*- Liam, nudzi mi się – zawołał Harry przez opustoszały pub, opierając się obojętnie o ladę.
- Więc może powinieneś coś zrobić, jak na przykład pracować? Tylko mówię. – Harry śmieje się szyderczo pozbawiony humoru, kiedy podnosi głowę, aby spojrzeć na mężczyznę wycierającego podłogę, chociaż nie ma po co. Minął miesiąc, odkąd Harry przeprowadził się do Londynu, a jego dni przepełnione są pracą w ciągu dnia i nawiedzaniem bogatych kierowników różnych firm fonograficznych po niej. Harry, chociaż nie chce się do tego przyznać, jest bardzo niecierpliwy i nawet jeżeli wiedział, że nie stanie się gwiazdą z dnia na dzień, skłamałby, gdyby powiedział, że nie chciałby, aby wydarzyło się coś, co pokazałoby jego mamie, że opuszczenie uniwersytetu było dobrym pomysłem.
- Po co mam pracować, skoro ty idealnie sobie ze wszystkim radzisz? – Brunet, wycierając po kolei stoliki, spojrzał na swojego przełożonego (który szybko stał się jego przyjacielem) i pokazał mu środkowy palec.
***
Balkon w jego mieszkaniu szybko stał się jego ulubionym miejscem, aby po prostu stanąć i pomyśleć (lub nie myśleć, w zależności od jego nastroju). Lubił stać na zewnątrz, czasami przynosząc gitarę dla rozrywki i obserwować księżyc. To tam, Harry mógł ignorować ciągłe łomoty pochodzące z mieszkania obok i kłótnie. To był jego widok na zewnątrz, na życie innych, gdzie mógł próbować zapomnieć o niepokojącym uczuciu osadzonym na dole jego żołądka, drżącym wrażeniu, które zjadało go od środka, namawiające go do tego, aby być zbawcą.
Chodzi o to, że Harry nie rozmawiał z pięknym sąsiadem od dnia, kiedy się poznali. Wspomnienie o tych łzach, uśmiechu i o przytłaczającej chęci przytulenia go, męczyło Harry’ego za każdym razem, kiedy pomyślał o nim, mieszkającym z mężczyzną z aroganckim usposobieniem i spokojnym głosem. Jego dłonie zaciskały się w pięści, kiedy myśli o siniakach pod okiem drugiego mężczyzny oraz o panice i absolutnej podatności na zranienia, które malowały się na jego przepięknej twarzy. Myśli o bolesnym uczuciu, które wypala go od środka, podskakując zaskoczony i uderzając się o poręczę, kiedy słyszy wyszeptane swoje imię.
- H-Harry? – Mężczyzna, który wcześniej tylko zaprzątał jego myśli, stoi teraz w niedalekiej odległości od niego, trzęsąc się niekontrolowanie, kiedy próbuje ukryć ból i zastąpić go uśmiechem. Siniak, który miał pod okiem zniknął, ale zamiast tego na jego szyi pojawiły się cztery plamy, wyglądające jak ślad po rękach, które próbowały go dusić. Jest ubrany w czarną bluzę, o wiele za dużą na niego i opadającą z jednej strony, ukazując jego ramię, a jego dłonie drżą, kiedy trzyma się poręczy, aż jego kostki stają się białe.
- Louis? Wszystko w porządku? – Kiedy słowa wychodzą z jego ust od razu chce je cofnąć, bo przecież umie wyczytać z jego twarzy, że nie jest w porządku, nawet ze sposobu w jaki się porusza może wywnioskować, że nie jest dobrze. Uczucie w jego brzuchu powraca i zaczyna czuć rosnącą chęć, aby przytulić go i usłyszeć jego śmiech, aby widzieć go o poranku, kiedy się budzi i w nocy, kiedy kładzie się spać. – Co się stało?
- Nic, jest dobrze. Po prostu potrzebowałem trochę powietrza. – Nadal się trzęsie, a jego oczy zamykają się, kiedy stara się opanować drżący oddech. – Więc, jak twój dzień? – Harry powstrzymuje chęć śmiechu kompletnie zaskoczony słowami Louisa. Brzmiało to jakby znali się od zawsze, jakby spotykali się co jakiś czas i rozmawiali o swoim dniu, jak starzy znajomi. Nie jest pewny, jak zareagować, co zrobić, ale wtedy Louis otwiera ponownie oczy, a niebieskie tęczówki ukazują niewypowiedziany apel, aby zajął go czymś. Harry kiwa głową bardziej do siebie i opowiada o swoim dniu chłopakowi obok, który nadal dyszy z jakiegoś powodu, którego Harry nie zna, chociaż myśli, że powinien. Harry mówi Louisowi o swojej rodzinie, o matce i siostrze oraz o przyjaciołach w domu. Opowiada o pubie, w którym pracuje i o zabawnym artykule o delfinach, który przeczytał tego ranka. Kiedy Harry mówi właściwie o niczym, drugi chłopak powoli relaksuje się, jego uścisk na poręczy rozluźnia się, a jego oddech normuje. Stoją na zewnątrz (nie wiedzą, jak długo), Harry mówi, a Louis słucha jego głosu, czerpiąc każde słowo, jakby jego życie i psychika zależały od tego. Pozostaje cicho, dopóki Harry zaczyna mówić mu o tym, dlaczego przeprowadził się do Londynu i o swoim marzeniu, aby zostać piosenkarzem.
- Słyszę cię. – Harry, zaskoczony delikatnym głosem obok niego, marszczy brwi, zapominając o czym mówił, a łagodna pieśń z ust drugiego chłopaka niszczy go od zewnątrz. – Słyszę, kiedy śpiewasz w nocy. Słyszę twoją gitarę. Słucham się przed pójściem spać, pomagasz mi zasnąć. – Stoją tam, wpatrując się w siebie, Louis zażenowany swoim wyznaniem, a Harry cicho zakochując się w tym głosie. Louis jest niespokojny, chce zapytać drugiego chłopaka o coś, ale nie wie jak, nie wie czy nie jest to przekroczenie granic ich nowej przyjaźni. Decyduje się jednak na to, biorąc pod uwagę, że i tak prawdopodobnie zboczył z normalnego protokołu nawiązywania przyjaźni, więc łagodnieje i nawiązuje kontakt wzrokowy po raz pierwszy tej nocy, kiedy pyta – Myślisz, że mógłbyś zagrać coś dla mnie? Proszę? – Harry uśmiecha się, a dołeczki formują się w jego policzkach, kiedy kiwa głową, otwierając drzwi, aby wziąć gitarę ze środka. Kiedy jest przy drzwiach słyszy spokojny głos z mieszkania obok, mówiący imię Louisa z wystarczającą siłą, żeby rozprzestrzenić dreszcze wzdłuż kręgosłupa Harry’ego i z taką pogardą, która sprawia, że bruneta przepełnia nieracjonalny strach. Łapie spojrzenie drugiego mężczyzny, a niebieskie oczy są szeroko otwarte i przerażone, kiedy próbuje się uspokoić.
- Będę za sekundę, Lou, dobrze? Tylko wezmę gitarę. – Drugi chłopak kiwa głową, a uścisk na poręczy ponownie się zacieśnia. Harry znika w mieszkaniu, ale kiedy prędko sięga po instrument, ponownie słyszy ten głos, wędrujący przez ściany, tym razem z większą siłą.
Wraca na balkon, chociaż wie, że nie znajdzie tam niebieskich tęczówek, czekających na niego.
***
Kiedy Harry był nastolatkiem, rzadko spał długo, nawet jeśli chciał. Normalny rytuał nastolatków (spanie do popołudnia tylko dlatego, że możesz) nigdy go nie dotyczył i nawet w weekendy budził się przed siódmą, tylko dlatego że jego matka miała najdziwniejszy nawyk spania w historii. Jednak od kiedy przeprowadził się do Londynu, jego zainfekowane przez karaluchy mieszkanie i miasto pełne nieznajomych nie wydawało się tak złe, ponieważ w końcu mógł sam decydować o tym, kiedy idzie spać i zazwyczaj budził się, kiedy promienie słońca padały na jego twarz przez przestarzałe okna, a nie przez okropny budzik i jego matkę walącą w drzwi. Ten mały promyk słońca w otaczającego go szarej rzeczywistości powinien go uszczęśliwić, sprawić że spojrzałby na jasną stronę życia i cały ten zgiełk, ale trudno smakować małe przyjemności, kiedy twoja matka dzwoni do ciebie o szóstej rano, tylko po to, żeby porozmawiać.
- Mamoooo, śpię. Boże, nie możesz zadzwonić o normalnej godzinie, jak większość ludzi?
- Kochanie, jest szósta dziesięć, dlaczego nadal jesteś w łóżku? – Jęk opuścił usta Harry’ego i nakrył się pościelą, tak że widoczna była tylko głowa loków. Wiedząc, że nie będzie mu dane dalej spać w cieple, zsunął się z materacu, lądując na podłogę z cichym łomotem, nadal otoczony granatową kołdrą.
- Nie idę do pracy przez najbliższe sześć godzin. Co chciałaś? – Chłopak skomle, kiedy siada z nadal zamkniętymi oczami, żeby nie musieć razić oczu światłem, które wpada do jego pokoju (niezbyt delikatne przypomnienie, że Harry w końcu powinien zainwestować w jakieś zasłony). Nadal siedząc na tyłku, czołga się do kuchni, po czym wstaje, w końcu otwierając oczy i nalewając wody do szklanki.
- Nie odzywaj się tak do swojej mamy. Dzwonię, żeby zobaczyć, co robisz, nie odzywałeś się zbyt często odkąd wyjechałeś. Londyn jest w porządku, kochanie? Ludzie są mili? Słonko, jeżeli chcesz to wróć do domu, zostaniesz tu zanim szkoła zacznie się jesienią. Nikt nie będzie cię oceniał, jeżeli wrócisz. – Harry otwiera zepsutą mikrofalówkę i wkłada do niej szklankę. Podnosi drewnianą łyżkę i pcha ją pomiędzy drzwiczki, aby się zamknęła i włącza sprzęt.
- Mamo, idzie mi dobrze. Rozmawiałem z dyrektorem ostatnio i powiedział, że brzmię obiecująco. – Harry czuje się źle, okłamując swoją matkę, ale jeżeli powiedziałby jej prawdę (że nikt, nawet po dwóch miesiącach poszukiwań i błagań, nie chce dać mu drugiej szansy), upierałaby się, aby wrócił od razu do domu, a Harry nie jest w stanie jeszcze przyznać się do porażki. Dziwna rzecz związana z dumą i w ogóle. Coś brzęczy, przypominając Harry’emu, że woda się zagotowała, więc wyciąga łyżkę. Kiedy próbuje otworzyć drzwi, prąd razi jego palce, powodując że syczy, a z jego ust wylatuje kilka przypadkowych słów.
- Harry Edwardzie Stylesie, co ty powiedziałeś?! – Wkłada palec wciąż osmolony od szoku elektrycznego do ust i wsuwa telefon pomiędzy ucho a ramię, kiedy chwyta gorącą szklankę wolną ręką.
- Przepraszam mamo, poraziłem się prądem. W każdym razie, Londyn jest świetny, wszyscy są naprawdę mili, a moje mieszkanie jest niesamowite. Moja praca jest interesująca, staż w wytwórni nagraniowej jest naprawdę dobrym doświadczeniem. – Harry krzywi się przez cały czas, kiedy wlewa gorącą wodę do kubka, czując się źle przez wszystkie kłamstwa, które powiedział matce. Ale co mógł innego powiedzieć? Że jedyną pracę, którą zdobył to robota w pubie i że nikt nie chce mu nawet dać szansy pokazania swojego talentu? Wkłada torebkę z herbatą do wody, obserwując jak brąz rozprzestrzenia się, zabarwiając wodę na ciemny kolor.
Słuchając jego matki, dowiedział się o wszystkich, ostatnich plotkach w jego rodzinnym mieście i ukłucie tęsknoty rozprzestrzeniło się po jego ciele. Chciałby (chociaż przez chwilę), siedzieć teraz w swojej kuchni, obserwując jak jego mama robi mu herbatę. Kiedy upija swojego napoju, przykrość powiększa się, ponieważ pamięta, że herbata robiona przez jego mamę smakuje o niebo lepiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz