*Nadal Piątkowa Noc
Wszystko co Louis chciał zrobić to wrócić na ten cholerny mecz i tęsknić i płakać nad przyjacielem z daleka. Nie prosił to o, żeby jechać ze Stylesem karetką (to pewnie była przesada, skoro to była tylko zwichnięta/skręcona/złamana kostka, ale chodzili do szkoły z internatem i nie mieli swoich samochodów). Ale nieważne, czy o to prosił, czy nie, bo i tak skończył w karetce.
Jaki, cholernie wspaniały sposób, by spędzić Piątkowy wieczór (chociaż, WIELKA część jego podświadomości mówiła mu, że przynajmniej spędzi wieczór z Harrym, ale ta druga część mówiła, że to głupie z jego strony, tak myśleć).
Teraz siedzieli w poczekalni szpitala. Harry czuł się mniej więcej w porządku, biorąc pod uwagę jego stan. Udało im się zdjąć jego ekwipunek do gry w hokeja, żeby było mu wygodniej. Chłopak siedział na jednym z zapewnionych przez szpital wózków inwalidzkich i zapewniał Louisa, że teraz nawet nie czuje kostki, a co dopiero bólu, co znaczyło, że jego stan był albo bardzo dobry, albo naprawdę bardzo zły. Hokeista cały czas bawił się białą plastikową bransoletką, którą dali mu, żeby umilić mu oczekiwanie na moment w którym jego brzęczyk (wiecie takie dziwne rzeczy, jak te w Red Lobster, które świecą się, kiedy twoje jedzenie jest gotowe) zacznie wibrować. W końcu Louis nie mógł tego wytrzymać i pochylił się, chwytając jedną z dłoni Harry’ego.
-Hej – powiedział powoli, pochylając się bliżej do Stylesa. –Wiem, że się denerwujesz rentgenem, ale musisz się uspokoić. Naprawdę nie potrzebujemy, żebyś panikował po tym wszystkim.
Harry przygryzł wargę i spojrzał na swoją dłoń, spoczywającą w dłoni Louisa. Powoli ją obrócił, splatając ich palce razem (i w tym momencie serce Louisa przyspieszyło) i skinął głową.
-Okej – mruknął, chociaż nadal był widocznie spięty.
Tomlinson bezwiednie pogłaskał kciukiem wierzch dłoni Harry’ego, próbując go uspokoić. Nie wiedział co powiedzieć, kiedy ważyła się sprawa czegoś co Harry kochał. Nie wiedział jak go pocieszyć. Rozmowa o meczu by tylko wszystko pogorszyła, więc chciał unikać tego tematu, ale po raz pierwszy w życiu nie wiedział o czym mówić.
-Wiesz, po raz pierwszy kiedy poszedłem na łyżwy miałem sześć lat – odezwał się Styles cicho, jakby przyznawał się do jakiegoś sekretu. –Mama mnie zabrała. Wypożyczyliśmy po parze łyżew i wskoczyliśmy na lód.
-Niech zgadnę – przerwał Louis – od razu jeździłeś jak zawodowiec?
-Nie – prychnął Harry. –Upadłem na tyłek.
Louis parsknął śmiechem, przerywając ponurą atmosferę i musiał zasłonić usta, by go stłumić.
-Było gorzej niż kiedy próbowałeś jeździć na łyżwach do jazdy figurowej?
-Hej! – zawołał oburzony Styles. – Nie szło mi aż tak źle!
-Właśnie, że tak –powiedział Louis natychmiast, uśmiechając się szeroko. –Szło ci beznadziejnie.
-Bo to nie było fair! Nie byłem przyzwyczajony do toe picks.
-Serio kłócisz się ze mną o coś co wydarzyło się tygodnie temu? – wywrócił oczami. –Przecież już zaakceptowałeś swoją porażkę, Hazza. Pozostańmy przy tym. Nie zachowuj się jak dziecko.
-Nie zachowuję się jak dziecko. Mówię tylko, że jest dziewięćdziesiąt procent szansy, że oszukiwałeś.
-Czy twoja historia miała jakiś morał, czy chciałeś się po prostu pokłócić?
-Ach, tak – pokiwał głową Harry, jakby zapomniał, że o czymś mówił. –Chciałem po prostu powiedzieć, że mimo tego jak beznadziejny byłem na początku, i tak to pokochałem, wiesz? Robienie czegokolwiek innego nie było w połowie tak przyjemne jak jazda na łyżwach. Więc poprosiłem mamę, żeby częściej zabierała mnie na lodowisko, żebym mógł poćwiczyć. W końcu robiłem kółka wokół ludzi. Naprawdę. Trener jednej z dziecięcych drużyn hokeja mnie zauważył i zapytał czy jestem zainteresowany grą. I tak się wszystko zaczęło.
Urwał, wzdychając cicho i patrząc na ich złączone dłonie.
-Nie wiem, czy jestem gotowy to wszystko oddać.
-Nie możesz sobie tego robić, Haz – mruknął Louis. Wolną ręką uniósł głowę chłopaka i spojrzał mu w oczy. –Sam się torturujesz, bez powodu. Nie miałeś jeszcze zrobionych badań. Nie wiesz co powiedzą.
-Tak, ale to nie wygląda najlepiej – uśmiechnął się smutno hokeista. –Pewnie będę mógł grać, ale to dla mnie koniec sezonu. I nawet nie wiem czy będę tak dobry jak byłem.
-Tak dobry jak jesteś – poprawił go szatyn. – Przestań wygadywać głupoty w czasie przeszłym. Jeszcze nie. Posłuchaj mnie, dobrze? – urwał, czekając, aż Harry skinie głową, po czym kontynuował. –Nawet jeśli wyniki nie będą dobre, nawet jeśli twoja kostka nagle gdzieś zniknie i będą musieli używać jakiegoś dziwnego eliksiru, żeby odrosła ci kość, jak w Harrym Potterze… - na to chłopak uśmiechnął się szeroko. – To będzie w porządku. Nadal będziesz mógł jeździć i grać w hokeja. Tak, będzie trudniej, ale to co robimy jest trudne. Ciężko pracujemy każdego dnia, udoskonalając naszą jazdę i pracując, by być lepszymi niż możemy, więc nawet jeśli będziesz miał osłabioną kostkę, co możesz z tym zrobić? Będziesz pracował jeszcze ciężej, ciężej niż kiedykolwiek w życiu, ale dasz radę. Rozumiesz, Harry Stylesie? Dasz radę. Wierzę w ciebie. Powiedziałeś, że sprawiłem, że przypomniałeś sobie dlaczego kochałeś jeździć. Cóż, ty sprawiłeś, że przypomniałem sobie jak to jest być komuś oddanym i jak to jest wierzyć w kogoś bezgranicznie. Dasz radę, a ja będę cię wspierał przy każdym cholernym kroku. A jeśli stwierdzisz, że nie możesz już tego robić, że nigdy więcej nie możesz jeździć, wtedy też będę tam dla ciebie. Wtedy spędzimy całą resztę roku szkolnego szukając dla ciebie nowej pasji, czegoś co pokochasz równie bardzo i obiecuję ci Harry, że będzie w porządku.
Styles patrzył na niego wielkimi oczami, a serce Louisa waliło jak oszalałe. Miał nadzieję, że ta przemowa dotrze do młodszego chłopaka i jakoś mu pomoże, wywrze na niego jakiś wpływ. Tylko tego chciał. Musiał tylko wiedzieć, że Harry nie stracił jeszcze całej nadziei.
-Louis – odetchnął Harry. Wyraz jego twarzy złagodniał, a jego oczy… Tomlinson omal się w nich nie zagubił… Kiedy szatyn zaczynał swój wywód, były zdecydowanie bardziej suche. Zielone oczy chłopaka przesunęły się, by spocząć na… Na ustach Louisa.
Świat na chwilę przestał się kręcić.
Chociaż tak naprawdę nie przestał, bo teraz Harry nachylał się do niego. Dlaczego się nachylał, co chciał… Och. Nachylał się do niego, co znaczyło że miał zamiar….
Louis zdecydowanie był na to gotowy, więc kiedy Styles przycisnął swoje wargi do warg szatyna, ten się nie odsunął.
Usta Harry’ego były suche, ale miękkie i przyciśnięte do jego tak słodko i delikatnie, że dla Louisa to wydawało się być czymś więcej niż pocałunkiem. To było jak połączenie… Więź między nimi, która obejmowała znacznie więcej niż tylko ich usta. Puls Louisa znacznie przyspieszył i chłopak już był gotowy oddać pocałunek, kiedy bzyczek w dłoni Harry’ego obudził się do życia.
Obaj podskoczyli odsuwając się od siebie. Louis był niemal w stu procentach pewien, że jego twarz kolorem dorównywała dojrzałym pomidorom. Odwrócił wzrok, patrząc na fluorescencyjne światła i przygryzając wargę.
-Chyba czas na mnie – powiedział Harry, a jego głos trząsł się bardziej niż zaledwie kilka sekund temu. Hokeista chwycił obręcze na kołach wózka i zaczął odjeżdżać korytarzem.
-Pozwól mi – Tomlinson zeskoczył ze swojego krzesła i złapał uchwyty z tyłu wózka, zaczynając prowadzić Stylesa korytarzem.
-Dzięki, Lou – odetchnął Harry. –Za wszystko – i Louis wiedział, że dziękuje mu za wiele więcej niż pchanie jego wózka.
-Zajmę się tym – zmęczona, jednak pomocna pielęgniarka uśmiechnęła się i obeszła wózek, by przejąć od niego Harry’ego.
-Nie mogę pójść z nim? – chłopak zacieśnił uchwyt na wózku.
Pielęgniarka uśmiechnęła się sympatycznie.
-Przepraszam skarbie. Tylko rodzina. Ale możesz zaczekać tutaj.
Louis wiedział, że to najlepsze co może dostać, ale nadal poczuł rozczarowanie.
-Okej – westchnął, puszczając uchwyty wózka. –Pamiętaj co mówiłem, Hazza.
-Nie mógłbym, nawet gdybym próbował, Lou.
I po tych słowach, pielęgniarka ruszyła, odwożąc go na prześwietlenie.
—
Louis był niemal pewien, że poobgryzał całe paznokcie, czekając, a nigdy w całym życiu, nie obgryzał paznocki. A to nawet nie z powodu o którym myślicie. Nie przejmował się całym rentgenem tak bardzo jak pocałunkiem. Pocałunek… Nie wydawał się być romantyczny, przynajmniej ze strony Harry’ego. To było raczej jak podziękowanie, coś dzięki czemu mógł się upewnić, że Louis był tam dla niego. Ale samo myślenie o pocałunku sprawiało, że puls Louisa przyspieszał, a do jego policzków napływało ciepło.
Ale tak czy siak, Louis miał nadzieję, że niezależnie od wyników badań, Harry pozwoli Louisowi pomóc przejść mu przez to. Bo Tomlinson nie był pewien czy mógł by znieść żal, który Harry mógł czuć po tym wszystkim. Nie chciał sobie tego nawet wyobrażać.
Poczekalnia była przyjemnym miejscem, tylko jeżeli chciałeś trzech rzeczy: bolącego, od niewygodnych krzeseł, tyłka, bycia nakręconym przez wysoki poziom cukru zawarty w przekąskach z automatu i stopionego z nudy mózgu. Louis siedział tam już przez około trzy godziny i miał ochotę przywalić głową o ścianę, tylko po to, by zemdleć i przestać się tak denerwować, ale wystarczyło pomyśleć o strapionej i przerażonej twarzy Harry’ego, żeby przypomnieć sobie czemu w ogóle siedział w tym nudnym i ponurym szpitalu.
Gdzieś w połowie czwartej godziny, Louis skulił się na krześle i już powoli zasypiał. Wątpił, żeby miał wstać na poranny trening następnego dnia. Drzwi po jego lewej otworzyły się, ale przestał zrywać się z krzesła już po tym jak minęła pierwsza godzina. Siedział dalej, dopóki nie usłyszał cichego „Lou”. Natychmiast otworzył oczy i uniósł głowę.
Harry kuśtykał korytarzem z parą kul. Na ten widok, serce Louisa ścisnęło się z żalu i przerażenia. Jednak na twarzy chłopaka widniał mały uśmiech, a w jego oczach błyszczała mała iskierka. Widząc to, Louis niemal podskoczył z radości. Ostrożnie podniósł się na stopy i powoli ruszył do Harry’ego jakby bał się zbliżyć do przyjaciela.
-Jest w porządku – powiedział Styles, używając kul, by podejść bliżej do Louisa. –Wszyskto jest w porządku.
-Co powiedzieli? – Louis odetchnął. Wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że wstrzymywał oddech.
-Dzięki Bogu nic nie złamałem. Drugi stopień zwichnięcia. Nic aż tak bardzo poważnego, ale trochę bolesne. Mam na niej nie stawać przez tydzień, a potem zacząć robić różne dziwne ćwiczenia.
-A potem…? – Louis trochę bał się usłyszeć odpowiedzi.
-Doktor powiedział, że uważa, że po tym odpoczynku wszystko będzie w porządku – chłopak z Cheshire uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Jeśli tylko będę cały czas ćwiczył, moja kostka powinna wrócić do normy.
-O mój Boże – teraz szatyn był w dziewięćdziesięciu procentach pewien, że jego twarz zaraz pęknie, bo uśmiechał się tak szeroko. – O mój Boże –powtórzył, a jego uśmiech zrobił się jeszcze szerszy, jeśli to było możliwe. –Harry…
-Wiem. Podbiegł bym i skoczył ci w ramiona, ale wiesz – spojrzał w dół, kierując wzrok na uszkodzoną nogę.
-Zabawne - Louis wywrócił oczami. –Chodź, wynośmy się stąd, zanim zemdleję ze zmęczenia.
-Aww, biedny mały Lou – zakpił Styles, ruszając z przyjacielem do drzwi. –Tyłek musi cię nieźle bolić od tego całego siedzenia, podczas gdy ja byłem prześwietlany.
-Więc leżałeś bez ruchu, podczas gdy doktor robił zdjęcia twojej nogi i jeszcze chcesz za to medal?
-Nie mam pojęcia czemu w ogóle się z tobą trzymam – Harry próbował wyglądać na obrażonego, ale jego szeroki uśmiech wszystko psuł.
-Bo jestem światełkiem w twoim życiu, oczywiście.
-Można tak to ująć – wywrócił oczami Styles.
—
Sobota Rano
Za żadne skarby, nie miał zamiaru iść na poranny trening. Wrócili z Harrym ze szpitala około wpół do trzeciej nad ranem, a położył się spać dopiero o trzeciej, dopiero kiedy upewnił się, że Harry’emu wygodnie w jego łóżku, że jego noga nie boli i jest ułożona wysoko. Wyszedł by po tym, ale Harry wyglądał tak żałośnie, leżąc płasko na łóżku, z nogą w górze (żałośnie i uroczo jednocześnie… Jak szczeniaczek).
Więc w końcu wylądował w łóżku z Harrym wtulając się w młodszego chłopaka i przeczesując jego loki palcami. Styles niemal natychmiast się zrelaksował i zrobił się senny, mrucząc coś pod nosem i wtulając twarz w dłoń przyjaciela.
-Przepraszam – mruknął, kiedy był na granicy snu i jawy.
-Za co? – dłoń Louisa przestała się poruszać.
-Za to wcześniej. Zanim musiałem iść na prześwietlenie.
-Masz na myśli…? – Louis nie był w stanie powiedzieć tego na głos.
Ale Harry wiedział. Oczywiście, że wiedział.
-Tak – powiedział cicho, jakby ledwie utrzymywał przytomność. – Chciałem, żebyś wiedział ile dla mnie znaczysz. To była…. Najlepsza rzecz jaką kiedykolwiek mi powiedziano. Mam nadzieję, że mówiłeś szczerze.
-Nie bądź głupi. Oczywiście, że tak – to że Harry mógł w ogóle pomyśleć inaczej, było absurdalne.
-Więc… Nie przeszkadza ci, że cię pocałowałem?
Louis nawet nie musiał się nad tym zastanawiać.
-Nie, to w porządku. Rozumiem… Tak myślę.
Harry zachichotał sennie i szturchnął dłoń Louisa głową, zmuszając go, by dalej głaskał go po włosach (Louis spełnił jego żądanie, bo naprawdę nie mógł się oprzeć).
-Cieszę się, że ci to nie przeszkadza.
-Teraz idź spać, Haz. Potrzebujesz tego – mruknął Tomlinson.
-Okej – odetchnął chłopak. – I Lou?
-Tak?
-Nie przeszkadzało by mi… Gdybyś… Chciał… -urwał, a Louis przysunął się bliżej unosząc brwi.
-Chciał co?
Harry nie odpowiedział, bo ten uroczy idiota, już zasnął. Oczywiście.
Ale teraz, oceniając po ilości światła wpadającego do pokoju, Tomlinson z łatwością mógł stwierdzić, że było jeszcze wcześnie, więc czemu nie spał?
-Louis.
Och, tak. Dlatego. Louis zmrużył oczy i ujrzał twarz pełną brązowych włosów, zbyt ciemnych, by mogły być jego. Louis odsunął się trochę i zobaczył, że jego przyjaciel już nie spał i gapił się na niego. Szatyn zamrugał kilka razy.
-Jesteś przerażający – powiedział po chwili. – Jak długo się tak na mnie gapiłeś?
-Nie gapiłem się! – Harry wyglądał na urażonego. –Próbowałem zwrócić twoją uwagę.
-Zwróciłeś ją – opuścił głowę na poduszkę i ponownie zamknął oczy. – Co jest?
-Jestem głodny.
-Czy wyglądam jak pani od obiadów?
-Teraz kiedy już o tym wspomniałeś…
Louis wymierzył ślepo, chcąc uderzyć przyjaciela w ramię.
-Aua! –wykrzyknął Harry. – Boże, Louis!
-Co?! – serce Louisa na chwilę przestało bić. Chłopak otworzył oczy szybciej niż myślał, że to możliwe. –Jezu, nie. Uderzyłem cię w nogę?
-Nie – Styles uśmiechnął się szeroko. –Tylko sobie z ciebie żartuję.
-Jesteś dupkiem i gdybym się nie bał o twoją nogę to walnął bym cię w tą uśmiechniętą twarzyczkę.
-Uwielbiasz mnie – zaśpiewał Harry. –Jestem twoim ulubieńcem. A teraz proszę przynieś mi coś do jedzenia.
-Nie jestem twoim niewolnikiem, Styles – szatyn zmarszczył nos.
-Jasne, że nie – prychnął hokeista. –Gdybyś był, pewnie wykorzystał bym cię do czegoś związanego z seksem.
-Och, popatrz, twój wewnętrzny zboczeniec wrócił. Witaj z powrotem Slutty Stylesie.
-Jesteś zabawny – powiedział Hary z kamienną twarzą. –Ale serio Lou, umieram z głodu.
-Tak, ja też –westchnął Louis. –Ale nie chce mi się wstawać. Gdzie jest mój telefon? – zaczął się wiercić, aż w końcu znalazł komórkę w jednej z kieszeni. Wybranie numeru Zayna zajęło my tylko kilka sekund.
Chłopak z Bradford odebrał po drugim sygnale.
-Czy z Harrym wszystko w porządku?
-Nie, Zayney. Obaj potrzebujemy natychmiastowej opieki. Jesteśmy niebezpiecznie blisko śmierci głodowej i musisz nam jak najszybciej przynieść śniadanie. Najlepiej coś co nie będzie odpowiadało zasadom mojej diety.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
-Ty dupku, nie odzywasz się całą noc i nie wracasz do domu, do naszego pokoju, a potem dzwonisz do mnie o nieludzkiej porze, po to?
-Też cię kocham, kochanie. Proszę, przynieś śniadanie i powiedz Liamowi i Niallowi, że będą mile widziani. Biorąc pod uwagę to, że Liama nie ma w pokoju, zakładam, że i tak planował całkiem niedługo wybrać się na walk of shame z naszego pokoju.
-Zabiję cię.
-Jeśli tylko przyniesiesz nam jakieś śniadanie, to proszę bardzo, skarbie. Do zobaczenia niedługo.
-Jesteś takim… - Louis się rozłączył.
-To było urocze – parsknął śmiechem chłopak.
-Wiem – szatyn ponownie wtulił się w poduszkę. – Możemy wrócić do spania?
-Jeśli nalegasz, Lou.
Zasnęli na kolejne pół godziny, zanim Liam i Zayn wpadli do pokoju, ciągnąc za sobą Nialla z paczką donoutów. Od razu zaczęli krzyczeć coś w stylu ”Dlaczego nie powiedzieliście nam, że wszystko w porządku?”, ale nie było to nic co nie mogło być rozwiązane po zjedzeniu kilku donoutów.
Louis usiadł na łóżku, patrząc na przyjaciół i uśmiechając się szeroko w przerwach między jedzeniem pączków, które zdecydowanie pójdą mu w uda. Pomimo wszystko był szczęśliwy. Harry będzie zdrowy. Wszyscy się cieszyli. Wszystko miało być w porządku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz