wtorek, 11 marca 2014

*Gdy Anne otworzyła drzwi, pierwsze na jej twarz wstąpiło zdziwienie, które chwile później przemieniło się w głęboką radość uwieńczoną szerokim uśmiechem, poprzez który zielona maseczka, znajdująca się na jej twarzy popękała delikatnie.
Odchyliła bardziej drewnianą powłokę, wpuszczając do domu zimne styczniowe powietrze, lecz żadna z postaci stojących w ciemnościach przed budynkiem nie ruszyła się ani trochę.
Kobieta zmarszczyła brwi, gdy Harry wreszcie drgnął, wchodząc powoli do ciepłego pomieszczenia, lecz nie przywitał się z nią ani uściskiem ani całusem w policzek, jak to mieli w zwyczaju, tylko zwyczajnie rozpiął swój płaszcz i ruszył do kuchni.
Już wtedy wiedziała, że chłopak nie jest w najlepszym nastroju. Była jego matką i równocześnie jedną w niewielu osób, która na odległość potrafi wyczuć zły humor swojego dziecka.
O wiele mniejszy od niego chłopak o pięknych lazurowych oczach, przysłoniętych brązową grzywką, wystającą spod zielonej czapki, nadal stał na zewnątrz, przygryzając delikatnie wnętrze zaróżowionego policzka i zastanawiając się czy powinien wchodzić, czy lepiej zostawić ich samych i po prostu zaczekać w samochodzie.
-Wejdź, zapraszam-powiedziała, po chwili kobieta, uprzednio mrugając szybko powiekami, by odgonić swoje zamyślenie i wskazała ruchem ręki wnętrze domu.
Tomlinson skinął głową i wszedł do środka, zdejmując buty i prostując się w tym samym momencie gdy drzwi frontowe zamknęły się za nim z cichym kliknięciem.
-Jesteś znajomym Harry’ego?- uniosła delikatnie brwi, uśmiechając się uprzejmie i czekając aż zdejmie swój ciemny płaszcz.
-Ja.. -wyszeptał cicho, odwieszając okrycie na drewniany kołek i równocześnie zastanawiając się, czy kobieta wie o orientacji swojego syna i czy Harry tak naprawdę chciałby przedstawić jej go jako swojego chłopaka. Do jego głowy napłynęło natychmiast wiele myśli, przez które pozwolił swoim słowom unosić się pomiędzy ich dwójką. Zezwolił im na kumulowanie się w jego czaszce i stwarzanie złudzenia jakby z nadmiaru złych przemyśleń, miała wybuchnąć.
Co jeśli Harry się go wstydzi?
Co jeśli tak naprawdę na początku w ogóle nie dopuszczał do siebie myśli, że kiedykolwiek będzie istniała możliwość na to, że będą razem?
Może to uczucie było tylko chwilowe?
I dzięki ostatniemu pytaniu, które zadał sobie w głowie, postanowił, że zaryzykuje, póki może nazywać się jego chłopakiem.- W zasadzie jestem.. Um.. Jego.. Jego chłopakiem-powiedział trochę niepewnie i nieśmiało, ale gdy Anne uśmiechnęła się bardziej, rozkładając swoje ramiona, rozluźnił się, pewnie wpasowując się w jej objęcia i pomyślał, że mimo ich odkrycia w gruncie rzeczy nie była złym człowiekiem.
Ruszył za nią do kuchni, pewnie przemierzając lekko oświetlony korytarz, na którego ścianach wisiało kilka zdjęć i duży obraz przedstawiający zachód słońca i dwie osoby siedzące na plaży. Ich stopy zanurzone były w wodzie po kostki i wszystko sprawiało wrażenie jakby wspólnie byli częścią oceanu. Równocześnie każdy kto patrzył na dzieło mógł pomyśleć, że w pojedynkę już nie są tym samym. Już nie są całością. I że bez nich ocean nie byłby w stanie istnieć.
Przygryzł delikatnie swoją wargę, dostrzegając Harry’ego, nerwowo obracającego w swoich dłoniach szklankę z wodą i pomyślał, że ich uczucie nie może być chwilowe. Harry nie może go opuścić. Bo razem tworzą całość. Tworzą uczucia, emocje, obawy. Bez jednego z nich to nie byłoby już to samo.
-Może napijecie się cze…-zaczęła uprzejmie Anne, jednak głos ugrzązł jej w gardle, gdy zielonooki chłopak poderwał się ze swojego miejsca, uprzednio mocno uderzając szklanym naczyniem w drewniany stół i Louis zaczął błagać w myślach, aby tylko się nie skaleczył.
Tak, był cholernie opiekuńczy wobec Harry’ego. Szczególnie w ostatnich dniach, kiedy Styles bał się tu przyjechać. Bał się, że prawda go zrani. Że nie będzie mógł już spojrzeć swojej matce w oczy. Ale Louis obiecał mu, że nawet jeżeli to wszystko zmieni całe jego życie, on zostanie przy jego boku. Zostanie i będzie kochał go coraz bardziej i bardziej każdego dnia.
-Możesz chociaż raz przy kimś innym nie zgrywać uprzejmej i po prostu usiąść? Zadam ci tylko kilka cholernych pytań, a potem wychodzimy- rzucił oschle, delikatnie zaciskając dłonie w pięści i Louis automatycznie znalazł się przy jego boku jakby jakiś niewidzialny magnez przyciągnął ich do siebie, jakby wiedział, że gdy tylko się zbliży, gniew Harry’ego zacznie maleć, aż wreszcie całkowicie zniknie, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Położył powoli dłoń pomiędzy jego łopatkami, pocierając uspokajająco plecy chłopaka w górę i w dół kręgosłupa.
-O co chodzi, kochani..
-Nie. Mów. Do. Mnie. W ten. Sposób-warknął, robiąc krok do przodu, jednak małe dłonie Louisa, przyciągnęły go do siebie i mocno objęły jego talię, zamykając ją w szczelnym i pewnym uścisku. Mniejszy chłopak wtulił policzek w ciepłe plecy młodszego i obejmował go tak długo, aż mocne wstrząsy ciała Harry’ego złagodniały, a on sam odwrócił się do niego przodem i delikatnie przytulił go do siebie, całując w głowę i szepcąc ciche przeprosiny i w tamtym momencie to on wyglądał i zachowywał się jak obrońca Louisa. Ale wampirowi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie- czuł, że czasami potrzebował odmiany, czegoś co przerwie rutynę jego długiego i w zasadzie dość nudnego życia. Lecz po chwili uśmiechnął się delikatnie, uświadamiając sobie, że poznanie chłopaka z burzą loków, szmaragdowymi oczyma i różowymi ustami samo w sobie było niesamowitym zakończeniem pewnego etapu jego egzystencji.
-Usiądźmy, skarbie..-szepnął cicho niebieskooki chłopak i usadził Harry’ego na krześle, zajmując miejsce zaraz obok niego i mocno chwytając jego dłoń by następnie spleść ze sobą ich palce. Przez chwilę jego myślami wstrząsnęła fascynacja, gdy spoglądał na różnice w wielkości ich dłoni rozwinął delikatnie swoje palce, jednak nadal były małe i w pewnym sensie kruche w porównaniu z tymi Stylesa.
W tym samym czasie, gdy Louis kontynuował swoje rozmyślania na temat różnych i podobnych cech ich charakterów i wyglądów, drugi chłopak uniósł wzrok, przenikliwie patrząc na kobietę stojącą niedaleko stołu i nerwowo wpatrującą się w swoje zielone pantofle.
-Kto jest moim ojcem?- zapytał nagle bez ogródek, a jego matka uniosła wzrok lekko zakłopotana ale bardziej widoczne w jej oczach było zdziwienie i była śmiertelnie przekonana, że się przesłyszała.
Musiała się przesłyszeć, tak, z pewnością.
-Co?- zmarszczyła brwi, podchodząc do krzesła i zaciskając mocno dłonie na jego oparciu, aż jej knykcie zbielały. I przez chwilę kolorem przypominały mleko.
I może wam się wydać, że to najgłupsza i najbardziej absurdalna myśl, jaka mogła w tamtym momencie pojawić się w jego głowie, lecz on naprawdę uwielbiał mleko. Szczególnie w połączeniu z ciastkami wypiekanymi przez pomarszczone dłonie jego babci.
I równocześnie kochał swoją matkę. Mimo wszystko.
I to bolało najbardziej.
-To co usłyszałaś. Chcę wiedzieć kto jest moim ojcem.
-Des Styles i dobrze o tym wie…
-Nie kłam do cholery!- krzyknął, a Louis mocniej ścisnął jego dłoń, otrzymując tym samym lekkie skinienie głową i mimo tego, że chłopak nie zaszczycił go spojrzeniem, Tomlinson wiedział, że kierowane było tylko i wyłącznie do niego.
-Przecież ci mówię, że…
-Albo przestaniesz kłamać, albo wyjdę i już nigdy więcej mnie nie zobaczysz- warknął, ostro sprawiając tym samym, że Louis podskoczył na swoim miejscu, wlepiając spojrzenie w szklankę. Harry nawet nie silił się na zwrócenie się w jej kierunku „mamo”. Nie był pewny, czy nadal chce ją tak nazywać.
W tamtym momencie nie był pewny prawie niczego.
Jedynie to było pewne, że Louis go kocha. Że jest obok i zawsze będzie.
Tomlinson mógł przekonać Harry’ego. Mógł go uspokoić, przesłać do jego głowy jakieś kojące myśli, obrazy, cokolwiek. Mógł zadziałać, którąkolwiek ze swoich mocy, ale po co? Gdyby to zrobił Anne nigdy nie wyznałaby prawdy i mimo tego, że Louis czuł zamieszanie wokół jej duszy, nie odezwał się ani słowem. Znał możliwości swojego chłopaka i wiedział, że ją złamie.
Wiedział, że da radę.
-Ja..-wyjąkała cicho, odsuwając drewniane krzesło i siadając na nim, jednocześnie opierając trzęsące się przedramiona na blacie stołu.- N-nie wiem..
-Jak to nie wiesz?- oczy Harry’ego otworzyły się niebezpiecznie szeroko, a jego dłoń zacisnęła się mocno na palcach Louisa.- Jak. To. Nie wiesz?!
-Harry.. -zaczął cicho Louis, lecz skulił się jedynie na swoim miejscu i spuścił wzrok na uda, gdy młodszy spiorunował go ostrym spojrzeniem.
To zabawne, że bał się człowieka.
-Ja.. Modliłam się, żebyś się nie dowiedział..-wyszlochała cicho, zakrywając zapłakaną twarz bladymi dłońmi.
-Ale Des wiedział, prawda?- warknął, czując w swoim wnętrzu potrzebę, by natychmiastowo przestać nazywać ich swoimi rodzicami.
I mimo tego, że w środku był małym zagubionym dzieckiem, które właśnie dowiedziało się, że całe jego życie to jedno wielkie kłamstwo, na zewnątrz ukazywał swoje wściekłe oblicze. Zawsze starał się być miły, pomagał mamie gdy ojciec ich zostawił. Pomagał jej, gdy pewnego dnia Gemma ich zostawiła, bo jak twierdziła „Poznała całą prawdę i nie chciała patrzeć na matkę ani chwili dłużej”.
Ale teraz i on ją znał. I naprawdę pragnął się rozpłakać.
-Oczywiście, że wiedział!- warknął, wstając i wyrzucając dłonie w powietrze.- Wiedział i dlatego okazywał całą swoją miłość Gemmie. Dlatego ona mogła więcej. Dlatego na nią nigdy nie krzyknął, kiedy ja byłem bity!- krzyknął, ze łzami w oczach, a Louis podniósł na niego przestraszony wzrok, ponieważ.. Nie wiedział o tym. Harry nigdy mu nie wspominał, a Louis nie widział potrzeby, by pytać go o stosunki z jego ojcem. Wiedział, że odszedł i że nawet Harry nie znał dokładnego powodu.- Dlaczego? -teraz po twarzy Harry’ego spływały łzy. Toczyły sobie ścieżkę wzdłuż jego policzków, by spłynąć w dół szczęki i spłynąć na biały podkoszulek.-Dlaczego nie reagowałaś. Dlaczego nic nie zrobiłaś? Przecież wiesz jak cierpiałem!
-Harry.. Ja..-wyjąkała unosząc na niego zapłakane tęczówki.- Przepraszam..
-Co mi teraz z twoich przeprosin?!- chłopak zaśmiał się gorzko przez łzy i pociągnął nosem, równocześnie przecierając zaczerwienione policzki.- Powiedz mi kto jest moim ojcem i gdzie go znajdę. To wszystko co chcę wiedzieć.
-Przypuszczam, że to.. Michael..-wyszeptała cicho, patrząc na Louisa i szukając w nim jakiegokolwiek oparcia, jednak ten tylko pokręcił głową i odwrócił wzrok.
-Przypuszczasz?- zapytał bezsilnie Harry i ponownie opadł na swoje krzesło, szybko odnajdując dłoń Louisa, bo w tamtym momencie naprawdę potrzebował czyjegoś wsparcia.
A Louis był tam właśnie po to, by go wesprzeć.
-Ja.. Nie jestem do końca pewna..
-Skończ- uciął jej szybko Harry, bo naprawdę nie chciał wiedzieć z iloma mężczyznami jego matka spała. Nie chciał wiedzieć ilu potencjalnych ojców ma.-Powiedz mi gdzie go znajdę. To wszystko czego od ciebie chcę.
-Spotkałam go niedawno.. -wyszeptała cicho, mnąc w dłoniach śnieżnobiały obrus. Harry jedynie prychnął z pogardą, wyobrażając sobie ich ”spotkanie”.- Wiem tyle, że mieszka kilka ulic dalej i jest prawnikiem..
Harry jedynie skinął głową, wstając od stołu i rzucając ciche „Chodź Lou” by następnie wyjść bez słowa pożegnania, bo szczerze, czuł się jak niechciany śmieć. Jak coś co było pomyłką. Było nieplanowane, niechciane i zniszczyło idealną rodzinkę Stylesów na dobre.

|PB|

Ciemny samochód zatrzymał się przed ogromną rezydencją z wielkimi oknami i bramą, która wyglądała na złotą i przez umysł Harry’ego od razu przebiegła myśl, że wcale by się nie zdziwił, gdyby naprawdę była ze szczerego złota.
-Nadal sądzisz, że powinienem iść sam?- zapytał cicho, przekręcając się na miejscu pasażera i zerkając niepewnie na chłopaka o lazurowych oczach.
-Tak, kochanie -odszepnął równie cicho i mocniej ścisnął jego dłoń.- Mogę dać uciąć sobie rękę, że jestem dla niego czymś w stylu intruza..
Młodszy chłopak jedynie skinął delikatnie głową i złożył krótki pocałunek na jego ustach, następnie powoli i niepewnie wysiadając z czarnego pojazdu.
Na zewnątrz już dawno zapanowała ciemność, a teraz, gdy Harry przemierzał dróżkę, prowadzącą do furtki, pozwalając by żwir pod jego stopami trzeszczał cicho ocierając sie o podeszwy i śnieg, wydawało mu się jakby gęstniała jeszcze bardziej i kumulowała się dookoła niego, chcąc wessać go w całości do swojej ciemnej otchłani. I.. O boże tak bardzo tego pragnął.
W przypływie odwagi wcisnął szybko pozłacany guzik i ciche pikanie wydobyło się z nienaturalnie jasnego domofonu.
-Rezydencja pana Michaela Klaudiusa w czym mogę służyć?- uprzejmy głos wydobył się z małego głośnika, umieszczonego na szczycie domofonu.
-Dobry wieczór, nazywam się Harry Styles i chciałbym porozmawiać z panem Michaelem- powiedział cicho chłopak, modląc się by mężczyzna po drugiej stronie go nie usłyszał, a wtedy Styles mógłby ze spokojem odejść i już więcej tutaj nie wracać.
W głośniku udało mu się dosłyszeć nagły szmer i entuzjastyczny głos w tle, jednak Harry nie rozróżniał już żadnego ze słów, a brama zaczęła powoli się otwierać, więc spojrzał ostatni raz w stronę samochodu i z cichym westchnieniem wszedł przez nią, powoli ruszając w stronę drzwi wejściowych.
Uniósł do góry zwiniętą dłoń, chcąc zapukać, lecz drzwi otworzyły się zanim zdążył to zrobić, a wysoki i muskularny mężczyzna wyłonił się jakby z nicości, uśmiechając się szeroko do przestraszonego chłopaka.
-Witam, Harry. Myślałem, że już nigdy nie przyjedziesz.

✖✖✖✖✖✖✖✖✖✖✖✖

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz