogu. – szepnął kelner, wskazując gestem dłoni szczęśliwą siódemkę. Louis nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdy ujrzał przy nim tego samego chłopaka, który pracował w „Miracle” i w którym zatracił się tamtego dnia, gdy kupował u niego lukrowane babeczki. Poczuł, że jego nogi robią się jak z waty, a dłonie z chwili na chwilę pocą się coraz mocniej. Przymknął na moment swoje powieki, odliczając w myślach do dziesięciu i, choć to dziecinny sposób, by rozładować nadmiar napływających emocji, w jego przypadku zawsze skutkował. Ruszył przed siebie, starając się utrzymać uśmiech na twarzy, jednak w tej chwili miał ochotę skakać z radości jak mały chłopczyk, który wreszcie otrzymał od kogoś swoją wymarzoną zabawkę. Oparł dłonie na blacie stolika, spoglądając z góry na zielonookiego chłopaka, który zdążył opróżnić już prawie połowę butelki wina.
- Nie wierzyłem w przeznaczenie, wiesz? – zaczął Louis, siadając naprzeciwko niego. Kilka kosmyków włosów opadało na jego czoło, jednak w tym momencie nie dbał o nic, wpatrując się w szmaragdowe tęczówki chłopaka. – Aż do dzisiaj. – szepnął, kładąc przed nim karteczkę z wydrukowanym adresem. Harry spojrzał na nią, uśmiechając się szeroko, a na jego policzkach pojawiły się te słodkie dołeczki, które szatyn wręcz uwielbiał.
- A ja nie wierzyłem, że ktokolwiek potraktuje to poważnie. – dopowiedział, jednocześnie nalewając odrobinę czerwonego wina do drugiego kieliszka, podsuwając go starszemu. –Zatem… - zaczął, jednak zawahał się na moment, spoglądając wprost w niebieskie oczu Louisa. – Będziesz moją tegoroczną Walentynką? – spytał, czując, jak na jego policzki wstępują rumieńce.
- Mam nadzieję, że nie tylko tegoroczną… - powiedział pewnie, unosząc ku górze kieliszek czerwonego wina, zderzając się jego rantem ze swoim nowym przyjacielem.
"Aby znaleźć miłość nie pukaj do każdych drzwi. Gdy przyjdzie Twoja
godzina, sama wejdzie do Twego domu, w Twe życie, do Twojego serca”
~ Bob Dylan
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz