czwartek, 13 marca 2014

*- Louis? Lou, proszę, odbierz. Proszę.

To była całość pierwszej wiadomości od Harry’ego na poczcie głosowej. I z tego, co Louis mógł powiedzieć, miał jeszcze sześć takich wiadomości do odsłuchania.

Westchnął, leżąc na łóżku, wykończony po trudnościach ze snem nawiedzających go zeszłej nocy. Słyszał telefon dzwoniący w ciągu nocy, ale nie mógł się zebrać na odebranie go. Tak jakby wyrzuty sumienia przygniatały go i wierciły w jego wnętrzu dziurę, im dłużej zwlekał z odebraniem któregoś z połączeń od Harry’ego.

- Hej, Lou. To… cóż, to znowu ja. - Rozbrzmiała trzecia wiadomość. Tym razem Harry’emu udało się lekko zachichotać. - Słuchaj, Zayn chrapie w tym momencie i jestem pewien, że resztę chłopaków doprowadza to do szału. Mógłbyś po niego przyjść i go zabrać dla naszego spokoju? - Ponowny śmiech, który przy końcu załamał się, jakby Harry poddał się, zanim zdążył skończyć. - Czy mógłbyś, proszę, po prostu… przyjść tutaj?

Louis jęknął; nie miał zamiaru zostawiać tam Zayna. Ale kiedy wpadł do salonu i wziął Rosie w swoje ramiona, nie przejmował się czekaniem na swojego najlepszego przyjaciela, który zasnął na kanapie. Wymruczał pożegnanie do zdezorientowanego Nialla i Liama, rzucając krótkie przeprosiny za robienie tak wielkiego hałasu i, zostawiając Zayna za sobą, opuścił mieszkanie. Czuł się jak kompletny dureń.

- Nie powinienem tego zrobić… Nie w ten sposób. - Ostatnia wiadomość wypełniła pokój zmęczonym i zawiedzionym głosem Harry’ego. - Prawdopodobnie śpisz… Oczywiście, że śpisz, jestem idiotą i, szczerze mówiąc, sam powoli zasypiam. Choć z drugiej strony nie jestem już pijany. Hura… - Kolejny delikatny dźwięk, który mógłby być pomylony ze wstrzymaniem oddechu, chichotem albo szlochem. - Słuchaj, Lou. Wiem, że nie chcesz teraz ze mną rozmawiać, wiem to. Ale kiedy… Jeżeli obudzisz się i będziesz czuł inaczej, proszę… zadzwoń do mnie. Jest wiele rzeczy, które chcę powiedzieć i ja… Nie będę kłamać, jestem cholernie nieszczęśliwy. Więc, proszę, zadzwoń do mnie jutro. I przepraszam za mówienie „proszę” tak wiele razy. - Wstrzymał swój oddech, jakby miał zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale chwila ciszy minęła i musiał się rozmyślić, ponieważ to był koniec wiadomości.

Poczucie winy. To było coś, z czym Louis zasnął zeszłej nocy i obudził się dnia następnego; to było coś, co dręczyło jego myśli w tym momencie po spędzeniu piętnastu minut na słuchaniu wiadomości na poczcie głosowej od Harry’ego. W zasadzie to było wszystko, co czuł w momencie, gdy zatrzasnął drzwi do pokoju Harry’ego zeszłego wieczora. Prawie instynktownie chciał odwrócić się i wrócić do jego sypialni, by przeprosić.

Nie było zbyt późno, zdecydował.

Gapiąc się na swój telefon, rozważał wszystkie opcje. Mógł „zadzwonić” albo „nie zadzwonić”. I, szczerze, odpowiedź była niemalże zbyt prosta, zbyt oczywista.

Zebrał się w sobie i wybrał numer, który nawet nie wiedział, że znał na pamięć; przeszukiwanie listy kontaktów tylko spowolniłoby jego działania.

Pomijając fakt, że mogło być zbyt wcześnie na rozmowę telefoniczną, Louis wstrzymał oddech, pozwalając na zawiązanie połączenia. Przy czwartym sygnale rozważał poddanie się, zanim…

- Halo? - Głos Harry’ego był gruby i wycieńczony; Louis go obudził.

- Ach, cholera – odpowiedział, nie mogąc się powstrzymać. - Um, śpisz. Cholera, przepraszam. Oddzwonię później.

- Zaraz… Louis?

- Tak – oznajmił delikatnie. - Cześć, Haz. Wracaj do łóżka, stary. Nie miałem zamiaru cię obudzić…

- Nie – przerwał Harry, nagle brzmiąc na bardzo rozbudzonego. - Nie opuszczaj mnie znowu.

Skrzywił się. To było jak cios w klatkę piersiową.

- W porządku – wydusił powoli Louis. - Nigdzie nie idę. Jestem tutaj.

Szelesty po drugiej stronie słuchawki podpowiedziały mu, że Harry prawdopodobnie wyplątywał się ze swojej pościeli i usiadł prosto na swoim łóżku. Nie miał nic przeciwko słyszeniu żadnego z tych dźwięków, wydawało się to raczej być przywilejem.

- Więc… - zaczął niespokojnie Harry, a Louis zastygł w bezruchu. - Jak bardzo śmiałeś się ze mnie dzisiejszego ranka? Musiałem brzmieć jak idiota.

- Nie, wcale nie brzmiałeś jak idiota – rzekł Louis pośpiesznie. - Ja nie… Znaczy, nie powinienem cię zostawić w taki sposób zeszłego wieczora. Powinienem być lepszym przyjacielem i ci pomóc. Zachowałem się jak dupek.

- Miałeś do tego prawo – powiedział Harry. - Sposób, w jaki wczoraj postępowałem… Też byłbym na siebie zły. Nie obwiniam cię o nienawidzenie mnie.

- Nie jestem zły. I nie nienawidzę cię.

Zapadła cisza. Wyraźnie mógł usłyszeć równomierne oddychanie Harry’ego, prawie tak, jakby był tam z nim, niepokojąco blisko ucha Louisa. To było dziwnie kojące.

W końcu…

- Nie?

- Oczywiście, że nie, Haz. Ja tylko… Nie wiem, to było zbyt wiele jak na jeden raz. Ale nie, nigdy nie mógłbym cię znienawidzić. Byłeś pijany! - Dodał wymuszony śmiech na koniec, mając nadzieję, że to nieco rozluźni sytuację.

- Tak, zgaduję, że byłem, prawda? - głos Harry’ego nieco się ożywił, jakby uśmiechał się, mówiąc to.

- I ludzie zawsze mówią i robią rzeczy, których nie mają na myśli, kiedy są pijani. Więc… rozumiem to. To zdarza się cały czas.

- Och. T-Tak… Cały czas.

Louis odpędził od siebie bardzo oczywisty fakt, że głos Harry’ego zniżył się do niezręcznie niskiej intensywności.

- Jak wiele z zeszłego wieczoru tak właściwie pamiętasz?

Harry westchnął ciężko.

- Niewiele, tak przypuszczam.

I Louis wrócił myślami do wszystkich wiadomości na swojej poczcie głosowej, zastanawiając się, ile jest prawdy w jego wyznaniu.

- Ach. Rozumiem.

- Lou?

- Tak?

Harry odchrząknął, jakby potrzebował więcej czasu.

- Mogę… To znaczy, mogę cię znowu zobaczyć? Niedługo? Po prostu… Chcę cię osobiście przeprosić.

Louis potrząsnął głową.

- Nie masz mnie za co przepraszać. Serio, już po wszystkim. Nie chcę nawet, żebyś o tym myślał.

- W porządku – przyznał Harry. - Jednakże czy wciąż mogę się z tobą zobaczyć?

Louis przełknął głośno ślinę.

- Ja… Ja nie wiem. Spójrz, Harry, nie kłamałem, mówiąc, że nie jestem zły. Ale wciąż wiele rzeczy w tym temacie mnie przytłacza. Już teraz mam wiele rzeczy na głowie: pracę, Rosie i tak dalej.

- Co masz na myśli?

- Chodzi mi o to… - Westchnął niekontrolowanie. - Daj mi trochę czasu. Nie masz nic przeciwko? Po prostu potrzebuję trochę czasu, by… pomyśleć. Trochę czasu dla siebie. Wiem, że to brzmi kompletnie samolubnie…

- Nie, to wcale nie jest samolubne.

- … ale potrzebuję przerwy.

Delikatny, stłumiony dźwięk doszedł do niego z drugiej strony słuchawki i Louis nawet nie chciał zastanawiać się, co zmusiło Harry’ego do wydania takiego odgłosu. Pomyślał, że może się to nawet powtórzyć, ale drugi chłopak w zamian przeczyścił swoje gardło.

- W porządku.

- W porządku?

- W porządku.

Wydawało się, jakby coś jeszcze czekało na końcu jego języka; czekało, by zostać wypowiedziane, by podzielić się tym z chłopakiem, którego oddech zatrzymał się w przygotowaniu na coś jeszcze. Ale to był największy rodzaj rozczarowania; zrozumieć, że nie było już więcej siły, by słowa rozbrzmiały na głos.

- Żegnaj, Haz.

- Żegnaj, Lou.

* * *

Wcześniej Louis spędził wiele dni z dala od Harry’ego, ale te po ich ostatniej rozmowie telefonicznej wydawały się mijać niemożliwie powoli. Pomyślał, że przebywanie z dala od siebie pomoże mu bardziej skoncentrować się na Rosie i pracy, ale odkrył, że drugi chłopak nigdy nie odbiegał za daleko od jego myśli.

Nawet Rosie zauważyła nieobecność Harry’ego pomimo faktu, że minął zaledwie tydzień. I choć nie wydawała się odczuwać braku Harry’ego, gdy pojechał nagrywać album, teraz była wystarczająco duża, by zrozumieć, że Harry zniknął na odczuwalną ilość czasu; zwłaszcza po tym, jak widziała go w zeszły weekend na obiedzie. Louis miał problemy z wyjaśnieniem tej sytuacji Rosie i czasem zastanawiał się, jaki rodzaj wytłumaczenia mógłby jej zaoferować, jeżeli nieobecność Harry’ego nie stała się tylko tymczasową sprawą… ale długoterminową.

To była kolejna rzecz, która przepełniała umysł Louisa, kiedy brał prysznic, pracował, czytał Rosie na dobranoc czy leżał w łóżku i czekał, aż sen sam nadejdzie. Powiedział Harry’emu, że potrzebował czasu. Ale na co? Wydawało mu się, że nie potrafił zrozumieć swojego wahania, ale doskonale wiedział, skąd ono się wzięło.

Sprawy potoczyłyby się inaczej, gdyby nie był ojcem. Sprawy potoczyłyby się inaczej, gdyby nie wliczały one innego życia, innej osoby, którą trzeba brać pod uwagę. Ale Rosie; Rosie była całym światem dla Louisa. I nie trzeba było rozpatrywać tej sprawy dwa razy, zwłaszcza jeżeli chodziło o wprowadzanie nowych osób do życia jego córki. I podczas gdy Harry zdecydowanie zrobił już wrażenie na małej, dwudziestojednomiesięcznej dziewczynce, Louis nie mógł zaoferować sobie podejmowania szans; nie kiedy harmonogram Harry’ego stawał się coraz bardziej zapełniony.

Tak bardzo jak uwielbiał mieć Harry’ego przy sobie, nie wiedział, czy potrafiłby stawić czoło niepewności, która nadchodziła wraz z rosnącą sławą Harry’ego. I, co najważniejsze, nie chciał wplątywać Rosie w ten cały szał oraz ryzykować robienia czegokolwiek, co mogłoby ją zranić na dłuższą metę. Takie myślenie było bardzo proste.

Ale to nie powstrzymało Rosie przed zwróceniem uwagi, gdy rozległo się pukanie do drzwi i zapytanie:

- Harji?

Ramiona Louisa opadły, gdy wychodził z kuchni, gdzie przygotowywał obiad.

- Prawdopodobnie nie, robaczku.

Oczywiście to Zayn stał po drugiej stronie drzwi, nie Harry.

- Co to za mina, stary? - wypalił na wejściu drugi chłopak, wchodząc do mieszkania z piwami w ręce. Podniósł jedną puszkę do góry. - Czyżbyś właśnie tego potrzebował?

- Nie, um… To nic takiego – powiedział Louis, obserwując, jak Zayn kładzie alkohol na ławie i składa kilka całusów na policzku Rosie, która siedziała na kanapie z kilkoma wypchanymi zwierzakami. - Po prostu… Zastanawiała się, gdzie jest Harry.

- Ach – odpowiedział Zayn w zamyśleniu, podążając za Louisem do kuchni.

- To jest dokładnie to, czego chciałem uniknąć – rzekł ostro Louis, mieszając gotującą się wodę na sos do makaronu. - Nie powinna była się przywiązywać. Myślałem, że dobrze postąpiłem, biorąc przez chwilę przerwę od Harry’ego…

- Dobrze zrobiłeś.

Louis zmierzył Zayna podejrzliwie.

- Mówisz to tak po prostu, czy naprawdę uważasz, że słusznie postąpiłem?

Zayn wzruszył ramionami.

- Nie wiem, Lou. Jeżeli mam być szczery, nie mam do powiedzenia nic, co miałoby znaczenie.

- Nie masz do powiedzenia nic, co miałoby znaczenie? - spytał Louis, a jego pytanie było przepełnione ironią.

- Nic, czego wcześniej nie powiedziałem, a ty odmówiłeś słuchania mnie – odparł prosto Zayn. - Okej, spróbujmy w ten sposób. Czego dokładnie spodziewałeś się po trzymaniu Harry’ego z daleka?

- Właśnie to powiedziałem! - odrzekł rozgorączkowany Louis. - Rosie…

- Nie, stary. Nie Rosie – oznajmił spokojnie. - Ty. Czego ty się spodziewałeś?

Louis otworzył usta, ale nic z nich nie wypłynęło. Spróbował ponownie, ale słowa nie nadchodziły.

- Dokładnie – rzucił Zayn i Louis był tylko trochę zdziwiony, słysząc nutkę rozbawienia w głosie swojego przyjaciela. - Uciekałeś.

- Nie, nie uciekałem! - Jego głos powrócił mocniejszy niż wcześniej.

- Owszem, uciekałeś – nalegał Zayn, jednak jego ton nie zawierał opryskliwości. W zasadzie brzmiał cierpliwie. Podszedł do Louisa powoli i położył rękę na jego ramieniu. - Lou, nie obchodzi mnie, co myślisz, ale ty i Harry nie jesteście przyjaciółmi. Mówisz to tak, jakby miało to coś znaczyć, jakby miało to zaprzeczyć wszystkiemu, co się między wami wydarzyło. Ale faktem jest, że nie widziałem cię aż tak szczęśliwego od dłuższego czasu. Cóż, może nie teraz, oczywiście… - Zayn zaśmiał się i Louis dołączył do niego, nie mogąc się powstrzymać. - … ale zawsze, kiedy jesteś przy Harrym. Wasze połączenie jest genialne – wyznał to tak, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. - Trzymanie Harry’ego z daleka niczego nie zmieni. Nie zmieni to tego, jak bardzo on chce być obok ciebie i jak cholernie zachwycony jesteś, mogąc być przy nim.

Louis spojrzał na Zayna, który uśmiechał się.

- Zachwycony, hm?

Zayn wywrócił oczami.

- Nieznośnie.

Louis roześmiał się i przyciągnął Zayna do najciaśniejszego uścisku, jaki mógł zaoferować. Chciał mu tym uświadomić, jak bardzo byłby zagubiony bez niego, bez jego poradnictwa i wsparcia, które oferował mu przez cały czas. Rzadko pozwalał sobie być tak sentymentalnym, ale sytuacja wydawała się do tego odpowiednia. I na szczęście Zayn nie wydawał się zwracać na to uwagi; po prostu odwzajemnił gest, uśmiechając się.

- Powinieneś zobaczyć, jak wyglądasz, gdy jesteś przy Liamie – wymruczał Louis zagłuszony przez ramię Zayna.

- Och, zamknij się – ostrzegł Zayn, kopiąc go kolanem w udo.

- Kretyn – powiedział Louis. - Ale wciąż jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałem.

Zayn zaśmiał się.

- I nie waż się, kurwa, o tym zapomnieć.

* * *

Zanim Louis się zorientował, minął prawie kolejny tydzień. W pracy nic się nie zmieniło, ale zajęcia prowadzące do uzyskania przez niego odpowiedniego stopnia nauczycielskiego sprawiały, że był zajęty przez większość wieczorów w tygodniu. Na szczęście za niedługo nadchodziła przerwa i nie mógł doczekać się czasu, który spędzi z Rosie na wylegiwaniu się w mieszkaniu.

Pokochał pracowanie w przedszkolu tak bardzo, że wizja opuszczenia tej pracy po uzyskaniu odpowiedniego stopnia nauczycielskiego czasem nie wydawała się tak zachęcająca jak wcześniej. Twierdził, że jego sukces w wychowaniu Rosie niekoniecznie przekładał się na umiejętności niezbędne do opiekowania się dziećmi w przedszkolu. Jednakże dzień po dniu zaczął odkrywać, że posiada naturalny talent do przebywania z dziećmi, który może być całkowicie nieprzydatny, kiedy zacznie uczyć aktorstwa nastolatków.

Nie skupiał na tym za bardzo swoich myśli. Chciał przebrnąć przez ten rok w jednym kawałku, zanim zacznie rozmyślać, co czeka go w przyszłości.

Trwało czwartkowe popołudnie i jako jedyny został w swojej klasie. Rosie nie musiała być odebrana przez kolejną godzinę, więc zamiast wracać do domu, postanowił zabić czas w przedszkolu na obmyślaniu nowych projektów dla dzieci na przyszły tydzień. Rozważał nawet telefon do Zayna, ale przypomniał sobie, że ma robotę w restauracji.

Przeglądał niektóre rysunki zostawione przez uczniów i ciepło rozlało się w jego sercu, widząc, jak zaangażowali się w swoje prace. Większość z nich przedstawiała zwierzęta – psy, koty, a także krowy, które były dość popularne wśród reszty – podczas gdy niektóre obrazowały rodziny jako figury z patyków na słoneczno-trawiastym tle. Kilka z nich jednakże było posturami innych uczniów w klasie i Louisa, opiekujących się nimi z gigantycznym uśmiechem przyklejonym na jego twarzy.

Wrócił myślami do Rosie i już za niedługo ona będzie w wieku przedszkolnym. Już teraz była bardzo zaangażowana w swoje rysowanie, ale przypomnienie sobie Rosie w jej łóżeczku niezdolnej do zrobienia czegokolwiek poza patrzeniem na niego ze swoimi wielkimi, niebieskimi oczami, wydawało się nieodległym wspomnieniem. Prawdziwość tego stwierdzenia się nie zmieniła, ale wszystko inne tak. Nagle zaczęła biegać, śpiewać, krzyczeć i sama jeść. Zrozumiał, że kochał ją w obecnym wieku, ale wiedział też, że zakończy się on zbyt szybko.

Zdecydował, że chce kolejne dziecko. Nie teraz, nie wkrótce, ale zdecydowanie chciał kolejne dziecko, nawet jeżeli tylko po to, by Rosie miała się z kim bawić, z kim dorastać i kto pokochałby ją całym sobą. Marzył o idealnym życiu, które wliczało codzienne budzenie się obok swojej małej, perfekcyjnej rodzinki w łóżku razem z nim.

Louis był tak pochłonięty w swoich marzeniach, że prawie przeoczył delikatne stukanie w drzwi klasy. Wiedząc, że nie były zamknięte, nieobecnie krzyknął:

- Proszę!

Wsadził rysunki do odpowiedniej teczki i położył ją na swoim biurku. Pierwszą rzeczą, którą zauważył, kiedy podniósł wzrok, była para zielonych oczu wpatrująca się w niego.

- Harry.

Stał tam, wyglądając tak samo jak wtedy, gdy Louis widział go po raz ostatni. Na szczęście nie był pijany, ale wydawał się tak samo wysoki i piękny jak zawsze.

Podczas gdy Louis gapił się na niego w niedowierzaniu, Harry zaoferował mu głupkowaty rodzaj uśmiechu, który sprowadził Louisa na ziemię.

Tysiąc różnych pytań przebiegło przez umysł Louisa.

- Co… To znaczy… Co ty tutaj robisz?

Harry wzruszył ramionami, wyznając:

- Zmęczyłem się czekaniem.

- Skąd wiedziałeś, że tutaj będę? - Louis stał się bardzo świadomy ogromnej przestrzeni pomiędzy nimi, ale nie zrobił nic, aby ją zmniejszyć.

- Nie wiedziałem. Zgadłem – rzekł raczej dumnie. - Poprosiłem Liama, aby wyciągnął dla mnie adres twojej pracy od Zayna.

- I nikt cię nie zauważył?

Oczy Harry’ego zabłysły, gdy puścił mu figlarnie oczko.

- Jestem przebiegły, tak przypuszczam – powiedział, a potem przyjrzał się oniemiałemu wyrazowi twarzy Louisa i jego uśmiech nieco zmalał. - Czy… Nie masz nic przeciwko, że jestem tu teraz? Wiem, że potrzebowałeś przerwy, ale robiłem się coraz bardziej niecierpliwy i mam dzisiaj dzień wolny, więc…

- Zdecydowanie – oznajmił nagle Louis, czując, jak jego wewnętrzna fala pewności siebie rozbudza się. - Tak, zdecydowanie nie mam nic przeciwko.

Ramiona Harry’ego opadły z ulgą, a nowy uśmiech rozjaśnił jego twarz.

- To dobrze. Nie chciałem czuć się głupio przez pokazanie się tutaj.

- Nie jesteś głupi.

Harry spuścił wzrok na swoje stopy, które były niezdarnie ułożone, jedna na drugiej, jak u winnego dziecka. Nie było nic dziwnego w widzeniu go stojącego w klasie w białej koszulce i dżinsach. Wpasowywał się bardzo dobrze i naturalnie w każdą scenerię, w której wyobrażał go sobie Louis.

- Dzięki – rzucił z lekkim śmiechem. - Tęskniłem za tobą. Nie miałem zamiaru tego powiedzieć, ale… Jednak. Tęskniłem za tobą.

Louis podszedł bliżej, obserwując, jak ciało Harry’ego napina się przez jego ruch. Rozumiejąc, że nie do końca wie, gdzie ułożyć swoją dłoń, będąc naprzeciw Harry’ego, niezręcznie sięgnął i chwycił się przedramienia drugiego chłopaka. Zaczerpnęli oddechy na ten kontakt – wyczekiwany, a zarazem znajomy – i uśmiechali się głupkowato do siebie przez kilka chwil.

- Też za tobą tęskniłem – przyznał Louis, nie zdając sobie sprawy, że jego kciuk okrężnymi ruchami masuje skórę Harry’ego. - Sprawy strasznie się skomplikowały…

Harry przerwał mu, kładąc palec wskazujący naprzeciw wargom Louisa i wpatrywał się uważnie w jego niebieskie oczy.

- Nie muszą takie być – zasugerował Harry. - To dlatego tutaj jestem. Chciałbym, aby wszystko było tak jak kiedyś. Nie chciałbyś tego?

Louis powiedziałby coś, ale palec Harry’ego wciąż był przysunięty do jego ust. W zamian skinął tylko twierdząco głową. Harry rozpromienił się.

- Świetnie, ponieważ mam pomysł. Chciałbyś go usłyszeć?

Louis mógł tylko ponownie skinąć. W tym momencie bardzo wyraźnie przypomniał sobie pierwszy raz, kiedy się spotkali; kiedy Harry wciąż był nieznajomym, którego obecność miała moc czynienia go zdezorientowanym, wręcz oniemiałym. Ta chwila nie różniła się zbytnio od tamtej, choć wiele się zmieniło od tego czasu. Uśmiechnął się naprzeciw palca Harry’ego; stwierdził, że lubił, kiedy młodszy chłopak przejmował kontrolę.

- Jestem wolny w ten weekend. Rozmawiałem z Zaynem i on powiedział, że ty również jesteś wolny w ten weekend. Jeżeli się nie mylę, to oznacza, że obydwoje mamy wolny weekend i naprawdę, naprawdę chciałbym, żebyś spędził go mną, gdzieś daleko, Louisie Tomlinson. Teraz odsunę mój palec i pozwolę ci mówić. Jednakże mam nadzieję, że podasz mi twierdzącą odpowiedź, ponieważ nie wiem, czy jestem w stanie znieść odrzucenie. W porządku?

Louis zawahał się na chwilę, zanim skinął głową.

- Dobrze – powiedział żartobliwie, odsuwając palec od warg Louisa. - Zatem co powiesz?

Louis pomyślał o niezliczonej ilości rzeczy, które mógłby robić w ten weekend. Pomyślał o zabraniu Rosie do parku albo nauce do egzaminu, który miał w przyszłym tygodniu. Rozważał wszystko od rzeczy przyziemnych do nadzwyczajnych, od zakupów, które odkładał, w razie gdyby przegapił okazję, w której Susan Boyle pojawia się na progu jego drzwi, a jego tam nie ma, by jej otworzyć. Był pewien, że cały jego proces myślowy rozgrywał się raczej widocznie na jego twarzy, lecz Harry wciąż przypatrywał mu się ze spokojem i cierpliwością.

Pomyślał o wszystkim, co mógłby robić, by zapełnić wolny czas, ale nic z tego nie miało znaczenia, ponieważ Harry był tutaj, stojąc naprzeciw niego i prosząc, by wyjechał z nim na weekend. Nie miał znaczenia fakt, że nic nie było ustalone i nie obchodziło go, że wciąż mieli tak wiele do rozważenia i obgadania, ponieważ Harry zadał mu pytanie i jedyne, czego potrzebował, to odpowiedź.

- Zgadzam się.

* * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz