niedziela, 9 marca 2014
¸¸¸
¸¸¸
*
Czwartek Rano
Louis był w tarapatach. W zasadzie tarapaty nie było wystarczającym słowem, by to określić, ale przecież był tylko siedemnastolatkiem, a nie jakimś geniuszem od słownictwa. Nie wiedział kiedy, ani jak, ani gdzie (?) to się zdarzyło, ale się zdarzyło. Zapomniał o rocznicy jego i Eleanor. Umawiali się już pięć miesięcy.
No dobrze, może nie zupełnie zapomniał. W końcu ten dzień nie minął, a on zupełnie tego nie zauważył, czy coś, ale prawie tak się stało. Następnego dnia wypadała ich rocznica, a Louis nie miał żadnych planów, żadnego prezentu i żadnego pomysłu co zrobić.
Fantastycznie.
Jednak nie był kompletnie bezradny. W końcu, nie mieli dzisiaj treningu, więc miał całe popołudnie do spędzenia z Eleanor i cały dzień na wymyślenie czegoś.
Obudzenie się skulonym w ramionach Harry’ego pewnie nie było dobrym sposobem, by zacząć dzień, który powinien spędzić ze swoją dziewczyną, ale postanowił spróbować nie myśleć o tym przez chwilę. Ale myśli o chłopaku nie chciały opuścić jego głowy. Harry był… Louis nawet nie wiedział jaki, ale wiedział, że będzie musiał zmierzyć się z uczuciami, które towarzyszyły mu tamtej nocy na imprezie. Cóż nie były one platoniczne… A przynajmniej tak mu się wydawało. Zresztą skąd miał wiedzieć? Nigdy wcześniej nie darzył takimi uczuciami innego chłopaka. Po prostu nie mógł się przyznać do tego, że Harry w jakiś sposób go pociągał, czy cokolwiek co się z nim działo.
Więc zdecydował, że zrobi to co każda normalna osoba zrobiła by w takiej sytuacji. Poszedł po radę do najlepszego przyjaciela.
-Mam pytanie – zaczął, kiedy szli z lodowiska do klasy Angielskiego.
Zayn nie wahał się ani przez chwilę.
-Powtarzam ci po raz tysięczny. Lou, twój tyłek naprawdę jest zupełnie normalnych rozmiarów.
-Bardzo śmieszne.
-Tak myślałem – wyszczerzył się Malik. –Więc o co chodzi?
Najwyraźniej o poziom mojego szaleństwa. Louis odkaszlnął i odwrócił wzrok, nie wiedząc jak zacząć. Zayn… Zayn go zrozumie, prawda? W końcu czuł coś do Liama, kiedy się jeszcze przyjaźnili, a teraz? Spójrzcie na nich! Z drugiej strony, Zayn wiedział o swojej orientacji seksualnej już od dawna.
Malik zauważył jego wahanie.
-Lou? – spytał łagodnie, zerkając na niego. Jego twarz była pełna powagi, ale malowało się na niej również zmartwienie i niepokój. – Co jest? Boisz się egzaminu?
Do egzaminu Louisa było jeszcze trochę czasu, ale to było oczywiste, że Zayn dojdzie do takiego wniosku. Tomlinson pokręcił głową, unosząc wzrok. Otworzył usta, z których przez jakiś czas nie wydobył się żaden dźwięk, po czym zamknął je. W jego gardle uformowała się gula wielkości Montany (albo Pałacu Buckingham, albo czegokolwiek w Wielkiej Brytanii, co było rozmiarów Montany), a jego serce przyspieszyło. Nie mógł tego zrobić. Nie mógł. I naprawdę nie potrzebował. W końcu przecież nie lubił Harry’ego w ten specyficzny sposób, czy coś w tym stylu. Tak naprawdę…
Zayn westchnął i zatrzymał się, łapiąc Louisa za ramię, żeby też się zatrzymał.
-Hej – powiedział, patrząc na niego w sposób, który mógł być opisany jedynie słowem „surowy”. – Skończ z wciskaniem kitu, Lou. Wiesz, że możesz mi powiedzieć, po prostu miej jaja i powiedz mi co ci leży na sercu.
Louis zaśmiał by się, gdyby nie miał uczucia, że zadławi się własnym językiem, przez te nerwy. Ale to był tylko Zayn! Mógł mu powiedzieć wszystko, tak jak było. Więc wziął głęboki wdech, by uspokoić nerwy i spojrzał przyjacielowi prosto w oczy.
-Skąd wiedziałeś, że lubisz Liama?
Zayn uniósł brwi i wypuścił powietrze, uśmiechając się lekko.
-To o to chodzi? – pokręcił głową, zapewne zastanawiając się jakim cudem jego przyjaciel jest tak głupi. –Wiedziałem to od razu – kontynuował, próbując powstrzymać szeroki uśmiech (bezskutecznie). – Po prostu wiedziałem. Myślę, że to po prostu tak działa. Kiedy jesteś z osobą, którą lubisz… To się po prostu dzieje.
-Och – pokiwał głową Tomlinson, odwracając wzrok i wbijając go w podłogę. – To nie miało znaczenia, że jest… No wiesz, chłopakiem? Znaczy… Czy to nie było dla ciebie dziwne? W końcu, ostatnią osobą z którą byłeś, była ta dziewczyna, Emily, więc ta zmiana… Nie była dziwna? – gadał od rzeczy i brzmiał jak idiota. Poza tym było oczywiste o czym tak naprawdę myślał. Miał by szczęście, jeśli Zayn zaraz nie wybuchnął by śmiechem.
Malik rzucił mu jedno z tych wszystkowiedzących spojrzeń.
-Wiesz co zawsze mówiłem, Lou. Płeć nie ma znaczenia. Ważna jest druga osoba. Jeśli dwie osoby naprawdę łączy jakaś więź, to się połączą. Tylko to się liczy… Ale rozumiem dlaczego niektórzy są tego tacy niepewni, zwłaszcza jeśli to jest coś do czego nie są przyzwyczajeni, ale trzeba uwierzyć w siebie i sobie zaufać. Tylko tak można być szczęśliwym – tak Zayn zdecydowanie wiedział o co chodzi, przez co Louis miał straszną ochotę uderzyć się za samo wspominanie o tym i uderzyć Zayna za to, że domyślił się jego uczuć tak szybko, a na końcu jeszcze uderzyć swoje uczucia za to, że mieszały mu w głowie.
-Rozumiem – powiedział szatyn, kiwając głową i mając nadzieję, że wygląda nonszalancko.
Ale tak naprawdę nie rozumiał, bo Zayn nie powiedział mu tego co chciał usłyszeć. Tak naprawdę, Louis nie był w stu procentach pewien co chciał usłyszeć, ale to na pewno nie było to. Może chciał by Zayn powiedział mu, że czuje coś tylko i wyłącznie do Eleanor, bo była jego dziewczyna, a kto inny mógł się dla niego liczyć tak bardzo, jeśli nie ona? Ale oczywiście, jego przyjaciel tego nie zrobił. Był w miarę mądrą osobą, pomimo jego nawyku palenia trawki.
Ale tak czy siak, Louis nadal nie wiedział co czuje. Nie wiedział czy w jakiś dziwny sposób (i nawet jeśli, to kiedy to się stało i jak to było możliwe?) zaczął coś czuć do Harry’ego i nie wiedział czy chciał się z nim umówić, czy go pocałować czy cokolwiek (a może chciał, tylko jeszcze o tym nie wiedział). Wiedział tylko, że Styles go uszczęśliwiał, bardziej niż Louis kiedykolwiek sądził, że to możliwe. Harry go uspakajał, Harry sprowadzał go na ziemię, kiedy odpływał w krainę marzeń. Harry był uśmiechami i sarkazmem i dołeczkami w policzkach i ciepłem. Eleanor była słodka i urocza i bezpieczna.
Nie musiał przecież podejmować decyzji tam. Tak naprawdę, wybrał jeden z najgorszych możliwych momentów, żeby o tym pogadać, ale co z tego. Niektóre problemy są zbyt palące, by je po prostu zignorować.
Dwójka spędziła resztę krótkiego spaceru w ciszy. Louis uparcie próbował nie myśleć o sytuacji jego, Harry’ego i Eleanor, bo naprawdę, teraz to była ostatnia rzecz, której potrzebował. Dotarli do klasy od Angielskiego pięć minut przed czasem, co było ich nowym rekordem. Ich przyjaciele już tam byli. Niall i Liam rozmawiali, ale twarz Payne’a rozjaśniła się jak choinka, kiedy Zayn i Louis weszli, a chłopak z Bradford podbiegł do niego i przywitał go radośnie.
Harry jednak, wydawał się być w swoim własnym świecie. Rozmawiał z dziewczyną z klasy… Jillian, a może Janice, albo Jacklyn, czy coś w tym stylu… I śmiał się. Cały ten obraz był taki dziwny, bo Louis przywykł do tego, że to on sprawiał, że Harry się śmiał. Zapomniał o tym, że jego nowy przyjaciel jest popularny i ludzie (którzy nie byli nim) też go lubią. Ale z jakiegoś dziwnego powodu, Louis poczuł rozgrzaną do białości złość płynącą przez jego żyły.
Przełknął głośno i zacisnął dłonie w pięści, przybierając fałszywy uśmiech i siadając na swoim miejscu obok Stylesa.
-Hej Haz – powiedział. (W tym momencie ta ksywka naprawdę zaczęła brzmieć zaborczo).
Harry przerwał to co akurat mówił Jilllian/Janice/Jacklyn, w pół słowa i odwrócił się by spojrzeć na chłopaka.
-Dzień dobry Lou. Jak twój trening?
Tomlinson oparł się dziecięcemu odruchowi, by rzucić dziewczynie, która nadal tam stała i wyglądała na nieco urażoną, spojrzenie typu. Tak, idź sobie.
-Całkiem nieźle, ale lekcje wzywały.
-Nie mogłeś się doczekać, aż mnie zobaczysz, co? – uśmiechnął się szeroko Styles
-Och, przecież wiesz – wywrócił oczami szatyn.
Kiedy lekcja się zaczęła, bezimienna dziewczyna odsunęła się i odeszła do swojej ławki, zupełnie niezauważona przez Harry’ego, z czego Louis bardzo się cieszył.
—
Czwartek Popołudniu
Może to było złe, ale Louis się teraz tym nie przejmował. Uśmiechał się szeroko, trzymając duży bukiet czerwonych tulipanów i gnając przez dziedziniec. Eleanor była w swoim pokoju. Tak przynajmniej powiedziała Danielle, kiedy wpadł na nią w sklepiku szkolnym, kiedy wpadł do niego w poszukiwaniu bukietu dla swojej dziewczyny. Peazer rzuciła mu rozbawione spojrzenie i rzuciła coś w stylu „Ktoś tu jest zapominalski”. A potem powiedziała mu, gdzie znajdzie El, bo była prawdziwym aniołem i Louis naprawdę nie wiedział, gdzie miał by zacząć poszukiwania, gdyby Dani mu nie pomogła.
Tak naprawdę nie było żadnej zasad o dziewczynach i chłopakach będących razem w pokojach, chyba, że było to po ciszy nocnej. Ale do tego czasu, nauczyciele nie mogli się mniej przejmować. Na jego korzyść, biorąc pod uwagę ile razy szedł się z nią zobaczyć.
Wbiegł do akademika i po schodach na górę (bo winda nigdy nie działała, więc po co w ogóle próbować?). Tak naprawdę, nie było powodu dlaczego tak się spieszył, zwłaszcza, że nie wybierał się nigdzie dziś wieczorem. Podobnie jak ona, ale przez kilka ostatnich dni był kłębkiem nerwów, więc odpuśćcie.
Nie miał zamiaru kłamać, kiedy dotarł na piętro Eleanor, kilka osób rzuciło mu dziwne spojrzenia, widząc jak pędził korytarzem. Lekcje skończyły się czterdzieści pięć minut temu, więc korytarze były pełne ludzi, a niektóre dziewczyny zostawiały otwarte na oścież drzwi do swoich pokoi (Louis nie miał pojęcia po co). Szatyn jednak nie zwalniał. Kiedy dotarł do pokoju dziewczyny, dyszał ze zmęczenia po długim biegu.
Jest moja rocznica, pomyślał do siebie. Cóż, prawie, ale co z tego. Kocham El, a ona kocha mnie i tylko to się liczy. Uśmiechnął się, otulając się zaprzeczeniem i wyciągnął z kieszeni klucz do pokoju, który dziewczyna dała mu podczas pierwszego tygodnia szkoły.
Kiedy zacisnął dłoń na klamce, zawahał się na chwilę, zastanawiając się, czy powinien zapukać. Nie, zdecydował w końcu, kręcąc głową, jakby sam pomysł był śmieszy. W końcu to ona dała mu klucz.
Więc, bez dłuższego zastanawiania się, otworzył drzwi i wszedł do środka.
-Nie musisz mówić, że jestem najlepszym chłopakiem na świecie, bo… - Louis zamarł.
Eleanor była w pokoju. Ale nie była sama. Była z jakimś chłopakiem na którego kolanach siedziała okrakiem i z którym się całowała. Słysząc dźwięk otwieranych drzwi i przywitanie Louisa, para odsunęła się od siebie i spojrzała na Tomlinsona. Dwa jelenie złapane przez łowcę. Eleanor wyglądała na przerażoną. Jej usta były szeroko otwarte, a jej wzrok biegł od Louisa do chłopaka na którego kolanach siedziała. Szatyn nawet na niego nie spojrzał. Nie mógł.
Zamrugał kilka razy. Gapił się na nich. Znowu zamrugał. Nie mógł jednak nic powiedzieć, bo jego mózg chwilowo przestał pracować. Jego dziewczyna całowała się z innym chłopakiem.
-Louis, ja… - zaczęła w końcu El, schodząc z kolan chłopaka.
Teraz Louis miał szansę mu się przyjrzeć. Znał go. Nazywał się Jason i był w drużynie hokejowej Emerald Hills.
Och.
To.
Miało.
Sens.
To dlatego Eleanor była tak nagle zainteresowana hokejem.
Ktoś głośno odkaszlnął przerywając ciszę i Louis odwrócił wzrok od El, zerkając na Jasona hokeistę, który podniósł się z łóżka, wyglądając na zmieszanego, jakby rozważał za i przeciw zostania tam.
-Powinienem… Iść.
Louis skinął krótko.
-Tak, naprawdę powinieneś – nic nie czuł, co było naprawdę dziwne. Zdziwienie wyraźnie blokowało złość, którą powinien czuć w tej sytuacji.
Jason hokeista ponownie odkaszlnął znacząco, chcąc rozrzedzić gęstą atmosferę, ale przez to wszystko tylko brzmiał jakby miał jakąś paskudną chorobę (inną niż psychiczną).
-Do zobaczenia później El.
Calder, mądrze, zdecydowała, się nie odzywać, po prostu patrzyła na hokeistę, który opuścił pokój, zamykając za sobą drzwi. A potem spojrzała na Louisa, który obserwował ją, próbując znaleźć słowa.
-Eleanor, co do cholery? – było pierwszą rzeczą, która opuściła jego usta. Nie było w tym żadnej złości, zazdrości, pustki. Jego głos wydawał się być płaski i z braku innego słowa, pełen zwykłej ciekawości.
Jego (była?) dziewczyna, przygryzła wargę, oddychając głośno.
-Ja… Nie wiem co powiedzieć.
-Możesz zacząć od powiedzenia mi jak długo mnie zdradzałaś – prychnął Tomlinson.
Dziewczyna sapnęła. Naprawdę do cholery sapnęła, jakby nie wierzyła, że oskarża ją o zdradę, mimo tego, że widział ją na własne oczy.
-Louis – wykrztusiła. –To nie tak…
-Serio?- szatyn uniósł brwi. Zaśmiał się, wcale nie rozbawiony, zerkając na tulipany, które trzymał w dłoni. –Więc jak? Jesteśmy w związku poliamorycznym*? Bo jeśli tak, to ktoś powinien mi powiedzieć.
-Przestań – poprosiła, zaciskając zęby. Matko Boska, w jej oczach były łzy. Jakby miała jakiekolwiek prawo płakać. On właśnie został zdradzony, a jednak nie płakał. – Nie możesz mnie za to winić.
-Co do cholery masz na myśli mówiąc, że nie mogę cię winić? – Louis niemal stracił cały swój spokój. –A kogo mam winić El? Jasona? Serio? Ten chłopak wygląda jakby miał w mózgu cztery szare komórki, które wytrwają tam kilka tygodni, zanim nie spróbują znaleźć kogoś bardziej inteligentnego.
-Nie mów o nim w ten sposób – powiedziała natychmiast Calder, zirytowana.
-Och, przepraszam – chłopak uniósł dłonie, w geście poddania się. –Nie powinienem obrażać twojego chłopaka.
To wydawało się być kroplą, która przelała czarę.
-Od kiedy w ogóle cię to obchodzi? – krzyknęła, zaciskając dłonie w pięści. –Ostatnio w ogóle nie zwracasz na mnie uwagi. Tylko jeździsz na łyżwach, albo spędzasz czas z cholernym Harrym Stylesem.
-Więc nie mogłaś powiedzieć ‘Hej, Lou, czuję się odsunięta na drugi plan’? Nie, oczywiście. Twoim rozwiązaniem było wpychanie języka do gardła jakiegoś gościa! – teraz przyszła złość, ale to nadal nie było to czego oczekiwał. To było bardziej jak irytacja tym jaka głupia była, że po pięciu miesiącach bycia razem nie powiedziała mu szczerze o swoich uczuciach. Poza tym, szczerze mówiąc, czuł jakby porównywanie go do Jasona, było porównywaniem ferrari do Hondy Civic.
-Myślałam, że ty mnie zdradzasz!
Te słowa sprawiły, że cała jego mądrość i wszystkie słowa zniknęły z jego głowy. To było jak wiadro zimnej wody. Gapił się na Eleanor w szoku, cofając się o kilka kroków. W końcu jego plecy uderzyły o drzwi jej pokoju, odcinając mu jedyną drogę ucieczki.
-Co? – wykrztusił, z niedowierzaniem.
Teraz to El była zła. Skrzyżowała ramiona na piersi i uniosła wysoko głowę.
-Słyszałeś. Spójrz mi w oczy i powiedz, że między tobą i Harrym nic się między wami nie dzieje.
-Między mną i Harrym? – Louis zakrztusił się powietrzem. Jego serce zaczęło bić w piersi jak szalone, a jego myśli pędziły. Zauważyła to wszystko, zanim on to zrobił. Zobaczyła, że on… Że on…. Chłopak ponownie pokręcił głową. –O czym ty mówisz?
-Louisie Williamie Tomlinsonie – powiedziała El. –Nie waż się kłamać mi w żywe oczy. Przez ostatni miesiąc spędzaliście razem więcej czasu, niż ja spędzałam z tobą już od dawna. Cały czas się dotykacie, uśmiechacie i spędzacie razem czas i… Och, Boże… Chciała bym, żebyś mógł się zobaczyć. Kiedy na niego patrzysz… Jakby był słonecznym blaskiem przekształconym w istotę ludzką. Nie mów mi, że nie wiesz o co chodzi…. A ja chcę żeby ktoś tak na mnie patrzył, ale bądźmy szczerzy. Tym kimś nigdy nie będziesz ty.
Nie mógł teraz o tym myśleć. Zdecydowanie nie mógł. Jego umysł był zajęty zbyt wieloma rzeczami na raz. Eleanor zdradzająca go, Eleanor myśląca, że on zdradza ją z Harrym, Hary, co do którego Louis nie był jeszcze zupełnie pewien. Krew pulsowała w jego uszach, odcinając cały zgiełk otoczenia i sprawiając, że myślenie przychodziło mu z trudnością, ale teraz przynajmniej nie musiał słuchać El.
Jak ona się tego domyśliła? Nie miał pojęcia. Nie wiedziała przecież nawet o pocałunku tych kilka tygodni temu na imprezie. Poza tym, w jego zachowaniu nie było nic co mogło by wskazywać na jakieś głębsze uczucia do Harry’ego. To było niemożliwe, że naprawdę tak na niego patrzył… Przecież… To brzmiało jak rodem z taniej komedii romantycznej.
-Ja nie… - jego głos był piskliwy i łamliwy, więc odkaszlnął i zaczął znowu. –Nie wiem o czym mówisz.
-Przestań wciskać mi kit, Lou – powiedziała po prostu, wzdychając ciężko. Złość (niezasłużona) biła od niej falami i malowała się na jej twarzy. Jakby jej niewierność ją męczyła. –Słuchaj, jestem pewna, że jesteś ostatnią osobą od której chcesz to usłyszeć, ale nawet ja, a nie spędzam wolnego czasu z chłopakami, widzę, że coś jest między waszą dwójką… Jesteś po prostu… Sama nie wiem… Szczęśliwszy, kiedy jesteś z nim, co dla mnie nie ma sensu, skoro nienawidziłeś go przez te wszystkie lata, ale trudno. To prawda. Nie zachowywałeś się tak przy nie od dawna, wiesz? Zasługuję na kogoś kto myśli o mnie cały czas, kto się mną przejmuje, kto chce ze mną być. A to nie jesteś już ty i w porządku. Mi nadal na tobie zależy i chcę, żebyś był szczęśliwy, więc zrób samemu sobie przysługę i bądź szczęśliwy z nim.
Było mnóstwo rzeczy, które chciał w tym momencie powiedzieć. Większość z nich to „Ale nie lubię Harry’ego w ten sposób”, co było kłamstwem i „Nie jestem gejem”, co nie było zupełnym kłamstwem. Ale nie powiedział niczego z tego co planował. Po prostu wziął trzy głębokie wdechy, powoli wypuszczając powietrze i patrząc na bukiet, który przyniósł. W przypływie złości ścisnął go stosunkowo mocno i zmiażdżył łodygi kwiatów. To do siebie pasowało. Dwie rzeczy, które zniszczył.
Ale tulipany wracały. Co roku, jak w zegarku, kwitły, umierały, a potem wracały następnej wiosny. Trwały, żyły, ruszały do przody. I to właśnie miał zamiar zrobić Louis.
-Okej – powiedział po ciszy, trwającej wieczność.
-Okej? – Calder wyglądała na zaskoczoną. – Tylko tyle masz do powiedzenia?
-Tak, tylko tyle – odetchnął lekko i położył kwiaty na jej stoliku nocnym. – Mam nadzieję, że znajdziesz to czego szukasz, El.
-Mam nadzieję, że zdobędziesz to co znalazłeś – odparła.
I tyle. Tak to się skończyło. Louis opuścił jej pokój, zamykając drzwi za sobą i spokojnym krokiem ruszył korytarzem. Dziewczyny plotkujące na korytarzu, rzucały mu ciekawskie spojrzenia. Najwyraźniej słyszały ich krzyki. Posłał im uśmiech, nie przejmując się tym co myślą, bo jakie znaczenie miały przypadkowe opinie na jego temat?
Opuścił akademik, tak naprawdę nie wiedząc dokąd się kieruje, ale wiedząc, że po prostu chce iść dalej do momentu w którym to wszystko zrozumie. Dziedziniec nie był pełen ludzi, ale było ich wystarczająco, by szatyn mógł wtopić się w tłum, wędrując bezcelowo z mózgiem pełnym myśli i dziwnie odrętwiałym.
Czemu nie był smutny? Czemu nie był zły? Czemu nie miał złamanego serca i był w kawałkach? Jasne, była cała ta sprawa z Harrym, ale kochał Eleanor i byli razem przez pięć miesięcy. Więc czemu wszystko wydawało się być w porządku?
-Louis! –wiedział kto go woła, nie musząc patrzeć.
Tomlinson odwrócił się i zobaczył Harry’ego biegnącego za nim z błyszczącymi oczami i szerokim uśmiechem, jakby był bardzo podekscytowany, że go widzi, a przecież to był tylko Louis, i chłopak nie mógł się powstrzymać od pomyślenia Och, to dlatego. Jego serce zaczęło bić w przyspieszonym tempie, od samego patrzenia jak Harry się zbliża, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
-Hej – odetchnął Harry, zatrzymując się kilka metrów od Louisa z głupkowatym uśmiechem.
-Hej. Czemu nie jesteś na treningu?
-Odwołany – Styles wzruszył ramionami, jakby to nie było nic wielkiego.
-Serio? Mój też – to był naprawdę wielki fart.
-Tak. Zorientowałem się. W końcu jesteś tu, a nie na lodowisku.
-Zamknij się – powiedział Louis, ale jego ton był lekki i płytki, jakby nie mógł złapać oddechu.
Harry oczywiście to zauważył.
-Wszystko w porządku? – przechylił głowę, marszcząc czoło, zmartwiony i wow, Louis nigdy wcześniej nie zorientował się jak uroczo wtedy wyglądał.
-Tak, tak, w porządku – powiedział natychmiast. – Znaczy… El i ja właśnie zerwaliśmy, ale poza tym jest świetnie.
-Co? – sapnął Harry. Louis przyjrzał się jego twarzy, ale nie mógł wyczytać z niej żadnych emocji. Chciał gdzieś tam zobaczyć szczęście (okej, fakt, że chciał by Harry cieszył się z jego zerwania z El, był nienormalny), ale nie mógł go znaleźć. Wyglądał po prostu na szczerze zmartwionego, jakby bał się, że Louis zaraz wybuchnie płaczem. – Co się stało?
-Ona… - słowo zdradzała mnie utknęło w jego gardle. – Chyba po prostu się od siebie oddaliliśmy. Nie byliśmy już dla siebie odpowiedni.
-To… Nie ma nic wspólnego ze mną, prawda?
-Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Uważała, że spędzam z tobą za dużo czasu, czy coś takiego. To głupie. Przecież mam prawo mieć życie poza związkiem z nią – wzruszył ramionami.
Przez twarz Harry’ego przemknęło coś, podobnego do bólu.
-Louis, jeśli to chociaż częściowo moja wina, to naprawdę bardzo przepraszam, okej? Nigdy nie chciałem stanąć między wami.
-Harry – mruknął szatyn, patrząc na niego zszokowany. Podszedł bliżej tak, że między nimi była ledwie stopa** odległości. –Nie mów tak. To nie twoja wina. Eleanor i ja… Po prostu to był czas, żebyśmy się rozstali, a jedyni ludzie, którzy są temu winni to ja i ona, okej? Nie bierz tego na siebie. Lubię cię i lubię spędzać z tobą czas i nadal mam zamiar to robić.
Harry skinął głową, ale nadal nie wyglądał na przekonanego. Louis zaśmiał się do siebie i podszedł bliżej, obejmując hokeistę.
-Przestań się martwić Hazza. Wszystko w porządku, okej? Jestem szczęśliwy –Jeśli dwie osoby naprawdę łączy więź, to się połączą. Tylko to się liczy. Cały czas słyszał w głowie słowa Zayna.
Loczek też go przytulił i opuścił głowę, opierając ją na ramieniu przyjaciela. Ich uścisk był taki przyjemny, ciepły, kojący i naturalny, tak, że Louis nie wiedział czemu tak długo zaprzeczał. On… Lubił Harry’ego. I jeśli Harry go nie lubił to w porządku, bo Louisowi wystarczyło, że był blisko.
Po chwili Louis westchnął w myślach i zaczął się odsuwać. Harry odwrócił nieco głowę i cmoknął przyjaciela w policzek, mrucząc do jego ucha „Kocham cię, Lou”.
Zanim Louis mógł się powstrzymać, jego oczy roszerzyły się, a jego serce na chwilę zamarło. Cholera. Jasna.
*poliamoria – chęć/akceptacja zaangażowania się w związek z więcej niż jedną osobą.
** jedna stopa to w przybliżeniu 30,48 centymetrów
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz