poniedziałek, 10 marca 2014

*Louis’ POV

Mieliśmy właśnie zapukać do drzwi, kiedy usłyszeliśmy głośny krzyk dochodzący z wewnątrz. Szybko skierowałem wzrok na Nialla, który w jednej sekundzie wyglądał na śmiertelnie przerażonego, a za chwilę już patrzyłem na totalną oazę spokoju, gotową stanąć twarzą w twarz z wielką dziczą panującą w środku. Nie miałem nawet odpowiedniej ilości czasu, by wypowiedzieć jedno słowo, ponieważ drzwi zostały otwarte, a ze środka wybiegła dziewczyna. Od razu zauważyłem, że jest to jedna z przyjaciółek Ashley. Dłońmi zakrywała usta. Miałem wrażenie, że zaraz cała zawartość jej żołądka wyląduje na trawniku. Moje serce biło zawrotnie szybko, czułem się jakbym miał dostać zaraz jakiegoś ataku paniki albo przynajmniej zemdleć. Całkowicie nie przywykłem do sytuacji takich jak ta. Wolałbym teraz po prostu leżeć w swoim łóżku, czytając dobrą książkę albo robiąc cokolwiek innego! Wszystko, żeby tylko nie być na tej pierdolonej imprezie! To było dla mnie stanowczo za wiele, a jeszcze nawet nie weszliśmy do środka. Mój mózg krzyczał do mnie. SPIEPRZAJ DO DOMU! NIE WCHODZISZ DO ŚRODKA! TO NIE JEST IMPREZA DLA WYRZUTKÓW, A TYM BARDZIEJ NIE DLA KOGOŚ TAKIEGO JAK TY, A TY TO JUŻ DAWNO POWINIENEŚ WIEDZIEĆ! Przełknąłem wielką gulę, która uformowała się w gardle przez myśli bijące się w mojej głowie. Tak, to prawda, byłem wyrzutkiem i tak, wiedziałem o tym, ale nie byłem aż tak słaby, prawda? Mogłem zwyczajnie iść na imprezę, nie trzęsąc portkami jak mała dziewczynka. Pfff, to niby czemu jesteś teraz przerażony jak diabli? Zaśmiał się złośliwie mój mózg. Poczułem zastrzyk adrenaliny, rozprzestrzeniającej się automatycznie po całym moim ciele. Mój mózg nie mógł mnie kontrolować. Stwierdziłem, że dam radę, do cholery, że pójdę na tę imprezę i będę się zajebiście bawił! YOLO, prawda? Czy coś podobnego, co dzieciaki mówiły w tych czasach…
Mocno chwyciłem Nialla za ramię, wciągając go do środka przez teraz już otwarte drzwi, mając totalnie gdzieś to, że jeżeli Ben albo Harry by nas zobaczyli, mogliby nas zwyczajnie w świecie stamtąd wykopać. Poczułem jak mój przyjaciel się spiął, gdy tylko przekroczyliśmy próg domu. Muzyka wydobywała się z głośników, a ludzie poruszali się do jej rytmu. Niektórzy z nich chyba zapomnieli, że nie są jedynymi osobami na parkiecie. Czułem jak mój żołądek się skręca na te wszystkie pary, wciąż ocierające się o siebie w niezbyt przyzwoity sposób. Nie było najmniejszej opcji, żebym kiedykolwiek posunął się do czegoś takiego, nawet gdybym był pijany. Nigdy w życiu.

Rozpoznałem kilka osób, nie poświęcając im jednak większej uwagi. Nikt tutaj i tak nie wiedział, kim jestem, bo przecież nie byłem popularny. Puściłem rękę Nialla, kiedy stanęliśmy przed czymś, co wyglądało jak mini bar. Wow, musiałem przyznać, że to serio świetna sprawa mieć bar we własnym domu. Niall szepnął mi do ucha, że zamierza kogoś znaleźć. Od razu poczułem lekką panikę na jego słowa, a po chwili zostałem już całkiem sam. Nikt inny mnie tutaj nie znał, ale też ja ich ledwo, co kojarzyłem. Poważnie, ilu przyjaciół mógł mieć Ben, którzy nie chodzili do naszej szkoły?

Nagle ktoś poklepał mnie po ramieniu. Odwróciłem się i ku mojemu zdziwieniu, Liam stał naprzeciwko mnie ze zmartwioną miną.

"Louis, widziałeś Nialla? Umówiliśmy się tutaj, a ja go nigdzie nie mogę znaleźć."

Zaraz, zaraz. Niall i Liam? Niall zaciągnął mnie tutaj, bo chciał się zobaczyć z Liamem? Jak do tego w ogóle doszło? Nie miałem bladego pojęcia, że ta dwójka się przyjaźni.

”N-no właściwie to widziałem. M-my przyszliśmy tu razem, a w-wtedy Niall szybko zniknął, b-bo powiedział, że musi kogoś znaleźć.”

I wtedy zaskoczyłem, wszystko ułożyło się w piękną całość. Liam szukał Nialla, a Niall Liama.

”Kogo?”

Zapytał, marszcząc brwi.

"Ciebie."

Twarz Liama złagodniała momentalnie. I ponownie zostałem sam, kiedy ten oddalił się, prawdopodobnie szukając znowu mojego przyjaciela. Westchnąłem i usiadłem przy barze. Barman, który najprawdopodobniej został wynajęty na noc, podszedł do mnie.

"Chcesz coś do picia? Piwo? Tequila?"

Że co? Że ja? Miałem pić? On chyba już do reszty zwariował! Zgromiłem go moim najlepszym że-co-do-cholery spojrzeniem. Na szczęście podziałało, bo za chwilę zniknął mi z pola widzenia z wypisanym na twarzy sorry-koleś-po-prostu-spytałem. Nie pozostało mi nic innego jak dalsze siedzenie na tym krześle, znudzonym w chuj. Zacząłem się rozglądać po pomieszczeniu, aż w końcu natrafiłem na zbyt znaną mi twarz. Miałem wrażenie, jakby moje serce przestało bić, a oddech uwiązł w gardle. Och Boże! Dlaczego? Jak ja miałem to przetrwać?

Harry kołyszący biodrami w rytm muzyki… Czy trzeba dodawać coś więcej? Trzymał piwo w prawej ręce, ale szczerze wątpiłem, żeby był pijany. Gdy tylko piosenka zmieniała się na kolejną, Harry wymieniał dziewczynę do tańca na następną z wielkim uśmiechem na twarzy. To prawdopodobnie było coś, co robił każdego wieczoru. Taniec, podrywanie dziewczyn, upijanie się. Ale czy po pewnym czasie nie stałoby się to zwyczajnie nudne?

Westchnąłem na samą myśl, jak bardzo różniliśmy się od siebie. Ja lubiłem czytać książki, on wolał imprezować. Ja lubiłem szkołę, on oczywiście nie. Jego interesowały dziewczyny, podczas gdy mnie chłopcy. Nosiłem okulary, on nie. Byłem wyrzutkiem, a on najpopularniejszym kolesiem w całej szkole.

Jak mogłem być aż tak głupi, żeby zakochać się właśnie w nim? W kimś, kogo nigdy nie mógłbym mieć, dla kogo byłem zwyczajnie niewidzialny? Miałem zakryć twarz rękoma, gdy poczułem na sobie czyjś wzrok. Powoli uniosłem głowę i gdy tylko to uczyniłem, w gardle uformowała się gula, serce przyspieszyło swe bicie, a policzki oblały się różem…

To niemożliwe! Nie, nie, nie… Nie było takiej opcji, żeby Harry idealny Styles gapił się na mnie. Wzrok wbiłem w ziemię, po to by za chwilę znów na niego spojrzeć. Nasze spojrzenia się spotkały i przysięgam… jak własną matkę kocham… zauważyłem cień uśmiechu na jego ustach. Jako pierwszy przerwałem kontakt wzrokowy i spojrzałem za siebie. No bo serio? On nie mógł się na mnie patrzeć. Jednak ku mojemu zdziwieniu, za mną była jedynie ściana. Znów ciężko przełknąłem i odwróciłem się w stronę Harry’ego. Uwierzcie mi, to co miało miejsce w mojej klatce piersiowej, to chyba zawał. Czy to się działo naprawdę? Jeżeli tak, to czekałem na ten moment… trzy lata! I wtedy zauważyłem jak Harry ruszył przed siebie. I…i…i… O BOŻE. Zwyczajnie brakowało mi powietrza. On szedł w moim kierunku! Jezu drogi! Co miałem zrobić, jeżeli on rzeczywiście, będzie chciał ze mną rozmawiać? Przecież ja nie potrafiłem… Louis! Do cholery! Weź się w garść i się uspokój! Powiedziałem do siebie. Harry prawdopodobnie chciał się tylko dowiedzieć kim jestem, bo wyglądałem inaczej niż zwykle. Wdech, wydech. Ale, co jeżeli on naprawdę chciał ze mną rozmawiać? Mój żołądek się ścisnął, a ja miałem wrażenie, że zaraz zwymiotuję!

”Cześć.”

Wziąłem głęboki wdech, spoglądając w górę, tylko po to by napotkać cudowne, szmaragdowe tęczówki należące do Harry’ego. Kurwa, Louis! Skup się i mu odpowiedz cokolwiek! Mój mózg starał się mi przekazać jakże cenną informację. Jakbym o tym sam nie wiedział, ale co mu miałem odpowiedzieć?

”Cz-cześć.”

Wydukałem i mentalnie przywaliłem sobie w twarz za moją głupotę. ROZMAWIAJ Z NIM! TO JEST TWOJA JEDYNA SZANSA IDIOTO! Gdyby to do cholery było takie proste… Odetchnąłem i uśmiechnąłem się delikatnie do niego, a kąciki jego ust automatycznie poszybowały do góry. Usiadł na stołku obok mnie, stawiając piwo na blacie. Potrząsnął głową, co wprawiło w ruch jego loki, następnie grzywkę zaczesał na prawą stronę. Starałem się choć trochę uspokoić, ale sama obecność Harry’ego mi to uniemożliwiała.

"Jesteś Louis, prawda?"

Uśmiechnął się. Moje oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Wiedział, kim jestem? Jak to się stało? Jeżeli to był sen, to nigdy nie chciałem się z niego obudzić. Uszczypnąłem się w rękę. Nie… To się działo naprawdę. Skinąłem głową.

"T-tak, jestem. A t-ty jesteś Harry?" Brawo Louis. Trzymaj tak dalej, a dostaniesz nobla w byciu największym debilem.

"Harry Styles"

Powiedział, wyciągając rękę przed siebie. Spojrzałem w dół, zanim zaskoczyłem, o co chodziło Harry’emu. Niepewnie uścisnąłem jego dłoń.

"L-Louis Tomlinson."

SŁODKI JEZU! Jego dłoń… Po pierwsze, JA, Louis Tomlinson TRZYMAŁEM GO ZA RĘKĘ! JA, JA, JA!!!! Po drugie, ona była taka cieplutka, delikatna i… idealna. Mógłbym ją tak trzymać przez cały czas. Jego dłoń pasowała idealnie do mojej, jak brakujący element układanki, była taka duża w porównaniu do mojej. Gdyby tego było mało, dotyk wywołał dreszcze rozprzestrzeniające się po całej długości kręgosłupa, a gęsia skórka pojawiła się na moim ciele. Och, jak ja kochałem tego chłopaka… A wtedy Harry uwolnił moją dłoń z uścisku, spoglądając na swoją, marszcząc przy tym brwi. Kurwa! Trzymałem ją zbyt mocno, może za długo, a może moja dłoń była spocona? O Boże, jaki wstyd… Zaczerwieniłem się i spuściłem wzrok.

“J-jak? To znaczy, s-skąd wiesz kim jestem? Przecież j-jestem totalnie niewidzialny.”

Udało mi się wydukać.

"Lou, chodzimy na te same zajęcia, pamiętasz?"

Zachichotał. Spojrzałem na niego ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Lou? Czy on właśnie… Jeżeli jeszcze przed chwilą nie byłem martwy, to z pewnością moje życie w tej chwili dobiegło końca, a ja już byłem w niebie.

"Och, pamiętam. Tylko…"

"Tylko co?"

I znowu to samo. Mógłbym pracować jako specjalista od oblewania się rumieńcem. Uniosłem głowę, by spojrzeć prosto w jego oczy. Miał maleńką zmarszczkę między brwiami, co uznałem za absolutnie urocze.

”No bo ty jesteś najpopularniejszym chłopakiem w szkole, a ja? Jestem tylko kujonem, więc nawet nie powinieneś wiedzieć jak mam na imię.”

Zmarszczyłem brwi i ponownie wbiłem wzrok w ziemię. Nagle poczułem jak dwa palce chwyciły mój podbródek i delikatnie uniosły moją głowę ku górze, a po chwili patrzyłem już w błyszczące oczy o najpiękniejszym odcieniu zieleni, jaki mógłby istnieć. Zacząłem szybciej oddychać, gdy sobie uświadomiłem, że te palce należały do Harry’ego.

"Nie mów tak. Nie powinieneś być taki surowy wobec siebie. Jesteśmy kim jesteśmy. Chodzi o to, dopóki jesteś sobą, możesz stać się osobą, którą chcesz być. Zaufaj mi, sam sobie powtarzałem to zdanie setki razy.” Uśmiechnął się. "I powinienem wiedzieć, kim są ludzie, z którymi chodzę na zajęcia. Szczególnie ci, którzy zawsze są sobą."

W jakiś sposób, jego słowa i uśmiech uspokoiły mnie odrobinę. Może Harry miał rację? Powinienem zaakceptować samego siebie. Problem w tym, że… wiedziałem, że nigdy nie zdobędę tego, na którym zależało mi najbardziej. O ironio, a ta osoba właśnie siedziała przede mną.
Ok, może i zabrzmiało to dziwnie, ale przynajmniej było najszczerszą prawdą. Może Harry był jednym z tych ludzi, którzy nie oceniali innych i nie patrzyli na nich przez pryzmat, tego czy byli popularni czy też nie. Miałem wielką nadzieję, że tak właśnie było.

"Wow, nigdy nie myślałem, że z ciebie taki filozof."

"Ja też nie."

Zaśmialiśmy się oboje, lecz po chwili nastąpiła nieco krępująca cisza. Harry postanowił odezwać się pierwszy.

"Więc, skąd wiesz kim jestem?"

Spojrzałem na niego, lekko zdziwiony.

"Proszę cię, nie znam osoby, która nie wiedziałaby kim jesteś."

Przewróciłem oczami, a on zmarszczył brwi. Westchnąłem. Nie mogłem powiedzieć mu całej prawdę, bo byłoby to niezwykle żenujące.

"Jesteś najbardziej popularnym chłopakiem w szkole. Wszyscy cię uwielbiają. No i jesteś w drużynie, grasz na pozycji bramkarza."

Zaśmiał się lekko.

"Jesteś dobrze poinformowany."

Co ty nie powiesz… “Mmmm.”

A wtedy, jakaś dziewczyna zarzuciła ręce wokół szyi Harry’ego, siadając na jego kolanach.

"Cześć kochanie, masz ochotę zatańczyć?"

Ashley zapytała, przygryzając płatek ucha Harry’ego. Odwróciłem wzrok, zniesmaczony i zazdrosny. Dlaczego ta suka musiała przyjść właśnie teraz i zniszczyć wszystko, co? Boże, jak ja jej nienawidziłem.

Harry zepchnął ją delikatnie ze swoich kolan.

"Za chwilkę kochanie. Zamienię tylko kilka słów z Lou."

Uśmiechnął się do mnie. Ashley spoglądała to na mnie, to na Harry’ego, aż nagle wstała i krzyknęła, żeby przebić się przez głośną muzykę, będąc już w drodze na parkiet.

"Jeśli nie pojawisz się za minutę, wrócę po Ciebie."

Spojrzałem na Harry’ego ponownie, zatapiając się w jego niesamowitych tęczówkach.

"Dziewczyna wzywa."

Próbowałem zażartować, ale zabrzmiało to bardziej jak zarzut. Powoli skinął głową.

"Myślę, że zobaczymy się niedługo, Lou"

"Pewnie tak."

Uśmiechnęliśmy się do siebie. A potem już go nie było.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz